DRUKUJ

 

Złatna i Krawców Wierch

Publikacja:

 05-10-28

Autor:

 Lucjan
Złatna i Krawców Wierch 2005

Spośród miejsc, w których kiedyś byłem, a które chciałem znowu zobaczyć, była wioska o nazwie Złatna. Leży ona obok Ujsół a od bardziej znanej Rajczy dzieli ją zaledwie pięć kilometrów. Ze Złatną dosyć mocno byłem związany w latach dziecięcych, kiedy to wraz z całą rodziną wybieraliśmy się tam na wczasy czy na ferie zimowe. Jest tam wiele ciekawych miejsc, a niektóre z nich znów zapragnąłem zobaczyć. Pragnąłem je ujrzeć po kilkunastu latach, bo tyle minęło od mojej ostatniej wizyty w tych stronach.
Zorganizowałem więc małą wycieczkę w te miejsca. Towarzyszyli mi ludzie, z którymi spędziłem Sylwestra ubiegłego roku i z którymi byłem w Bieszczadach. Towarzyszyła mi Aśka - moja dziewczyna i przyjaciółka w jednym, oraz najczęstsza towarzyszka podróży. Towarzyszyła mi również Ania - dziewczyna mojego przyjaciela Pawła, która jest niezastąpiona w roli pilota, gdy nasz samochód jest w drodze i nie tylko. Mówiąc nasz, mam na myśli samochód Pawła, którym ostatnio często przychodzi nam się poruszać. Jak pewnie się już wszyscy domyślają, kolejnym towarzyszem podróży był Paweł, nazywany częściej Bananem. W takim oto składzie wybraliśmy się w naszą kolejną podróż…
Zaczęliśmy ją tam gdzie ostatnio, czyli pod domem Aśki. Zjawiłem się tam piętnaście minut przed siódmą. Pakowaliśmy jeszcze ostatnie nasze rzeczy. Gdy zbliżała się siódma, zerknąłem przez okno, czy Banan z Anią już po nas przyjechali. Zauważyłem białego Forda Eskorta należącego do Banana. Postanowiłem więc zadzwonić do Pawła i powiedzieć, że zaraz schodzimy. On mnie jednak uprzedził - zadzwonił pierwszy.
Po chwili byliśmy już w samochodzie i mknęliśmy w kierunku Złatnej. Po drodze mijaliśmy takie miasta jak Bielsko, Żywiec, Rajcza i Ujsoły. Towarzyszyła nam radosna muzyka Regge i nie tylko. Jechaliśmy nieco ponad dwie godziny. Ciekawym zdarzeniem podczas podróży było spotkanie z jednym kierowcą, który zatrąbił na Banana, a kiedy ten się odwrócił w jego stronę, ujrzał kartkę formatu A4 z napisem: Sprawdź tylne światła. Zastanawialiśmy się czy wspomniany kierowca ma mnóstwo takich kartek na różne okazje. Banan nawet stwierdził, że żona tego kierowcy pewnie dostaje polecenia na kartce.
Gdy przejechaliśmy tabliczkę z napisem Złatna, postanowiliśmy znaleźć jakieś dogodne miejsce by zaparkować. Na krótko zatrzymaliśmy się przy rzece nieopodal szlaku na Krawców Wierch, na który mieliśmy w planie wejść. Tam zjadłem sałatkę przygotowaną przez Aśkę. Tam też minął nas na drodze jakiś nerwowy kierowca ciężarówki. W pobliżu nie znaleźliśmy jednak dobrego miejsca na samochód. Zdecydowaliśmy, że wrócimy się do początku Złatnej i zapytamy gospodarzy, u których byłem kilkanaście lat temu, czy pozwolą u siebie zostawić samochód na noc.
Przypomniałem im, kim jestem a oni ku mojemu zdziwieniu rozpoznali mnie i pamiętali ludzi, którzy wtedy byli tu razem ze mną i z rodzicami. Ewald - pamiętam - to ten, co chodził z tym małym synkiem na piwo - śmiał się syn gospodarza. Żona gospodarza natomiast pokazała nam, gdzie możemy zaparkować. Zabraliśmy z samochodu potrzebne rzeczy i powoli wyruszyliśmy w kierunku mostu, przy którym mieliśmy zacząć niebieski szlak, prowadzący na Krawców Wierch. Szliśmy drogą, wzdłuż której rosło mnóstwo drzew. Na kilku z nich były drewniane domki dla ptaków, zrobione przez człowieka. Zapamiętałem szczególnie jeden taki domek, który był zrobiony z takiego samego drzewa, na którym był, co było świetnym kamuflażem. Mijaliśmy też kawiarenkę, która stała tu już piętnaście lat temu. Minęliśmy również zabytkową Kaplicę, która owiana jest legendą i pełni w Złatnej rolę kościółka. To tutaj ludzie spotykają się na mszy. Odwiedził ją nawet kiedyś kardynał Karol Wojtyła. Legenda głosi, że kiedyś w jedną z trzech, (dzisiaj 120 letnich) lip otaczających drewnianą figurkę Jezusa, trafił piorun. Drzewo było trochę opalone, figurka jednak została nietknięta. Ponadto gdy robotnicy wracali z pracy do domu, widzieli w tym miejscu jakieś światełka. Uznali to za cud i postawili kaplicę. Aśka stwierdziła, że ci robotnicy widzieli po prostu świetliki.
Kilka minut później przeszliśmy przez most, na którym zaczynał się nasz szlak. Idąc tak, przypominałem sobie te miejsca, jak wyglądały kilkanaście lat temu. Nie widziałem wielkiej różnicy. Te miejsca wciąż tętniły życiem i nadal były jakby z boku cywilizacji. Ujrzeliśmy nawet zaskrońca, któremu zrobiliśmy zdjęcie. Wzdłuż drogi nieustannie płynęła ta sama rzeka, bogata w wiele małych, ale pięknych wodospadów i zapór. Po drugiej zaś stronie, było źródełko, przy którym się troszkę orzeźwiliśmy. Orzeźwiające również były cienie drzew, które bardzo nam pomagały w znoszeniu upału. Z prawej strony zobaczyliśmy wyrąbane przez drwali drzewa leżące jedne na drugich. Zrobiliśmy sobie w tym miejscu przerwę. Zapytałem wtedy Banana, czy wie skąd wzięła się nazwa Krawców Wierch? Sprawdzałem tym samym, czy czytał mój folder. Odpowiedział, że kiedyś w tych okolicach żył bardzo bogaty pan, do którego należały wszystkie te ziemie. Pewnego dnia spotkał w drodze chłopa, który miał pięknie uszyty kożuch. Tak się zachwycił, że polecił chłopu uszyć jeszcze jeden taki kożuch, dla siebie. Pan zagroził nawet chłopu, że jak ten źle uszyje, to każe uciąć mu głowę. Chłop odpowiedział, że nie tylko nie straci głowy ale jeszcze otrzyma ziemie. Po jakimś czasie pan był tak zadowolony z kożucha, że kazał chłopu wybrać sobie jakąś górę, którą chciałby otrzymać, a w zamian wyszywałby ubrania dla pana. Chłop po wielu poszukiwaniach, wybrał górę przy granicy. Zimą wyszywał kożuchy a latem zajmował się owcami. Stąd wzięła się nazwa Krawców Wierch. Banan zdał egzamin celująco!
Tuż po przerwie, po prawej stronie mijaliśmy też kamieniołomy, które zmieniły się od czasu, kiedy widziałem je po raz ostatni, bujnie zarastając roślinnością. Od razu przypomniałem sobie jak wdrapywałem się na nie kilkanaście lat temu z moim kochanym owczarkiem nizinnym Bitlesem, który odszedł 5 czerwca tego roku. Zanurzając się we wspomnieniach, widziałem go jak radośnie biegał po tych wszystkich miejscach, jak wszędzie za mną podążał. To właśnie w Złatnej była ta rzeka, w której pływałem a Bitles płynął za mną. Gdy byłem po drugiej stronie rzeki, wołałem go. On przypłynął. Po kilku przepłyniętych szerokościach rzeki, Bitles wpadł na genialny pomysł. Gdy znów po przepłynięciu na drugą stronę zacząłem go wołać, on zauważył, że kilka metrów dalej jest most… Na tym skończyło się jego pływanie w rzece. Od tego momentu zawsze wybierał przejście mostem. Ach, człowiek czasem potrafi zapomnieć się we wspomnieniach. To tęsknota przecież zaprowadziła mnie ponownie w te miejsca… Banan czytając to pewnie myśli: a co z rozwojem duchowym :
Gdy droga zaczynała odłączać się od rzeki, nasz szlak zaczął być coraz bardziej stromy. Postanowiliśmy więc zrobić sobie przerwę, przy drewnianych ławeczkach. Tam zjedliśmy małe co nieco, a Banan poszedł nabrać wody z rzeki, wiedząc że po drodze może już jej nie być. Po przerwie ruszyliśmy dalej w górę, przez las, leśnymi ścieżkami. Gdy poczuliśmy zmęczenie, robiliśmy krótkie przerwy i jedną dłuższą przy strumyczku, który relaksował nas swoim dźwiękiem. Tam też Banan robił mnóstwo fotek przyrodzie, nam i Anisi, która pozowała niczym modelka. Niektóre zdjęcia robił, ćwicząc jogę. W jednym miejscu miał nawet zamiar stanąć na pniu, z tym że na głowie… Taki to nasz miłośnik sportu i nie tylko. Po przerwie ruszyliśmy dalej. Pamiętam jak przechodziliśmy przez miejsce, w którym było mnóstwo pszczół, dookoła bowiem słychać było ich brzęczenie. Aśka szeptała mi wtedy, byśmy szli ostrożniej.
Kilka minut później wyszliśmy z lasu a naszym oczom ukazała się łąka Krawcula, na której postawiona była drewniana Bacówka, w której mieliśmy zarezerwowane noclegi. Droga do celu zajęła nam trzy i pół godziny. Dodać należy jednak, że robiliśmy sporo przerw, w tym niektóre dłuższe. Tym razem nie musieliśmy się spieszyć, dzięki czemu mieliśmy więcej czasu na podziwianie widoków. Weszliśmy do środka bacówki i przywitaliśmy się z obecnymi w niej turystami. Załatwiliśmy od razu sprawy z noclegami i rozpakowaliśmy się. Przywitałem się przy okazji z właścicielem bacówki Szymonem, o którym słyszałem wiele pochlebnych opinii, jako o dobrym gospodarzu. Dostaliśmy pokój na pierwszym piętrze, gdzie jedna ściana była jednocześnie spadzistym dachem. Mieliśmy nawet balkon. Anisia z Bananem zabrali się za rozbijanie namiotu, tuż obok bacówki. Następnie zeszliśmy na dół by coś zjeść. Kupiłem więc sobie ciasto jabłkowe, które było jeszcze ciepłe. Bardzo mi smakowało. Później poszliśmy zobaczyć, co słychać u naszych kompanów. Ich namiot był już postawiony. Aśka w międzyczasie wzięła prysznic a ja zamierzałem jeszcze się udać na Przełęcz Glinke. Wybrałem się tam samotnie, gdyż nikt już nie miał ochoty na tak długi spacer. Zamieniłem kilka słów z młodym właścicielem bacówki Szymonem i wyruszyłem. Ścieżka prowadziła przez las. Narzuciłem sobie dosyć spore tempo. Po dwudziestu minutach wędrówki, w ciszy lasu, słyszałem własne tętno. Zrobiłem krótką przerwę, aparat dałem na słupek graniczny i zrobiłem sobie zdjęcie. Wcześniej też miałem przyjemność spotkać zaskrońca takiego samego, jakiego widzieliśmy wcześniej. Po kolejnych dziesięciu minutach byłem już na Przełęczy(wysłałem wtedy Asiołkowi smsa, na którego otrzymałem błyskawiczną odpowiedź) i jednocześnie na przejściu granicznym. Chciałem tam podbić sobie książeczkę GOT. Zapytałem więc celniczki, czy jest to możliwe. Ona z kolei zapytała o to jakiegoś celnika. On jednak nie był tak miły i uznał, że nie można. Najbliższy sklep był cztery kilometry stąd, więc nie chciało mi się go już szukać. Po pięciu minutach pobytu na Przełęczy, wyruszyłem z powrotem. Było ciężej, gdyż teraz o wiele więcej pod górkę. Mimo to droga powrotna zajęła mi, tak samo jak droga w dół, pół godzinki. Po powrocie do bacówki, wypiłem trochę wody, by ugasić rozpalone pragnienie i znów udałem się na ciastko jabłkowe. Później poszliśmy do Ani i Pawła, by wspólnie pochodzić po łące. Doszliśmy do punktu, w którym jest najwyższy punkt Krawców Wierchu, który ma 1064 metry nad poziomem morza. Na sam punkt zaszedł tylko Banan. Nam już się nie chciało przebijać przez gąszcz traw. Postanowiliśmy zostawić to na jutro. Wróciliśmy do schroniska by nieco odpocząć. Ja udałem się pod prysznic. W łazience było dwóch chłopaków. Zapytałem, czy pod prysznic jest kolejka. W odpowiedzi uzyskałem: Ne rozumem. Zorientowałem się, że to Słowacy. Otwarłem więc pomieszczenie z prysznicem i zapytałem: wolne? Okazało się, że wolne, więc czym prędzej rozwiesiłem tam swoje rzeczy. Okazało się jeszcze, że zapomniałem ręcznika. Ruszyłem szybko do pokoju, niechcący strasząc przy tym półnagą Aśkę, że to wchodzi ktoś obcy.
Wieczorem, gdy było jeszcze jasno, udaliśmy się z Aśką na spacer w kierunku szałasu. Ujrzeliśmy po drodze płonące ognisko. Wiedzieliśmy, że Banan z Anisią naszykowali sobie drewna na opał, pomyśleliśmy więc, że to ktoś niepowołany korzysta z ich drzewa. Wysłałem do Banana smsa, z informacją, że ktoś zajumał im drewno. Po pięciu minutach zobaczyliśmy Banana i Anisię idących w naszym kierunku. Wyjaśnili nam, że wcześniej ustalili, iż ognisko będzie wspólne. Podeszliśmy zatem do ogniska. Na początku nie chciał nas tam wpuścić pies młodego małżeństwa z Gliwic. Jednak czy chciał, czy nie chciał, po namowie właścicieli pozwolił nam łaskawie usiąść przy ognisku. A gdy Banan łamał kije, pies podszedł do niego i mu pomagał zębami. Przy ognisku zamieniliśmy kilka słów z właścicielami pieska, a Aśka w międzyczasie poszła po coś do bacówki. Gdy wróciła, okazało się, że w środku nie ma prądu a jedna dziewczyna poruszała się z zapaloną świeczką. To ją troszkę zdenerwowało. Następnie Anisia poszła po musztardę do namiotu, gdyż wszyscy oprócz mnie i Aśki zajadali kiełbaski. Opowiadałem jak czytałem w Internecie o tym, jak to piorun trafił jakiegoś pięćdziesięciolatka, a w komentarzach były odpowiedzi w stylu: a gdzie byli jego rodzice, a następnie: a gdzie jest twój lekarz itp. O godzinie 22, młode małżeństwo udało się do bacówki. My jeszcze pozostaliśmy przy ognisku, które całkiem fajnie grzało. Na niebie można było dojrzeć gwiazdy, choć nie było ich zbyt wiele, ze względu na chmury. Nawet widzieliśmy jak się błyska w okolicy. W momencie, gdy Banan zadał pytanie, gdzie się błyska, otrzymał natychmiastową odpowiedź od Zeusa, gdyż właśnie w tym momencie walnął on dosyć mocnym piorunem. Anisia powiedziała nam, że w ich namiocie brakuje pięciu śledzi i że mają nadzieję, że wiatr nie zmiecie ich namiotu, gdy będą w nim spali. Banan oczywiście zapewniał, że nic takiego nie będzie miało miejsca i że wszystko jest perfekcyjnie dopracowane. Aśka słysząc to odrzekła, że jak Banan mówi, że coś jest ekstra zrobione, to znaczy, że jest całkowicie zmaszczone : Gdy zrobiło się jeszcze później, można było usłyszeć jakieś szczekanie z głębi lasu i miauczenie. Dziewczyny bardzo chciały już iść spać. Pozostało jeszcze tylko zgasić ognisko. Nie mieliśmy jednak wody i na moje uwagi, że powinniśmy to zalać wodą, Banan żartobliwie odpowiedział: wiesz ile tu kosztuje woda? Odpowiedziałem, że mniej, niż las. Dziewczyny próbowały więc gasić ognisko w niekonwencjonalny sposób, dusząc je. W pewnym momencie, Aśka powiedziała do wszystkich: zmrużcie oczy i popatrzcie w ogniki. Widok był niesamowity. Wokoło panowała ciemność, a jedyne światło wydobywało się właśnie z tych ogników. A gdy jeszcze zmrużyliśmy oczy, to była magia ciepłych barw. Banan namiętnie robił zdjęcia. Następnie zrobił siusiu na ognisko, by je nieco podgasić. Gdy ktoś zwrócił mu uwagę, że jeszcze nie jest dogaszone, że jeszcze mogą się zapalić ławki, odpowiedział: I co z tego? Przecież i tak chciałem je spalić. Zatem do końca było bardzo wesoło. Gdy żar był już mniejszy, udaliśmy się spać, podświetlając sobie ścieżkę telefonami komórkowymi. My do bacówki, oni do namiotu. Dodam jeszcze, że obok ich namiotu, rozbiło się dwóch facetów, w dwóch jednoosobowych namiotach, którzy zbierali się stamtąd po trzeciej w nocy, jak się później okazało, by nie wędrować w upale. My z Aśką trafiliśmy jakoś do bacówki, do łazienki, gdzie spotkaliśmy jeszcze naszych towarzyszów i do naszego pokoju, w którym jeszcze łączyliśmy łóżka. Dosyć szybko zasnęliśmy.
Rano wstałem między ósmą a dziewiątą. Aśka jeszcze spała. Postanowiłem się przejść. Przy okazji zapłaciłem za nocleg i pobawiłem się z małym koteczkiem. Odwiedziłem Banana i Anisię, oni też jeszcze leniuchowali. Banan chyba zabierał się za czytanie książki Cuda Samo uzdrawiania. Udałem się też na najwyższy szczyt Krawców Wierchu, gdzie był nawet malutki daszek. Oczywiście miałem ze sobą aparat fotograficzny. Po tym spacerze wróciłem do Aśki i razem udaliśmy się na śniadanie. Zamówiłem jajecznicę, porcję chleba i tradycyjnie kawałek ciasta z jabłkiem. Aśka zamówiła zupę pomidorową, z której nie była zbyt zadowolona. Dała mi nawet skosztować. Nie narzekałem, choć rewelacyjna nie była. Później zaczęliśmy się pakować. Około południa zwolniliśmy pokój i zostawiliśmy rzeczy obok namiotu naszych kompanów, który już zaczynali składać. Pamiętam jak wspólnie z Bananem przekomarzaliśmy się z dziewczynami, czy ciasto jabłkowe w schronisku jest świeże. Po jakimś czasie piknikowania udaliśmy się na obiad do bacówki. Początkowo ja i Aśka nie zamierzaliśmy nic kupować, jednak jak zobaczyliśmy racuchy z jagodami, od Anisi i Banana, to od razu nabraliśmy na nie ochoty. Zamówiliśmy więc jedną porcję na pół. Była to dosyć spora porcja.
Po obiedzie poszedłem oznajmić Szymonowi, że zwolniliśmy już pokój. Na co on, do swojej koleżanki: Słyszałaś? Oni JUŻ zwolnili pokój. Gdy zaś chciałem zrobić mu zdjęcie, schował się za drzwi, tak że wystawały tylko jego bose stopy. Oczywiście to były żarty i w efekcie zrobiłem mu też normalne zdjęcie. Powiedział mi też spoglądając w niebo, że za kilka godzin nadejdzie burza i jest ciekawy, kiedy nas złapie. Zapytał też, kiedy znów odwiedzimy bacówkę. Odparłem, że być może znów za 15 lat. Odparł, że za 15 lat jego już tu nie będzie. Pożegnaliśmy się i wzajemnie życzyliśmy sobie powodzenia.
Później poszliśmy jeszcze zobaczyć z bliska ten szałas postawiony dwa lata temu przez Szymona. Plecaki zostawiliśmy w Bacówce. Otwarliśmy drzwi szałasu i zajrzeliśmy do środka. W środku było przyjemnie chłodno. Gdy nacieszyliśmy się tym miejscem, udaliśmy się jeszcze do najwyższego punktu szczytu, by porobić zdjęcia na wszystkie strony świata. Następnie udaliśmy się powoli z powrotem. Minęliśmy bacówkę, zabraliśmy plecaki i tą samą ścieżką zaczęliśmy wracać na dół. Na ścieżce, Aska zauważyła, że ma jakąś maź na nodze, prawdopodobnie z jakiejś rośliny. Wytarłem jej tę maź swoją dłonią a następnie w jej sukienkę. Obraziła się, naburmuszyła i poszła. Po chwili, gdy coś do niej chciałem powiedzieć, robiła wrażenie, jakby nie chciała ze mną rozmawiać. Ruszyłem zatem samotnie w dół, zostawiając wszystkich w tyle. W dodatku skręciłem w złą stronę i straciłem szlak. Nie chciało mi się jednak już wracać do góry i liczyłem na to, że niżej jakoś się odnajdę. Schodziłem z góry na wyczucie. Nie zawiodło mnie, bo doszedłem do miejsca składania drzewa, skąd miałem już blisko do miejsca, w którym zaczyna się rzeka, w którym robiliśmy sobie przerwę idąc w przeciwnym kierunku. Usiadłem na ławeczce i czekałem. Po chwili usłyszałem ich głosy. Dosiedli się do mnie. Napiłem się wody ze strumyka. Po kilku minutach odpoczynku zaproponowałem, byśmy już poszli. Pozwoliłem Bananowi i Anisi, troszkę się od nas oddalić. Spoglądałem na kamienie na drodze. Gdy ujrzałem kolejnego, uznałem, że to jest ten. Schyliłem się, podniosłem go i po chwili zapytałem Aśki: Czy chcesz ten kamień? A był to najzwyklejszy kamień i nie trzeba nawet w góry pojechać by taki znaleźć. Aśka lekko się zdziwiła, na co ja odparłem, że chciałbym nawiązać dialog, a kamień był jedynie pretekstem. Uśmiechnęła się słodko i wszystko wróciło do normy. Oddała mi kamień i złapaliśmy się za ręce. Nie wyrzuciłem kamienia, a schowałem do kieszeni… Zrobiłabym dokładnie tak samo, jak byłabym na Twoim miejscu - odparła Aśka. Po chwili dołączyliśmy do Anisi i Banana. Ten się zastanawiał, czy może porwać siekierkę, którą odnalazł wbitą w pień. Powiedziałem, że nie bardzo, że co innego jak odnalazłby telefon. Po jakimś czasie, Anisia była całkiem na przedzie, my na środku a Banan daleko w tyle… Fotografował wszystko, co mu się spodobało. A było tego wiele, gdyż przyroda obdarzała nas pięknem. W rzece dostrzegliśmy ryby, a później nawet zauważyłem, jak maleńki ptaszek wleciał pod kaskadę wodospadu. Być może ma tam swój domek - żartowaliśmy z Aśką. Zauważyliśmy też po drodze rozjechanego zaskrońca. Prawdopodobnie był to ten sam, którego widzieliśmy, wchodząc na górę. Schodząc spoglądaliśmy na bajkowe krajobrazy tutejszej wsi, na płynącą rzekę, na drewniane chatki i mostki. To wszystko zlewało się w przepiękną całość. Zejście do mostu, w którym zaczęliśmy szlak poprzedniego dnia, zajęło nam zaledwie półtora godziny. Widzieliśmy tam, jak do głębszego miejsca w rzece skaczą jacyś chłopcy. Skakali nawet na główkę, nie zdając sobie sprawy z tego, jak mogą skończyć…
Pogoda zaczynała się psuć, Asiołek mnie ponaglał. Anisia zwolniła tempo, czekając na Banana. Minęliśmy Kaplicę, kawiarnię, sklep i zbliżyliśmy się do domu, przy którym stoi nasze autko. Co z tego, że tam zajdziemy, skoro i tak tylko Banan ma klucze do samochodu? - zapytałem śpieszącej się Aśki. Odparła, że wydaje jej się, iż Banan chyba nie zamknął bagażnika. Dlaczego więc, nie powiedziałaś mu o tym? - zapytałem. Bo dopiero teraz sobie uświadomiłam, iż zapomniał przekręcić zamka - odparła. Nie myliła się i po chwili otwarła samochód. Postanowiliśmy wkręcić Banana, że Aśka ma zdolności otwierania zamków samochodowych. Aśka wsiadła więc do samochodu, a ja w tym czasie poszedłem podziękować gospodarzom za gościnę naszego samochodu. Poprosiłem też o wspólne zdjęcie z nimi przed ich domem. To były bardzo miłe chwile, znów poczułem na sobie czar wspomnień. Przyznam, że mimo tych kilkunastu lat, od czasu kiedy widziałem ich po raz ostatni, gospodarze wiele się nie zmienili. Podobnie jak cała Złatna. Nie chcieli nawet pieniędzy za przenocowanie samochodu. A jak zorientowali się, że samochód był otwarty, to powiedzieli, że tutaj nic nie znika, więc nie ma co się martwić, tu jeszcze panuje spokój. Zapytałem na koniec, jak dojechać do Śmierdzącego Potoku. Po usłyszeniu odpowiedzi pożegnałem się z nimi i w miłej atmosferze wsiadłem do samochodu. Anisia i Banan już przyszli. Powiedziałem Bananowi, że w kierunku Potoku należy skręcić w prawo. Mówiłem mu to chyba z trzy razy. Po czym zapalił silnik, wcisnął gaz i… Skręcił w lewo. To była zabawna sytuacja. Zresztą cały Banan jest zabawny :
Na trzy nie udało się zawrócić, mimo to po chwili jechaliśmy już we właściwym kierunku. Przejechaliśmy obok wspaniałych drewnianych budowli nowego domu starców i przekroczyliśmy tabliczkę z napisem Huta. Wówczas wiedziałem, iż zajechaliśmy za daleko. Zapytałem o drogę miejscowych, po czym ruszyliśmy dalej. Coraz mocniej padało i od czasu do czasu słychać było grzmoty. Przepowiednia Szymona sprzed kilku godzin, o tym, że za kilka godzin nadejdzie burza, spełniła się. Nie minęło kilka minut, a dojechaliśmy do drogi, która prowadzić miała do źródełka. Był tam jednak zakaz wjazdu. Postanowiliśmy zatem pójść tam pieszo. Moja Aśka nie miała już ochoty na spacer w lesie, podczas deszczu i burzy. Została więc w samochodzie. Ścieżka do źródełka nie była taka znowu całkiem krótka, na jaką wówczas mieliśmy ochotę. Prowadziła w górę, wzdłuż rzeki, przez górski las. Banan zauważył, że koryta rzek w Złatnej są wzmacniane kamieniami przez ludzi i że sporo ich to musiało kosztować pracy.
Po kilkunastu minutach deptania, zaszliśmy do źródełka śmierdzącego potoku. Na miejscu, gdzie stało źródełko, zbudowano drewnianą kapliczkę, tak że było ono w jej środku. Na zewnątrz zaś, u góry, stała figurka Matki Boskiej, i chyba tylko po tym poznaliśmy, że jest to kapliczka. Źródełko miało specyficzną szarą barwę a z jego wnętrza wydobywały się co chwilę bąbelki. Jednak najbardziej specyficzny był zapach źródełka. Jego woń przypominała zapach zgniłych jajek. Stąd wzięła się jego nazwa: Śmierdzący Potok. Samo źródełko ma też podobno właściwości uzdrawiające, zwłaszcza na dolegliwości żołądka. Piłem więc z niego pełnymi garściami, nie przejmując się jego zapachem. Banan z Anisią też się napili. Nabrali nawet wody do butelki. Burza w tym czasie mocno szalała, wyłączyłem więc komórkę. Następnie zaczęliśmy wracać. Banan doszedł do wniosku, że do źródełka można dojechać samochodem, bo przecież nikt nie wyegzekwuje na nas złamania zakazu wjazdu. Namówiłem ich, by po wejściu do samochodu nic nie mówili Aśce, że jedziemy do źródełka. Banan zapalił i ruszył drogą w las. Aśka zdziwiona zaczęła pytać: - gdzie my jedziemy, co się dzieje? Nie dawało jej to spokoju. Zabawnie było patrzeć wtedy na jej zdziwioną minę. W końcu Anisia jej powiedziała: -Tego po prostu nie możesz nie zobaczyć! Aśka uśmiechnęła się, a my cieszyliśmy się robiąc jej tą niespodziankę. Gdy dojechaliśmy na miejsce, podłożyliśmy kamienie pod koła samochodu, by ten nie zjechał. Następnie udaliśmy się do źródełka. Tym razem Banan nabrał źródlanej wody do butelki pięciolitrowej. Aśka mimo moich prób, nie dała się namówić ani do jednego łyczka tejże wody. Ja z kolei napiłem się jej ponownie. W gardle czułem aromat jajek, wręcz mi się nimi odbijało. Czułem się jakbym zjadł ich z dziesięć. Cóż za wspaniałe uczucie! Na pewno wyjdzie mi to na zdrowie. W międzyczasie piorun uderzył gdzieś blisko, gdyż huk usłyszeliśmy niemal w tym samym czasie, w którym ujrzeliśmy błysk. Powoli pożegnaliśmy się ze źródełkiem, porobiliśmy trochę zdjęć i wsiedliśmy do Hugo - tak swoje autko nazwali Anisia z Bananem. Następnie ruszyliśmy w dół i po chwili byliśmy już na drodze. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilkę przy tym nowym ekskluzywnym domu starców, by zrobić tam kilka zdjęć. Żartowaliśmy, że fajnie by się było tu spotkać za kilkadziesiąt lat… Po dziesięciu minutach pojechaliśmy dalej.
Wiedziałem, że nadszedł czas pożegnania ze Złatną. Spoglądałem jeszcze przez okno samochodu, wpatrując się w mijane widoki. Z samochodu pobłogosławiłem tę ziemię i zastanawiałem się kiedy znów tu wrócę. Ach, Złatna, nie zmieniłaś się wiele! Mam nadzieję, że dobro, które mieszka w otaczających mnie ludziach, też pozostanie tak niezmienne jak Ty! Opuściliśmy Złatną, przejeżdżaliśmy przez Ujsoły, Rajczę(obudziły się wówczas wspomnienia Banana i moje z podstawówki, o tym jak to Banan kiedyś zostawił plecak w pociągu), kierowaliśmy się na Żywiec. Utkwiliśmy w korku ale odbiliśmy to sobie jakiś czas później, popijając Szejka z przydrożnego MC Donalda. Z głośników w samochodzie, unosiły się rytmy zespołu Habakuk ale nie tylko. Anisia, podobnie jak w drodze do Bieszczad, zaproponowała głosowanie czego teraz posłuchamy. Nie wiem jak to się stało, ale Indiańska Muzyka znów wygrała, tak więc w drodze powrotnej towarzyszył nam również Oliver Shanti. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na jedne osiedle w Katowicach, gdzie Banan poszedł oddać namiot kumplowi. Niebawem byliśmy już w Chorzowie, pod domem Aśki. Pożegnałem się z nią czule i wsiadłem do Hugo. Anisia i Banan zawieźli mnie pod sam dom, tak jak ostatnio. Zabrałem rzeczy z samochodu, dostałem półtoralitrową butelkę źródlanej wody, pożegnałem się z nimi dziękując za wszystko, otwarłem bramę, by po chwili znaleźć się na schodach prowadzących do mojego domu. Tak dobiegła końca kolejna moja, nasza podróż.
Kocham podróże… Życie jest podróżą… Czy to znaczy, że kocham życie?

Opowiadanko to dedykuję:
Aśce, która jest towarzyszką mojego życia i kimś bardzo ważnym dla mnie;
Anisi, która swym duchowym ciepłem buduje miły klimat na wycieczkach;
Bananowi, którego dobry nastrój zawsze mi się udziela.
Sobie, że potrafię dobierać do wycieczek odpowiednich ludzi :

Pozdrawiam również wszystkich, którzy mieli przyjemność przeczytać powyższe opowiadanko.
Lucjan

Data:

 2005

Podpis:

 Lucjoueq

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=19865

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl