DRUKUJ

 

Samobójczyni

Publikacja:

 03-10-19

Autor:

 Graphitowa
Brzęczenie muchy, odbijającej się o szybę skutecznie zabijało jej marzenia, dobitnie udowadniało szarość codzienności. Udawała że śpi, nie potrafiła zasnąć, ale męczyć się dalej tego wieczoru już nie chciała. Kładąc głowę na poduszkach łudziła się, że choć przez chwilę przestanie myśleć, czuć, cierpieć. Jej wierna towarzyszka nosząca deszczowe imię Samotność nigdy jej nie opuszczała, zawsze wiernie dotrzymywała jej kroku. Nie miała przyjaciół. Owszem, kiedyś wydawało jej się, że ich ma, bo może kiedyś istotnie miała przyjaciół, kiedyś... wszystko było prostsze... Wspomnienia niczym duchy wołające o pomstę nawiedzały jej poranione serce. Wydarzenie sprzed 2 lat przypieczętowało jej beznadziejny stan. Miała kogoś, kogo kochała, miała kogoś kto kochał ją. Był w jej wieku, choć mieszkał daleko, na drugim końcu Warszawy, nigdy nie spotkała kogoś takiego. Był do niej bardzo podobny, zawsze ją rozumiał, był niczym jej duchowy brat bliźniak, ale posiadał jedną wadę... Kiedyś spróbował i nie umiał przestać. To trwało bardzo długo. Ona walczyła o jego życie, nawet namówiła go, żeby zgłosił się do pewnego ośrodka... i on jej posłuchał. Nawet zaczynało się układać, wychodziło słońce, tylko po to, żeby spalić ją w swych bezlitosnych promieniach. Pewnego dnia, była głupia impreza, głośna muzyka, szalony taniec, morze alkoholu, nikotynowa mgła i one – strzykawki. „Ten ostatni raz i już nigdy więcej, obiecuje, już nigdy więcej, tylko ten raz” nie wiedział jakie dramatyczne znaczenie miały te słowa, bo faktycznie, nie wziął już nigdy więcej... Dużo krzyku, nienaturalne światła, syrena, ślepe okna, nie chciały widzieć nic... i nic... już nic nie było ważne w jej życiu. Tak rozpaczliwie o niego walczyła, oddała całą siebie, spaliła się... jak zapałka, nędzna, marna zapałka... To było 2 lata temu, choć minęło tak wiele czasu, nadal nie mogła się pozbierać, nie tak łatwo jest zapomnieć kiedy się kochało. Teraz leżąc z na siłę zamkniętymi oczami cierpiała, tysiące obcych szpanów rozdzierało jej serce. Już dawno zgubiła sens, bała się, drżała... Wstała z łóżka, sięgnęła do szuflady, pominęła kopertę z jego zdjęciami i listami, nie spojrzała nawet na zdobiona talię kart, która kiedyś dostała od dziadka, jej wzroku również nie przyciągną jej pamiętnik, po pewnym czasie ocierając łzy i oddychając spazmatycznie wydobyła zdobioną zaschniętą krwią żyletkę. Rozpaczliwie spojrzała na swoje ręce... nie było już miejsca na kolejne szramy, a to jest nałóg, cięcie swego ciała, ale nie, już nie... Zapaliła czarną świeczkę, postawiła ją na biurku. Wpatrywanie się w płomień zawsze ją uspokajało, a dziś miała naprawdę dość, dziś miała wybitnie ciężki dzień... miała wybitnie ciężkie życie... Dziwnie uśmiechnięta włączyła magnetofon „Ziemia Obiecana” Closterkellera, cicho szeptała słowa wokalistki „znów ziemia obiecana woła mnie, przystań na której spotkam cię...” Jej delikatne dłonie pocałowały kopertę z jego zdjęciami, wyjęła jedno, to najładniejsze... patrzyła i uśmiechała się. Krótko potem jej długie palce otworzyły okno, a jeszcze potem jej stopy stanęły na zewnętrznej stronie parapetu. Nocne powietrze wtuliło się w jej ciemne włosy muskając pokryte łzami policzki. To było 8 piętro 12 piętrowego bloku, w dole tętniło nocne życie stolicy, ale to już jej nie obchodziło. Jej życie już dawno straciło sens... Nagle ktoś przekręcił klucz od zamka do drzwi, to matka wracała z prywatki u znajomych, pewnie trochę wypiła, bo miała trudności z wejściem do mieszkania. Coś w niej drgnęło, coś kazało się cofnąć, ale myśl o kolejnej bolesnej nocy tylko utwierdziła ją w pierwotnych zamiarach. Już nie myślała, nie zastanawiała się, jeden malutki krok w przestrzeń, skok w przepaść. Wiatr targał ją za włosy rozbijając łzy trochę za mocno pieścił jej twarz, światła przybliżały się zaskakująco szybko, ile to mogło trwać? 5 sekund? Nawet nie... Przerażająco szczery był jej uśmiech, jeszcze kilka metrów przed ostatecznym zderzeniem z brukiem. Uderzenie... koniec... nie interesowała się już tym co działo się wokół niej. Z zaskakującą lekkością podniosła się z chodnika. Rozpaczliwie rozejrzała się wokół, same obce twarze, krzyki, piski, wrzaski, panika, chaos. Obejrzała się za siebie, na bruku leżało zmasakrowane ciało jakiejś dziewczyny. Z lękiem spojrzała przed siebie, ale strach momentalnie znikną kiedy zobaczyła te jedyne, kochane oczy. Stał w tłumnie, dziwnie jaśniejszy od reszty, w starych jeansach i trochę poplamionej, czarnej koszuli, uśmiechał się, wyciągną rękę. Miała wrażenie, że wszystkie zastępy aniołów śpiewały jakąś radosną symfonię, kto wie, może naprawdę tak było? Szybko znalazła się w jego ramionach, nie pamiętała kiedy ostatnio była tak szczęśliwa.
- Wreszcie jesteś, czekałem na ciebie.
A za nimi mali, śmieszni ludzie miotali się i krzyczeli, ale to już nie było ważne, ona teraz jest szczęśliwa. A wiatr tylko przez grzeczność wpadł przez otwarte okno, aby zdmuchnąć świeczkę...

Data:

 kilka dni temu...

Podpis:

 Graphitowa

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=2007

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl