|
|||||||||
|
Uliczkami Auschwitz |
|||||||||
|
|||||||||
| „Nie możemy pozwolić, by pamięć o zmarłych przeminęła, aby w nas, żywych, nie umarła wiara”. Gdy tylko stopy hitlerowskiej armii spoczęły na piastowskiej ziemi oświęcimskiej, kilka specjalnych komisji SS przeprowadziło inspekcję tego terenu, by dowiedzieć się, czy jest możliwe wybudowanie w tym miejscu obozu koncentracyjnego. Jak się okazało, Zasole – jedno z oświęcimskich przedmieść – było idealnym miejscem. Plan wybudowania tego obozu narodził się w Urzędzie Wyższego Dowódcy SS i Policji we Wrocławiu, którym dowodził SS-Gruppenführer Erich von dem Bach - Zalewski. Jemu zaś podlegał inspektor Gestapo SS-Oberführer Arpad Wigand, który swój wniosek odnośnie budowy obozu argumentował koniecznością przeprowadzenia fali masowych aresztowań wśród ludności Śląska oraz Generalnej Guberni. W jednej z inspekcji brał udział ówczesny kierownik obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen – Rudolf Höss, który został mianowany komendantem obozu w Oświęcimiu. Jego założenie zostało zapowiedziane na kwiecień 1940 roku. 14 czerwca hitlerowcy skierowali pierwszy transport Polaków do Konzentrationslager Auschwitz. Dziś, mijając bramę z napisem „Arbeit macht frei” nie odczuwałabym praktycznie nic, gdybym nie znała tragicznych wydarzeń, które rozegrały się w tym miejscu ponad pół wieku temu. Teraz na wieżach obserwacyjnych nie doszukam się już wartownika trzymającego w pogotowiu broń maszynową, ani wychudzonych, odzianych w pasiaste ubrania tysięcy sylwetek więźniów, maszerujących tam i z powrotem po obozowych alejkach. Oglądając różne zdjęcia archiwalne wykonane w tym miejscu, natknęłam się na niejedną fotografię przedstawiającą niedożywionych, zabiedzonych więźniów, na twarzach których wylewał się ich cały smutek i ogromne cierpienie. Ten przygnębiający obraz towarzyszy mi zawsze, gdy wspominam szkolną wycieczkę zorganizowaną w ramach zajęć dydaktyczno - wychowawczych i za każdym razem ogarnia mnie nieopisany żal i ubolewam nad losem tych niewinnych ludzi. Uświadamiam sobie wówczas, że oni, nie znając swojego przeznaczenia nieustannie wierzyli w pomyślne zakończenie trwającej wojny i w prawdę głoszoną przez napis znajdujący się na bramie wejściowej. Cały czas mieli nadzieję. Ja także, przemierzając te same uliczki dziś, mam nadzieję, ale na to, że podobna historia nigdy się nie powtórzy. Tak naprawdę, to nie jestem w stanie wyobrazić sobie do końca, co przeżywali ci ludzie. Mogę tylko snuć domysły na temat ich cierpienia i bólu, jakiego doświadczali każdego dnia. Jednak to nie jest wystarczające, by dokładnie zrozumieć to, co miało miejsce w nie tak odległej historii. Przekraczając obozową bramę, z daleka dostrzegłam tabliczkę, z ostrzegającym napisem „Halt - Stój” i ze skrzyżowanymi piszczelami, przypominającymi, że ogrodzenie wykonane z drutów kolczastych było kiedyś pod napięciem, a dotknięcie ich groziło śmiertelnym porażeniem. Takich samych tabliczek na terenie całego obozu były setki, a każde spojrzenie skierowane na którąkolwiek z nich wywoływało we mnie poczucie niepewności. U mnie był to tylko chwilowy dreszcz, a u więźniów wywierało to znaczne piętno na psychice. Do tego codzienny obraz ginących współtowarzyszy, niepokój o losy najbliższych, co często sprawiało, że pozbawiony wolności człowiek, świadomy swego beznadziejnego położenia zdobywał się na ostatni wysiłek i… „szedł na druty”, inaczej mówiąc – popełniał samobójstwo. W gruncie rzeczy, jego los i tak był przesądzony, z czego na początku nie zdawał sobie sprawy i jeśli nie zginąłby porażony prądem przebiegającym przez druty ogrodzenia, to zapewne straciłby życie od kuli strażnika SS - mana. Tak czy inaczej, czekała go nieuchronna śmierć i jest to wręcz wstrząsająca prawda, dla mnie niewyobrażalnie trudna w przyjęciu do świadomości, ale niestety, takie właśnie fakty zapisało życie na kartach naszej historii. Przemierzając zabłocone uliczki obozu, ze smutkiem w oczach spoglądałam na murowane budynki mieszkalne, nazywane „blokami”. W ich wnętrzu panował nieprzyjemny chłód, a w powietrzu unosił się wręcz odpychający zapach. Być może wydawało mi się to tym bardziej odrażające, że spoglądając na puste, szare i zimne ściany, na ich tle oczami wyobraźni widziałam pogrążone w rozpaczy twarze zniewolonych ludzi, bezwiednie opierających się o lodowatą powierzchnię… Momentami wzbiera we mnie złość, którą kieruję do ludzi odpowiedzialnych za cierpienia i ból tych niewinnych więźniów. Oprawcy musieli być całkowicie pozbawieni serca i duszy, ponieważ tylko człowiek z zimną krwią i sercem jak kamień potrafiłby ze spokojem w oczach przyglądać się męczarniom, w jakich przyszło im żyć. Uwarunkowania zewnętrzne, odpowiednia ideologia uczyniła potwora z człowieka, który mógł prawdopodobnie wieść zwykłe, poczciwe życie w małym niemieckim miasteczku. Moją irytację mogę również przypisać niektórym więźniom. Pośród ofiar, więźniów, których chcielibyśmy postrzegać jako świętych, krystalizują się różne postawy. Obok tych, którzy potrafili zachować swoje człowieczeństwo i godność, którzy byli w stanie oddać swoje życie za drugiego człowieka, znaleźli się i tacy, którzy przystosowali się do strasznych warunków, konieczności samoobrony, która polegała na poświęceniu drugiego człowieka i rezygnacji z zasad moralnych. Zastanawiam się, czy można usprawiedliwić donosicielstwo, kradzież, kłamstwa? W końcu, chcąc przeżyć, jeńcy musieli myśleć tylko o sobie, czasem nawet kraść i donosić na współtowarzyszy. Żyli w „innym świecie”, w którym panowały oddzielne prawa, odwrócone ludzkie wartości, gdzie nie było miejsca na litość, na pomoc bliźnim… A wszystko przez cały ten zbrodniczy system, który prowadził do przeobrażenia człowieka. Najpierw następowała dezintegracja osobowości, rozchwianie kategorii moralnych pod wpływem siły lub propagandy. Później był to już powolny rozkład, apatia połączona najczęściej z tęsknotą za dawnym systemem wartości. Pozorna, zewnętrzna aktywność. To właśnie było celem Wielkiej Przemiany. Zniewolenie umysłów pozwalało wychować niewolników, których można było wykorzystać nie tylko do pracy, ale także do zniewalania następnych pokoleń. W taki sposób ustrój totalitarny dążył do panowania nad światem… Podczas zwiedzania obozu starałam się przypomnieć sobie biografie niektórych pisarzy i poetów, omawiane na lekcjach języka polskiego, w których przewijał się wątek drugiej wojny światowej i obozowa katorga. Jako pierwszy na myśl nasunął mi się współczesny poeta Tadeusz Różewicz. W swoich wierszach niejednokrotnie ukazywał swój smutek i żal, jednocześnie swoje zagubienie i wewnętrzne rozdarcie. Przedstawiał rzeczywistość wydobytą z odmętu katastrofy, owianą jeszcze oparami krwi, nękaną koszmarami minionego czasu… Z dawnego świata nie ocalało nic. Wszystkie normy i zasady zostały podeptane. Zatarła się różnica pomiędzy katem a ofiarą. Dobro pomieszało się ze złem, prawda z fałszem, piękno z brzydotą, miłość z nienawiścią, ciemność ze światłem… Z tej lakonicznej na pozór wyliczanki nazw wyłania się przerażający obraz świata w stanie totalnego chaosu. Pojęcia uległy dewaluacji, upadł dekalog, czas wojny cofnął ludzkość do punktu wyjścia, do biblijnego prapoczątku cywilizacji. Przed takim światem stanęło wielkie zadanie: zrekonstruować utracony ład, sformułować na nowo kodeks moralny… Wspomniałam o tym poecie, gdyż refleksje nad jego utworami pomogły mi odtworzyć stan duchowy byłego więźnia łagru, ułatwiły mi zrozumienie tego, przez co ten człowiek przeszedł. Jestem pełna podziwu dla jego twórczości, przepełnionej autentyzmem, wręcz brutalnym realizmem, ale także niebywałą szczerością i prostolinijnością. Dzięki jawności, z jaką pisze, każdy czytelnik może z łatwością wczuć się w jego sytuację, stać się byłym więźniem obozu, zdemoralizowanym, pozbawionym poczucia jakichkolwiek wartości człowiekiem. Maszerowałam zakurzonymi uliczkami szklanym wzrokiem przyglądając się otoczeniu. W gruncie rzeczy nie przedstawiało ono nic związanego z faszystowskim holocaustem. Jeszcze kilkanaście lat wcześniej można było znaleźć wypłowiałą plamę krwi na betonowym podłożu, podarty łachman odrzucony w niepamięć, kość ludzką zmieszaną z błotem, co stanowiło autentyczny dokument hitlerowskiej zbrodni. Dziś natomiast, widzę tylko murowane budynki, zniszczone ogrodzenie, zabrudzone alejki, zaniedbaną zieleń… Nic nie przypomina rzeczywistości sprzed ponad pół wieku. Jednak na terenie obozu jest jedno miejsce, które boleśnie przypomina o ludobójstwie sprzed lat… Dotarłam do bloku 11, nie różniącego się od innych w swym wyglądzie zewnętrznym. Przez więźniów nazywany był „Blokiem Śmierci”. Był to blok stale izolowany od innych, stale zamknięty, noszący nazwę aresztu obozowego. Podwórze tego bloku ogrodzono wysokim murem, a drewniane kosze na oknach sąsiadującego z nim bloku miały uniemożliwić obserwację scen rozgrywających się na tym podwórzu, przesiąkniętym krwią rozstrzelanych pod „Ścianą Śmierci” około 20 000 więźniów. Wraz z towarzyszącymi mi przyjaciółmi z klasy, zapaliliśmy symboliczne znicze, chcąc upamiętnić niczym niezasłużoną śmierć poległych w tym miejscu ludzi. Po moim policzku spłynęła łza, ale nie byłam w stanie zmusić się wtedy do czegokolwiek więcej. Dopiero po powrocie do domu, przed samym snem odtworzyłam sobie w myślach cały przebieg odwiedzin w Oświęcimiu. Kolejne obrazy przeplatałam poznanymi autentycznymi historiami. Ujrzałam oczami wyobraźni istne piekło obozu koncentracyjnego. Dopiero wtedy tak naprawdę dotarło do mnie to, czego doświadczyli byli więźniowie. Katorżnicza praca w nieludzkich warunkach, głodowe racje żywności, szykany i tortury, niesprawiedliwe, wymuszone, a potem sfingowane przyznawanie się do nie popełnionych czynów i zbrodni, bezkarność SS – manów, rygor i bestialstwo, demoralizacja i upodlenie, śmierć… W pełni i tak tego nigdy żaden człowiek nie pojmie, chyba, że przekona się o tym na własnej skórze… Według mnie, każdy młody człowiek powinien zobaczyć to, co pozostało po hitlerowskim holocauście, by mógł uświadomić sobie, co tak naprawdę znaczy stracić wolność, znosić nadludzkie cierpienie, szykany, tortury, głód. Może porównanie swojego życia z życiem tamtych ludzi, pozwoli mu naprawdę docenić to, co ofiarowała mu rzeczywistość i sprawi, że zacznie cenić życie każdego człowieka. Dlatego my, jako młode pokolenie, świadome tragedii tamtych lat, musimy starać się wpłynąć na przyszłość w taki sposób, by ten bolesny fragment historii nigdy się nie powtórzył. |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||