DRUKUJ

 

"Matka - czyli rodzinne strony"

Publikacja:

 08-01-25

Autor:

 geo
Opuszczali chatę uzdrowicielki późnym popołudniem. Litos szedł wyprostowany i milczący. Jego ucho było purpurowe jak piwonia. Obok niego kroczył Tybo niosąc duży plecak i jeszcze większą niepewność. Znów czuł się jak sługa, ale nic nie potrafił na to poradzić. Cisza, do której by przyzwyczajony z jednej strony go uspokajała z drugiej wyjątkowo drażniła. Od momentu przebudzenia Litosa szukał okazji by powiedzieć mu, że operacja się nie odbyła i że kleszcz ma sjestę gdziekolwiek teraz jest. Ciągle nie mógł zdobyć się na odwagę, ale wreszcie zaczął.
- Operacji nie było – powiedział bardzo cicho, prawe do siebie. Czekał na reakcję, której nie było. Litos nic nie powiedział. W przebłysku świadomości poczuł, że Litos doskonale o tym wie. Nie powiedział już nic więcej i to było wszystko, co powiedzieli sobie na temat całej operacji. Obydwaj czuli, że nie będzie już kolejnej próby. Obydwaj czuli również, że celem jest teraz czteroletni chłopczyk z medalionem.

Szli długo, bo prawie dwa tygodnie, zbierając informacje o wędrującej grupie górali, którzy kierowali się do Averlandu. Obszar Averlandu można było nazwać rodzinnymi stronami Litosa i Tybo. Z każdym dniem byli bliżej grupy górali i wspaniałych gór. Z każdym dniem informacje zbierane po drodze były bardziej dokładne. Chłopiec na pewno był pośród dwóch wozów i dziewięciu dorosłych. Serce Tybo rozpierała radość na wspomnienia dobrze znanych zakątków. Powietrze było czyste jak kryształ i zimne nawet w najcieplejszy dzień. Smakowało wspaniale i nawet Litos, który spędził w tych górach znacznie krótszy okres wydawał się poruszony. Górskie, czerwone szczyty cudownie kontrastowały z głębokim błękitem nieba. Osady ludzkie były coraz bardziej ubogie, coraz bardziej czerwone i surowe. Ludzie coraz więksi, silniejsi, bardziej kościści. Coraz więcej krasnoludzkich rzemieślników, coraz mniej zwierząt hodowlanych, coraz ciemniejsze lasy. Po prawej obok traktu płynęła rzeka. W całym Imperium nosiła niezliczoną ilość nazw. Od Rzeki Krwi, Rzeki Ciała, Dużej Rzeki, Wiecznej, Imperialnej, poprzez bardzo lokalne nazwy jak Żyznówka, Smutaj, Lewnawa czy Królak. Ludzie, którzy podróżowali po Imperium nazywali ją więc po prostu rzeką i nikt nigdy się nie mylił o jaką rzekę chodzi. Nie było drugiej takiej w całym Imperium a niektórzy mówili, że i na całym świecie. Nawet tu przy źródłach była wartko płynącą szeroką rzeką, szerszą niż wiele rzek przy ujściu. Co ciekawe i co zauważył już dawno temu Tybo, zdecydowana większość osad ludzkich znajdowała się na jej lewym brzegu. Tam również znajdował się szeroki Imperialny trakt. Tu w górach trakt w zasadzie przypominał już górską dróżkę, która uporczywie trzymała się rzeki, rozsądnie biegnąc wysoko nad nią. Dzięki temu wiosenne powodzie oszczędziły zarówno założone domostwa jak i podróżnych. Rzeka skrzyła się w coraz głębszej rozpadlinie.
Grupę górali zobaczyli o zmierzchu. W miejscu, które doskonale znali. To tu do rzeki dochodziła Lipnica, mała górska rzeczka. Był tu kamienny płytki bród, jednak stromy stok prowadzący do brodu wymagał od kupców szczególnej ostrożności. Było tu też doskonałe miejsce do obrony, szeroka kotlina z urwiskiem z jednej strony i czerwoną górską ścianą z drugiej. Jedyne przejście do Cytadeli, stolicy tego regionu. W górze, na przeciwległej półce skalnej, obok której biegł trakt był pierwszy fort obronny Averlandu. Tylko miejscowi wiedzieli, że tam się znajdował oraz, że krył śmiercionośne katapulty, które z tamtej pozycji były wstanie trafić w dowolne miejsce w całej kotlinie. Podczas regularnych treningów latających głazów było tyle co pszczół latających nad przewróconym ulem. Górale nie wierzyli, że kiedykolwiek katapulty przydadzą się, bo i po co najeżdżać biedny Averland. Jednak młody, trochę przewrażliwiony Baron Averlandu był innego zdania.
Litos i Tybo stali na trakcie po drugiej stronie kotliny i patrzyli na przeprawiające się, wozy. Wzrokiem szukali chłopca jednak nigdzie go nie widzieli. Ruszyli w dół. Bród na Lipnicy był zaledwie o dzień drogi od wioski Bystrze, w której przygarnięto Litosa. Około dwóch dni drogi było również do Rudawki, wsi a w zasadzie przedmieść Cytadeli Averlandu, z której pochodził Tybo.
Serce Tybo waliło z podniecenia. Powtarzał w głowie scenariusz rozmowy, który opracował przez te dni wędrówki. Wszystko mu się jednak teraz plątało i wydawało kompletnie nieprzydatne. Szybko doganiali wozy wolno wspinające się pod górę. Ich koła dudniły o kamienie a dźwięk roznosił się głośnym echem po całej kotlinie. Byli jakieś trzydzieści kroków za ostatnim wozem, na którym stały powiązane beczki. Przed beczkami, bliżej woźnicy siedzieli zawinięci w koce trzej mężczyźni. Właśnie suszyli stopy po przeprawie. Jeden z nich wstał i opierając się o beczkę spojrzał w ich stronę. Mruknął coś i wszyscy powstali żeby zerknąć na wędrowców. Tybo i Litos pozdrawiali ich dłonią. Tybo uśmiechał się. Nagle z pierwszego wozu wychyliła się czarna główka młodego chłopca. Patrzył na nich. Jego wzrok od razu skupił się na Litosie. Wpatrywał się w niego tak długo, że nawet Tybo postanowił na niego zerknąć. Litos mierzył wzrokiem chłopca. Wyglądał bardzo poważnie. Jego ręka sięgnęła do rzemienia i wyciągnął medalion. Srebrny, dość gruby owal misternie poprzecinany czarnymi bruzdami, tworzącymi jakby mapę. Nic więcej, żadnych szlachetnych kamieni, żadnego złota, metal nie wyglądał nawet na srebro. Medalion kołysał się teraz w rytm kroków Litosa. Tybo zerknął na chłopca, przy okazji zauważając skupione spojrzenia ludzi na wozie. Ludzie zerkali na Litosa który pokazywał naszyjnik oraz na chłopca, który patrzył. Nagle chłopiec odwrócił się i usiadł znikając im z widoku, ale Tybo był przekonany, że mały dokładnie przyjrzał się temu co pokazał mu Litos. Zwolnili i szli za wozami w ich tempie. W pewnym momencie nad burtę powozu wysunęła się mała rączka trzymająca medalion. Była tylko chwilę, ale to wystarczyło, by wiedzieli. Tybo postanowił poczekać na dogodną sytuację, żeby nawiązać kontakt z podróżnikami.
Po jakiejś półgodzinnej wędrówce, trzech mężczyzn zeskoczyło z wozu kierując się dokładnie w ich stronę. Przewodził im silny, może czterdziestoletni mężczyzna w skórzanych spodniach i kurcie. Był barczysty, zarośnięty i śniady. Jego rysy doskonale łapały cienie. W dłoni jakby od niechcenia trzymał toporek na długim trzonku. Chyba cały metalowy. Dwóch, którzy stali za nim było jeszcze chłopakami. Rosłymi co prawda, ale chyba jeszcze nie używali brzytwy, mieli króciutkie ciemne włosy, lekko odstające duże uszy i duże dłonie. Przy pasie dyndały średniej wielkości toporki.
- Dobra... Co jest? – zaczął lider, ruszając głową zawadiacko w górę. Tybo poczuł, że wszystkie plany poszły w łeb.
- Wracamy w rodzinne strony. Ja jestem Tybo a to Litos. Z Rudawki jestem a wy, bo dawno nie byłem i twarzy nie poznaję? – uśmiechnął się. Również się uśmiechnęli. Uff!!
- My zara koło. Je jestem Ihaas a to Łapa i Komin Do Cytadeli jedziem, towary dla Barona i do swoich po okolicy. – przedstawiając machał głową na boki. Zablokował im drogę. Wozy jechały turkocząc dalej. Litos miał spuszczoną głowę i wydawał się nie patrzeć na górali.
- No dobra... A co ten tu, za czary robił, z wahadełkiem? – zamruczał groźnie Ihaas, wskazując głową Litosa. Podrzucał głowę jak koń, którego uwiera wędzidło. Tybo uśmiechnął się. Intuicja podpowiadała mu, że lepiej będzie grać w otwarte karty.
- Pokazywał medalion chłopcowi, który jedzie z wami. – powiedział spokojnie Tybo, uważnie patrząc na ich twarze. Chwilę trwała cisza.
- A po co? – skrzekliwym głosem rzucił Łapa.
- Są... rodziną – powiedział Tybo, patrząc ukradkiem jak zareaguje Litos. Górale wydawali się bardzo zmieszani.
- Rodziną Astesa? – powiedział dudniąco ten drugi. Dziwne jak bardzo odmienne głosy mieli Ci chłopcy.
Tybo skinął głową. Przyzwyczaił się już, że teraz należało powiedzieć coś co rozładuje skrępowanie wywołane milczeniem Litosa, zanim padnie pytanie w stylu „A co on niemowa?”
- Litosa, mojego kompana głowa dziś boli, jakby ją od środka krasnoludy z rudy obłupywały. Wybaczcie, że taki mruk z niego. Zresztą zwykle mruk jest, jak Troll górski, ale dobry człowiek i niezrównany wojownik. Zawsze dla dobrych celów miecze wyciąga i nie raz to robił, więc jak jesteście w potrzebie to chętnie pomorze.
Litos kiwał wtedy raz głową, tak samo jak i teraz. Tybo dokończył jak zawsze dowcipnie.
- Ale znam lek Panowie... Głowa zaraz przestanie boleć, jak tylko do karczmy po lekarstwo zawiniemy. Zaśmiał się szczerze z własnego dowcipu, który mówił już setki razy.
Tym razem również odniósł efekt. Górale gromko zaśmiali się. Komin nawet ruszył ręką pokazując im żeby szli. Marząc już pewnie o karczemnych rarytasach. Jednak Ihass nie drgnął, skończył się śmiać i zapytał, poważnie wracając do tematu.
- A co to za rodzina?
- Ta sama – bąknął Tybo
- Co to znaczy, ta-sa-ma. – powtórzył przeciągają litery. Na końcu znów wierzgnął głową i przymknął oczy, popędzając odpowiedź.
- Ta sama co... – mówił Tybo szukając odpowiedzi. Usłyszał beznamiętny głos Litosa.
- Porzuciła mnie – wszedł płynnie w zdanie nie podnosząc głowy.
Wszyscy zamilkli. W oddali słuchać było turkoczące wozy. Ihaas szarpnął głową jak koń, otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko wypuścił ze świstem powietrze. Napięcie narastało. Wszyscy patrzyli teraz na niego, wreszcie coś wydusił z siebie.
- I co tera? – zabrzmiało niezbyt bystro
- Na razie nic - powiedział Tybo i doprecyzował.
- Pójdziemy za Wami, pogadamy, poznamy się i zobaczymy co będzie dalej. Nie szukamy problemów a jedynie... – Tybo urwał. No właśnie czego oni szukają? Nie dokończył już tego zdania, bo nie wiedział jak.
Ihaasowi wystarczyła ta niepełna odpowiedź. Mruknął tylko i odwrócił się do swoich kompanów, jakby szukając wsparcia. Bez skutku, wydawali się zmieszani. Wzruszył ramionami i zarzucił głową w bok pokazując Tybo i Litosowi by szli za nim.
- Chodźcie – burknął beznamiętnie, choć nie było to już potrzebne, bo wszyscy chwilę temu ruszyli.

Kadman opiekun a może ojciec Astesa, poprosił ich wreszcie na spotkanie. Tybo i Litos wiedzieli, że podczas tej rozmowy ustalą przyszłość chłopca. Gospodarz wydawał się bardzo spokojny i pewny siebie. Kazał im usiąść i poszedł podgrzać dla wszystkich wino. Siedzieli spokojnie, milczeli i czekali. Czas dłużył się niemiłosiernie. Znali się już z Kadmanem od kilku tygodni, podczas których mieszkali u niego i spotykali się codziennie. Do tej pory jednak nie rozmawiali o przyszłości chłopaka obserwując się wzajemnie.
Siedzieli u niego w domu w głównym pokoju. Na głównej ścianie wisiały trzy piękne krasnoludzie topory. Była to prosta izba, obok której znajdowało się kilka małych pokoi i kuchnia. Kamienne ściany, wewnątrz dużo skór i żelaznych, ozdobnych konstrukcji, które wspierały ukośny dach będący jakby przedłużeniem skały. Ciekawe i solidne rozwiązanie przed ewentualną lawiną. Dom był piękny z zewnątrz, rudy ukośny dach, wkomponowany w pejzaż i prawie przyrośnięty do skały. Tybo jakiś czas temu zauważył otwór kilka metrów powyżej domu sugerujący, że ciąg dalszy domostwa może być wykuty w skale. Jednak gospodarz nigdy o tym nie wspominał i nie zauważyli którędy można by było wejść w skałę. Kadman gościł ich u siebie za drobną opłatą. Od początku wiedział, od swoich ludzi, że przyszli po Astesa i wyglądało na to, że w ogóle się tym nie przejmował. Nie chciał również rozmawiać na ten temat. Już na wstępie powiedział, że porozmawiają o Astesie, jak coś sobie przemyśli. Zaprosił ich do siebie w gościnę. Tybo i Litos nie chcieli go popędzać, przyjmując zaproszenie jako dobry znak. Dziś zaprosił ich do głównej izby i sam zagaił rozmowę.
- A więc chcecie wychowywać Astesa i uważacie, że nie jest moim synem? – zaczął spokojnie, gdy przed wszystkimi stały kubki z gorącym winem. Astes bawił się gdzieś poza domem.
- Kadmanie, opowiedz nam historię chłopca. Prawdziwą. – zignorował pytanie Tybo.
Ryży, gruby mężczyzna zupełnie nie przypominał chłopca, o którym mówił z dumą - mój syn Astes. Wydawało się, że wątpliwości na temat ojcostwa Kadmana mieli tu wszyscy, nikt jednak o tym nie mówił, bo i po co. Byli podobni jak byk i źrebak.Już od pierwszych dni wyglądało na to, że Kadman obserwuje obcych, ale wyglądało na to, że wie doskonale, że nie zdoła ukryć prawdy. Astes nie był do niego w ogóle podobny. Za to Litos wyglądał jakby był z jego rodziny, podobieństwo rysów twarzy, podobne ruchy i spojrzenia. Podobieństwo nie było uderzające, ale wyraźne.
- Nikomu o tym nie mówiłem, ale dobrze. Ale prawda, za prawdę. Zgoda? – powiedział przykuwając wzrokiem Litosa.
- Dobrze - odpowiedział za niego Tybo. Był bardzo ciekaw skąd wziął się chłopak.
Zanim jednak zaczął, kazał im dochować tajemnicy włącznie z Astesem, przynajmniej do póki im nie pozwoli. Przystali na to natychmiast.
Historia Astesa była bardzo podobna do historii Litosa. Rzeka i dziecko płynące z nurtem. Wyglądało na martwe i gdyby nie Kadman, który wskoczył do rzeki na pewno by nie przeżyło. Ledwie wydostał się z rwącej rzeki. Potem długo wspinał w górę, po skale by wrócić na równinę. W pasie dziecko miało przewiązany naszyjnik, taki sam jak naszyjnik Litosa. Astes był znaleziony bardzo wysoko, w górskim odcinku Matki. Tybo i Litos nigdy tam nie byli, Kadman akurat tamtędy wracał ze zwiadu. Był wtedy sam. Chłopaka zaniósł do domu, do chorującej żony. Zaopiekowała się dzieciakiem i zabroniła szukać jego prawdziwych rodziców. Nie wychodziła od lat z domu od czasu wypadku przy pracy. Spadający kamień potwornie okaleczył jej twarz. Kadman opisał ją jako piękną i zadufaną w sobie. W czasie wypadku straciła oko i nos. Wyglądała jak potwór a wraz z urodą straciła całą, życiową energię. Mały Astes okazał się dla niej zbawieniem, dał jej w życiu cel. Wcześniej nie wchodziła z domu i nie spotykała się z ludźmi. Teraz przynajmniej próbowała. Wiosną tego roku umarła nie doczekawszy się własnego syna. Chłopiec dorastał przy niej, jednak Kadman często wyciągał go z domu na długie podroże, bał się że chłopak, przesiąknie goryczą przybranej matki. Ze względu na zupełny brak podobieństwa miedzy nim a Astesem ludzie na początku żartowali, że żona przyprawiła mu ogromne rogi. Po jakimś czasie przestali komentować, Kadman nigdy nie reagował na zaczepki.
Gospodarz mówił bardzo szybko i treściwie. Skończył opowiadać, zanim zdążyli skosztować grzanego wina.
Teraz milczał patrząc na nich. Zauważył, że zaskoczył swoich słuchaczy szybkością, z jaką wszystko opowiedział. Uśmiechnął się do siebie. Zaczął znowu mówić, tym razem wolno, popijając wino od czasu do czasu. Opowiedział im inną historię. Wynikało z niej, że kilkanaście lat temu natknął się na legendę o rzece. Historia mówiła o tym, że rzeka od czasu do czasu rodziła bohaterów, którzy mieli zostać władcami całego Imperium. Stąd podobno wzięła się lokalna nazwa rzeki, Matka. Legenda wydawała mu się niewiarygodna, szczególnie, że usłyszał ją od szalonej baby Zabuby. Opowiadała ona o wspaniałym bohaterze, którego urodziła rzeka i którego uratowała z topieli jej babka. Człowiek ten rzekomo, założył własny klasztor bohaterów i przez ponad sto lat przyjeżdżał do Averlandu pytając o dzieci zrodzonych z rzeki. Kadman nie pamiętał, czy Zabuba mówiła, że kogoś kiedykolwiek znalazł. Wszyscy czuli, że coś w tym jednak było. Gdy skończył historię o Zabubie, zaczął opowiadać kolejną historię. Widać było, że zbierał fakty.
Kolejna historia była raptem z przed trzech lat.
Kadman przez kilkanaście dni gościł w Khararku. Był to jedyny oficjalny punkt handlowy krasnoludów w całym Averlandzie. Przy okazji rozmowy o Averlandzie poznał krasnoludzką legendę o górze Jadali. Okazało się, że Krasnoludy mają swoje podanie o dzieciach z tej okolicy. Legenda nie dotyczyła samej rzeki, ale góry Jadali, wokół której płynęła rzeka. Zgodnie z ich podaniem dzieci rodziła sama góra. Szare Orki, żyjące na tym terenie, znajdowały czasem ludzkie dzieci w najgłębszych rozpadlinach i jaskiniach. Podobno zjadali je żywcem. Krasnoludy mówiły, że Ork, który zjadł dziecko zrodzone przez górę, stawał się wyjątkowo odporny i silny. Zwykle stawał się liderem na wiele lat. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że Jadala to, teren Szarych Orków, skąd jednak wiedziały o tym krasnoludy, prawie kilka dni drogi stąd? Kadman zakończył historię tym, że żona zabroniła mu przeprawić się przez rzekę. Słowa dotrzymał.
Historia poruszyła ich i wprawiła w zadumę. Siedzieli i milczeli zatopieni w myślach. Do pokoju wszedł Astes. Spojrzał na wszystkich po kolei. Nastrój też mu się udzielił. Podszedł do Kadmana i wszedł mu na kolana. Rudzielec objął chłopca i pogłaskał po czarnych włosach. Tybo spojrzał na malca jakby widział śniadanie Orka, za chwilę spojrzał na Litosa z tą samą myślą. Poczekali aż chłopiec zaśnie i wrócili do rozmowy późnym wieczorem. Gdy usiedli rozmowę zagaił Tybo, opowiadając barwnie o tym, jak znaleziono Litosa. Przemilczał jednak jak się poznali.
- No to… Jak, rozumiem… Że… Będziecie chcieli odejść z chłopcem? – znów zapytał o to samo. Milczeli.
- Chcę go uczyć... Przekazać mu wszystko co wiem. Zanim... będzie za późno. – powiedział powoli Litos.
- Kiedy go zabierzecie? – głos Kadmana był pusty. Tym razem odpowiedział Tybo.
- Jest za młody by go zabierać. Uznaliśmy, że podrośnie u Ciebie a my jeżeli pozwolisz zostaniemy z nim.
Kadmanowi ulżyło, widać było jego napięcie dopiero jak wypuścił powietrze. Było go tyle, że w izbie zrobiło się cieplej. Był silnie związany z chłopcem, którego traktował jak upragnionego syna. Dla niego było to również, najlepsze wyjście. Czuł, że nie pasował do legendy, ale nie chciał stanąć jej na drodze. Od tamtego czasu Litos i Tybo spędzali z chłopakiem coraz więcej czasu, często przy udziale Kadmana. Kadman nie miał teraz kobiety. Utrzymać domostwo pomagała mu stara zrzędliwa baba, która traktowała z wyższością wszystkich dookoła. Mimo to wszyscy zachowywali się wobec niej z ogromnym szacunkiem. Tybo szybko zauważył, że poza wrodzoną złośliwością, baba była również potwornie leniwa. Tak naprawdę Kadman zajmował się wszystkim sam. Dwójka młodych ludzi, gotowych zapracować na zaufanie, bardzo przydawała się w jego gospodarstwie. Szczególnie, że zima była ostra a on często podróżował. Pracował zimą w magazynach Cytadeli i po kilka dni nie wracał na noc. Spędzili zimę odpoczywając i bawiąc się z Astesem, który traktował ich jak najlepszych kompanów do psot.

Wiosna była już późna i śniegu nie było widać na żadnym z pobliskich szczytów. Podczas zimy ustalili z Kadmanem, że nie będą zabierali chłopca na wiosnę. Tu w domostwie Kadmana było bezpiecznie. A chłopiec był jeszcze za mały na wędrówki. Problemem były jednak pieniądze, które choć powoli, to jednak systematycznie się kończyły. Litos natomiast, z wrodzonym sobie brakiem zrozumienia dla tak przyziemnych problemów pewnego dnia, oświadczył.
- Czas Astesowi kupić miecz.
Tybo zaczął się śmiać z zachcianki Litosa. Opanował się jednak i zapytał.
- Myślisz, że jest gotów już machać mieczem? – widząc minę Litosa, prawie sikał ze śmiechu. Litos zawahał, się i nie odpowiedział. Milczał przez kilka minut i wyglądało to tak jakby intensywnie myślał. Wreszcie odezwał się poważnie.
- Miecz trzeba kupić teraz, bo potem nie będzie za co.
W rozumieniu Litosa miecz kosztował tyle, co obiad w dobrej karczmie. Tybo był przerażony beztroską swego kompana.
- Trzeba nam iść zarobić – powiedział poważnie do Litosa
- Nie stać nas nawet na osełkę – dokończył.
Na to Litos zebrał swoje rzeczy, poprawił miecze i buty i wyszedł przed dom.
- Chodźmy - powiedział radośnie.
Tybo wytarł dłonie o policzki. Przeklął Litosa pod nosem. Potem głośniej Kethera, który najwyraźniej poskąpił temu człowiekowi rozumu. Zebrał, rzeczy i powiedział Kadmanowi, że idą zarobić i czy tak całkiem przez przypadek nie wie gdzie tu można zarobić i to dobrze za machanie mieczem w słusznej sprawie.
Kadman nie potrafił sobie przypomnieć.

Data:

 hmmm... jakiś czas temu w 2007

Podpis:

 geo

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=42986

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl