|
|||||||||
|
Hotel |
|||||||||
|
|||||||||
| Jan K. otworzył oczy i rozejrzał się dookoła; natychmiast skonstatował, iż znajduje się w obskurnym, śmierdzącym pomieszczeniu. Ściany, kiedyś ubrane w tapety, teraz roznegliżowane jaśniały w promieniach porannego słońca. Podłoga- drewniane deski przeżarte przez korniki i zawalona różnymi śmieciami, Jan poczuł także zapach ludzkiego kału; niewiadomo skąd, ale człowiek zawsze potrafi rozpoznać czy kał jest ludzki czy też zwierzęcy; tak czy inaczej Jan, choć lekko zdezorientowany szybko zlokalizował odchód: leżał w kącie pokoju przykryty starym numerem "Polityki". Na twarzy pojawił się odruchowy niesmak wykręcający wargi Jana K. w sposób, w jaki on sam świadomie nigdy by tego nie zrobił. Zakrztusił się, także odruchowo. Okna zabite były deskami, zresztą chyba tymi z podłogi. Przez duże szpary wpadały tylko wyżej wymienione promienie słońca. "Jednak gdzie do cholery są drzwi?"- zastanawiał się Jan K. Jego wzrok powędrował na oparty o ścianę materac, który w przeszłości wyżywił zapewne całe zastępy moli. Stał w pionie, więc logiczne było, co było za nim. Mężczyzna chwycił materac prawą ręką i odrzucił na bok. Drzwi, a raczej pospolita dziura w ścianie, prowadziły na korytarz. Tam podłoga w takim samym stanie jak pokój, ale mniej stabilna, zapraszała Jana K. na rekonesans po domu. Jan K. nie przepuszcza takich propozycji, kroki stawiał ostrożnie, jeden za drugim. Podłoże zgrzytało pod skórzanymi butami, markowy garnitur lekko opinał w barkach. Korytarz miał na oko piętnaście metrów długości i zakręcał w lewo(patrząc z pozycji bohatera). Pokoje rozmieszczone równomiernie, jak w hotelu. "Może to był kiedyś hotel"- pomyślał Jan K. Każdy pokój wyglądał tak samo; pełno śmieci, okna zabite deskami "pożyczonymi" od podłogi. Co dziwne, w każdy pokoju znajdował się kał. Zawsze przykryty numerem "Polityki"… Jan K. naliczył w sumie dwanaście pomieszczeń. Znalazł też schody, chwiejne, zdradliwe, ale jedyne. Wniosek Jana K. opierał się na stwierdzeniu, że znajduje się na pierwszym piętrze. Parter, a raczej schody tam prowadzące to pierwsza i prawie ostatnia droga ucieczki. Schody, drewniane i poskręcane dawno zardzewiałymi śrubami trzeszczały nawet przy najlżejszym kroku, ani w korytarzu, ani tym bardziej na schodach nie było żadnego światła, żadnego "światełka w tunelu". Jan K. musiał zdać się na własny instynkt tudzież wyczucie. Dwa razy się potknął, raz usłyszał i poczuł, że stopień(albo jego fragment)ułamuje się i spada na dół. Ostatecznie znalazł się na dole, lecz i tam nie było żadnych źródeł światła; co zresztą zauważył już na schodach; wyciągnął, więc rękę i dotknął ściany. Poczuł ceglany mur. Ryzykując i planując dokładnie każdy krok, niczym ślepiec podążał muskając ręką ścianę w poszukiwaniu okien, drzwi lub choćby jakiejś dziury w murze. Niestety wyczuł tylko pewne zagłębienia w murze, pewne wnęki. Tam dotyk był inny; jakby ściany były w tych punktach dobudowane niedawno. Parter składał się z wielkiego holu oraz małego pokoiku( zdaniem Jana K. była to recepcja). Nie było wyjścia, ani zejścia do piwnic, choć takie hotele były zazwyczaj podpiwniczone. "Ale co oznacza zwrot takie hotele?" -pytał sam siebie Jan K. -Przecież nawet nie wiem czy to jest hotel! -powiedział na głos. Po chwiejnych schodach, znów na wyczucie wdrapał się na górę, do smrodu pozostawionych tam gówien, ale też do światła które zawsze pomagało Janowi w myśleniu. Gdy już poczuł na twarzy łagodne ciepło słońca, jego umysł powrócił do stanu pozwalającego na logikę i trzeźwość. Niestety, nawet teraz Jan K. nie był w stanie niczego zrozumieć. Niczego poza otępiającą myślą że ktoś nie wiadomo kto zamurował Jana K. w jakimś starym budynku. Tym kim był ów psychopata i jaki był jego cel, Jan K. odłożył na razie na dalszy plan. Teraz słusznie zresztą myślał o ucieczce z tego ponurego miejsca. Wyjrzał przez szparę pomiędzy deskami. Oślepiło go słońce. Zmrużył oczy i spróbował dojrzeć co jest na dole. Ale słońce nabierało na sile zmierzając do swego zenitu w południe. Jan K. wsadził więc palce w szparę, chwycił deskę na tyle mocno na ile był w stanie i pociągnął. Deska lekko się odchyliła ale nie odpadła. Gwoździe choć przerdzewiałe to jednak nadal dzielnie pełniły swoją rolę. Jan K. nie poddawał się jednak. Pociągnął jeszcze dwa razy i deska puściła. Niecierpliwie odrzucił ją na bok i przycisnął twarz do powiększonego otworu i zlustrował sytuację. Wyglądało na to, że jest jeszcze wyżej niż pierwsze piętro, lecz wciąż nie wiedział, co jest bezpośrednio na dole. Dalej jednak zobaczył gęsty las. Poprzez oślepiające światło dojrzał liście i gałęzie powiewające na wietrze. -Więcej desek… Zaczął odrywać kolejne partie podłogi; przy czwartej desce w kciuk wbiła mu się duża drzazga. Skrzywił się lekko i szybko, bezmyślnie wyjął drewienko z palca. Po paru kolejnych minutach w najbliższej okolicy okna powstał stos desek. Jan K. stanął we framudze i spojrzał w dół. Zobaczył powierzchnię, która kiedyś zapewne nazywała się trawnikiem. Teraz była to wyjałowiona ziemia, pocięta dodatkowo jakimiś patykami. Z tej wysokości mężczyzna nie był w stanie rozróżnić, co to jest. Skierował spojrzenie w bok. Tajemnicze słupy rozciągały się na całej szerokości budynku. Nagle do Jana dotarło, że jest na wysokości drugiego piętra. Najwyraźniej "recepcja" była na pierwszym piętrze. Nieważne. "Muszę dostać się na dół" -pomyślał gorączkowo. -Jestem jak Robinson Cruzoe. Tyle, że on uwięziony był na normalnej wyspie. Moja wyspa jest betonowa. Nagle poczuł czyjś dotyk na plecach. Szybko odwrócił głowę, lecz nie zdążył ujrzeć, co, lub, kto go dotknęło. Ułamek sekundy później zobaczył tylko jakąś postać, właściwie jej zarys. Stała teraz tam, gdzie on przed chwilą. Natomiast Jan K. spadał. Spadał w dół. Prosto w te tajemnicze patyki. Poczuł rozdzierający ból w okolicach wątroby. Potem w płucach, ale wtedy uderzał o ziemię. To jeszcze poczuł. Otworzył oczy i ujrzał skromny, czarny krzyż stojący zaraz obok niego. Lewy bok palił oślepiającym bólem. A może to słońce nadal robiło swoje? Doznał oświecenia: prawe ramię krzyża wbiło mu się w bok. Teraz, gdy już wiedział, co się stało, ból wydawał się coraz mocniejszy. Od tej chwili do jego głowy zaczęło napływać strasznie dużo myśli. Jedną z nich było przeświadczenie, że zaraz wyzionie ducha. Drugim, że jest na cmentarzu. Zauważył też, że przed oczami nie skakały mu żadne skróty z życia. Sam sobie nakazał przywołanie ich do siebie. Szczęśliwe dzieciństwo w domu rodzinnym, poznanie Kamili, na studiach ekonomicznych, pierwsze sukcesy w pracy, założenie własnej firmy, pierwsze oznaki znudzenia życiem i żoną w szczególności, poznanie Angeli, atrakcyjnej sekretarki z własnego biura,(co za banał), płomienny romans i poszukiwawczą grę wobec Kamili. W ten sposób przed jego oczami wyświetlił się krótki filmie pod tytułem: "Jan K. 53 lata trywialności". Umieram. Nic więcej już nie zostało. Gdzie żal? Gdzie smutek? Jego ciało podlegało powolnemu, ostatniemu paraliżowi, jednak zmusił się do spojrzenia na śmiercionośny krzyż; na małą tabliczkę z blachy. Przedstawiała niewielki, biały napis: "Kazimierz M. dziękujący za dar losu, jakim jest dla niego śmierć". -O boże… Teraz zrozumiał ostatnią, najważniejszą jednak rzecz w swoim życiu: umrze, zabity przez własne grzechy i spocznie wśród jemu podobnym. Trudno. |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||