DRUKUJ

 

kazio 217

Publikacja:

 08-08-10

Autor:

 woofer
Cały dzień tyraliśmy jak woły. Podpisaliśmy spore kontrakty i nerwy, ciagle napięte, nie chciały odpuścic. W drodze powrotnej padła propozycja wieczornego piwa, ale odmówiłem, byłem naprawdę zmęczony. Chciałem jak najszybciej wrócic do hotelu.
W drodze powrotnej kupiłem zestaw relaksacyjny: trzy piwa i gazety. Wiecie jak to jest z czytaniem nawet jednej gazety w domu. Czasu wystarcza zwykle na pół artykułu, potem kobita zaczyna brzęczec coś o półeczce w kuchni, dziecko ma szereg problemów a pies rozwolnienie. A na drugi dzień gazeta jest już nieaktualna. Bo gazeta jest jak bułka: musi być świeża.
Skończywszy celebrowac obiad w restauracji wgramoliłem się ociężały po schodach do pokoju. Włożyłem dres i kapcie. Zawsze je wożę, są kawałkiem domu. Na nocnej szafce zgromadziłem wszelkie potrzebne akcesoria: telefon, papierosy i popielniczkę, pilot do TV – czytanie może się znudzic no i oczywiście „zestaw”. Do tego otwieracz. Szklanka? Nie, pijemy z butelki.
Nie położyłem się od razu. Napawałem się myślą, że warto czasem wyjechac służbowo. Potem głowiłem się co mi jest jeszcze niezbędne, w końcu mam zamiar nie wstawac do kolacji. Przyniosłem chusteczki higieniczne – a jak kichnę? Zacząłem hotelowe łóżko traktowac jak bezludną wyspę… Z nudów człowiekowi odbija. Dobrze, że kumpel żaden tego nie widzi. Pomyślałby, że po facecie. Tyle możliwości, a on czyta w wyrku.
W końcu zaległem z głuchym westchnieniem. Poduszka za nisko. Poprawiłem. Pod stopy kocyk. Ok. Cholera, jeszcze siku. Zaległem ponownie. Otworzyłem piwo. Pierwszy łyk, drugi. Raj. Wziąłem pierwszą gazetę, przejrzałem, jak zwykle, od końca. Ludzie dzielą się na czytających gazety od początku po kolei i przeglądających, zwykle od końca. Ludzi czynu i tych refleksyjnych. Nie wiem co lepsze. Szelest przewracanych stron.
Ciszę przerwało skrzypienie. Łóżka. Miarowe, jednostajne. Po chwili dołączyły westchnienia. Usiadłem i zacząłem nasłuchiwac. Skrzypienie coraz głośniejsze i szybsze. Westchnienia, potem jęki. Odgłosy Amora. Komuś się zebrało po obiedzie na miłośc. No, to jest w końcu hotel. Ale, żeby tak zaraz po posiłku? Może nie jedli… Wysokie jodłowanie zakończyło sprawę.
Rozłożyłem gazetę. W połowie felietonu o zmierzchu intelektualistów skrzypienie powróciło. Najpierw nieśmiało, niemrawo, potem już normalny tartak. Kurwa jego mac, to ja tu chcę po robocie odpocząc, a tam się pierdolą jak króliki. Swoją drogą ciekawe: małżeństwo? Jeśli tak to młode albo wyposzczone. A może on siedział w pudle? E, to jest hotel, pewnie podróż służbowa z personelem. A może facet dziwkę sobie wziął? Nie o tej porze, faceci szukają panienek wieczorem po paru drinkach. Natężenie i częstotliwośc skrzypienia ustabilizowały się. Jak praca wyrzynarki do drewna. Nagle wszystko przycichło i usłyszałem:
- Jeszcze, Kaziu, jeszcze…
Skoczyłem po nasłuch tzn. szklankę. Nie raz już w hotelach korzystałem z tego narzędzia. Zbadałem wszystkie cztery ściany. I nic. Gdzie to, kurwa, jest? Podłoga! Znowu nic. Do sufitu nie dosięgnę.
Dźwięczny trel i cisza. No teraz dupa, nie zlokalizuję. Usiadłem zrezygnowany. Zapaliłem. Takie przeżycia.
Zaległem.
Nieśmiałe skrzypienie. Ja ci dam, skurwysynu. Chociaż, może jej dam, bo szkoda gościa, tak trzy razy pod rząd. Wątpię, że z jego inicjatywy. Znów tartak.
- Kaziu, Kaziu, ooo, ooo…
Jest! Olśnienie! Nad moim łóżkiem jest kratka wentylacyjna. Dopadłem ją. Ze szklanką i bez - słychac jak w kinie domowym. Czyli ten sam pion. Czyli nade mną. Szybciutko założyłem buty. Po co ja to, kurwa, robię? Po schodach na wyższe piętro. Ja mieszkam w 116, to to musi być 215,16 lub 17. Skradałem się z uchem przy drzwiach, uważając, żeby nikt mnie nie zobaczył. Co by sobie pomyślał? Świr. Jest! Bingo! 217.
Zszedłem do siebie. Przez kratkę, jak przez głośnik wydobywały się odgłosy niemieckiego pornola. Rozwalą to łóżko. Popatrzyłem na swoje gazety. Ciśnienie podniosło mi się znacznie. Fala agresji idzie gdzieś z brzucha, dochodzi do sklepienia czaszki i spływa do rąk. I zaciskają się pięści. Niewiele myśląc wskoczyłem na łóżko i ryknąłem do kratki.
- KAZIU, KURWA, KOŃCZ !!!
Zaległa cisza.
Rano pobudka, mycie i na śniadanie. Podałem przy wejściu do restauracji numer pokoju i olśniło mnie. Usiadłem jak najbliżej pani z obsługi i czekałem. Powoli wchodzili hotelowi goście w tych dziwnych porannych fryzurach – przyczesanych na mokro lub jeszcze rozwichrzonych, czasem z niesfornym „kogutem” stojącym na czubku głowy. Z zaczerwienionymi z różnych przyczyn oczami. W dresach, dżinsach i garniturach.
- Numerek pokoju?
- 107, 312, 308…
Chyba idą. Ona malutka, pulchna, nieatrakcyjna. On szczupły, wysoki, przystojny. Jak ona go dorwała? Te brzydsze podobno bardziej się starają. Mam ładną żonę…
- Dzień dobry, jaki numer pokoju?
- 217.
Mam was! Powoli wstałem zza stolika i gdy przechodzili koło mnie ukłoniłem się grzecznie.
- Dzień dobry, panie Kaziu..

Data:

 08.2008

Podpis:

 woofer

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=47027

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl