DRUKUJ

 

Śmiejąca się śmierć.

Publikacja:

 08-11-25

Autor:

 Zuzia1996
Tak... te Malediwy, to dopiero coś! Turkusowa woda, zielone wyspy... a ta "moja" już była bardzo blisko! Miałam tam spędzić najbliższe dwa tygodnie, leniąc się i sącząc wodę z cytryną. Jeszcze tylko kilka wysp i raj na Ziemi będzie cały mój. Nie oddam go. Nikomu.
Chciałam dotknąć chmur. Przez okno samolotu widać je było bardzo wyraźnie. Zapierały dech w piersiach. Były piękne. Jak wata cukrowa. "Ciekawe, czy są słodkie" - zdążyłam pomyśleć. Nagle na pokładzie rozbłysło czerwone światło. Z niewielkich głośników popłynął w stronę pasażerów dygocący (jeśli można to tak nazwać) głos pilota.
- Drodzy państwo! Informuję państwa, iż potrzebne będzie przymusowe lądowanie na wodzie. Jeden z silników się spalił. Samolot spada. Prosimy o... o zachowanie spokoju i nie wszczynanie paniki. Maski tlenowe są nad każdym z siedzeń. Niech państwo je założą. Jeśli będę dobrze manewrować, wylądujemy i pomoc nadejdzie szybko. Już ją wezwaliśmy.
Ludzie spojrzeli po sobie przerażeni. A ja wiedziałam. Wiedziałam, że to moje ostatnie chwile; czy chcę, czy nie. Wszyscy szeptali "najważniejsze, to nie tracić nadziei". Byli śmieszni. Maszyna nabierała prędkości, pochylając się coraz bardziej pionowo... widziałam morze... jakaś dziewczynka się popłakała... jej mama pocieszała ją, prawie płacząc:
- Nie martw się, już niedługo będziemy na wakacjach.
- Jak tak ma wyglądać droga, to ja już nigdy nigdzie nie pojadę... - odpowiedziała córka.
- Wyjaśnię ci to wszystko... później.
"Nie zdążysz" - przeleciało mi przez głowę. To prawda. Niech rozmawia teraz. Kiedy indziej już nie będzie okazji.
Manewry raczej się nie udawały. Trudno mi było oddychać. Wyjęłam swoją maskę. Spojrzałam na starszą panią siedzącą obok mnie. Musiała być bardzo bogata. Jej żakiet przeszywany był futrem, a piękne perły zdobiły wątłą szyję. Kobieta spała. Zastanawiałam się, czy budzić ją i skazać na śmierć w panice, czy zostawić jej ten błogi stan nieświadomości. Z czystej złośliwości szturchnęłam ją w bok. Drgnęła.
- Proszę pani, proszę nałożyć maskę. Spadamy.
I to był błąd. Staruszka zaczęła piszczeć i płakać. Gadała coś o wnukach, o Bożym Narodzeniu. Nagle dotknęła miejsca, gdzie znajduje się serce, jęknęła i upadła. Leżała w wąskim przejściu między dwoma rzędami siedzeń. Zawał. Pasażerowie spojrzeli na nią i momentalnie wybuchła panika. Rodziny się obejmowały, każdy płakał, żegnali się, mówili sobie, że się kochają, wyjawiali tajemnice. Ktoś chciał wybić okno. Znów zabrzmiał komunikat pilota.
- Ludzie, nie drzyjcie się! Zamknijcie te głupie gęby! Jesteśmy coraz niżej! Za chwilę zginiecie!
Wszyscy ucichli. Tylko jakieś niemowlę pochlipywało na końcu pokładu. Kobieta, mężczyzna, dziecko. Wszyscy musieli przyjąć do wiadomości jedno zdanie: "za chwilę zginiecie", ale nie każdy je rozumiał. Nastąpiła chwila dziwnej melancholii. Nie strachu, nie paniki. Melancholii. To była już kwestia sekund. Roześmiałam się, a wszyscy inni... razem ze mną. Śmialiśmy się do śmierci. Wiedzieliśmy, że i tak trzeba jej stawić czoło.
***
- Witamy w kolejnym Dniu na Żywo. Dziś rano na Oceanie Indyjskim wydarzył się straszliwy wypadek. Samolot spadł do wody. Nie przeżył nikt, mimo, że pomoc nadeszła kilkanaście minut po zdarzeniu. Poświęćmy ofiarom minutę ciszy...

Data:

 27.07.2008

Podpis:

 Zuzia G.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=48969

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl