DRUKUJ

 

Mizerykordia

Publikacja:

 09-01-15

Autor:

 anandi
Wąska smuga srebrnego blasku wpadała przez wysokie okno w nawie głównej rozpryskując się o wypolerowaną, szachową posadzkę. Księżyc tej nocy lśnił niezwykle jasno dodając ponuremu pomieszczeniu jeszcze większej upiorności. Majaczące nieśmiało światło świec wyłaniało z mroku granitowy katafalk a na nim zbite z dębowych desek, przyozdobione majestatycznymi kwiatami ostatnie ziemskie łoże. Sunący po niebie miesiąc wdzierał się do środka, coraz mocniej rzucając swe promienie na coś leżącego na podłodze obok katafalku. Powoli odkrywał z cienia delikatną dłoń leżącą bezładnie wzdłuż smukłej kibici, zgrabne pantofelki wystające spod długiej sukni, wygiętą nienaturalnie łabędzią szyję, pociągłą twarz oblepioną długimi ciemnymi włosami. Druga ręka leżała lekko odchylona jakby chciała dotknąć głowy umoczonej w czarnej, połyskującej karminowo kałuży. Biała, niemal trupioblada twarz przerażająco komponowała się z jasnymi, wytrzeszczonymi oczyma i sinymi, rozdziawionymi w niemym krzyku, jakby chłonącymi ciemność ustami. Leżąca obok dłoń ujmowała wysadzaną szlachetnymi kamieniami mizerykordię, która połyskiwała złowieszczo kawałkiem srebra niezanurzonym jeszcze w posoce. Słodycz śnieżnobiałych lilii oplatających trumnę zmieszana z metalicznym zapachem krwi wypełniła wnętrze katedry dusząco słodką wonią. Czy tak pachnie śmierć? Ponętnie i odrażająco, ostro a kojąco i spokojnie zarazem.
Głuchą ciszę nocy przerwał trzask klęcznika i odbijające się echem od murów kroki. Ciężki oddech pochylającego się nad ciałem, zdmuchnął kosmyk włosów z twarzy ofiary. Rosły mężczyzna zamknął delikatnie jej powieki i gładząc zimny policzek przyglądał się z zainteresowaniem. Przesunął kciukiem po wydętych ustach, dotknął kolczyka z czarnej perły a potem wodząc dłonią wzdłuż szyi trafił na zrobiony z takich samych, czarnych pereł naszyjnik i zdjął go ostrożnie. Wyjął z sakwojaża zwój pergaminu i gęsie pióro, umoczył jego ostry koniec w rozlanej krwi i z wielką precyzją wykaligrafował napis: "Liliane Léger (+1623) et Jacques de Gaulle(+1623) - amour à jamais". Przyglądnął się literom beznamiętnym wzrokiem i dorysował obok jakiś symbol kształtem przypominający orła a pod nim jakby dwie złączone obrączki. Poprawił nieco sztylet w jej dłoni, odgarnął kosmyki włosów po czym wstał, podszedł do katafalku, wsunął pergamin pod pokrywę trumny i powoli kierując się do wyjścia oglądnął się jeszcze raz za siebie.
Kilka godzin później z tragicznego miejsca dobył się rozdzierający dziewczęcy wrzask i szloch, stawiający na nogi pobliskich, śpiących jeszcze mieszkańców. Blade dziewczę wybiegło z kościoła rysującego się na tle świtającego nieba. Już nie krzyczała, jedynie biegnąc w amoku przed siebie mijała zdumionych ludzi. W końcu pędząc tak bez opamiętania potknęła się o wystający kamień i upadła na twarz. Leżała w bezruchu na ziemi z szeroko otwartymi oczami a wokół niej szybko zebrał się mały tłumek. Starszy jegomość schylił się, ale zanim zdołał dotknąć jej ciała spojrzała na niego takim wzrokiem, aż ten ze strachu cofnął się nieco. Przysunął się jednak spowrotem, może nawet bliżej niż przedtem, bo jej usta zaczęły drgać lekko i z szybko wydychanym powietrzem wydobywały się ledwo dosłyszalne słowa: *w katedrze... krew... Liliane...* Mieszkańcy więcej nie potrzebowali i pędem skierowali się do miejsca o którym szeptała. Kilku mężczyzn weszło pierwszych, jednak stanęli jak wryci kiedy zobaczyli masakrę. Skrzepłe już morze krwi w którym skąpana była postać czerniło się obok trumny w pierwszych promykach dnia. Piękna kobieta leżała spokojnie jakby pogrążona w cudownym śnie. Mężczyźni ze zgrozą w oczach zbliżyli się do trupa a zaraz za nimi weszła dziewczyna zakrywająca dłońmi wilgotną twarz, przedzierająca się przez tłum. *samobójstwo... Popełniła samobójstwo. Zgroza... Podcięła sobie gardło* w zimnych murach echo powtarzało za ludźmi urywkowo szeptane zdania pełne strachu i bezradności *biedactwo. Młoda przecież, ale widać śpieszno jej na tamten świat było.... Szkoda. Dziecko to przecież jeszcze, ledwo 22 wiosny miało.* Głosy coraz wyraźniejsze i żałośniejsze dochodziły do jej uszu. Ktoś z niedowierzaniem kręcił głową, ktoś inny płakał albo w otępieniu patrzył i próbował wyobrazić sobie to, co mogło się wydarzyć tej nocy. *za ukochanym tęskno jej było. Pewno z żałości rozum straciła* Czarnowłosa wtuliła się w czyjeś ramię. Łzy same cisnęły się do oczu. Nie chciała tego słuchać, nie chciała też patrzeć, jednak coś kazało jej spojrzeć. Nagle ciemnobrunatna kałuża zagrała tysiącami barw w świetle porannego słońca przebijającego się przez witraż przedstawiający paradoksalnie Mękę Pańską. Jakiż dziwny był to widok. Przerażający i tak piękny w swej niezwykłości, że poczuła się jakby nie na tym świecie. Wydawało się jej, że odrywa się od ziemi i wiruje razem ze światłem. Nikogo obok. Tylko ona i blask. Z zadumy bezlitośnie zbudził ją pewien nieznajomy mężczyzna. Stanął bliżej martwej i cicho się wpatrywał lodowatym wzrokiem, który na moment przeniósł na dziewczynę. Zmroziło ją to spojrzenie, jednak nie przywiązywała do odczucia większej uwagi. Zbyt wielki mętlik w głowie miała w tej chwili. Nie wierzyła w to co ludzie gadali. Dobrze wiedziała, że choć strata ukochanego bolała okrutnie, jej bogobojna przecież starsza siostra nigdy nie przyłożyłaby noża do swego ani niczyjego innego gardła. Myśli kotłowały się w jej małej główce coraz boleśniej szukając jakiegoś sensownego wytłumaczenia, kiedy to jej wzrok padł na szyję siostry a potem na policzek i dłoń w której Liliane trzymała mizerykordię... Coś jej nie pasowało. Gdzie się podziały czarne perły, które to założyła tegoż wieczora? Skąd krwawa smuga na policzku i powiece, i dlaczego sztylet miała w prawej ręce? Przecież od dziecka jej siostra wszystko robiła ręką zdecydowanie lewą... Czy nagle na potrzebę samobójstwa stała się praworęczna? Niedorzeczne. Przeszył ją niemiły zimny dreszcz i zdała sobie sprawę, co się mogło tak naprawdę stać tej feralnej nocy... Targnęło nią też straszne przeczucie, że przecież ON mógł być gdzieś tutaj. Obok niej. Być może nawet wtula się w tym momencie w rękaw jego płóciennej koszuli a on chłodnym spojrzeniem lustruje swoją ofiarę... Wzdrygnęła się nagle, podbiegła do leżącej i gładząc porozrzucane włosy wyciągnęła z jej dłoni broń. Parę sekund później, zostawiając za sobą czerwony odcisk bucika na posadzce wybiegła na zewnątrz.
Nie miała jeszcze nawet 20 lat a już wylała tyle łez ile najstarszy człowiek w miasteczku nie uronił i targała takie brzemię bólu, że najsilniejszy mężczyzna by nie zniósł... Siedziała w swoim pokoiku na pięknym fotelu. Los jej i jej siostrze choć tyle dał szczęścia, że z ogromnej biedoty stała się średnio zamożną szlachcianką. Choć można to nazwać szczęściem w nieszczęściu. Rodzice bowiem z ciężkim sercem musieli oddać swe pociechy pod opiekę dalekiej krewnej, bo sami nie zdołaliby ich wychować po tym jak stracili cały dorobek życia w pożarze. Te i inne wspomnienia malutkiej wtedy Madeleine przelatywały teraz w jej umyśle nie dając chwili wytchnienia. Pogrążona w marazmie przyglądała się sztyletowi zawieszonemu na dwóch ogromnych, pordzewiałych gwoździach przebijających kwiecistą tapetę na ścianie. *mizerykordia....* wyszeptała *misericordias... znaczy miłosierdzie. Cios zadany tym sztyletem ma uwolnić od cierpienia konającego...* Słuchała własnych słów z niedowierzaniem. Minęło już ponad pół roku, ale co noc gnębiły ją we śnie obrazy z tamtej nocy. Często widziała siostrę przychodzącą do niej i stojącą obok łóżka. Popadła w taki smutek, że rzadko gdziekolwiek wychodziła z własnej woli, tego dnia jednak stało się coś co spowodowało, że w jej sercu zamiast rozpaczy pojawiła się niespotykana wręcz zawziętość. Jak codzień siedziała w fotelu i spędzała czas na modlitwie i rozmyślaniu. Patrzyła na sztylet, na którym ciągle pozostały brunatne skrzepy krwi. Nie odrywając od niego wzroku sięgnęła po stojący na ławie kryształowy kielich wypełniony po brzegi czerwonym winem. Zamoczyła wargi w słodkim trunku i nagle wściekłość jakaś wdarła się do serca dziewczyny. Nie wiem skąd wzięła się taka siła w delikatnych rękach kobiecych, ale kryształ roztrzaskał się na tysiące kawałeczków raniąc przy tym cienką skórę dłoni. Karmazynowa posoka zaczęła zdobić kremową suknię Madeleine. W jej oczach iskrzył się płomień nienawiści i desperacji kiedy wstała i nie bacząc na rany, chwyciła w dłoń sztylet ścierając strupy z ostrza, zastępując je tym samym swoją własną krwią. *Ostrzem zabiłeś, od ostrza padniesz...*
Przechadzając się wąskimi uliczkami miasta ponuro rozmyślała co powiedzieć owemu jegomościowi. Wydawało się jej, ze gdy tylko go ujrzy w furii wydrapie mu oczy i rozszarpie na strzępy. Wizja takiej śmierci zabójcy wprawiła ją w niesłychanie dobry nastrój. Wiedziała jednak, że takie rozwiązanie jest niemożliwe i musi wymyślić odpowiedni sposób. Kroczyła już żwawiej przyglądając się okolicznym dusznym zaułkom i zakurzonemu brukowi. Było coś w tym mieście co napawało ją obrzydzeniem, choć wielu marzyło o życiu w tym miejscu. Jej uwagę przykuł mały chłopczyk żebrający na rogu uliczki. Zbliżyła się do dziecka i wrzuciła do kubka parę monet, kiedy kątem oka dostrzegła mężczyznę ubranego w niesłychanie elegancki strój. Dreszcz przeszedł jej po plecach. Podniecenie i strach sprawiły, że jej lica okrył niemal purpurowy rumieniec. To właśnie szedł on. Wysoki, dobrze zbudowany o ostrych rysach twarzy szlachcic. Charles. Zakochany bez pamięci w zamordowanej Liliane, która to odrzuciła jego zaloty dla zmarłego "w niewyjaśnionych okolicznościach" Jacques'a. *któż inny mógł to zrobić?* cedziła słowa w myślach *łotrze.... nikczemniku... zapłacisz za obydwie zbrodnie* Kierowała się za nim w pewnej odległości ażeby nie zostać przezeń zauważoną. Podeszła tak blisko jak się tylko dało do posiadłości młodziana i schowała się za pniem dębu patrząc nienawistnie na powiewający w oddali, kryjący się za drzwiami płaszcz... Wbiła w korę drzewa paznokcie do białości mimo bólu, jakby to na niej chciała wyładować złość. Obmyślała jak uśmiercić młodego, silnego mężczyznę, który jak się zdawało był pozbawiony wszelkich skrupułów. Po dłuższej chwili postanowiła się wycofać, no bo co mogła teraz zrobić?
Nazajutrz przerzucając karteluszki księgi usłyszała szybkie kroki po skrzypiących schodach kamienicy a chwile później stukanie do drzwi. Niechętnie podniosła się z miejsca ale zanim zdążyła dojść, drzwi otworzyły się z impetem i ukazał się w nich niski człowieczek. *witam gołąbeczkę piękną jak zwykle* karykaturalnie szczerzący zęby goniec królewski, wywołał na twarzy Madeleine sarkastyczny uśmiech *czy pani domu zastałem? Przyjaciółkę pana mojego?(/i}* najchętniej zatrzasnęłaby przed nim drzwi z hukiem, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. *Nie ma jej. Wyszła* Oschłe traktowanie gościa dało się wyczuć z łatwością jednak ten nie tracił rezonu i z gracją podał do jej fantazyjnie zdobiony zwój *do rączek własnych miało być, ale panna zaufania godna toteż proszę przekazać dobrodziejce naszej dobre wieści i zaproszenie na ucztę czwartkową* skłonił się nisko i tak szybko jak się pojawił tak szybko zniknął. Oparła się o ścianę i przyglądała się przesyłce. Obracała na wszystkie strony w końcu ze znudzeniem rzuciła na stolik. Popatrzyła jeszcze raz na niego i w jej oczach znowu zaiskrzył ognik. Słysząc kolejne kroki, tym razem jej znane, chwyciła liścik i ukryła go w swoim pokoju. Do mieszkania weszła ciotka. Smukła, czarnowłosa z zielonymi oczyma. Tak podobna do Madeleine, że można je było wziąć za siostry. *działo się coś ciekawego pod moją nieobecność promyczku?* *nic ciociu. wyszłaś tylko na moment... Wychodzę w czwartek do Marlene dobrze? będę u niej nocować.* Piękna, choć trochę starsza kobieta puściła oczko swojej podopiecznej z ciepłym uśmiechem a ta szczerze go odwzajemniła.
To miał być Wielki Dzień. Jej dzień. W prowizorycznym pokoiku w piwnicy wyciągnęła z torby rzeczy które zdołała wynieść z domu. Przyszykowała się, po czym stanęła przed lustrem i oceniła swój wygląd. Długa, oliwkowa, połyskująca suknia z długimi rozszerzanymi rękawami prezentowała sie skromnie ale bardzo korzystnie. Upięte w zmyślny koczek włosy, częściowo figlarnie opadały na ramiona, naszyjnik i kolczyki dodawały jeszcze większej subtelności jej urodzie a złote pantofelki zwracały uwagę obserwatora zachęcając do większego zainteresowania ich posiadaczką. Do torebki włożyła zaproszenie i kilka innych kobiecych bibelotów a do pończoch przyczepiła sztylet... ten sam. Chwilę później z pomocą woźnicy wysiadała z bryczki i kierowała swe kroki w stronę dworu...
Z przedostaniem się do środka nie miała najmniejszego problemu. Wewnątrz tłum ludzi. Arystokracja śmiała się, mocno zakraplając swe opowieści winem, tańczyła cudowne tańce, rozmawiała na poważne tematy państwowe. Naraz Madeleine wyłoniła z tłumu swój obiekt zainteresowania. Obok niego stał jeszcze inny mężczyzna nader dziwny, choć dałaby głowę, że wcześniej już go gdzieś widziała.... Podeszła bliżej rozmawiających mężczyzn i łowiła wzrok Charles'a. Kiedy jej się udało, starą kobiecą sztuczką uśmiechnęła się zalotnie po czym odwróciła wzrok. Był jej. Przetańczyła z nim cały wieczór troszcząc się o to, by nie zabrakło mu przypadkiem wina pod ręką. Przez ten cały czas była obserwowana przez zagadkowego nieznajomego mężczyznę. Czuła to za każdym razem gdy Charles ją dotykał lub gdy ich ciała mocno się stykały. Gdzieś po północy, całkowicie upojonego wyprowadziła za dom nad wielki rybny staw. Szedł za nią jak pies wiedziony na smyczy- posłuszny i skamlący o odrobiną czułości. Ona usiadła spokojnie wpatrując się w zapity, chciwy wzrok, który z potulnego szczeniaka przeradzał się stopniowo w dzikiego zwierza. Zaczął dobierać się do jej ud lecz gdy wyczuł coś dziwnego przyczepionego do pończoszki zmieszał się trochę. Dziewczyna szybko jednym ruchem, powaliła niemogącego utrzymać równowagi mężczyznę i niezauważalnie wbiła sztylet między żebra. Z dziką satysfakcją słuchała rozdzierającego krzyku ginącego w odgłosach skocznej muzyki. Nachyliła się nad jego twarzą i załamującym się głosem wyszeptała *dlaczego...? dlaczego zabiłeś dwojga ludzi? Dlaczego pozbawiłeś życia dwie kochające się istoty a mnie skazałeś na taką mękę? Liliane... moja kochana siostra, bratnia dusza...* z oczu ciurkiem popłynęły łzy spadając na twarz konającego. Ten choć półświadomy z bólu i upicia słuchał z przerażeniem jej słów. *zabiłem? Dwoje? Liliane... Moja kruszyna... Nigdy bym na nią ręki nie podniósł... Tak. Tego drania zabiłem. Zabiłem łachmaniarza co łapy do mojej stokrotki przystawiał... Otrułem. Ale Liliane?* Dziewczyna słuchała w osłupieniu wyznania. *Nie zabił... więc kto?* myśl jak piorun przeszył jej umysł i w jednej chwili rozkosz w oczach ustąpiła miejsca rozpaczy *co ja zrobiłam... co ja zrobiłam... zabiłam...* ostatnie słowo zabrzmiało głucho i bezradnie, ale mężczyzna nie zdawał się być zmartwiony *wiesz... właściwie to jestem ci wdzięczny. Znudziło mnie życie. I zginę tak jak na to zasłużyłem. Tylko błagam, skróć moją agonię... *grymas wielkiego bólu ścisnął mu twarz a ciało targnął skurcz. Łapczywie łapiąc powietrze próbował powiedzieć coś jeszcze ale nie był w stanie. Zrozpaczona nie wiedziała co robić. Ale patrząc na wijące się ciało wiedziała, co było teraz jego jedynym marzeniem. Podniosła jeszcze raz połyskujące srebro i wbiła ostrze mizerykordii prosto w serce.
Jeszcze długo by tak siedziała obok stygnących zwłok, zapłakana i zamyślona gdyby w pewnym momencie nie usłyszała coraz wyraźniejszego pojedynczego słowa wyłaniającego się z hałasu, które okazało się imieniem zamordowanego. Męski głos był wyraźnie zaniepokojony, a kiedy zdał się zauważyć leżącą na brzegu postać zaczął biec w ich stronę. Padł na kolana przed ciało i zaczął gorączkowo nim potrząsać... *Charles, Charles...! Kochany odezwij się!* Madeleine zdezorientowana zupełnie patrzyła, słuchała i nie mogła uwierzyć. Mężczyzna pochylający się nad martwym płakał jak dziecko zbliżając swoje usta do jego ust. Nieznajomy nie zwracał na nią jak do tej pory najmniejszej uwagi jednak teraz podniósł zaogniony wzrok i wściekle wysyczał *Ty...* Dziewczyna popatrzyła na zwłoki i wzruszyła ramionami. *Ja zabiłam jego, bo on zabił Jacques'a, a jeszcze ktoś inny zabił moją siostrę Liliane... Jakiż ten świat okrutny, nieprawdaż? Wszyscy jesteśmy nic więcej warci niźli zwierzęta... Gorzej nawet, bo one nie zabijają z nienawiści... Krąg śmierci tutaj się nie zakończy...* ściszyła głos rzucając do jego stóp mizerykordię* proszę, waćpan oszczędzi cierpienia i okaże miłosierdzie. Szybko i skutecznie. *mężczyzna wziął do ręki sztylet i przeciągnął palcami po ostrzu po czym cisnął z dala od siebie z obrzydzeniem *jak to? wszakże zabiłam waćpana kochanka. Nie chce odwetu wziąć?* zapytała obojętnie. *Nie.* odpowiedział sucho i rzucił tak znajome jej spojrzenie. W jednej chwili przypomniała sobie samą siebie wtuloną w czyjś rękaw, obcego mężczyznę przypatrującego się zamordowanej Liliane i ten wzrok... *jesteśmy kwita* westchnął, wyciągnął coś błyszczącego zza pazuchy, wstał, odszedł parę kroków i rzucił w stroną Madeleine naszyjnik z czarnych pereł....

Data:

 styczeń '09

Podpis:

 anandi

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=50344

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl