DRUKUJ

 

Opowiedz

Publikacja:

 09-01-26

Autor:

 lunatyk
OPOWIEDZ


...

- Opowiadaj! O-PO-WIA-DAJ!!!
- Nie chce mi się.
Ufi odwraca się naburmuszony.
- Jak nie będzie opowiadania, to nic dla ciebie nie zrobię! Niedobra mama!
- Ufi, nie mogę cały czas opowiadać, boli mnie gardło i nie mam
czasu. Wiesz, trzeba się spieszyć. Bo się spóźnię do pracy. I pani Wandzia w przedszkolu...
- Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii. Ty nigdy nie chcesz opowiadać! Nigdy! Niedobra mama!
Chwilę siedzę i w poczuciu absolutnej bezradności patrzę na to małe diablątko. Leży zwinięte, z kolanami wbitymi w brodę, odwrócone do mnie tyłem, i ani myśli zacząć się ubierać. Ani pić kakao. Ani jeść serka. Ani myć zębów. A ja się naprawdę spieszę. I tak jest zawsze.
- Wiesz, jest tylko jedna rzecz, która może mnie do czegoś zmusić.
Opowiadanie. O-PO-WIA-DA-NIE. - Głos jest cichy, ale stanowczy.
- Dobrze, ale obiecaj, że jak opowiem kawałeczek, to od razu zaczniesz się ubierać. I umyjesz ząbki. I zjesz serek. I wypijesz kakao.
- Tylko jedzenie cię interesuje!!! I mycie zębów!!! Tylko!!! Niedobra mama!!!
Mam ochotę mu przyłożyć. A diablątko odwróciło się teraz moją stronę i patrzy na mnie spod przymrużonych powiek. Na twarzy wyrzut.
- Nawet się zgodziłem, żeby w opowiadaniu była dziewczynka. A ty - nic. Nie opowiadasz.
- A jak ta dziewczynka będzie miała na imię?
- Ania. Ale nie ma mieć żadnej magicznej mocy. ŻAD-NEJ.
- Nie zgadzam się. Jak mam opowiadać, to Ania musi być czarownicą. I musi mieć drugie magiczne imię. Pamiętasz jakie?
- Ogień. - patrzy na mnie z politowaniem, choć sam to wymyślił, mniej więcej rok temu, nie jako imię dla dziewczynki wprawdzie, tylko dla potężnego potwora, a właściwie matki potworów, trochę podobnych do smoków, trochę do dinozaurów, które w tamtej epoce, to znaczy kiedy Ufi miał mniej więcej trzy lata, były obowiązkowymi bohaterami wszystkich naszych opowieści - Ale nie może mieć takiej mocy jak Mariuszek. Tylko znikanie. Tylko. Może stawać się niewidoczna.
Zaczynam się złościć.
Bo bachor mnie wkręca w dyskusję, choć ciągle się nawet nie zaczął ubierać. I znowu się spóźnimy. I rozkazuje mi opowiadać jakąś swoją głupią bajkę. To znaczy będzie wymyślał jakieś swoje farmazony o potężnym Mariuszu. Głupie i beznadziejne. Głupia bajka, która już mi się w ogóle nie podoba. Która utknie w martwym punkcie jeszcze zanim się naprawdę zacznie, zresztą jak większość tych historii, które próbuję opowiadać.
Krzyczę.
Siada i bierze w rękę skarpetkę, ale jej nie zakłada. Myślę, że do tego czasu już bym go dawno ubrała.


...

Przytula się do mnie:
- Wiesz, bałem się. Długo czekałem na ciebie. - W głosie znowu słyszę wyrzut. - Opowiadaj.
- No wiesz, musiałam umyć zęby. I buzię. To zajmuje dużo czasu.
Czego się bałeś?
- Tam były takie czarne rączki. Wyciągały się. - wskazuje w stronę okna. Niedaleko. Przytulam go mocniej. Głaszczę po włosach, plecach.
- Nie ma się czego bać...
- O-PO-WIA-DAJ.
- Ufuniu, ciągle byś tylko chciał, żebym opowiadała, a ja już nie mam siły... ani pomysłów.... i chce mi się spać... już mi się zamykają oczy...
- Obiecałaś! A teraz nie opowiadasz! Nie kochasz mnie! Nie jesteś moją mamą!!!
O jedenastej w nocy! I to jeszcze gnój szantażuje.
- Ufi, przeczytałam ci już dwie piękne bajki. A teraz pora spać. Jest już bardzo późno. I znowu jutro nie będziemy mogli wstać i się spóźnimy do przedszkola i pani Wandzia...
- WCA-LE NIE BY-ŁY PIĘ-KNE. Nie wiesz, że nie lubię bajek
czytanych, tylko opowiadane?
Nie odzywam się. Leżę bez ruchu. Może zaśnie.
- Czy ty wiesz, ile bajek potrzeba, żeby uśpić TAKIE dziecko? - nie daje za wygraną - Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem... - w ciemności liczy na palcach.
Zmienia ułożenie. Czuję teraz jego głowę obok mojej szyi. Mała ręka mnie obejmuje. Czuję na szyi jego oddech.
- Wiesz mamo, kocham cię.
- A ja ciebie uwielbiam.
- A ja ciebie - ubóstwiam.
Całuje mnie w szyję. Biorę jego rękę. Całuję palce, grzbiet i wnętrze dłoni.
- Opowiadaj... obiecuję, że zaraz zasnę, opowiadaj!
- A będziesz mi podpowiadał?
- Tak.
- O czym ma być bajka?
- O czym chcesz.
- O Ani?
- Nie!
- No więc Ania miała długie, czerwone włosy i cały czas paliła
papierosy. I była zakochana w takim chłopcu, który miał na imię...
- I był tam też straszny Mariuszek Kowalski, potężny zły stwór,
podobny do ogromnego wilka i on walczył z tym jakimś durniem i go pokonał....
- Ale... czy oni nie mogą się zaprzyjaźnić?
- Nie. I Mariuszek będzie mieszkał w olbrzymiej jaskini. A przed swoją jaskinią wyrzuci ziarenko piasku. I na tym ziarenku będzie napis w starożytnym języku: "Możesz wejść do mojego domu". I tylko ten, kto będzie umiał odczytać ten napis, będzie mógł tam wejść.
- Ale ziarenko piasku jest bardzo malutkie. I nie można na nim nic
napisać. Za mało miejsca.
- Mariuszek to zrobi. Swoją magią. I jeszcze będzie tam napisane, że trzeba rzucić to ziarenko i zdążyć wyjść z jaskini, zanim ono spadnie na ziemię.
- Chyba ci się pomyliło z klepsydrą.
- Nie pomyliło.
- Wiesz, Mariuszku, myślę, że nikt tam nie wejdzie. Po prostu nikt nie będzie umiał znaleźć tego ziarenka. I odczytać tego napisu. A poza tym to jest niemożliwe, żeby wejść do jaskini i zdążyć z niej wyjść zanim spadnie ziarenko piasku. Ono spada zbyt szybko.
- Tak, to prawda. Ale jedna osoba to zrobi.
- A możesz mi powiedzieć, kto to będzie? I po co ma w ogóle wchodzić do tej jaskini?
- Bo są tam ukryte garnki złota. Poukładane jedne na drugich. Cała jaskinia jest ich pełna. Po prostu góry złota. No i... oczywiście ten dureń będzie chciał tam wejść, żeby zdobyć to złoto. Bo inaczej nie będzie mógł być ze swoją dziewczyną.
- Ale... to znaczy, że uda mu się tam wejść?
- Nie. On nigdy tam nie wejdzie. I nigdy nie spotka tej swojej
ukochanej. I Mariuszek go pokona.
- No a... kto tam wejdzie?
- Ania.
- Ania nie będzie mogła tam wejść. Przecież nie posiada żadnej
magicznej mocy, tylko znikanie. Zapomniałeś? Poza tym ona nie potrzebuje złota.
- Tak, ale nagle zobaczy, że Mariuszek stoi w drzwiach. I ją zaprasza. Tylko... będzie musiała przejść przez drzwi z ognia.

I wtedy Ania powiedziała:
- Nie ma sprawy Mariuszku, wiesz, że uwielbiam ogień. To jest nawet moje magiczne imię. I - zobacz - moje włosy są przecież zrobione z ognia.
- Ja też uwielbiam ogień - powiedział Mariuszek - Zobacz! - i pokazał jej całe swoje złoto.
- Mariuszku, widzę, że masz mnóstwo złota w swojej jaskini. Skąd je
wziąłeś?
- Wiesz, znalazłem.
- A gdzie znalazłeś?
- Już nie pamiętam. Może masz ochotę na coś do jedzenia. Wiesz, jak masz ochotę, to mogę ci zrobić... herbatę. I kanapki. I tutaj jest bardzo dużo pokoi w tej jaskini. Możesz tu zamieszkać.
- Dziękuję Mariuszku. To naprawdę piękna jaskinia.
I wtedy Mariuszek pokazał jej najpiękniejszy pokój. I było też w tej jaskini morze i niebo z gwiazdami. I stał tam wspaniały skrzydlaty rumak. Którego grzywa i ogon były zrobione z ognia, tak jak włosy Ani, a kopyta ze skały. I Mariuszek razem z Anią pili herbatę i jedli kanapki. I wtedy Ania nagle przestraszyła się i powiedziała.
- Mariuszku, zapomnieliśmy o ziarenku piasku. Ono na pewno już
dawno spadło na ziemię. A to oznacza, że już nigdy nie będę mogła wyjść z tej jaskini.
- Nie martw się. Zatrzymałem je swoją magią. - uśmiechnął się
Mariuszek - Nie musisz się niczego bać. I możesz tu zostać tak długo jak zechcesz.
I potem Ania kąpała się w morzu, a potem latała na skrzydlatym rumaku. A wieczorem opowiadali sobie z Mariuszkiem straszne opowieści. I bardzo się śmiali, bo niczego się nie bali i uwielbiali straszne opowieści. I Mariuszek przybił na drzwiach najpiękniejszego pokoju tabliczkę z napisem "Ania". A kiedy Ania musiała już wracać do swojego domu, Mariuszek pożyczył jej swojego skrzydlatego rumaka, który nazywał się Wiatr. I Ania zaprosiła Mariuszka do swojego domu, który był olbrzymią wieżą w chmurach. I Mariuszek przywołał drugiego skrzydlatego rumaka, którego grzywa i ogon były zieloną trawą, a kopyta ziemią i wsiadł na niego i polecieli razem. Lecieli bardzo długo, bo tak daleko i wysoko trzeba było lecieć do domu Ani. A potem Ania przybiła tabliczkę z napisem "Mariuszek" w najpiękniejszej komnacie swojej wieży. A Mariuszek zobaczył z okna wieży olbrzymi zamek zbudowany na skale.
- Czyj to zamek? - zapytał Mariuszek.
- To ja go zbudowałam. Może być twój, jeśli chcesz.
- Hmmm, myślę, że lepiej będzie, jeśli sam zbuduję swój zamek na
drugiej skale. I połączymy je mostem.
- Po co most, skoro mamy nasze skrzydlate rumaki?
- No, żeby inne nasze zwierzęta też mogły się odwiedzać. Na przykład psy.

I tak dalej, póki nie zaśnie. Bajka o budowaniu łodzi. Malowaniu jej na kolory tęczy. O podróży przez wielkie morze i dziwnych błękitnych postaciach zobaczonych w płomieniach ogniska. Postaciach, które twierdziły, że są naszymi dawno, dawno porwanymi braćmi. I czekają na uwolnienie. Bajka o dwóch chorych potworach jadących konno po plaży pod skałami. Pukających do bram naszych zamków i proszących o schronienie.

I Mariuszek szybko pobiegł i otworzył bramę potworom. Jeden z nich upadł. Mariuszek natychmiast go podniósł i zaniósł do łóżka.
- Dziękuję ci Mariuszku - powiedział potwór i łzy pociekły po jego twarzy - umarłbym, gdyby nie twoja pomoc...
- Nie ma sprawy potworze - odpowiedział Mariuszek - zawsze będę ci pomagał.
Wtedy do komnaty weszła Ania, pomagając iść drugiemu potworowi. Położyła go na łóżku obok.
- Co się stało potwory? - spytała - Kto wam to zrobił?
Ale potwory tylko płakały i nic nie mówiły.
Na szczęście Ani i Mariuszkowi udało się je wyleczyć. I kiedy potwory były zdrowe, wyruszyły w dalszą drogę. Nie chciały powiedzieć dokąd i dlaczego tak szybko muszą odejść.

Aż zaśnie.


...

Obracam w palcach skrawek hamburgera. Rozkładam go na części. Kawałek bułki, kawałek mięsa, obklejający mi palce żółty sos. Nie wygląda niebezpiecznie. Ani nawet odpychająco. Zależy kto patrzy. I zależy jak.
Kilka lat temu ledwo starczało mi na papierosy. Uwielbiałam wtedy hamburgery. Codziennie o nich marzyłam. Smród z tych obleśnych warszawskich budek był dla wygłodniałego żołądka jak... Ale nałóg był silniejszy. I dlatego codziennie kupowałam paczkę papierosów. Za każdym razem, kiedy żołądek skręcał się z głodu, zapalałam papierosa. Wciągałam dym razem z tą wonią z hamburgerowej budki. Przez chwilę mnie mdliło, skręcałam się z bólu.
Zmarzniętymi palcami wyciągałam papierosa, wkładałam go do ust, zapalałam zapalniczkę. Cichy zgrzyt. Płomień. Błysk. Odchylałam głowę. Przymykałam oczy. Wciągałam ten płomień w siebie. A potem wypuszczałam z ust chmurę sinego dymu. Obłok. Mgła. We mgle świecące oczy. I świat za mgłą wydawał się być zupełnie inny. Każdy papieros był krokiem w sen, krokiem w baśń.
Marzyłam o tym, żeby umrzeć. Najlepiej na huśtawce. Rozbujać się. Odchylić do tyłu głowę. Przymknąć oczy. Poczuć jak powoli wznosi się i opada każdy włos. Jak muska moją twarz. Jaki jest miękki. Delikatny. Jak pióro jakiegoś baśniowego ptaka. Jak łza. Jak strumień deszczu.
Jestem szamanką wywołującą burzę. Mokre włosy kleją się do twarzy. Tusz rozmazuje się w siniaki pod oczami. Krztuszę się płaczem. Chcę odetchnąć. Oddycham. Rozchylam usta w uśmiechu. Ziemia - Niebo - Ziemia - Niebo - Ziemia. Ciemność - Jasność - Ciemność - Jasność - Ciemność. I już. Rozsypane czerwone włosy. Płomień. Dym. Tu Upadł Anioł.
Ale dalej żyję. Starsza. Trzymam w ręku ten skrawek hamburgera. Żółty sos lśni na moich palcach.
Oddech śmierdział, palce, z paznokciami żółtymi od nikotyny, też. I włosy. A ja paliłam i piłam jeszcze więcej. I chodziłam na wysokich obcasach, choć coraz częściej bolał mnie kręgosłup. Pamiętam, przez kilka lat chodziłam w tym samym, brązowym płaszczu z kapturem, z kilkoma śladami po w niewłaściwy sposób strzepniętym popiele z papierosa. I nie przeszkadzał mi ten stary za duży płaszcz. Lubiłam go.
Teraz już go nie mam. Dawno go wyrzuciłam.


...

Czytam Ufowi mit o Minotaurze. Czuję, jak małe stworzenie coraz bardziej się kurczy, ściska w sobie, napina. Kiedy Tezeusz rzuca Minotaurowi w oczy tajemniczy proszek, Ufi przypomina małą zaciśniętą piąstką z wielkimi, ciemnymi, przerażonymi, wlepionymi we mnie oczami. Kiedy Minotaur pada, kiedy rzężąc tarza się po ziemi, kiedy Tezeusz podnosi miecz....
- Nieeeeeeeeee!!! Nie czytaj! Nie chcę tej bajki! Jest okropna! O-KRO- PNA!
Przerywam. Podnoszę głowę. Patrzę na Ufa. Jego wrażliwość niepokoi mnie, ale i cieszy. Podobnie jak jego identyfikowanie się z negatywnymi postaciami.
- Jest mi teraz bardzo źle. Wiesz. Bardzo. Jestem bardzo smutny. Ja nie chcę, żeby Minotaur umarł.
Znowu go głaszczę po włosach, znowu przytulam.
- Ja też. Ale niestety tak opowiada ten mit. Że Minotaur był
krwiożerczym potworem, który jadł ludzi, że go zamknęli w labiryncie i że ktoś go w końcu musiał zabić...
- Nie podoba mi się ten mit. Opowiadaj! Inny mit. Taki, w którym
Minotaur nie umrze. I będzie miał potężnego przyjaciela Mariuszka, który zabije tego głupiego Tezeusza.
I małe stworzenie znowu na mnie patrzy, znowu wlepiają się we mnie te ogromne, te przerażająco wielkie ślepia.
- Będziesz opowiadać?
- No dobra. To było tak, że Minotaur uśpił Tezeusza swoją magią. A jak ten głupi Tezeusz się obudził, Minotaura już nie było, bo ukradł mu magiczną nić i uciekł. No i ten głupi Tezeusz błąkał się po labiryncie, gdzie było ciemno, zimno i nie było nic do jedzenia, aż w końcu zwariował. Cały czas tylko błąkał się po labiryncie, machał swoim mieczem i powtarzał, że zabija Minotaura. Chociaż nikt go nie słyszał. I wydawało mu się, że wszyscy mu dziękują i nazywają bohaterem. A Minotaur uciekł do lasu i tam sobie spokojnie żyje.
- I jak ta dziewczynka, Ania, wpadła do wody, to on ją wyciągnął i
uratował. Wyciągnął ją swoją łapą. Bo on miał takie wielkie łapy, z pazurami - dodaje Ufi.
- Tak Ufi, to prawda. Ale niestety, kiedy Ania zobaczyła Minotaura to bardzo, po prostu okropnie się przestraszyła. I zaczęła krzyczeć:
- Aaaaaaaaaaaa! - Ufi aż zazgrzytał radośnie swoimi krzywymi
ząbkami i znów wlepił się we mnie zwężonymi wrednymi oczkami. Dobrze wiem, na co czeka. Więc, nie dając się długo prosić, tworzę dalej w tym samym duchu.

A Minotaur na to:
- Co za głupia dziewczyna. Właśnie cię uratowałem przed utonięciem. Dlaczego się tak drzesz? Chcesz, żeby ci mucha wpadła do buzi?
- Bo ty jesz dzieci! Jest nawet książka o tobie, że zjadasz siedem
dziewczynek i siedmiu chłopców!
- To wszystko głupoty. Jakieś tam głupotki dla dzidzi, które nie umieją mówić i robią siusiu w majtki. Nie jem żadnych dzieci. Najbardziej lubię jeść.... truskawki.
- Aaaaaaaaaaaa! Masz czerwone zęby! To krew! To krew dzieci, które właśnie zjadłeś! A teraz zjesz mnie! Aaaaaaaaaaaa!
- Nie, nie teraz. Zostawię sobie ciebie na jutro, na śniadanie.
- Aaaaaaaaaaaa!
- No przecież żartuję, ty głupia dziewczyno. No przecież ci przed chwilą powiedziałem, że uwielbiam truskawki. Czy ktoś, kto lubi truskawki, może jeść dzieci? No zastanów się, ty głupia dziewczyno! To dlatego moje zęby są czerwone zresztą, od tych truskawek. Ty w ogóle nie myślisz, jak jakiś siusiumajtek normalnie.
- A co ty masz w ręce?! Aaaaaaaaaaaa! To są zakrwawione skrawki ciał pożeranych przez ciebie dzieci! Aaaaaaaaaaaa!
- Ty głupia dziewczyno! Już ci mówiłem , przyjrzyj się! Truskawek nie widziałaś? Czy ja zawsze muszę gadać z takimi głupimi dziewczynami...
- Nie wygląda jak truskawki! Aaaaaaaaaaaa!
- Hmm, no tak, pomyliło mi się. To są maliny. No tak. Maliny też lubię.
- Rzeczywiście maliny. To ty nie jesz dzieci?
- Jasne, że nie. Ty głupia dziewczyno.
- Dzięki za uratowanie. I przepraszam, że tak krzyczałam. A jak ty masz właściwie na imię?
Wtedy nagle Ania zauważyła, że spośród drzew wyłania się jakaś zielona, zakrwawiona postać.
- Zombie!!!!! Aaaaaaaaaaaa! - wrzasnęła znowu Ania.
- Porażka. No po prostu porażka. No co za głupia dziewczyna. Wiesz, dam ci dobrą radę: następnym razem najpierw się przyjrzyj, a potem zacznij krzyczeć. TO JEST MÓJ PRZYJACIEL. Ignaś.
- A wygląda jak Zombie. Niezłe przebranie. A co? Może ty teraz też mi powiesz, że nie jesteś prawdziwym Minotaurem?
- Jestem Mariuszkiem Kowalskim. Nieźle cię nabrałem co nie?

- Dobra Ufi, koniec bajki. Idziemy spać. Nie tak szybko... Ufi to nie jest dziecko, które się poddaje.
- Ale mamo, to nie była dobra bajka.
- Dlaczego? Przecież cały czas się śmiałeś. Myślałam, że ci się
podobała. - udaję zasmuconą. Jestem gotowa nawet się popłakać, byle tylko Ufi dał mi spokój. Ale Ufi to nie jest takie dziecko, które się poddaje.
- Bo tam nie było prawdziwego Minotaura. Dlatego. W dobrej bajce musi być prawdziwy Minotaur. I... wiesz, pomyliłaś się, minotaury nigdy nie mieszkają w lesie. One mieszkają w labiryntach - specjalnie tak budują swoje domy, żeby...
- Z tego co wiem, to był tylko jeden Minotaur. A labirynt to nie był jego dom tylko WIĘ-ZIE-NIE, taka jakby wielka klatka, z której nie mógł się wydostać.
- Widzisz, znowu nic nie rozumiesz. - Ufi ciężko wzdycha, jest
wyraźnie rozczarowany, ale cierpliwy - Tak naprawdę jest dużo minotaurów. No bo on przecież ma siostry i braci, prawda? I oni wszyscy mieszkają w labiryntach. Opowiadaj!
- Dobrze Ufi, ale to już jutro.
- Nie, teraz. Opowiadaj!
- No dobra, ale co w takim razie zrobimy z Tezeuszem?
- Nie wiem. Ale ta głupia Ariadna nigdy go nie uwolni.

Wtedy wszystkie minotaury przybyły na Kretę, żeby urządzić wielkie przyjęcie z okazji pokonania Tezeusza. Zaprosiły oczywiście również Mariuszka i Anię. Wyszły na dach labiryntu i tańczyły - bo tak właśnie wygląda przyjęcie minotaurów. A potem poszły nad morze i zbudowały łódź, którą latały nad całym światem. Pomalowały ją na kolory tęczy - po prostu każdy z minotaurów użył swojego ulubionego koloru i wyszła z tego tęcza. I ludzie wychodzili na dachy swoich domów, żeby zobaczyć lecące minotaury. Ludzie byli mali, bardzo mali - jak mrówki. A minotaury jak olbrzymy.

Mi też nigdy nie podobał się mit o Minotaurze. Bo to tak jakby wejść do więzienia i zabić więźnia. I jeszcze się z tym obnosić. Makabra. Nie mówiąc o tym, że nigdy wierzyłam, że zjadał tych ludzi - to wszystko było jakieś nielogiczne... tylko jego śmierć w tym labiryncie zawsze była dla mnie bardzo prawdziwa... ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby się spierać... Fajnie mieć w domu takiego Ufiego. Który wszystko przyjmuje tak poważnie. Nie daje się oszukać. I nie wierzy w to, czego sam nie wymyśli.


...

Teraz Kunegunda. To, że tak powiem, moja bajka. Którą przypominam sobie leżąc nocą w łóżku. Kiedy Ufi już zasnął. On zawsze w końcu zasypia. Oczywiście ze słowem "opowiadaj" na ustach. Pamiętam, że ojciec mi tą bajkę kiedyś czytał. To była taka bajka... chciałam, żeby on ją wciąż czytał, znowu i znowu, do znudzenia, ale tak naprawdę jej nienawidziłam. Dlatego tak głęboko zapadła w pamięć. Choć tak naprawdę wiele bajek mi się nie podobało, a we wszystkich chciałam coś zmienić, podobnie jak Ufi, po prostu wymyślałam je ciągle po swojemu.
No więc Kunegunda była śliczną księżniczką, i jak każda śliczna księżniczka żyła w zamku, który stał na wysokiej górze. I oczywiście o jej rękę starało się wielu szlachetnych i dzielnych rycerzy. Kunegunda sama władała zamkiem i włościami (bo jej ojciec nie żył), uwielbiała polowania, świetnie jeździła konno, władała bronią.
Niestety była przy tym pyszna czy zarozumiała czy coś tam z nią było nie tak, nie pamiętam dokładnie co i jak to było sformułowane, ale zarówno w autorze legendy jak i w moim ojcu (który czytał, dobry ojciec, czytał córeczce, która jeszcze nie umiała) najwyraźniej budziło pewien niesmak. Może nawet bardziej w ojcu niż w jakimś tam bezosobowym autorze. W każdym razie ta niemądra Kunegunda wcale nie chciała wychodzić za mąż i posunęła się nawet do tego, że powiedziała, że wyjdzie tyko za tego rycerza, który objedzie zamek dookoła. Po zewnętrznym pierścieniu murów. A te mury były bardzo, bardzo cienkie, a zamek stał nad przepaścią, a rycerz miał do tego jechać w pełnej zbroi, z mieczem, i z tarczą, i z kopią, i z opuszczoną przyłbicą. I mało tego.
Bo oczywiście wielu próbowało, ale każdy z nich spadał w przepaść. A Kunegunda wcale się tym nie wzruszała!!! Patrzyła ze swojego okna i się śmiała!!! Głośno, demonicznie, jak opętana zachłystywała się tym śmiechem, który budził grozę w bogobojnych mieszkańcach grodu!!! Ten potwór w spódnicy głośno śmiał się patrząc, jak dla jego zachcianki ginie kwiat polskiego rycerstwa!!!
Miało to wzbudzić w czytelniku odrazę i święte wzburzenie. I ojciec zerkał na mnie znad książki, czy wzbudza. A ja z kamienną twarzą udawałam, że bawię się klockami. I budowałam coraz wyższą wieżę. I zerkałam na niego znad klocków, czy on na mnie zerka. Bo we mnie to odrazy nie wzbudzało. Podziwu w sumie też nie. Szczerze mówiąc, nie za bardzo rozumiałam całą tą sytuację. W swojej dziecięcej naiwności myślałam, że oni naprawdę próbują objechać ten zamek dookoła, bo się w niej zakochują, jeden po drugim, bo jest piękna i taka mądra, i że może ona rzeczywiście trochę przesadza z tym śmianiem się. Że fakt, że była taką bogatą sierotą grał w tej historii jakiekolwiek znaczenie, nie przychodziło mi do głowy. Ale mimo wszystko ufałam Kunegundzie - nie rozumiałam, ufałam, że skoro tak robiła, to musiało to być najlepsze, co można było zrobić. A może po prostu nie potrafiłam jej już oceniać - bo ja ją przecież naprawdę kochałam.
Potem, gdy rozniosła się wieść, że muru zwyczajnie nie da się objechać, rycerze przestali się pojawiać. Kunegunda była podobno bardzo niezadowolona, zabrakło ulubionej rozrywki...
Aż wreszcie przybył ten jeden jedyny szlachetny, w którym księżniczka zakochała się od pierwszego wejrzenia, i nawet chciała zwolnić z obowiązku objechania tych głupich murów. Miała już dość, poddała się - to nawet dziecko rozumiało. Ale on się uparł. I objechał te mury. I powiedział potem Kunegundzie, że nie chce ani jej ręki, ani majątku. Że chciał ją tylko pohamować, poskromić czy coś tam. I że to ona jest winna śmierci tych wszystkich wspaniałych rycerzy. I że taka zła osoba nie może być jego żoną. I dostojnie opuścił zamek. A Kunegunda oczywiście skończyła marnie. Albo sama rzuciła się w tą głupią przepaść, albo wstąpiła do klasztoru albo wyszła za mąż albo coś tam.
Tak było w bajce - której zawsze spokojnie wysłuchiwałam do końca. A potem dalej bawiłam się klockami. I budując coraz wyższą wieżę wymyślałam kolejne wersje zakończenia.
Jedną taką, że ten rycerz powiedział, że skoro on przejechał po tych murach, to ona też musi, jeśli chce być jego żoną. I ona przejechała.
Drugą, że kiedy rycerz wsiadł na konia, żeby objechać ten cholerny zamek, zobaczył, że obok pojawia się jeszcze jeden koń i jeszcze jeden jeździec, który bezpiecznie przeprowadził go przez całą drogę, w paru miejscach ratując przed upadkiem. No bo on nie mógł, po prostu nie mógł objechać po tym murze sam, własną mocą, bo to było niezgodne z... czymś najbardziej podstawowym, nienaruszalnym, z czymś we mnie najgłębszym, jakąś istotą mojej własnej wiary... I oczywiście ten rycerz myślał, że to jakiś głupi anioł mu pomaga, którego Bóg przysłał, żeby zrobić na złość Kunegundzie i dopiero na końcu się przekonał, że to była ona. I drugie szczęśliwe zakończenie gotowe.
Wcześniej jakoś bardzo zależało mi na tym, żeby ten rycerz jej nie naubliżał, nie upokorzył, nie złamał. To było najgorsze, tego trzeba było uniknąć, to usunąć. Ale jednocześnie to zawsze pozostawało na dnie świadomości, niezależnie, jakie wymyślałam zakończenia. Chyba dlatego chciałam słuchać tej bajki wciąż od nowa i od nowa. Bo ciągle czułam się pokonana, czułam się pokonana za Kunegundę i wciąż od nowa i od nowa musiałam podejmować walkę. Jak ta mała archetypowa dziewczynka, wciąż nadludzką siłą pokonująca kolejne wcielenia zła, ale wciąż daleka od pokonania jego istoty.

Kunegunda spojrzała prosto w oczy odjeżdżającego rycerza.
- Głupcze, powinieneś nie żyć. - powiedziała tylko.
Dopiero kiedy jego sylwetka zaczęła niknąć na horyzoncie, spokojnie, powoli odwróciła się i skierowała do swojego zamku. Weszła do ulubionej komnaty w swojej wieży, do tej właśnie, której okna wychodziły na najgroźniejszy odcinek drogi, z ziejącą czarną dziurą przepaści. Usiadła przy oknie, kolejny raz popatrzyła przez okno na strome brzegi, zmierzyła je wzrokiem i uśmiechnęła się. Przypomniała sobie, jak nieraz objeżdżała ją w deszczowe noce, kiedy co bardziej strachliwi mieszkańcy grodu kryli się w swoich domach i nakrywali głowy skórami i puchowymi pierzynami. Kiedy wycie wiatru dodawało jej otuchy a blask błyskawic oświetlał drogę. W pełnej zbroi, z kopią, tarczą i z mieczem w dłoni, z opuszczoną przyłbicą. Zdawało jej się wtedy, że przepaść cicho coś do niej szepce, uspokaja, że tak naprawdę to nie przepaść, ale studnia pełna dziwnego światła, które przepływa przez księżniczkę i napełnia ją po brzegi radością i szczęściem. Po takiej nocy zawsze wracała na swoją wieżę jeszcze czystsza, świeższa, piękniejsza, szczęśliwsza.
A kiedy przychodził ranek na dworze szeptano, że duchy zmarłych rycerzy znowu pojawiały się na miejscu swojej śmierci, żeby nawiedzać, dręczyć swoją okrutną morderczynię, zakłócać jej sen. Że wicher, pioruny i błyskawice to znaki zbliżającego się nieuchronnie Bożego Gniewu.
Kunegunda wezwała dostojników. Rozkazała zamurować wjazd na zewnętrzne mury zamku. Już nikt nie będzie mógł tam wjechać, a ona postanowiła pozostać niezamężną do końca swoich dni. Poczuła, że teraz, kiedy całe to zamieszanie już się skończyło, może wreszcie spokojnie pisać swoje książki. W przerwach polować na jelenie i ćwiczyć się w walce mieczem. Poczuła, że wcale nie jest nieszczęśliwa. Że dalej wierzy, że miłość istnieje. I że dalej na nią czeka. Zamurowany wjazd na mur być może był przeszkodą dla innych, ale przecież nie dla niej. Nie dla mojej Kunegundy.


...
- Ufi, wiem, że jestem okropną mamą. Bo tak często krzyczę na ciebie. Cały czas sprzątam albo pracuję.... I nigdy nie mam czasu... I tak mało zajmuję się swoim dzieckiem...
- Jesteś bardzo, bardzo dobra, mamo. Jesteś najlepsza. Opowiadaj!

Data:

 listopad 2008

Podpis:

 lunatyk

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=50611

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl