DRUKUJ

 

Tak obojętnie szarpią dłonie struny...

Publikacja:

 03-07-03

Autor:

 aquarillia
Tak obojętnie szarpią dłonie struny
Tak nie potrafisz grać dla mnie

Wciąż w jej głowie brzmiały dźwięki szarpanych strun gitary – siedzieli dziś razem i nie mieli sobie nic do powiedzenia. Kilka banałów i wiele problemów, które każde z nich niosło w sobie. Szarość wkradała się w to, co miało ubarwiać resztę sfer życia.
Silnik autobusu wydawał monotonny dźwięk – jak rozmowy prowadzone wokół. W jej świadomości beznamiętnie tak wiózł ją do więzienia o kratach z jedwabiu, które nie ranią, lecz nie dają się zerwać.
Twarz – tak szara jak wszystkie okruchy samotności – stanowiła zastygłą maskę – bólu takiego nie widać na zewnątrz, gdy szarpie najmocniej duszę i myśli. I znów ta sama wizja – uporczywa, niezapomniana, niemożliwa – by znaleźć odwagę na własne szczęście.
I sekunda nieuwagi nad przebiegiem własnych myśli – mgnienie, gdy oko zauważyło cień odbicia snu w rzeczywistości. I odżył obraz tak silnie, że aż rozum odszedł na bok. Już goni za swoimi marzeniami – nie czuje chłodu listopadowej mżawki marznącej na skórze policzków, nie słyszy hałasu ulicy – tylko gwałtowne uderzenia serca, tylko strach przed rozczarowaniem, że się pomyliła i ...że miała rację...
Szedł sam, znów uparcie walcząc ze swoimi gorzkimi myślami – musiał z kimś porozmawiać. Gdzieś w głębi duszy wiedział, że to nie przypadek sprawił, że przyjechał aż tu, niedaleko niej, ale jego plecak wypełniały papiery, pod których pretekstem dostarczenia tu dotarł. Próbował skoncentrować się na fakcie zimna , które przenikało dotykiem lodowatych dłoni wilgoci pod jego szary płaszcz – nie tak jak prawie zawsze o świecie, który go ranił, drwił z jego osoby i ludzkich cech, które wciąż drzemały w jego sercu.
I chwilowo podniósł wzrok – już miał przeczucie, że się zgubił wśród labiryntu tak samo wyglądających uliczek. I nagle wśród kropelek wilgoci wirujących w powietrzu zmaterializowało się jego marzenie – to najbardziej zakazane, dlatego słodsze niż każde inne.
Chwila, której trwanie odmierzały uderzenia oszalałych serc na uwierzenie w swoje sny, na podjęcie ryzyka, na zapomnienie całego wcześniej przeżytego czasu.
Już biegnie – jej kręcone włosy, falujące na wietrze, oczy szalone, nieprzytomne ze szczęścia, już jego ramiona zapraszają ją do siebie, już najpiękniejszy z uśmiechów skrada się przez jego wargi...
Nie wahaj się, to nie sen...to on – jeszcze jedna niepewna myśl zanim wtuliła się w swoje wspomnienie, słysząc bicie jego serca pomimo wielkomiejskiego zgiełku.
Czy to możliwe, że ona po prostu zostanie – i mocniejszy uścisk, gdy przekładał twarz do jej włosów.
Czar nie pryśnie, jeśli się odsuniemy... – ta wspólnota myśli, o której nie mieli się dowiedzieć, a jednak wyczuwali ją w swoich gestach.
Świat zawirował, gdy spojrzała w te oczy, których nigdy miała nie oglądać – ich żar, radość i jej odbicie w nich...jego twarz i te uczucia, które ją tak odmieniały, jak pewnej księżycowej nocy, której nigdy nie było. I tak jak jej, miało nie być tego popołudnia...wspięła się na palce.....
Błyskawica bólu przeszła przez jego płonące spojrzenie...te piękne dłonie spoczęły na jej ramionach, odpychając...
- Nie – wargi wyszeptały osłabione decyzją.
Potrafisz. Ten jeden raz nie lękaj się o potem, o odpowiedzialność... Zielonkawe w aurze listopadowej oczy rozjarzyły się determinacją większą niż niewielkie ciało, jakie wypełniała.
- Tak – nacisk powodowany nadzieją, tęsknotą, pragnieniem, uczuciem.


I świat zawirował wokół osi ich przytulonych ciał w chwili, gdy każde z nich przybliżało wargi do drugiego. To nie wahanie sprawiło, że przed samym spełnieniem swoich pragnień zatrzymali się – to rodzące się poczucie pewności, że z tą namiętnością nie wygrają.
Iskra spaliła ich dusze podczas tej chwili wieczności. Pieszczące się wargi jak wtedy a tak bardzo odmiennie stanowiły sens istnienia. Nic innego nie trwało, nie było prawdziwe, choć na krajobraz składały się bezlistne marznące na wietrze drzewa stojące wzdłuż drogi, po której sunęły samochody z nikąd i do nikąd, ludzie dążący do swoich małostkowych spraw i domy, w których lśniących od deszczu szybach można było dostrzec cień zrozumienia.

W tej całej szarości jesieni ich szare płaszcze stanowiły płomień najżywszego koloru.

Potem była już tylko nicość wszechrzeczy.


Data:

 listopad 02

Podpis:

 aquarillia ( aquarillia@wp.pl )

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=595

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl