DRUKUJ

 

Zeszyt z pomysłem na życie

Publikacja:

 10-06-07

Autor:

 coca monka
Zanim napiszę prawdę i inne sentencje wyłuszczę, powiem, że tekst zawdzięczam, tylko, albo zwłaszcza temu, że wczoraj, 6 czerwca 2010 roku tak idiotycznie spiekłam nogi na słońcu, że gorączkowałam, spać nie mogłam, i balsamowałam piekącą głupotę przez pół nocy. Czytałam przy okazji, żeby zająć głowę, aż wreszcie, jak to bywa, chwyciłam pióro. O tym potem, co czytałam, i o tym, co posiadło pewne właściwości, zabójcze jak opalanie, drżączkę powodując i gorączkę jednako.
O zeszycie z pomysłami rzecz ma być. O zeszycie na zapiski i inne sprawunki, (zależy jak kto stosuje), który większość posiada i skrzętnie jak PINu broni (za JP), a którego na przykład Ernest Bryll nie ma. Sama słyszałam jak mówił, że jeśli coś konkretnego mu do głowy przyjdzie, a jest rzeczywiście wartościowe, to przychodzi wtedy (mądre), wtedy kiedy jest możność, by one zapisać. Pochwalić Ernesta za pewność siebie i jego myśli, za wyczucie czasu. Mój brat od jakiegoś czasu takowy posiada (kapownik), choć poetą ani innym pisarzem nie jest, ale pomysły spisuje, coś tam mruczy pod nosem, czasem mnie coś zdradzi, czasem wszystko, z podkreśleniem dobitnym „tylko dla Twoich uszu mówię”. Nie dziwota, bo pomysły w cenę urosły. Na świecie, gdzie jakby się zdaje wszystko już napisane i odkryte, to, co nagle się okaże nowe, jest cenniejsze od złota. Mam i ja brudnopis, a nawet gorzej rzecz ujmując, bo wszystko w nim umieszczam, łącznie z pomiarami z budów, i innymi potykaczami i zmylaczami, łącznie z listą zakupów, numerów telefonów do zupełnie nikogo, etc. Mieszczą się w nim jeszcze wiersze, zapisane szybko, na bezdechu, nawet jeśli szkicem bardziej, zapis jest prosty, i potem tylko wypełniam go treścią, jak szklankę mlekiem. Wciskam weń jeszcze (w brudnopis) szkice opowiadań i fragmenty książki, co mozolnie ją składam, ale i tak z wielkim bólem, bo miejsce należne wierszom zabieram, i chaos niejaki wprowadzam. Brulionu natomiast na same pomysły nie mam. Może z podobnych powodów jak Ernest, ale bardziej z powodu, że posiadłam (jak mi się zdaje) sposób na niemyślenie o treści, jak zapisu umieścić nie sposób. Mianowicie, przeganiam się na inne tory świadomości, tak zajmujące, że niczemu innemu miejsca nie ustępują. Wylewam więc jej smołę na głowę, potęguję nienawiść, wywlekam wnętrzności, rozszarpuję jak tysiące kruków każdy z jej zielonych oczodołów, z pasją i poświęceniem, i mierzę jak bardzo jeszcze kocham. Objąć tego tak nie można zwyczajnie, tak się rozrasta zmora, tak złości się poddać można, tak, że nic innego do głowy przyjść nie przychodzi, bo się nie mieści. Kiedy nastroju do znienawidzeń nie ma, zawsze się znajdzie jakiś temat z gospodarki, polityki, etc., rozwiedzony w rozmowie od a do z wedle posiadanej wiedzy i dobrej woli, podnoszący temperaturę, mocno. Wtedy i też dysonansu, i wyrzutów sumienia nie ma z niezaistnienia i niemożności zapisu.
Wyrzuty sumienia niepiśmienności, z powodu przedmiotów piśmiennych w braku, są jak zderzenie na ringu z Alim, Tysonem, i Holyfieldem na raz. Wie ten, komu brakło nie polotu, ale możności zetknięcia choćby z rysikiem, wie ten, któremu nowoczesny, error, padł system. Wie i ten, co choć raz w zęby dostał. O zgrozo, tu się w głowie kłębi, wałkuje i namnaża, zrazu jeszcze niby cierpliwie czeka, ale trąca łokciem raz po raz, by w końcu przez to ani zasnąć, ani nie spać sposobu. Snuje się człek, jak bohater Harpagoniady, nocą po ulicach Leningradu. Jak nieszczęśnik, co zbieractwem się trudniwszy, w klasyfikacji dziurę odkrył, alfabetu czynności zanik z przerażeniem stwierdził, brak permanentny i bolesny. Zdziwienie tym większe, że przysiągłby się, iż porządek zachowawszy, jak należało spisał z natury co trzeba, w księdze umieścił, w odpowiednie ramy włożył, poskładał w regale przejrzyście, z góry na dół i tak dobrze się spisał, że tylko patrzeć, i podziwiać zostało. I nagle grom z jasnego nieba! Choć powała podupadłej dzielnicy, podupadłej kamienicy, podupadłego pokoju na wynajm czarna, czarne ściany i podłoga czarna, w plamy uronionego spirytusu zdobna, tożsamo stół w plamy czarny, jeszcze świeży i lepki od zbieractwa i potu rąk i z czoła zbieracza, co na czarnym krześle, spoconym tak samo siedzi. Mówię, jasny grom! Nie ma! Jakby kto złośliwie, rzecz czyniąc ukradł, wiedział jakie spustoszenie uczyni. Wiedział i z premedytacją na męki powiódł. Może był sprzedał, bo to i awangarda ostatnimi czasy w cenie. W cenie takiej, że było by dziś pokoleniu Emo co szukać i znaleźć w Leningradzie rewolucji, w Leningradzie Waginowa, w umieraniu przepychu i piękna, oj było by. Wszelako, (wtrącę i ostrzegam) niech młodzi bez możności zapisu nie idą na przedmieścia, ni w miasto, bo jak ręce, jak mnie zaświerzbią, a charakternie do mnie podobni, to koniec i zejście murowane, pod drewnianym płotem, w błocie, na niedokończonym dukcie proletariackim pewne.
Nie doszłam ja jednak do Leningradu, i nie odbyło się to podczas bezkartkowych do niedawna wypraw na błyszczących szprychach. Stało się w domu, poprzedzone słusznym lękiem, że zacząwszy czytać cokolwiek, co mnie ‘uderzy’, a nie wiedząc zgoła, co to będzie, na katusze się mogę skazać, z braku brulionu właśnie, kiedy się okaże, że to już. Bowiem od jakiegoś czasu zbiera się we mnie chęć niewysłowiona na napisanie felietonu. Tego jeszcze w życiu nie robiłam, i nie znam, tym bardziej parciu się dziwię, bo mnie obce odstrasza zazwyczaj, jeszcze nieoswojone, dalekie i niejasne. Mimo strachu, ze blamaż popełnię, ciśnienie nie malało, a nawet bezczelnie rosło, dotarłszy do dzisiejszej nocy bez szwanku. Jeszcze się nie domagało kartki, ni długopisu marki lexi5, ani też zetknięć palczastych z klawiaturą. Nie. Było jednak, krążyło i miało się samo na uwadze, bo ja sama, używając sposobów wyżej wspomnianych o nim zapominałam i już. A ponieważ laik ze mnie trochę. Zwłaszcza w lekturze nagrodzonych i znanych, pisarzy etc, wybieram książki chybił trafił, według kryteriów, o które nie pytajcie, o których może kiedyś, przy innej okazji. (Co tylko powiem, że czytam świat i książki po swojemu, bo tak mi wygodnie, a jeśli się komuś nie podoba, nie rzecz moja.) I ten laik literacki, ja w rzeczy samej, Pilcha Jerzego, dalej i wcześniej zwanego JP (z czego on sam się tak zwie właśnie), czytuję tak jak mi w ręce wpadnie. Według listy i zasady (jedną zdradzę): znajduje na półce w biblio, konstatuję szybko, lub wolno, czy czytałam i nieczytana kimkolwiek jest w treści, książka ląduje pod pachą.
I zło, zło się czaiło tego dnia rzekłabym wszeteczne, plugawe i złośliwe, kiedy JP kolejne słowy do ręki wzięłam. Jakby mu mało było. Bo po domowej awanturze anno domini 7 maja tegoż roku (która teraz doczekuje się wspomnienia i zapisu w dacie, kiedyś dla potomnych i siebie samej ją wspomnę szerzej), w atmosferze godzenia z rodzicielką, co przypadkiem atmosfera godzenia się zrodziła, z chęci zainteresowania latorośli (czytaj młodej panny N. córki brata najmłodszego, zaledwie pięcioletniej) zainteresowania czytaniem, udałam się do biblioteki; bo po domowej awanturze miałam dość kompletnie wszystkiego, stąd chciałam się z dzieckiem, co naiwne i niewinne ale szczere, widząc moje cierpienie, uczepiło się nogi mojej i nie odstępowało na krok od rana samego, czyniąc zabawne, ale w swojej dziecięcej szczerości poważne pocieszenia, chciałam się z dzieckiem przejść, pobyć trochę w jej świecie i wrócić do rzeczywistości już zdrowsza. Z dzieckiem podkreślam tylko, ale babci odmówić prawa do wnuczki nie mogłam, więc poszłyśmy razem, zresztą kto wie, czy byłabym (zawsze taka odpowiedzialna), tego dnia zdolna, do opieki nad energicznym maluchem. Udałam się więc (w trójkę) do miasta, z przedmieść kostką brukowanych, pieszo. Szłam, kiedy one walczyły z mżawką, mokłam przyjemnie, a obojętne było, co spada mnie na głowę, bo już większe spaść nie mogło. Kiedy między regały wycieczka wpełzła, rodzicielka rzuciła się na horrory. Co prawda nie wypożyczyła nic potem, ale ziarno do czytelnictwa zostało zasiane. Latorośl tymczasem, oglądaniem okładek zajęła się w pełni, czyniąc nota bene podobnie jak ja, z tym, że stron ostatnich z powodu niepiśmiennictwa nie czytała, ani fragmentów. Piękny to był widok jednako, a już komunikat zasłyszany dla uszu jak balsam, kiedy rzekła oto: „Powinnaś sobie ciociu kupić wszystkie te książki, żebyś nie musiała tak daleko chodzić pieszo (prosz jak dziecko doceniło wysiłek) i mogłabyś sobie czytać i czytać w domu”. Cytat dosłowny nie jest, jednak najbardziej zbliżony do oryginału jak się da. Przy okazji dodam, że niech się nikt nie waży powiedzieć, że małe dzieci nie myślą, przyjmując świat tak tylko, jak pokazują im dorośli. Koniec końców po niespełna pół godzinie, dziewczyny pełne wrażeń, a ja plecaka lektury, wracałyśmy od domu. One znów zbrojne w parasole, a ja w tę oto listę: Simone de Beauvoir „Kobieta zawiedziona” – literatura francuska, Thomas Bernhard „Chłód” – literatura austriacka, Erlend Loe „Doppler” – literatura norweska, Jerzy Pilch „Pociąg do życia wiecznego” – literaturalnie wiadomo, Dostojewski Fiodor „Zbrodnia i Kara” wiadomo takoż, że rosyjska. Tomasa i Erlenda wzięłam pierwszych. Tomas, klimatem mnie podobnym, w nastroje grobowe był trafił, potem Erlend i jego Doppler dodali kopa i animuszu. Cieszyłam się, że dokonałam słusznego wyboru. Simone czekała, z tej racji między innymi, że choć czytuję i podoba mi się jak pisze jej ‘mąż’, wiadomo kto, filozofii jego nie zdzierżam, więc przez ‘męża’, oraz z powodu klimatu ciężkiej egzystencji w treści, na tamte moje dni, musiała poczekać. Wzięłam do ręki JP wreszcie, bo ukryć się nie da, że pociąg do barokowego, bogatego w słowo języka czuję i specyficznej narracji, oraz powiem to, ironii i sarkazmu, ubranych zręcznie jakby nie w obelgę a pochwałę, pociąg czuję. I masz! Poczułam się jak Twardowski w karczmie co Rzym się zwie, sama, z własnej woli, bez podstępu w jej progi wkroczywszy. Rozdziawiałam gały na felietony i znikały mi w oczach jeden po drugim. I ono przyszło wtedy. Jakby mu było mało. Pragnienie zrzucenia z siebie choćby szkicu, choćby filetońcia małego. I cóż z tego, że choć wiedziałam, jaki kształt nadam, i w jaką dziurę wetknę tekst, kiedy brulionu brak uwierał wnętrzności. Jedyna zaleta, całego zamieszania, że całkiem zapomniałam, jak pieką mnie nogi. Marne to jednak pocieszenie, kiedy innemu pieczeniu poddawana byłam. Pośród wrażeń które na mnie bezczelnie nacierały. I chcąc nie chcąc, objęta nową gorączką, niestety, w kartki między wiersze pomysły pisać zaczęłam, namnażane w głowie pod wpływem, oznaczone datą i niekiedy pełniejszym zdaniem. Jednak niedosyt czułam, żal czułam, złość na siebie straszną miałam. Że poezję plugawię w oryginale zapisu, i słowu się sprzeniewierzam li tylko wzmiankowym napomknieniem. Jemu, brulionowi mówię, że go zakupię z samego rana, albo popołudnia, pomysły przepiszę i załagodzę ból sobie samej sumienia. Zapożyczywszy tytuł i uczyniwszy parafrazę „Ukrzyżowanie moje w winie nie potrzebne będzie” ponieważ jutro, jako wyżej rzekłam postąpię i już. A na deser, złośliwie, do czytania pozostanie, według własnego wyboru i własnej kary, narzuconej bezwiednie „Zbrodnia i Kara” właśnie (uzupełniając laickie braki) i „Kobieta zawiedziona”. Choć tą być nie zamierzam, bo pomysłom uciec nie pozwolę, lecz lektura w zamyśle ciężka, więc pokutę odczynię a potem drugi, bo pierwszy już od tuszu tłusty, felieton popełnię.

Data:

 06/07.06.2010

Podpis:

 głupiec

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=62992

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl