DRUKUJ

 

Oko Horusa

Publikacja:

 10-08-02

Autor:

 luckyman
Oko Horusa

Mały, zdezelowany busik mknął ulicami Kairu, starając się wepchnąć w każdą wolną przestrzeń na drodze. Patrzyłem na to z przerażeniem. Samochody mijały się dosłownie na odległość zdartego lakieru, co jak się później przekonałem było tutaj normą. Przeraźliwy dźwięk klaksonów komponował się z krzykami kierowców, którzy żywo gestykulując, udowadniali swoją wyższość nad innymi. Pomimo tak wielkiego chaosu, posuwaliśmy się naprzód. Otarłem pot z czoła i usiadłem wygodnie. Jednostajne widoki za boczną szybą zaczęły się przesuwać. Stare, ceglane, niedokończone domy rozlane były aż po horyzont miasta. Resztki gruzu i śmieci pokrywały nieliczne wolne przestrzenie. Każda namiastka cienia była skwapliwie wykorzystywana przez tubylców jako oaza życia towarzyskiego na ulicy. Miejsce wypicia miętowej herbaty i wymiany poglądów. Oczywiście tylko dla mężczyzn. Tylko czasami można było spotkać kobiety, całe odziane w tuniki z zasłoniętymi twarzami. Islamski kraj. Te bardziej odważne, odsłaniały twarze i wtedy można było z nich odczytać cechy arabskiej urody. Duże czarne oczy i wspaniały uśmiech. Spojrzałem na moją żonę, siedzącą obok. Jasne, blond włosy, jasna bluzeczka i krótkie spodenki uwydatniające niebotycznej długości nogi były zaprzeczeniem panujących tutaj kanonów piękna. Były także podmiotem uwielbienia męskiej części populacji Egiptu.
- Muhammed, daleko jeszcze? – zapytałem kierowcę.
- Niet, my budiem zdies one hour – odparł rosyjsko-angielskim slangiem. – Jedna godzina, dobrze po polsku?
- Świetnie mówisz po … - zastanowiłem się krótko - … po zagranicznemu. Gdzie się nauczyłeś?
- Tutaj mnoga ruski, trochę amerykańców, ale ja lubię Polaków – wyszczerzył białe zęby nasz nowy kolega. – Ruski ludzie mały bakszysz, a Polak duży bakszysz.
- Dobrze, jak się dobrze spiszesz dostaniesz całkiem duży bakszysz – zapewniłem go. – Dowieź nas tylko bezpiecznie na miejsce.
Bakszysz, czyli jałmużna, a raczej napiwek, był słowem, które załatwiało tutaj wszystko. Od uzupełnienia brakującego papieru w toalecie w hotelu, do wejścia do miejsc, do których raczej turystów się nie wpuszcza. Kilka dolarów amerykańskich momentalnie rozwiązywało pozytywnie każdy problem. A Polacy potrafili mieć gest. Spojrzałem na zegarek. Powinnyśmy dojeżdżać już na miejsce. Chyba, że godzina tutaj liczyła się zupełnie inaczej od naszej. Europejskiej. Byliśmy w końcu w Afryce.
- Już widać big piramidy! – krzyknął Muhammed.
W busiku zapanowało wielkie ożywienie. Kilkanaście osób wyrwało się z lekkiego letargu i nerwowo zaczęło przygotowywać do opuszczenia pojazdu.
- Kochanie jak wyglądam? – moja piękniejsza połowa zadała, jak mi się zdawało, retoryczne pytanie, na które każdy mężczyzna miał tylko jedną odpowiedź.
- Jak zawsze zjawiskowo.
Tym razem odpowiedź była całkowicie uzasadniona. Piękna, brązowa opalenizna, odpoczynek oraz kąpiele w słonym Morzu Czerwonym dobrze wpłynęły na wygląd Kasi, mojej żony. Poza tym kochałem ją przecież nie tylko za wygląd. Także za jej zmyślny rozumek, któremu tylko czasami zdarzało się lekko szwankować.
Po kilku opłatach podjechaliśmy samochodem dosłownie pod samą piramidę. Nasi współtowarzysze zaczęli ochoczo wychodzić z pojazdu. Chwyciłem torbę z aparatem i podążyłem za wszystkimi. Na otwartej przestrzeni żar lejący się z nieba był bardziej dokuczliwy niż w busiku, ale widok piramid z bliska zrekompensował mi wszelkie niedogodności.
- Proszę państwa, proszę się nie rozchodzić. Powiem kilka słów o historii tego miejsca – zaczął mówić nasz polski opiekun - Arek.
- Piotruś, zrobisz mi zdjęcie? – zwróciła się do mnie Kaśka. Pozując na tle piramidy Chefrena.
- Oczywiście kochanie. Już robię – wyciągnąłem aparat z futerału. Włączyłem go i ustawiłem przesłonę. Jakie było moje zdumienie, kiedy na wyświetlaczu na czerwono pojawiło się zdanie: zmień baterie. Nerwowo zacząłem się macać po kieszeniach. Nagle zelektryzowała mnie myśl. Zapasowe baterie! Zostawiłem je w ładowarce w hotelu. Byłem skończony.
- No co tak długo gamoniu, pospiesz się! – niecierpliwiła się Kaśka.
Co robić? – myślałem gorączkowo. Udawać, że nic się nie stało? Przecież ona mnie zabije.
- Już słonko. Chwileczkę. Muhammed! – zawołałem szperając po kieszeniach. Pokazałem mu na migi w czym tkwił mój problem. Chwycił w lot. Zapewnił, że wszystko będzie OK, po czym zniknął. Nie zdziwiło mnie to zupełnie, kiedy za dwie minuty mój arabski kolega przyniósł dwie, trochę sfatygowane ale działające baterie. Sesja zdjęciowa mojej żony mogła się rozpocząć.
Ten zadziwiający stos kamieni był wdzięcznym obiektem do pozowania. Kilka tysięcy lat w tle z Kaśką, działało na jej korzyść. Była w siódmym niebie.
Otoczenie także nie próżnowało. Oprócz naszej grupy wokół jednego z siedmiu cudów starożytnego świata roiło się od turystów. Wszędzie biegali tubylcy starając się sprzedać egipskie pamiątki. Gipsowe piramidki konkurowały z plastikowymi skarabeuszami i kolorowymi pocztówkami.
- Mister, ten postcards only five dollars! – krzyczał mały brzdąc w turbanie.
- Nie, dzięki – odparłem szybko.
- Hello mister, beautiful eye of god four dollars, three – nie dawał za wygraną.
Zignorowałem go i podszedłem do piramidy Cheopsa. To ciekawe, ale archeolodzy nie są zgodni co do twórcy tego wielkiego dzieła. Brak wszelkich pozostałości pisanych z okresu panowania tego wielkiego faraona było rzeczą niezwykłą. W muzeum kairskim zachował się tylko jeden kilkucentymetrowy posążek Cheopsa. Czyżby tak potężny władca nie zadbał, aby jego imię przetrwało na wieki? W takim razie kto był twórcą tak monumentalnego dzieła?
Wokół wejścia do piramidy kłębiły się dziesiątki turystów.
- Może wejdziemy do piramidy? – zapytałem żonę.
- Coś ty, tam jest bardzo duszno i pewnie śmierdzi. Będę później zmęczona i cała spocona.
Pewnie tak – pomyślałem. Ale moja dusza odkrywcy nie dawała za wygraną. Musiałem to zobaczyć.
- Ja w każdym razie idę. Będę za czterdzieści minut. Tylko się nie spoufalaj z Arabami – rzuciłem na odchodne.
Przy wejściu spotkałem pana Arka. Nerwowo spoglądał na swój aparat fotograficzny i przeszukiwał kieszonki podręcznego bagażu. Krople potu pojawiły mu się na skroni.
- Przysięgam, że rano wkładałem baterie do aparatu i nagle zniknęły. To czysty obłęd. Tyle się namęczyłem żeby zdobyć zezwolenie na robienie zdjęć wewnątrz piramidy i wszystko na nic. Mój wydawca mnie zabije.
Nagle odkrywcza myśl zaświtała mi w głowie. Muhammed był niezłym cwaniakiem. Bakszysz może czasami zdziałać cuda.
Po drobnych opłatach, grupa turystów mogła wejść do środka budowli. Ciasny korytarz i nikłe światło potęgowało wrażenie tajemniczości. Ludzie szli gęsiego, zgięci w pół, czując na karku ciężki oddech sąsiada. Wielowiekowy zapach stęchlizny zmieszany z zapachem potu dawał niesamowity fetor. Kaśka miała rację. W głowie zaczynałem odczuwać lekki zamęt. Brakowało mi tchu. A jednak adrenalina napędzała moje ciało. Czułem się jak robot. Nagle korytarz skończył się i znaleźliśmy się w niewielkim pomieszczeniu. To była komora grobowa faraona. Przewodnik zaczął opowieść.
- Proszę państwa. Znajdujemy się w komorze królewskiej piramidy Chufu czyli Cheopsa. Obecne wejście zostało przebite sztucznie w osiemset dwudziestym roku z rozkazu kalifa Al-Mamuna. Piramida zbudowana została prawdopodobnie około dwa i pół tysiąca lat przed naszą erą według projektu Hemona. Wielkiego budowniczego z tamtego okresu. Bloki skalne mają od dwóch do piętnastu ton wagi. Wysokość piramidy sto czterdzieści sześć metrów, długość boku około dwustu trzydziestu …
Nie słuchałem już dalej. Te suche fakty mogłem znaleźć w Internecie albo w każdej książce. Wolałem skupić się na ścianach. Gładkie, wapienne bloki przylegały do siebie niczym dobrze wykonana mozaika. Dotknąłem ich. Były zimne. Ktoś wykonał je kilka tysięcy lat temu. Czy był niewolnikiem? A może rzemieślnikiem? Czy miał żonę? Dzieci? Tysiące pytań cisnęło mi się na usta.
Nawet się nie zorientowałem jak czas wycieczki dobiegł końca. Gdy znowu poczułem świeże powietrze na twarzy odetchnąłem głęboko. Rozejrzałem się dokoła w poszukiwaniu Kaśki. Oczywiście znalazłem ją na nie pierwszej młodości wielbłądzie i w wielkim turbanie na głowie.
- Halo Piotruś! Już jesteś? Popatrz! Jadę na wielbłądzie. Zrób mi zdjęcie – zawołała.
Opiekun zwierzęcia ochoczo podbiegł do mnie.
- Cześć! Ty Polska? Ja znam Polska. Very good people. Twoja kobieta beautiful. Camel dobra cena. Dla mnie twenty dollar.
- Dwadzieścia? Za co? – wykrzyknąłem. – Nie dam.
- Fifteen?
- Three!
- Twelve?
- Five!
- Ten?
- Five!
- Seven?
- Five!
- Five?
- No nareszcie rozumiesz! Masz i oddaj mi ją. Thank you my friend.
Wielbłąd na rozkaz właściciela posłusznie położył się na ziemi I pomogłem Kaśce wygramolić się z siodła.
- Piotruś! Długo cię nie było. Ale śmierdzisz! – zmieniła nagle temat.
- Może troszeczkę. Ale warto było. Zaraz, co masz na szyi?
Na opalonej szyi mojej żony zobaczyłem zakurzony, egipski naszyjnik. Wyglądem przypominał oko.
- Aaaaa? To? Kupiłam! – uśmiechnęła się serdecznie. – Od małego Beduina. Za dwadzieścia dolarów.
- Dwadzieścia dolarów. Tu wszystko początkowo jest za dwadzieścia dolarów. Tylko zostawić cię samą na chwilę.
- Podobno to jest starożytny amulet i przyniesie nam szczęście. Zobaczysz!
W pobliżu dostrzegłem naszego przewodnika.
- Panie Arku. Spojrzy pan na ten wisiorek? Żona właśnie go kupiła – powiedziałem lekko kpiąco.
Mężczyzna przyglądał się chwilę w ciszy. Wziął naszyjnik do ręki i lekko potarł. Przyglądałem się tej scenie uważnie, żeby jego ręka nie posunęła się za daleko.
- To jest oko udżat, tak zwane oko Horusa. Symbol powodzenia i opieki bogów. Według mitologii Horus miał dwoje oczu. Prawe to Słońce. Lewe Księżyc. Lewe oko bóg stracił podczas walk z Setem, ale potem je odzyskał. Ofiarował je swojemu ojcu Ozyrysowi. Posiadacza oka Horusa chroniły dwie boginie Nechbet i Wadżet. Sęp i kobra. To ważne symbole. Można je spotkać na nakryciach głowy prawie wszystkich faraonów. To dziwne … - Arek zastanowił się. – Ten amulet wygląda na oryginalny. Jest nieco zniszczony. Chyba jest bardzo dobrze podrobiony. Będzie miała pani piękną pamiątkę z Egiptu.
Kaśka promieniała. Spojrzała na mnie z wyższością.
- Widzisz kochanie? A ty mnie zbeształeś. Jak pokaże go Jolce pęknie z zazdrości.
- Tak z pewnością – odparłem sucho.
- Zobaczysz! Dlaczego tutaj nie ma cienia? Jestem już cała spieczona.
- Piramidy w lecie nie dają cienia – wyjaśniłem.
Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć. Obfotografowałem Sfinksa i oganiając się od tubylców zajęliśmy miejsca w samochodzie. Przywitał nas uśmiechnięty kierowca.
- Priwiet. Kak piramida. Nice? – jego slang rosyjsko-angielski był rozbrajający.
- Bardzo ładna – wziąłem go za ramię i wcisnąłem do ręki akumulatorki i pięć dolarów. – To za baterie. Rozumiesz? I oddaj je Arkowi!
- Ha! Ha! – roześmiał się Muhammed. – Very good business with you Peter.
Pozostali turyści zajęli swoje miejsca. Każdy z nich ściskał nabyte suweniry. Ludzie dzielili się wrażeniami i oglądali zdjęcia.
- Piotruś! Ten pan z przodu się rozwalił na siedzeniu, nie mam gdzie rozprostować nóg. Zrób coś – zakwiliła Kaśka.
Westchnąłem ciężko i nachyliłem się do ucha współtowarzysza:
- Przepraszam pana, czy mógłby pan się trochę złożyć swój fotel. Żona nie ma miejsca z tyłu.
Zwalisty mężczyzna spojrzał na mnie spod zmrużonych powiek i wycedził:
- Nie!
- Dlaczego? – zapytałem łagodnie.
- Bo nie!
Jego argumentacja była jasna i przejrzysta. Bez wątpliwości był to facet, który znał swoją wartość i nie liczył się z otoczeniem. Popatrzyłem na Kaśkę. Jej otwarte, pytające oczy zmusiły mnie do zmiany taktyki. Ponownie nachyliłem się do sąsiada.
- Może się dogadamy – powiedziałem prawie bezgłośnie. – Dwa dolary?
- Pięć! – odparł bez chwili zastanowienia.
Miał dar negocjacji. Sięgnąłem do kieszeni. Moje środki finansowe topniały jak śnieg na pustyni. Zwalisty jegomość natychmiast poprawił swój fotel, a Kaśka z wdzięcznością przytuliła się do mojego ramienia.
- Dziękuję kochanie – wyszeptała. Jej pyrkaty nosek zaczął się jednak dziwnie marszczyć. Bez słowa wzięła torebkę i pogrzebawszy w niej przez chwilę wyjęła mały dezodorant i psiknęła mi pod lewą pachę.
- Będziesz ładnie pachniał – wyjaśniła zalotnie.
- A druga pacha?
- Niech się o to martwi twój sąsiad – rzuciła. – Wiesz ile kosztował ten dezodorant? Majątek!
Nie zawsze pojmowałem w lot tok logiki mojej żony, ale wierzyłem jej na słowo. A przecież ją kochałem. Mówią że miłość jest ślepa. Myślę, że z pewnością lekko niedowidzi. Busik ruszył z miejsca. Zająłem wygodnie miejsce. Klimatyzacja wróciła nam resztki życia. Ludzie za szybą nie mieli tego szczęścia. Podniosłem głowę i zawołałem do kierowcy:
- Muhammed! Czy tutaj pada deszcz?
- Co to jest szcz? – zabawnie złożył usta.
- Deszcz. Rain – wyjaśniłem.
- Ostatni raz coś takiego widziałem siedem lat temu – wtrącił się Arek. – A mieszkam tutaj od dwunastu.
- Wspaniale – powiedziałem cicho. – Piękny kraj.
Przed nami było kilka godzin jazdy. Monotonny krajobraz działał usypiająco. A wyczyny miejscowych kierowców nie budziły już we mnie zaciekawienia. Co chwilę spotykaliśmy posterunki policji egipskiej, na których znudzeni mężczyźni z bronią gotową do strzału chowali się w cieniu palm. Nawet nie wiem kiedy zapadłem się we własnych myślach.
Obudziło mnie gwałtowne szarpnięcie. Otworzyłem oczy i zobaczyłem białą elewację naszego hotelu. Nareszcie w domu – pomyślałem. Później uświadomiłem sobie, że prawdziwy dom znajduje się kilka tysięcy kilometrów stąd. Tak, człowiek szybko przyzwyczaja się do czterogwiazdkowego luksusu. Kaśka natychmiast udała się do pokoju wziąć zimny prysznic. Ja, po kilku drinkach w barze, postanowiłem wykąpać się w morzu. O tej porze nie powinno być tam nikogo – rozumowałem. Faktycznie, plaża była pusta. Księżyc leniwie oświetlał słomiane parasole. Rozejrzałem się dokoła. Raz kozie śmierć. Zrzuciłem z siebie całe ubranie i rzuciłem się w ciemną otchłań. Zderzenie z ziemią w znacznym stopniu zostało zamortyzowane przez piasek. Miałem go wszędzie. W najgłębszych zakamarkach człowieka. Zakląłem siarczyście i stanąłem na nogach. Morza nie było! Jak to się mogło stać? Ruszyłem przed siebie. Dopiero po stu metrach znalazłem linię brzegową. Szedłem dalej. Po dwustu metrach woda sięgała mi już do kolan.
- Jak opowiem o tym w domu, to mi nie uwierzą – szepnąłem. Trafiłem na odpływ. Woda cofnęła się odsłaniając całe połacie piasku po którym można było przejść suchą nogą. Poczułem się jak Mojżesz. Pełen mocy i energii. To było niesamowite uczucie. Morze Czerwone rozstąpiło się przede mną! Po chwili euforii powrócił rozum. Dobra, czas wracać do domu. Przyjąłem azymut i udałem się w drogę powrotną. Nie powiem, była bardzo przyjemna, gwiaździsta noc. Ciepły wiatr od morza przyjemnie targał mi włosy i inne części ciała. Księżyc, jak sobie przypomniałem, jedno z oczu Horusa pokazywał mi drogę.
- Horuś, prowadź – rzekłem zawadiacko. Zaklęcie podziałało, bo szczęśliwie dotarłem do pierwotnego brzegu i nawet znalazłem ubranie. Trochę szumiało mi w głowie. Szybko ubrałem się i dotarłem do pokoju hotelowego. Kaśka już spała. Jej nagie ciało przykrywało jedynie cienkie prześcieradło. Przyjrzałem się przez chwilę temu widokowi. Jednak byłem szczęściarzem. To był cudowny dzień. Położyłem się do łóżka. Powieki same się skleiły i zapadła ciemność. Przyśnił mi się wielki sęp. Trzymając mnie w szponach latał nad piramidą Cheopsa i przeraźliwie skrzeczał głosem mojego szefa z pracy: koniec z obijaniem, trzeba się brać do roboty. Na koniec wielki ptak posadził mnie na ziemi i przemówił: należy się trzy dolary. Wywróciłem wszystkie kieszenie, ale nie znalazłem żadnych środków płatniczych. A więc to tak? – usłyszałem. – A więc dług odbierzemy w naturze!
- Jak to w naturze! Jestem żonaty – próbowałem negocjować, ale sęp roześmiał się tylko i dziobnął mnie w brzuch.
Przebudziłem się. Poczułem silny ból w pęcherzu. Pewnie wypiłem za dużo płynów. Musiałem pójść do łazienki. W lustrze dojrzałem twarz obcego faceta ze zmiętą twarzą.
- Dzień dobry – ukłoniłem się uprzejmie. Nie odpowiedział, ale nie zastawiałem się nad tym. Opróżniłem pęcherz i nie otwierając oczu wróciłem do wyrka. Nagle film się urwał.
Egipski ranek przywitał nas znajomym słońcem i zaduchem. Ruszyłem głową i natychmiast pożałowałem. Tępy ból rozsadzał mi czaszkę. Musiałem chyba wczoraj przesadzić z drinkami. Poczułem cierpki smak piasku w ustach. Dziwne. Skąd się tam wziął? Złapałem szklankę z wodą i wypiłem kilka łyków. Miała dziwny posmak. Musiałem wstawać. To był nasz ostatni dzień wakacji w Egipcie. Nie mogłem go zmarnować w łóżku. Moja żona siedziała przed lusterkiem i malowała sobie urodę. Nie odrywając wzroku od zwierciadełka spytała:
- Gdzie byłeś w nocy? Nie było cię kiedy zasypiałam.
- Czy ja cię pytam, kim był ten mężczyzna w łazience? Nawet się nie odkłonił.
- Bredzisz – stwierdziła. – Musiałeś być za długo na słońcu.
Nic nie odpowiedziałem. W kilka chwil doprowadziłem się do porządku. Musieliśmy zjeść ostatnie śniadanie i przygotować się do odjazdu. W hotelowej restauracji
zauważyłem, że kelnerzy byli bardziej uprzejmi niż zwykle, nie żądając przy tym bakszyszu. Spoglądali tylko ukradkiem na dekolt Kaśki, co już mniej mi się podobało. Odpoczywając po posiłku nad basenem, z torebki żony niespodziewanie odezwał się dzwonek komórki. Kaśka rzuciła okiem na wyświetlacz aparatu i fuknęła niezadowolona:
- To z pracy. Przecież jestem jeszcze na urlopie… Tak słucham.
Mina kobiety z każdą chwilą robiła się coraz bardziej radosna. Oczy śmiały się teraz razem z całą twarzą, natomiast usta wypowiadały: … tak … oczywiście …. zgadzam się … do widzenia.
- Kochanie! Zgadnij z kim teraz rozmawiasz?
To pytanie było bardzo dziwne. Rzekłbym retoryczne. Zdecydowałem się na odpowiedź:
- Z moją żoną?
- Głupi jesteś! Rozmawiasz z nowym szefem marketingu w mojej firmie. Właśnie dzwonił prezes zarządu z pytaniem, czy nie zgodziłabym się objąć tej funkcji. Widocznie nie mogą sobie poradzić w firmie beze mnie i potrzeba tam mocnej ręki. Zgodziłam się.
- Ty to masz farta!
- Jasne, nawet nie marzyłam o takim stanowisku.
- Gratulacje, jestem z ciebie dumny – powiedziałem z uznaniem. Ten dzień znakomicie się rozpoczął. Potem było jeszcze lepiej. Dostaliśmy darmowe koszulki firmowe z hotelu. Zaś kulminacją był telefon z naszego biura podróży, że Kaśka jest stutysięczną klientką biura i w związku z tym w przyszłym roku możemy sobie wybrać dowolne wczasy gratisowe. Te małe i duże przyjemności skondensowane w tak krótkim okresie zaczęły mnie zastanawiać. To tak, jakbyśmy wygrali szczęśliwy los na loterii lub ktoś się nami nagle zaopiekował. Spojrzałem jeszcze raz na Kaśkę i nagle zrozumiałem. Na pięknym, opalonym dekolcie mojej żony zobaczyłem naszyjnik. To było oko Horusa. Czyżby nieznany, starożytny bóg wziął nas w opiekę? Czyżby amulet działał? Widocznie tak było. Musiałem to sam sprawdzić. W Polsce.
- Kaśka! Chyba wiem co się dzieje!
Podzieliłem się z nią moim odkryciem. Była tak samo zaskoczona jak ja wcześniej.
- Tak więc – kończyłem mój wywód – jak przyjedziemy do Polski, pożyczysz mi amulet i pójdę z nim do mojego szefa prosić o podwyżkę!
- Będziesz trochę głupio wyglądał – zauważyła.
- No coś ty. Będę go miał w kieszeni marynarki. To musi zadziałać.
Zacząłem już w myślach obliczać na co wydamy nadwyżki finansowe: nowy samochód, telewizor, może mieszkanie. Kaśka też się rozmarzyła. Znając ją miała zupełnie inne priorytety. Czas biegł nieubłaganie. Nasze bagaże czekały już na transport na lotnisko. Nie lubiłem tego momentu. Może jestem sentymentalny, a może po prostu przyzwyczajam się do miejsc i ludzi. Pokochałem ten kraj. Trudny i nieprzewidywalny, ale zarazem prosty i piękny. Stojąc już na schodkach prowadzących do samolotu odwróciłem się. Chciałem jeszcze raz spojrzeć na Afrykę. Odetchnąć gorącym powietrzem i poczuć palące słońce na twarzy. Może Horus będzie łaskawy i pozwoli nam tutaj wrócić? – pomyślałem. Z zamyślenia wyrwał mnie głos stewardesy. Zbliżał się czas powrotu do domu.

Data:

 lipiec-sierpień 2010

Podpis:

 samuel

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=64025

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl