DRUKUJ

 

Zagadka dzikiego sera.

Publikacja:

 10-09-20

Autor:

 erazmus
Zagadka dzikiego sera.

Motto:

Wtem z impetem unosi, porywa
Diabelski młyn, co przede mną odkrywa
Obrazy czy dźwięki, kontrasty razy do potęgi
Szósty zmysł działa dla umysłu i ciała
To boskie Olimpu rozkosze

Film, Kaliber 44


Obudził go kac. Największy w jego życiu kac. Otworzył leniwie oczy, a cały świat zdawał się krzyczeć kolorami. Ich wyrazistością i ostrością. Rozejrzał się wokół i nad wyraz spokojnie stwierdził, że znajduje się w obcym mieszkaniu. A wszystko było przy tym nieprzyzwoicie pstrokate, ociekało tandetą i wrzeszczało kiczem do jego opuchniętego mózgu.

Różowa pościel, łóżko z baldachimem, tylko kochanki brak. Może to i lepiej, pomyślał. Nie pamiętał nic. Totalne zero w obolałym jego umyśle. Pił, wąchał, bzykał. I choć to było pewne, wciąż miał zbyt dużo niewiadomych.

Jako wytrawny superbohater dnia codziennego jednak nie takie zagadki już życiu swym rozwiązywał. Grunt to dedukcja i indukcja, zwykł sobie powtarzać. Zrobiwszy szybki rekonesans, postanowił przyrządzić śniadanie. To najlepiej działa na kaca. Potem znajdzie kochankę nocy poprzedniej. Zresztą, sama wróci. Zawsze wracają. Wszedł do kolorowej, zbyt kolorowej jak na jego stan, kuchni.

Podszedł do kuchenki. Znalazł kultową, teflonową patelnię, jakiś tani olej. Rozgrzał wszystko na średnim ogniu i rozejrzał się w poszukiwaniu jajek. Nie znalazł ich niestety. Ale wtedy dostrzegł na samym środku niewielkiego, różowego stołu ser. Śniadanie, pomyślał.

Ale ser okazał się być dziki. Mrugnął do niego zalotnie, co by uśpić czujność, ponieważ w chwilę później wyszczerzył malutkie, bielutkie jak świeża koka ząbki. Zaczął też latać i gonić go po całym kiczowatym mieszkanku.

Tu trzeba było działać szybko. Dobrze wiedział, że gdy ser go ugryzie, będzie po wszystkim. Umrze w nieprzyjemnych konwulsjach. To była zasadzka i podstęp. Chyba w nocy kochał się z niewłaściwą osobą. Znów szybki rekonesans. Patelnia! Kuchenka! W obliczu kaca błyskotliwość tych skojarzeń przepełniła go przez chwilę prawdziwą dumą.

Wrócił szybko do kuchni, skoczył po rozgrzaną, skrzącą tanim olejem patelkę, wciąż czując na karku nieświeży oddech latającego, dzikiego sera. Gwałtownie się obrócił, a ser, nie przewidziawszy tak nagłego zwrotu akcji, rozprysnął się na kuchennym tym naczyniu.

Kątem oka dostrzegł przykrywkę, czym prędzej zamknął ser na patelni i postawił na gazie. Z niewymuszoną przyjemnością obserwował, jak ser rozpływa się pod wpływem ognia. Na końcu z przyjemnością skonsumował go z dodatkiem szczypiorku, popijając musującą aspiryną na ten psychodeliczny, wkurwiający ból głowy. Potem postanowił wyjść na świeże powietrze. Podobno też działa.

Niemrawo popchał drzwi i przez chwile naprawdę miał poważne problemy z wiarą w porządek wszechświata. Po pierwsze – to najbardziej kiczowate w jego życiu pomieszczenie było przyczepą. Po drugie – znajdował się w wesołym miasteczku. W samym jego środku.

- Mamo, patrz! – krzyczało jakieś dziecko, próbując wyrwać się swej rodzicielce z żelaznego uścisku. Pewnie chciało autograf.

- Chodź synku, chodź – matka jednak odciągała je, z dezaprobatą spoglądając na skacowanego superbohatera.

Gdzieś w tle kręcił się diabelski młyn, z oddali dosłyszeć można było jazgot z karuzeli. Za to bohater walki z dzikim serem budził respekt. Czuł na sobie spojrzenia wszystkich, widział, że szeptają na jego widok. On z kolei podrapał się w zieloną swą głowę. Ta wciąż wydawała mu się opuchnięta w kacu. Widocznie wyrwał jakąś artystkę cyrkową, nie takie rzeczy w życiu się robiło. Ale dlaczego lalunia chciała go zabić. Ktoś znów czyhał na życie herosów takich jak on...

- Ty też? – usłyszał od strażnika, gdy tylko doszedł do wyjścia.

- Co ja?

- No czy ty też rzuciłeś ich wszystkich w pizdu.

- Ale kogo?

- No niewinnych – Hulk poznał go dopiero wtedy. Przecież to był Kapitan Ameryka. Już jakiś czas temu przeszedł na emeryturę. Parszywie jednak skończył, jak widać. Siedział jak jakiś cieć w stróżówce wymalowanej w amerykańską flagę.

- Żartujesz sobie. Przecież żadna laska nie oprze się superbohaterowi – Hulk zaśmiał mu się w twarz i napiął zielone ramię o grubości drzewa, by zademonstrować obwód mięśnia.

Mrugnął jeszcze zalotnie do grupki nastolatek, tłoczących się przy wejściu, po czym opuścił teren wesołego miasteczka, pozostawiając ten epizod za sobą. Boże, żeby tylko z tego nie było dzieci, zaśmiał się pod nosem. Czuł, że pomału przechodzi mu wkurwiający, psychodeliczny kac, a miał przecież jeszcze do rozwiązania zagadkę. Zagadkę dzikiego sera w wesołym miasteczku…



Michał Erazmus

Data:

 na diabelskim młynie

Podpis:

 erazmus

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=64982

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl