DRUKUJ

 

Ucieczka

Publikacja:

 04-05-16

Autor:

 Herezjusz
Padało od czterech dni. Suchy przez większą część roku obszar jałowej ziemi, porośniętej wysokimi kępami spłowiałej trawy. Stał się teraz ciągnącym się po horyzont pasmem pełnym płytkich, wypełniających każde zagłębienie mulistych kałuż i wolno sączących się strumieni. Pozbawiona zwykle wilgoci, skąpa roślinność, w ciągu zaledwie doby zamieniła się w zielony kobierzec poprzetykany milionami drobnych, różnobarwnych kwiatków. Nieustanne kapanie deszczu, mlaskanie błota przyklejającego się do przemoczonych butów i chlupot towarzyszący każdemu stąpnięciu w kałużę, która okazała się głębsza od innych, stawały się nie do zniesienia. Brak ubrań na zmianę, niemożność znalezienia kawałka suchej ziemi, oraz zimne jedzenie potęgowało uczucie przygnębienia i zmęczenie wędrówką. Beznadziejny nastrój i paskudna pogoda towarzyszyły uciekinierom odkąd opuścili góry, których sylwetki malały z każdym dniem za ich plecami. Jedyną pociechą było to, że dni i noce na tej rozmokłej równinie były o wiele cieplejsze niż pośród górskich turni.
Wędrowcy stanowili dziwnie dobraną parę. Pierwszy podążał niewysoki szczupły mężczyzna ubrany jedynie w przemokniętą bluzę bez rękawów i ubłocone spodnie w maskującym kolorze. Do dźwiganego plecaka miał przytroczony ciężki snajperski karabin. Widoczne na odsłoniętych ramionach tatuaże, wplecione w warkocz kościane koraliki oraz zawieszony na szyi naszyjnik z przypominających sztylety kłów nie pozostawiał wątpliwości. Był to myśliwy, zabójca smoków. Van Zan w rzeczywistości nie skończył nawet dwudziestego piątego roku życia. Jednak ostatnie sześć lat spędzone na polowaniu na te podstępne bestie sprawiło, że trzeba by przemnożyć ten wiek, co najmniej razy dwa, aby wytłumaczyć przedwcześnie posiwiałe kosmyki w czarnej czuprynie.
W pewnej odległości za nim wpatrując się jaskrawo zielonymi oczyma w błotnistą maź pod stopami, szła otulona w ciemnoszary, za duży na nią płaszcz drobna kobieta. Spod obszernego kaptura wyglądała piegowata zmęczona buzia okolona gąszczem ognisto rudych loków. Błyszczące oczy odrywała od stóp tylko po to, aby co jakiś czas posłać pełne gniewu spojrzenie na plecy swojego przewodnika. Dziewczyna miała na imię Diarii i była niewiele młodsza od swego towarzysza. W głębi serca wiedziała, że tylko dzięki niemu udało jej się uciec przed pościgiem. Mimo to nie potrafiła pogodzić się z myślą, że musiała opuścić swoją rodzinną osadę zostawiając za sobą wszystko, co kochała. By uciec przed polującą na czarownice bandą. Strach, tęsknota i niepewność obracały się w niej w bezsilny gniew, który z braku jakiegokolwiek innego ujścia wyładowywała na swoim opiekunie.
Od czasu jak opuścili wioskę minęły już dobre dwa tygodnie a w porównaniu z chwilą obecną wcześniejszą przeprawę przez góry można by nazwać przyjemną wycieczką. Przez ten czas zdążyła już przyzwyczaić się do swego przewodnika i prawie przestała się go obawiać. Jednak misternie budowane zaufanie runęło, gdy natknęli się na zasadzkę. Po przejściu ostatniej przełęczy na skraju bezludnej równiny, zamiast czekających na nich przyjaciół znaleźli wypalony wrak łazika i zmasakrowane ciała. Trupy należały do partyzantów walczących z despotyczną władzą Nowej Religii. Zbici przybyli na to odludzie, aby pomóc im przedostać się przez pustkowia na tereny, do których nie sięga władza kościoła. Niestety zostali zaskoczeni przez ścigających czarownicę fanatyków, ci z kolei po łatwym zwycięstwie postanowili zaczekać i schwytać uciekinierów. Tym razem nie poszło im już tak dobrze, zanim przerażona dziewczyna zdążyła się zorientować, co się właściwie dzieje, było po walce. Van Zan bez pośpiechu podniósł karabin, spokojnie wycelował i posłał dwunastomilimetrową kulę prosto w plecy ostatniego z napastników, który zdążył zorientować się w sytuacji na tyle szybko by próbować uciec. Trzej jego towarzysze leżeli już wtedy martwi. Szok przeżyty na widok, krwi i trupów obudził w czarownicy na nowo lęk przed Van Zanem. Dziewczyna na własne oczy zobaczyła, że opowieści o zabójcach smoków nie są tylko legendom, zrozumiała nabożny niemal lęk, z jakim mówią o nich wieśniacy i dotarło do niej, co miał na myśli jej ojciec mówiąc, że Van Zan jest najprawdopodobniej najniebezpieczniejszym człowiekiem, jakiego przyjdzie jej w życiu spotkać. Rozum podpowiadał jej, że zaufanie, jakim jej ojciec obdarzał młodego myśliwego, było oparte na bardzo silnych argumentach. Tyle, że nie mogła tak po prostu przejść do porządku dziennego nad tym, że straciła możliwości decydowania o własnym losie. Chciała czy nie, była teraz zdana na jego dobrą wolę, nie mogła po prostu odwrócić się i odejść, wrócić do wioski. Musiała nadal uciekać, jeśli chciał żyć.
Poczucie beznadziei i niemocy wywoływało w Diarii furie, która przewyższała nawet strach i zmęczenie. Wyczerpana wielogodzinnym marszem, rozdrażniona deszczem, klejącymi się do ciała ubraniami na równi jak i swoją bezsilnością. Obdarzyła Van Zana setnym już dzisiaj lodowatym spojrzeniem. Miała już serdecznie dość wilgoci, pustynia, na której największym problemem miało być zdobywanie wody okazała się koszmarnym mokradłem.
Pustynia !! Zaraz się tu potopimy - powiedziała do siebie - jak długo to już trwa.
Dziewczyna spojrzała w niebo jednak ciężkie chmury nie pozwoliły zorientować się jak wysoko jest słońce i ile czasu minęło odkąd rano wyruszyli.
Niech już przestanie, niech skończy się ta ulewa - słowa, choć wykrzyczane, znikały we wszechobecnym bębnieniu kropel.
Przystanęła na chwilę by poprawić klejące się do ciała ubranie, strzepała nagromadzoną w fałdach kaptura wodę, która znowu zaczęła kapać jej na twarz i z wysiłkiem postawiła następny krok, potem kolejny i następny, następny. Na nogach trzymała się już tylko dzięki sile woli. Nie myślała gdzie idzie po prostu szła. W pewnym momencie jej but zaplątał się w wiecheć twardej trawy. Była tak zmęczona, że nie zdążyła złapać równowagi czy choćby podeprzeć się rękoma i upadła na rozmiękłą glebę. Van Zan odwrócił się, zrzucił bagaż i podbiegł do dziewczyny. Kiedy pomagał jej wstać ta ze złością odepchnęła go od siebie jednak nogi ugięły się pod nią i usiadła na błotnistej ziemi. Spojrzała na swoje odbicie w kałuży potem na pochylonego nad nią zmartwionego mężczyznę i znowu na odbicie swej ubłoconej twarzy, po czym wybuchła histerycznym śmiechem. Van Zan przykucnął przy niej i bez słowa zaczął wycierać jej twarz. Szaleńczy chichot powoli przeszedł w cichy szloch. Kaptur opadł na ramiona, strumyczki deszczu, mieszając się z łzami powoli zmywały resztki błota.
- przepraszam - wyjąkała dziewczyna ledwo słyszalnym łamiącym się głosem - przepraszam, ale nie mogę, nie chciałam…
Opuściła spojrzenie i z oczu na nowo zaczęły płynąć łzy. Myśliwy delikatnie uniósł jej głowę tak, aby mógł patrzeć jej w oczy, ponownie otarł jej twarz tym razem z łez, odsunął niesforne kosmyki klejące się do twarzy
- nie płacz… proszę - zwrócił się do dziewczyny, nic mniej banalnego nie przychodziło mu do głowy.
Van Zan w ogóle mało się odzywał. Przywykły do wielomiesięcznych samotnych łowów nie często miał okazję, aby porozmawiać, na dodatek ludzie z obawy unikali jego towarzystwa a rozmowy z tymi, których mógłby nazwać swoimi przyjaciółmi ograniczały się, za wyjątkiem pijackich zabaw z okazji przeżycia kolejnego polowania, do wymiany konkretnych informacji. Rzadko polował z kimś innym. A nawet wtedy okoliczności wymagały porozumiewania się bez słów a zasady były jasne każdy martwi się o siebie. Tak, więc sytuacja, w jakiej się obecnie znalazł była dla niego równie dziwna, co kłopotliwa. Nigdy wcześniej nie musiał się nikim opiekować a z pewnością nie uciekał nigdy przed ludźmi. Gdyby to zależało od niego zaczaiłby się na ścigających i po prostu pozabijał jednego po drugim. Lub ewentualnie sam zginął, gdyby miał pecha. W każdym dniu, odkąd zajął się swoją profesją, liczył się z taką możliwością. Ryzyko, jakie podejmował było tak nie odłączną częścią jego życia, że strach przed śmiercią był pojęciem, które powoli przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Van Zan ryzykował, bo taka była jego natura. Robił to, co robił, ponieważ to mu odpowiadało. Polowanie, walka, pojedynek z bestią o wiele potężniejszą od człowieka a przy tym o inteligencji rozwiniętej na zaskakująco wysokim poziomie. To stanowiło sens jego egzystencji. Nie wyobrażał sobie, że mógłby żyć inaczej. Być rolnikiem, budowniczym, mechanikiem, czy nawet żołnierzem, nie sądził żeby to mu kiedyś odpowiadało. Dodatkową niechęć do zerwania z obecnym zajęciem i osiedlenia się na stałe powodowało to, iż choć dzięki takim jak on zwykli ludzie mogli czuć się w miarę bezpiecznie w swoich osadach i wioskach. To jednak zabójcy smoków nie zawsze byli tam mile widziani, zwłaszcza, jeżeli ludność miała się dobrze i stanu tego nie zakłócał żaden potwór. Wdzięczność za pomoc niegdyś udzieloną jakiejś społeczności była czymś, na co tacy jak on raczej nie mogli liczyć. Pamięć ludzka była w takich przypadkach dziwnie ulotna.
Minęło już wiele czasu od Kataklizmu, który spowodowała zagładę cywilizacji opartej na wysoko rozwiniętej technice, wraz z nią upadły wielkie miasta a populacja ludzi nękana nieustannymi katastrofami, konfliktami zmniejszyła się drastycznie. Mało, kto z żyjących obecnie wiedział coś więcej na temat przeszłości niż tylko to, że jakaś globalna katastrofa miała miejsce i że właśnie w jakiś czas po niej na ziemi pojawiły się bestie, nazwane przez pamiętających stare baśnie i legendy smokami. Tak naprawdę przeszłość nikogo nie interesowała. Ludzie żyli dniem codziennym. Kiedy liczebność smoków, czy to wskutek działań zabójców, czy jakiejkolwiek innej nieznanej przyczyny, spadłą na tyle że zagrożenie z ich strony przestało być zmora dnia codziennego. Znaleźli się tacy, którym nie spodobał się sposób, w jaki ludność ułożyła sobie życie. Postanowili nauczać innych, co jest najważniejsze, w co powinni wierzyć i komu oddawać hołdy a przede wszystkim, komu oddawać zarobione pieniądze i wszystko, co można odzyskać z ruin. W ten sposób powstała Nowa Religia, przedsięwzięcie kierowane przez mistrzów manipulacji, którzy przekonani byli o swojej wyższości nad innymi i przeznaczeniu do władzy. Początkowo ruch ten oparty na zlepku dawnych wierzeń, obleczony w nowo powstałe, często spreparowane zgodnie z potrzebami ich twórców legendy czerpiące swe źródło w wielkim kataklizmie, nie miał większego wpływu na mieszkańców osad niż inni wędrowni prorocy głoszący karę za grzechy i ostateczną zagładę świata. Jednak zamysły jego twórców wytrwale realizowano korzystając z nieszczęść spadających na wioski oraz niewiedzy ludu. Teraz stanowił już niezaprzeczalnie prężną organizację, posiadającą tysiące ślepo oddanych wyznawców. Sięgającą swymi pazurami wszędzie tam gdzie było coś wartościowego. Dobrze zorganizowane, ale nieliczne i rozproszone grupy opierające się terrorowi wprowadzanemu przez kapłanów Nowej Religii nie miały wielkich szans na skuteczne zatrzymanie ekspansji fanatyków, pozostała im jedynie obrona swoich osad przed zakusami inkwizycji.
- wstań Diarii, nie siedź w tej wodzie - dodał widząc, że dziewczyna powoli się uspokaja - pomógł jej się podnieść. Tym razem nie odtrąciła jego ramienia.
- jeszcze tylko troszeczkę - powiedział cicho, patrząc na zmęczoną dziewczynę. Nie miał najmniejszej ochoty by zmuszać ją do dalszego marszu. Im dłużej przebywał z Diarii tym bardziej nie mógł pojąć, dlaczego nazwano ją czarownicą i rzucono te wściekłe psy nazywające siebie inkwizytorami, aby ją dopadły. Dla niego była tak delikatną osobą, że czasem bał się jej dotknąć, aby nie zrobić jej krzywdy, podziwiał ją za to, że zdołała dotrzeć tak daleko i jeszcze miała energię by się złościć. Swoją drogą nie wiedział jak reagować na jej nastroje. Jego doświadczenie w tym względzie ograniczało się do przelotnych romansów z kobietami, które miały taką a nie inną pracę. Diarii była całkiem nowym zjawiskiem życiu Van Zana.
Czarownica? Akurat - pomyślał, kiedy pomagał jej wstać - o Ifni spraw żeby ich wszystkich zeżarł smok.
- już niedługo - powtórzył - zatrzymamy się dzisiaj prędzej, będziesz mogła odpocząć. Tylko musimy znaleźć jakieś osłonięte miejsce.
Co w tym monotonnym krajobrazie graniczyło z niemożliwością, jak okiem sięgnąć nie można było dostrzec jakiegokolwiek ukrycia.
- nie, nie trzeba mogę iść - odpowiedziała już nieco mocniejszym głosem Diarii - mogę iść, naprawdę.
Dziewczyna otarła resztki łez i nałożyła na powrót kaptur. Padający wciąż deszcz zelżał zmieniając się w drobniutką mżawkę. Diarii puściła wspierające ją ramię i wpatrując się już tylko w ziemię powolnym krokiem ruszyła przed siebie.
W momencie, gdy oddaliła się zaledwie na parę kroków do uszu wędrowców dotarło przeciągłe warczenie. Van Zan natychmiast sięgną za plecy. Jednak nie znalazł tam tego, czego szukał. Karabin podobnie jak reszta ekwipunku leżał wraz z plecakiem w odległości jakiś czterdziestu metrów od nich. Ich prześladowcy znajdowali się znacznie bliżej. Dwa ogromne rosomaki szablozębe, przemierzające tą opustoszałą równinę w poszukiwaniu mięsa, powoli zbliżały się do uciekinierów nie starając się nawet ukryć swojej obecności. Zabójca sądził, że musiały natknąć się na nich przypadkowo. Gdyby byli śledzeni z pewnością dostrzegłby to wcześniej. Brak broni bynajmniej nie zmartwił go zbytnio. Ocena dystansu dzielącego ich od zdjętych bagaży z jednej strony a wygłodniałych zwierząt z drugiej nie pozostawiała wątpliwości. Nie zdąży dobiec, złapać karabinu i wystrzelić zanim drapieżniki rzucą się na dziewczynę. Atakując jedno ze zwierząt nie miał najmniejszej gwarancji, że drugi rosomak nie rzuci się na czarownicę. Myśliwy postanowił stanąć pomiędzy nimi a dziewczyną i czekać. Spostrzegłszy zagrożenie Diarii zastygła w bezruchu. Potrafiła obronić się przed dzikimi zwierzętami szwędającymi się w pobliżu wiosek. Te jednak były o wiele większe, silniejsze i najwyraźniej nie miało dla nich znaczenia czy pożywią się istotą dwunożną czy chodzącą na czterech łapach.
- z lewej strony jest jeszcze jeden - szepnął myśliwy - skrada się w naszą stronę, pewnie zaatakuje jako pierwszy. Tamte mają odwrócić naszą uwagę. Nie ruszaj się i udawaj, że nadal go nie widzisz. Kiedy skoczy w naszą stronę po prostu schowaj się za mnie.
Dziewczyna niepewnie przytaknęła. Nie musiała udawać, nie dostrzegła przyczajonego zwierzęcia nawet, kiedy dowiedziała się, z której jest strony.
Odległość pomiędzy drapieżcami a ludźmi ciągle malała. Myśliwy jednak poruszał się w taki sposób by znaleźć się w zasięgu skoku ukrywającego się zwierzęcia o wiele wcześniej niż dwa pozostałe będą mogły ich dopaść. Wyglądało to tak jakby nieświadomie wchodzili w potrzask zastawiony przez dzikie bestie. Myśliwy przypuszczał, że najpierw będą chciały dorwać słabszego z nich, z pewnością miały okazję przyjrzeć im się wcześniej skoro postanowiły zastosować podstęp zamiast od razu rzucić im się do gardeł.
Tyle szczęścia, że nie są znowu takie głupie - pomyślał - gdyby wszystkie zaatakowały, jak tylko ich wytropiły z pewnością szanse na uratowanie dziewczyny były by nie wielkie a na to, że wyszliby bez ran z tej potyczki prawie żadne.
Chciałyście być za sprytne. A może po prostu się boicie - ostatnie słowa wypowiedział już na głos.
Równocześnie w dłoni zabójcy znalazły się podwójne, przypominające pazury, zakrzywione ostrza. Ulubiona broń Zabójców, często wykonywana własnoręcznie. W zależności od potrzeb można ją było nosić luzem lub przypiąć do ręki za pomocą specjalnego mechanizmu. W obu przypadkach ostrza stanowiły mordercze przedłużenie dłoni.
Kilka sekund później przyczajone zwierze zdecydowało się na atak. Zgodnie z przewidywaniami skoczyło prosto na dziewczynę, czekający tylko na to myśliwy odwrócił się błyskawicznie jednocześnie odsuwając Diarii za siebie. W następnej chwili rozpłatane od szyi po krocze szare cielsko upadło bezwładnie w błoto u stóp czarownicy. Pozostałe dwa nieświadome jeszcze losu swego pobratymca warcząc ruszyły w kierunku ludzi. Tym razem Van Zan nie czekał aż znajdą się bliżej, kilka kroków starczyło, aby stanąć oko w oko z kolejnym rosomakiem, zdezorientowane zwierzęta przystanęły na moment. Van Zan skoczył lądując ciężkimi okutymi butami prosto na karku bestii, odgłos łamanych kości nie pozostawił wątpliwości, co do jej losu. Zostało jedno zwierze. Ifni najwidoczniej wysłuchała modlitw zabójcy. Widząc, co się stało rosomak najwyraźniej ogłupiał. Zamiast rzucić się na dziewczynę stał nadal warcząc i błyskając długimi kłami, ale rozglądał się niepewnie. To w stronę niedoszłych ofiar to w kierunku nieżywych współbraci. Myśliwy jednak nie miał żadnych wątpliwości, stalowe pazury po raz kolejny zagłębiły się w ciele, z poderżniętego gardła wypłynęła krew barwiąc wodę w kałużach.
Widząc, że niebezpieczeństwo minęło, z ciężko bijącym sercem Diarii, ostrożnie rozejrzała się w około.
Prawie jak wtedy po zejściu z gór, tylko tam zamiast tych bestii byli ludzie. Ludzie. Ale czy miało to w ogóle znaczenie - myślała - dla Niego na pewno nie. A dla mnie? Czym oni właściwie różnili się od tych dzikich stworzeń. Że umieli mówić i chodzić na dwu nogach. Że umieli myśleć. I o czym myśleli? Jak nas pozabijać. Albo nawet nie … jak mnie złapać i zabić, kiedyś później, gdy przyjdzie im ochota. Te wilki to chciały nas przynajmniej zeżreć.
Spojrzała pod nogi i odruchowo odsunęła się od stygnącego ścierwa dopiero teraz zobaczyła, że cała jest popryskana krwią. Nie zrobiło to już na niej większego wrażenia, spojrzała na Van Zana. Myśliwy bez emocji wycierał ręce ze zwierzęcej posoki.
Teraz pewnie znowu przestanie się do mnie odzywać - rozmyślał ścierając krew z żelaznych pazurów. Westchną przeciągle i w milczeniu poszedł po plecak. Dziewczyna podążyła za nim. Zabójca podniósł pozostawione rzeczy a kiedy Diarii dogoniła go ruszył podjęli wędrówkę.
Po pół godzinie powolnego żmudnego marszu dotarli na grzbiet niewielkiego wzniesienia, po jego drugiej stronie w pewnej odległości od podstawy, monotonie traw zakłócał nagły uskok. Z miejsca gdzie stali można było dostrzec wyraźną linię rozległego urwiska. Bliższa krawędź stromo opadająca w dół miała kształt nieregularnego półokręgu, z jednej strony zakręcała gwałtownie, z drugiej natomiast ciągnęła się po horyzont. Drugi brzeg był zbyt daleko by go dostrzec a dno zapadliska skrywały kłęby mgły. Van Zan odwrócił się i powiedział do dziewczyny:
- miasto, musieliśmy za bardzo skręcić na wschód. Teraz rozumie skąd te stworzeni situ wzięły. Nie włóczyłyby się tam gdzie nie da się znaleźć świeżego mięsa. A w miejscach takich jak tamto - wskazał dłonią zapadlisko - nie trudno o pożywienie. - zabójca sam się zdziwił długością swojej "przemowy", zauważył jednak, że dziewczyna wpatruje się w niego słuchając z uważnie, co ma jej do powiedzenia zamiast jak to zwykła robić wcześniej, unikać jego spojrzenia przybierając postawę zupełnej obojętności.
Zachęcony tą zmianą Van Zan kontynuował - nie miałem zamiaru w ogóle zbliżać się do tych ruin jednak skoro już się tu znaleźliśmy to może warto by było tam zajrzeć. Będzie można zapytać o kilka spraw a może znajdziemy parę przydatnych rzeczy … przy odrobinie szczęścia. Ale to jutro. Teraz już dalej nie pójdziemy - zakończył z niepewnym uśmiechem.
- miasto - powtórzyła dziewczyna - to znaczy jedno z miast z przed kataklizmu, o których kapłani mówią, że zostały zmiecione z powierzchni ziemi, bo ludzie rozgniewali boga, że ruiny są zamieszkiwane teraz przez demony a smoki zakładają tam swoje gniazda - wyrzuciła to jednym tchem z niekłamaną ciekawością w głosie.
- kapłani mówią też, że elektryczność jest wytworem szatana, wszelkie działające jeszcze maszyny są przeklęte, podobnie jak parający się poznawaniem dawnej wiedzy mechanicy - odpowiedział ze śmiechem, Van Zan - i że my potrafimy zabijać wzrokiem … a także, że jesteś czarownicą i trzeba cię spalić - ostatnią myśl zachował już dla siebie, sprawiła jednak, że uśmiech zniknął z jego twarzy.
Drwinka zabójcy wywołał rumieńce wstydu na twarzy czarownicy jednak nadal z uwagą spoglądała w kierunku zapadliska. Rozpraszające się gdzieniegdzie kłęby mgły pozwalały dostrzec zrujnowane kikuty wierzyc z betonu i stali.
Namiot rozbili tak, by grzbiet osłaniał ich od miasta, Van Zan powiedział dziewczynie, aby przebrała się i spróbowała posuszyć swoje rzeczy:
- możesz spokojnie użyć gazu, paliwo z pewnością uda nam się zdobyć w mieście, ja teraz się trochę rozejrzę.
Potem wręczył jej karabin i udał się w stronę, z której przybyli. Zaskoczona dziewczyna trzymała przez chwilę broń zdziwiona, że mimo swych rozmiarów jest taka lekka. Jeszcze bardziej zdziwił ją jednak sam fakt, że ją w ogóle trzymała.
Van Zan dobrze wie, że nie potrafię się tym posługiwać - myślała - nigdy wcześniej nie pozwalał sobie na takie żarty jak przed chwilą, nigdy nie robił też niczego, co nie mało by sensu a przekazanie mi karabinu było raczej niezbyt celowym posunięciem. Pewnie myśli, że tutaj nic mi nie grozi skoro zostawił to wszystko i poleciał nie wiadomo, dokąd. Ale to miasto, ludzie tyle gadają, tyle dziwnych rzeczy, strasznych rzeczy. - bliskość legendarnych ruiny nie dawała spokoju, budziła nieodpartą ciekawość.
Jeszcze raz zważyła w dłoniach trzymany karabin, niepewnym ruchem podniosła broń i naśladując Van Zana przyłożyła lunetę do oka. Trochę rozczarowana opuściła broń i wzruszyła ramionami
- pewnie trzeba to jakoś załączyć, teraz nic nie widać - powiedziała do siebie. Odłożyła karabin na bok, postanowiła skorzystać rady myśliwego i otwarła plecak w poszukiwaniu palnika. Przetrząsała zawartość, oglądając niektóre nieznane jej przedmioty. Większość ekwipunku pochodziła z czasów, kiedy wysoka technika była ogólno dostępna. Niektóre z tych rzeczy posiadali w domu, w końcu jej ojciec należał do ludzi próbujących na nowo zrozumieć zasady działania maszyn sprzed kataklizmu. Jednak przeznaczenia wielu innych mogła się tylko domyślać. Prawdopodobnie połowa wyposażenia zabójcy mogłaby starczyć na zakup sporej wioski razem z jej mieszkańcami. Gdy poradziła sobie już z ogniem, zdjęła z siebie przemoczone ubranie i rozłożyła je w namiocie w pobliżu promiennika. Nie było w nim wiele miejsca, ale stanowił on jedną ochronę przed opadami, jaką mieli. Mimo iż wszystko i tak było wilgotne, schronienie się przed nieustającym deszczem było prawdziwą ulgą a ciepło bijące od palnika przyjemnie ogarniało obolałe ciało. Dziewczyna usiadła i okryła się cieniutkim, ale bardzo ciepłym kocem. Materiał, z którego był zrobiony pochodził także z minionej epoki. Obecnie nikt nie byłby w stanie utkać czegoś takiego. Rozpuściła włosy, które zmoczone przybrały kasztanową barwę i powoli zaczęła je rozczesywać, stanowiło to nie lada wyzwanie, nie miała czasu tego robić odkąd znaleźli się na tej równinie, doprowadzenie niesfornych, splątanych loków do porządku wymagało wiele wysiłku i cierpliwości. Zmagając się z fryzurą Diarii wciąż rozmyślała o mieście. Tyle słyszała o tych miejscach, ale nigdy nie przypuszczała, że kiedyś jakieś zobaczy a na pewno, wcześniej nie pomyślałaby nawet, że może się znaleźć w jednym z nich. Ciekawość, jaką w niej obudziły te mistyczne ruiny zdawała się spychać wszystkie inne sprawy na skraj jej świadomości. W końcu jednak znużenie wzięło górę, dziewczyna zasnęła na siedząco, otulona jedynie kocem, trzymając wciąż grzebyk w dłoni.

W tym czasie Van Zan dotarł do stygnącego zimnych już trupów, które jeszcze przed dwoma godzinami były przerażającymi maszynami do zabijania i pochłaniania mięsa. O dziwo nie zdążyły jeszcze dobrać się do nich padlinożercy. Zanim zorientował się, że dotarli w pobliże ruin w ogóle nie zaprzątał sobie nimi głowy. Jednak, po co całe to jedzenie ma się zmarnować skoro i tak się tu zatrzymujemy.
Jest tego za dużo, ale choć trochę można wykorzystać, miło będzie zjeść coś świeżego dla odmiany.
Wprawnie zaczął obdzierać zwierzęta ze skóry i wykrawać, co lepsze kawałki mięsa. Gdy skończył, ze zdobyczą wrócił do obozu. Dziewczyna już spała, zabójca ostrożnie ułożył ją na posłaniu z dosychających ubrań, wyjął z ręki grzebień i szczelniej okrył kocem. Diarii była tak zmęczona, że nawet nie podniosła powiek, mruknęła tylko zadowolona przez sen.
- W co ja się wpakowałem - pomyślał jeszcze parę dni w jej towarzystwie i będę mógł zostać opiekunką dla dzieci.
Odsunął płonący promiennik na bezpieczną odległość od jej włosów, w jego świetle, wydawały się jeszcze bardziej ogniste niż zwykle. Spoglądał przez chwilę na śpiącą
- No, tak tyle dobrego, jak się obudzi pewnie wróci jej paskudny humor - przemknęło mu przez głowę, poprawił jeszcze raz koc i wyszedł z namiotu zanurzając się w wiszącej w powietrzu mżawce.
Do zmroku pozostało jeszcze kilka dobrych godzin. Nie mając nic innego do roboty Van Zan wybrał się na mały rekonesans w kierunku urwiska, znalazłszy się na jego skraju rozpoczął poszukiwanie drogi zejścia. Ściany przepaści nie były tak strome jak wyglądało to z większej odległości, jednak wartkie potoki przelewające się przez krawędź, stanowiły poważną przeszkodę w drodze na dół. Po jakimś czasie odnalazł wreszcie w miarę bezpieczny, pozbawiony osuwających się kamieni i śliskiego błota żleb. Porastały go niewielkie krzewy, które im niżej się znajdował przechodziły w coraz to gęściej rosnące drzewka. Dotarłszy mniej więcej do połowy skarpy zabójca przykucną i za pomocą termowizyjnej lornetki zlustrował ukryte we mgle ruiny. Tak jak się tego spodziewał obrzeża miasta nie były zamieszkane. Zabójca z łatwością dostrzegał zwierzęta wyróżniające się pomiędzy zimnymi zwałami gruzu, większe źródła ciepła i skupiska ludności znajdowały się głębiej, w znacznej odległości od urwiska.
Kiedy był tu ostatnim razem miasto było podzielone na trzy enklawy. Największą, ale i też najbardziej zniszczoną część zajmowały prymitywne plemiona toczące bez ustanku wojny pomiędzy sobą i zżerające się nawzajem. "Prymitywne" może nie było właściwym określeniem, "uwstecznione" lepiej oddawało prawdę. Dla Van Zana nie było to jednak ważne. Istotniejsze wydawało się, która z pozostałych dwu społeczności zamieszkujących to miejsce obecnie sprawuje kontrolę nad rejonem gdzie chcieli się udać i czy zjawiają się tu w czasie chwilowego spokoju czy też akurat trafią na walki wybuchające stale z większą lub mniejszą częstotliwością.
Gdyby był sam to takie drobiazgi nie miały by także znaczenia. Jednak obecność czarownicy komplikowała sprawę. Kobieta z poza miasta stanowiła nie lada zdobycz dla handlarzy żywym towarem. Fortuna, jaką mogliby za nią otrzymać na tutejszym targu była pokusą, mogącą przyćmić nie tylko zdrowy rozsądek, ale nawet lęk, jakim powszechnie darzono zabójców smoków. A poza tym on jako opiekun czy przewodnik, nie sądził, że ktoś tam w to uwierzy. Pomyślą po prostu, że znalazł sobie po drodze jakąś przybłędę i taszczy ją ze sobą dopóki mu się nie znudzi.
Takie były miasta. Zamieszkane przez, pozostawionych samym sobie dzikusów. Niemających dość rozumu, ale i także odwagi by opuścić te ruiny i spróbować żyć według innych reguł niż prawo pięści. I nikogo to też nie interesowało dopóki nie opuszczali ruin. A i nikt z żyjących poza ruinami nie miał zamiaru tam zaglądać. Mimo iż miasta stanowiły największe zbiorowisko pozostałości po dawnej cywilizacji. Wyprawy do niego były zbyt niebezpieczne, aby skusić tych nielicznych, którzy o tym wiedzieli. Z takich i wielu jeszcze innych powodów miasto były miejscem odizolowanymi, i bardzo niewielu mieszkańców świata zewnętrznego wiedziało, co tak naprawdę się tam dzieje. W ten sposób powstawała kolejna fałszywa legenda sprytnie wykorzystywana przez kapłanów Nowej Religii do swoich celów. Prawdą było to, że miasta stanowiły zbyt cenne źródło informacji o wysokiej technice, aby kapłani mogli pozwolić na zbytnie nimi zainteresowanie ze strony ludu a także, że nadal byli zbyt słabi żeby móc sięgnąć po znajdujące się tam tajemnice.
Nie dostrzegłszy niczego, wzbudzającego niepokój, Van Zan postanowił wracać. W drodze powrotnej przyjrzał się jeszcze raz okolicy myśląc czy nie przeoczył może wygodniejszego miejsca na zejście. Jednak w zasięgi wzroku nic takiego nie dojrzał a nie uważał żeby warto było tracić czas na dalsze poszukiwania skoro trasa, którą zbadał nie była taka zła.
Gdy na powrót znalazł się przy namiocie zaczęło się ściemniać. Diarii nadal spała w najlepsze a deszcz nie chcąc być oryginalny nie przestawał padać. Zachęcony przykładem czarownicy, ostrożnie, po cichutku wcisną się w kąt i przykrył kurtką.
Bliskość dziewczyny, jej zapach wypełniający maleńką przestrzeń namiotu, szmer spokojnego oddechu, wprawiła zabójcę w sentymentalny nastrój. Leżał przez długi czas wpatrując się w poświatę bijącą od promiennika. Rozmyślał o nocach spędzonych na samotnych polowaniach przez lata niekończących się wędrówek i wciąż to nowych wypraw. Ciągła pogoń za ryzykiem, życie na granicy, bez trosk o to, co będzie jutro, bez zaprzątania sobie głowy przeszłością. Do tej pory sprawy innych niewiele go obchodziły, tak jak pewnie nikogo nie interesował jego los. Ale tym razem nie był sam, w jego rękach znalazła się przyszłość innej istoty, delikatnej, bezbronnej i tak pełnej energii oraz chęci do życia. Nie potrafił myśleć o niej obojętnie. Była tak, blisko że gdyby przysuną się, choć odrobinę poczułby bicie jej serca. Nagle zapragnął tego z całej duszy. Nie odważył się jednak. Pamiętał o jej wybuchowym charakterze, lecz bardziej bał się przyznać przed samym sobą, że jest to jedna z niewielu rzeczy, na jakiej mu kiedykolwiek zależało. Przez parę chwil zmagał się jeszcze z myślami aż wreszcie zasnął wsłuchany w kapanie deszczu i równy oddech dziewczyny
***
c.d.n.

Data:

 pewne nudne wakacje

Podpis:

 jedo H

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=6616

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl