DRUKUJ

 

Bitwa o twierdzę zwaną Księżycową Wieżą - Rozdział

Publikacja:

 10-12-28

Autor:

 carys
Podmrok
Xantipe rzuca wyzwanie


Carys podkurczyła nogi i oplotła rękoma kolana. W drowiej celi, pomimo znacznej głębokości, panował nienaturalny ziąb. Drowka oparła brodę o kolana i w milczeniu przyglądała się obłoczkom pary wydobywającym się z jej ust przy każdym oddechu. Już kiedyś było jej tak zimno i doświadczyła tego uczucia całkiem niedawno, chociaż wtedy nie zastanawiała się nad nienaturalnością tego zjawiska.
W tej chwili najważniejszy był Nathaniel... A raczej rozczarowanie, które przyniósł. Był taki przekonywujący... Dlaczego to zrobił?
Mimo wszystko chciała poznać odpowiedź. Wiedzieć, dla kogo lub czego zdradził przyjaciół.
Dowie się tego, ale najpierw musi stąd wyjść. Jednak wystarczyło krótkie spojrzenie na wąskie pomieszczenie, by stracić chęci na zrobienie czegokolwiek. Jedynym wyjściem na zewnątrz były masywne, drewniane drzwi z niewielkim, okratowanym okienkiem mniej więcej na wysokości twarzy, i Carys szczerze wątpiła, by zdołała je otworzyć gołymi pięściami.
Drowy pewnie w tej chwili maszerowały na Illaivlen i jeżeli ci, którzy uniknęli niewoli u mrocznych elfów, nie zdążyli na czas ostrzec twierdzy, wszystko już było stracone. Carys nie wierzyła, by Melusa blefowała w kwestii drowich dokonań, chociaż spodziewała się, że przeciwnicy dysponują sporą baterią podstępów i chytrych sztuczek mających im ułatwić zadanie.
Panna Velmondo nie miała zielonego pojęcia, jak sytuacja przedstawia się naprawdę, i że Illaivlen to praktycznie osławiona legendą ruina, zarosła chaszczami, o którą nawet nie warto zadawać sobie trudu, by ją zdobyć. Jej bramy stały otworem i wprost zachęcały do przejęcia tego kawałka gruntu.
Niebezpieczna kobieta - pomyślała Carys, spoglądając w okratowane okienko, przez które sączyła się do celi smuga drżącego światła pochodni.
Ciekawe, jak długo pracowała nad tym wszystkim. Niewątpliwie kierowała nią żądza władzy, którą na pewno nie miała zamiaru się podzielić, tego Carys mogła być pewna. Lecz było coś jeszcze. Był żal i zazdrość. Coś z przeszłości kazało jej iść tą drogą i nie do końca był to wybór srebrnowłosej.
Ciemność.
Odgłos kropel spadających z dużych wysokości przyprawiał Carys o gęsią skórę. Dotknęła ręką ściany. Powierzchnia była wilgotna i nieprzyjemna.
Nagle coś przysłoniło smugę światła. Carys, mrużąc oczy, dojrzała za kratą czyjś niewyraźny cień. Postać w kapturze.
-Posłuchaj mnie uważnie - usłyszała kobiecy głos. - Wyciągnę cię stąd, ale musisz przyrzec, że mi pomożesz.
Carys ze zdumieniem uniosła brwi.
-Kim jesteś? - podniosła się z ziemi i podeszła do drzwi, lecz kobieta umknęła z pola widzenia. - Hej, jesteś tam?
-Ciszej, wolałabym, żeby ta rozmowa została między nami - syknęło tuż obok. - Pewnym osobom tu z dołu nie podobają się plany Algernona. Tutaj jest nam dobrze, a Powierzchnia to jedno wielkie piekło dla naszego gatunku.
-Chcecie zrobić zamach stanu - wypaliła Carys.
-Cii... Powiedzmy, że mniej więcej o to nam chodzi. Nie mam nic przeciwko, jeżeli ktoś inny przejmie władzę w Podmroku. Potrzebujemy tylko małego sabotażu, siostro.
Siostro - Carys uśmiechnęła się do siebie, wolałaby przemilczeć tę linię pokrewieństwa.
-Co mam robić? - zapytała w końcu, zainteresowana niecodzienną propozycją.
-Dowiesz się tego w swoim czasie, muszę mieć jednak twoje słowo, na potwierdzenie, że pomożesz. Moi towarzysze nie lubią grać w ciemno.
-A jaką mam gwarancję, że mnie nie wystawisz? - Carys oparła się o ścianę i skrzyżowała ręce na piersiach.
-Nie masz żadnej gwarancji. Możesz zaufać tylko memu słowu.
Panna Velmondo westchnęła i przymknęła oczy. Postanowiła zaryzykować. Oby tylko nie wplątała się w jakieś bagno, z którego nie było wyjścia. I tak nie miała tu nic więcej do roboty, a jeżeli mogła pokrzyżować plany swojemu przeciwnikowi... Nie widziała ku temu przeciwwskazań.
-Dobrze, pomogę wam. Przyrzekam - powiedziała powoli.
Nastała długa chwila ciszy i Carys, zaniepokojona brakiem odzewu, zapukała w drzwi.
-Hej, siostro? Jesteś?
Nie doczekała się jednak odpowiedzi. Z przekleństwem usiadła w kącie celi. Zabawne, pomyślała, albo już mi się zaczyna w głowie mieszać i słyszę głosy, albo ta kobieta była tu naprawdę...
Kroki na korytarzu należały do drowiego strażnika, który od niechcenia zaglądał do każdej celi i sprawdzał, czy wszystko jest tak, jak być powinno.
Carys zwinęła się w kłębek i przymknęła oczy, czekając na dalszy rozwój wypadków.



***



Melusa z trzaskiem otworzyła drzwi swojej prywatnej komnaty i zrzuciła z ramion ciemny płaszcz, wieszając go niedbale na oparciu krzesła. Uważnie zlustrowała wszystkie kąty w poszukiwaniu Darvyna, lecz łowca przepadł bez śladu, co ją bardzo ucieszyło. Wolałaby zatrzymać ostatnią "wycieczkę" tylko dla swojej wiadomości, a Darvyn mógłby zacząć zadawać kłopotliwe pytania, na które trudno by jej było odpowiedzieć.
Potrzebowała trochę spokoju i wytchnienia od drowiego towarzystwa, by przemyśleć kilka spraw, które ostatnio niezamierzenie się pokomplikowały, a których wspomnienie wywoływało na twarzy Melusy grymas niezadowolenia.
W korytarzu natknęła się na kilku drowich strażników i poleciła im sprowadzić Kevasira do swojej komnaty.
Zamykając drzwi, przez chwilę nasłuchiwała, co miała w zwyczaju, jak skomentują to polecenie mroczne elfy, lecz te należały chyba do mało rozmownych. Melusa poczuła się rozczarowana.
Gdy wprowadzono więźnia, siedziała, rozparta, w szerokim fotelu i sączyła wino z pucharu. Do połowy opróżniony dzban stał obok na stoliku.
Strażnicy dyskretnie cofnęli się do wyjścia i cicho zamknęli drzwi. Pozostał tylko jeden - Darvyn. Łowca sprawiał wrażenie jakby od podpierania drzwi z tej strony zależało jego życie.
-Nie powinna się pani stąd zbytnio oddalać. W Podmroku czyha wiele zagrożeń, zwłaszcza na kobiety pani pokroju - upomniał, przestępując z nogi na nogę. Zapewne nie uszła jego uwadze nieobecność Melusy i był zły, że nie zdołał jej upilnować. I pewnie był bardzo ciekaw, co robiła, uwolniona spod jego czujnego wzroku, lecz nie okazał tego po sobie.
Elfka z niezadowoleniem odstawiła puchar.
-To rozmowa w cztery oczy i twoja obecność trochę mnie rozprasza. Czy mógłbyś zostawić nas samych?
-Dla pani bezpieczeństwa powinienem... - zaczął Darvyn, znacząco spoglądając na Kevasira, lecz Melusa przerwała mu machnięciem ręki.
-To moja komnata i póki co, chyba mogę w niej robić, co zechcę... Nie jestem jeszcze więźniem Algernona i nie podlegam jego zachciankom, więc jeżeli twój pan chce znać każde słowo, które pada z moich ust, niech lepiej uzbroi najbliższą okolicę w dobry system ukrytych kamer i dyktafonów. Będzie mógł po stokroć odtwarzać każdy mój frazes! A sądzę, że jest wiele zajęć, które dla ciebie są bardziej zajmujące, niż kontrolowanie każdego mojego ruchu! - wybuchnęła. - Jesteście chorobliwymi maniakami!
Darvyn, gnąc się w pokłonach, czmychnął jak niepyszny za drzwi, obawiając się bliskiego spotkania z latającymi dzbankami i kapciami Melusy, na co właśnie się zanosiło.
Kevasir z rozbawieniem obserwował scenkę. Stał spokojnie i czekał, aż Melusa uzna za stosowne zauważyć jego obecność i przypomnieć sobie powód, dla którego został tu sprowadzony. Więzy, krępujące jego nadgarstki, mocno wpiły się w skórę, i nawet, gdyby chciał udusić własnoręcznie tę wiedźmę o srebrnych włosach, nie miałby na to najmniejszych szans. Łańcuchy przy kostkach nie pozwalały też na większe manewry niż stawianie malutkich kroczków. Idąc do komnaty Melusy, Kevasir był prawie ciągnięty przez drowich strażników, gdyż poruszając się tempem, na które pozwoliłyby mu więzy, droga zajęłaby pewnie z godzinę. Przedsięwzięto wszelkie środki ostrożności.
Melusa w końcu odwróciła się i popatrzyła na niego uważnie, jakby starając sobie coś przypomnieć. Zły błysk pojawił się w jej oczach. Chwilę mierzyli się na spojrzenia, lecz Kevasir wytrzymał to.
-Dostałeś wiele czasu do namysłu i mam nadzieję, że dobrze go spożytkowałeś - powiedziała w końcu. - Ponawiam więc moje pytanie.
-Pytanie? - Kevasir uniósł lekko brwi w geście zdumienia. - Nigdy o nic nie pytasz... Zawsze żądasz.
Melusa z sykiem wciągnęła powietrze.
Wędrowiec poczuł uderzenie mocy i zachwiał się na nogach.
Tortury? Tak, była do tego zdolna. Nie była niewinną, bezbronną dziewczynką chowającą się za swego drowiego pomagiera. Potrafiła zastosować równie wymyślne metody, by osiągnąć cel.
-Klucz. Powiedz mi, gdzie go ukryłeś - zacisnęła ręce na oparciu krzesła.
Kevasir uśmiechnął się.
-Jesteś czarująca, kiedy się złościsz.
Melusa gwałtownie zamachnęła się dłonią, jakby chciała w niego czymś rzucić, lecz w ostatniej chwili zrezygnowała ze swego zamiaru.
-Dość tej zabawy w kotka i myszkę. Twój opór nie ma sensu, a może tylko pogorszyć sytuację. Doskonale wiesz, że zdobyto tę niby niepokonaną twierdzę. Kupa gruzu! Jeżeli nie dasz mi klucza... sama znajdę sposób, by dostać się do Wieży! Choćby miało mi to zająć całe lata!
-Nie masz tyle czasu - przerwał jej Kevasir. - A nawet gdybym chciał ci go dać, nie mógłbym. Nie mam go - dodał wesoło.
Melusa spojrzała pytająco.
-Po tym, co zrobiłem, moc mnie odrzuciła i wybrała kogoś innego. Na próżno się wysilasz - spojrzał na więzy na nadgarstkach. - Zresztą sama chyba wiesz, jakie są konsekwencje zdrady.
Melusa wyglądała na zbitą z tropu, lecz szybko się opanowała. Przelała resztę wina do pucharu i wypiła je niemal duszkiem.
-Jeżeli zawładnę tą mocą, na powrót uczynię cię klucznikiem - powiedziała, odstawiając złote naczynie na stolik.
-Nie zależy mi na tym - Kevasir spojrzał na nią z ukosa.
Elfka uniosła brew, wykazując zainteresowanie, lecz jej twarz szybko pokrył grymas pogardy. Kto przy zdrowych zmysłach zrezygnowałby z takiego zaszczytu i możliwości. Dla Melusy Kevasir właśnie stał się okropnym głupcem i naiwniakiem.
-Meluso! Xantipe rzuciła wyzwanie! - Drzwi do sali otworzyły się z hukiem i do środka wbiegł Algernon, obwieszczając najświeższą nowinę. Ze zdziwieniem spojrzał na Kevasira a potem na elfkę. - Kazałem czekać wysłannikom Xantipe w Sali Zebrań, jeżeli zechciałabyś... - urwał i pytająco wskazał na Kevasira.
Melusa domyśliła się, jak wiele teorii spiskowych musiało teraz krążyć po głowie jej sprzymierzeńca, lecz nic nie powiedziała, by uspokoić jego skołatane myśli.
-Wyprowadźcie go - poleciła strażnikom, którzy za generałem weszli do komnaty. - A ty, mój drogi, na następny raz naucz się pukać - upomniała Algernona jak małe dziecko i wkładając w jego dłonie pusty dzban, dodała: - I zrób coś, żeby to było pełne. Po ostatnich rewelacjach strasznie zaschło mi gardle.



***



Wieść lotem błyskawicy rozniosła się po Ust Natha. Szczególnym zainteresowaniem cieszyła się w drowim więzieniu, tak że już po kilku godzinach nie było chyba nikogo w mieście, kto nie byłby na bieżąco z tą informacją.
-Słyszałam, że Pani Wieży rzuciła wyzwanie tej wiedźmie - Dani, która jako pierwsza usłyszała nowinę, zastukała o mur i odezwała się do Xiitane siedzącej w celi obok.
Szczęśliwym trafem, ona, srebrnowłosa i Anaron "siedzieli" w gromadzie. Nie mieli jednak pojęcia, gdzie podziewała się reszta. Dani, z braku bardziej twórczego zajęcia, zdążyła już nawet wydrapać nieco zaprawy i usunąć kilka cegieł z muru dzielącego ją od pozostałych przyjaciół. Z powstałej dziury chętnie teraz korzystał Pyszczek, co i rusz przemykając koło nóg Xiitane i przyprawiając o dreszcze Arewa.
-Mama nareszcie zainterweniowała - rzekła wesoło siedząca w kącie elfka, tuląc do policzka swego futerkowca.
Arew prychnął, z irytacją wywracając ślepkami i gotując się na dalsze maltretowanie. Xiitane bez zajęcia była gorsza od tresowanych szczurów, ponieważ strasznie uwielbiała głaskać pupilka, za czym ten nie zawsze przepadał.
-Co ty gadasz, dziewczyno! To nasze tyłki w pierwszej kolejności potrzebują pomocy - zawołał Anaron, rezydujący w celi obok, a Arew zamiauczał przytakująco. - Boję się, co oni mogą teraz z nami zrobić.
Xiitane mocno przytuliła kotka do piersi i chwilę dumała nad stwierdzeniem eks narzeczonego.
-Mama wygra, a wtedy będą musieli nas wypuścić. Takie są reguły gry - powiedziała w końcu.
-Nie wątpię w umiejętności Xantipe - odezwała się Dani - ale to trochę potrwa. Melusa to diabelnie sprytna kobita i na pewno nie puści nas ot, tak sobie, jeżeli wie, że może na nas jakoś zyskać.
Usłyszeli szczęk otwieranego zamka. Strumień światła pochodni na chwilę rozjaśnił celę Xiitane. Elfka wstała gwałtownie, widząc w wejściu dwie ciemnoskóre postacie w strażniczych uniformach. Arew wpił się pazurkami w jej ramię. Za nic w świecie wolałby teraz nie opuszczać tego miejsca, chociaż jeszcze pięć minut temu dałby wszystko, by Xiitane przestała tarmosić jego futerko.
Drowi strażnicy bez słowa schwycili elfkę pod ramiona i wywlekli z celi, pomimo jej protestów. Anaron szybko doskoczył do okratowanych drzwi i zaczął w nie walić pięściami, lecz nic więcej nie mógł zrobić.
-Dokąd ją zabieracie?! Dranie! - wrzasnął z bezsilnej wściekłości.
-Anaron! Ratunku - pisnęła Xiitane. Jeden z drowów szybko zatkał elfce usta kawałkiem szmaty.
-Nie ważcie się jej tknąć, bo będziecie mieli ze mną do czynienia, słyszycie?! - wykrzykiwał Anaron. - A niech was licho! - kopnął w drzwi i syknął z bólu, chwytając za stopę.
-Wrzaskiem jej nie pomożesz - odezwała się Dani, gdy wszystko umilkło.
Anaron chwycił się za głowę i przysiadł pod ścianą, z rozpaczą rozmyślając, co będzie dalej.



***



-Xantipe rzuciła wyzwanie. Czy wiesz, co to oznacza?
-Tak - Melusa usiadła na krześle i obojętnie spojrzała na Algernona, który jak oszalały chodził z kąta w kąt z rękoma założonymi na plecach, w których nadal trzymał pusty dzbanek.
-Przez jeden błąd możemy stracić wszystko, co do tej pory zdobyliśmy, a ty... - urwał nagle zatrzymując się w pół kroku, jakby rozmyślił się z tego co miał na końcu języka. - Wiesz, czym ryzykujesz? - zapytał.
-Wiem - Melusa skinęła głową. - Musimy zmienić strategię. Wędrowiec nie jest mi już potrzebny. Przyznał, że nie ma klucza. W grę wchodzi ktoś inny - splotła dłonie i zamyśliła się.
-Kto? - Algernon prawie krzyknął, przyskakując do elfki. - Kto go ma?
Melusa potrząsnęła głową.
-Ciągle mam wrażenie, że to ktoś, kto jest bardzo blisko - mruknęła - ale nie potrafię sprecyzować, kto.
-Wiesz, że bez mocy Wieży przegrasz! Nie masz szans, a ty zamiast realnie myśleć, dajesz się wodzić za nos przeczuciom!
-Kevasir nie wie, kto to - powiedziała cicho, nie okazując, jak bardzo uraziła ją uwaga drowa. - Xantipe też nie ma klucznika. A więc to będzie pojedynek jeden na jeden, pomiędzy naszymi umiejętnościami, bez żadnej pomocy z zewnątrz. Wygra silniejsza.
Algernon zacisnął ręce na jej ramionach.
-Xantipe zażądała zwrotu swojej córki i pozostałych więźniów. Co ty na to?
Melusa spojrzała na niego i nagle wybuchnęła śmiechem. Ilość wina, którą wypiła, każdego zwaliłaby już dawno z nóg. Była wstawiona i miała niepokojąco dobry humor.
-Ta mała srebrnowłosa, Xiitane, jest moją siostrą. Chyba mam prawo do udzielenia jej gościny, prawda? A póki co, bardzo chcę ją ugościć, tak po drowiemu. Ale możesz im wysłać tego jęczącego idiotę, który siedzi razem z nią.
-Drizztem już zajęli się moi ludzie. A Carys, jego siostrzenica?
-Ona też skorzysta z mojej gościny. Na wszelki wypadek - dodała szybko Melusa. - Jeżeli coś pójdzie nie tak... - tu wykonała charakterystyczny gest. - Należy ubezpieczać tyły, a hrabia Velmondo to, zdaje się, bardzo zamożny i naiwny Powierzchniowiec...



***



Gdy byli już poza więzieniem, strażnicy wyjęli z ust Xiitane szmatę. Elfka splunęła z obrzydzeniem.
-Dokąd mnie prowadzicie? - zapytała ze złością.
-Bądźże cicho, dziewczyno - fuknął na nią kobiecy głos. Zaskoczona Xiitane przypatrzyła się drowowi, który wypowiedział te słowa i rozdziawiła usta w zdumieniu
-Ino? - wyjąkała.
-To ja, siostruniu. Nie było łatwo wcisnąć się w te cuchnące pancerze - westchnęła Inova - lecz dla ciebie to bym i w ogień wskoczyła.
Xiitane uśmiechnęła się na tą deklarację i ciekawie łypnęła na jej towarzysza, który, po ostatniej akcji, strasznie się zasapał.
-Raphael? Jak się tu dostaliście?
-Dzięki Scharlottene. Rzuciła na nas zaklęcie maskujące, żebyśmy mogli się do was dostać bez zbędnych pytań. Przybyliśmy razem z wysłannikami Xantipe. Swoją drogą pewnie jeszcze zabawiają Algernona i jego doradców szczegółami warunków Pani Wieży - wyjaśniła Inova. - Zanim Melusa się zorientuje, my będziemy już dawno na Powierzchni wcinać ciacha Szarlotki.
-A jak się dostaniemy na powierzchnię? - zapytała Xiitane.
-Przez portal czasowy, który zaraz otworzę - Inova uśmiechnęła się i wyjęła z torby niepozorną skrzyneczkę. Otworzyła ją delikatnie i chwilę manipulowała przy kompasie, który był wbudowany w jej wnętrze.
-Przyznam, że ta robota to czyste szaleństwo, ale lepiej by było, gdyby Melusa przypadkiem nie dowiedziała się, że... - Raphael urwał i spojrzał z szacunkiem na Xiitane. - Jesteś klucznikiem Wieży. Tak przynajmniej twierdzi Scharlottene... a Księżycowa Pani potrzebuje twojej pomocy.
-A co będzie z resztą moich przyjaciół? - w głosie Xiitane brzmiał niepokój.
-Nie zrobią im krzywdy, obiecuję. To tobie groziło największe niebezpieczeństwo, dlatego ruszyliśmy z misją ratunkową – Raphael poklepał ją po ramieniu. - Nie martw się o nich.
-Egoiści! Jeżeli włos im z głowy spadnie, to was oskubię w pierwszej kolejności – syknęła srebrnowłosa, lecz pogodziła się z decyzją.
-No to w drogę - powiedziała Inova, uruchamiając portal.

Data:

 marzec 2006

Podpis:

 C.V.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=66431

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl