DRUKUJ

 

Bitwa o twierdzę zwaną Księżycową Wieżą - Rozdział

Publikacja:

 11-01-02

Autor:

 carys
Czyżby Epilog?


Gdy przebrzmiały ostatnie słowa tekstu napisanego przez Mirandę O'Shukay, w komnacie zapadła cisza, przerywana jedynie dźwiękiem stukającego o talerz widelca, będącego w posiadaniu pisarki, i wydmuchiwanej chusteczki do nosa, którą od dobrej godziny miętosiła Xiitane. Siedząca obok niej Dani chwyciła następną, nadającą się jeszcze do użytku, i głośno wydmuchała nos.
Arew pazurkami pacnął w stosik zużytych chusteczek, leżących na podłodze, lecz stwierdziwszy, że niewiele mają wspólnego z ulubionymi przez niego włóczkami, zwinął się w kłębuszek obok kominka.
-No nie! Teraz to pani już zdrowo przesadziła! - Carys zerwała się z fotela i wyrwawszy plik kartek z rąk dyplomowanej pisarki, rzuciła je na stół, wprost do talerza ze spagetti, które pałaszowała Miranda na przepisowy obiad. - To miało być napisane z humorem, a skończyło się na melodramacie!
-Przepraszam, ale sama pani mówiła, że tak to się skończyło - pani O'Shukay próbowała się bronić, z niesmakiem oddzielając kartki rękopisu od makaronu polanego sosem neapoli.
-Może się i skończyło, ale nie prosiłam o takie przedstawienie wydarzeń! Czy pani chce, żeby mi dom zalało? - Carys wskazała na siedzące na kanapie przyjaciółki, które na dobre zaczęły zalewać się potokami łez. Szybko wyjęła z kieszeni przygotowany czek i podarła go w drobne kawałeczki.
-Moje honorarium - pisnęła pisarka, chwytając się za głowę.
-Proszę tak nie rozpaczać nad tym świstkiem, tylko brać nogi za pas, pókim dobra! Obciążę panią kosztami za straty moralne i zalany salon! - wrzasnęła Carys i nim pani Miranda zdążyła zareagować, znalazła się za drzwiami dworu, wykopana własnonożnie przez pannę Velmondo.
-Trudno pani dogodzić - mruknęła pisarka z groźbą w głosie, spoglądając przez ramię. - Popamięta mnie jeszcze pani!
-Żegnam! - odpowiedziała jej drowka i zatrzasnęła drzwi, zostawiając Mirandę samą w kałuży błocka. - A teraz zobaczymy, czy ten tekst uda się jeszcze jakoś uratować. Dyplomowana pisarka, tfu! Moja amatorszczyzna brzmi lepiej od jej wypocin! - sarknęła, przyglądając się rękopisowi, na którym niepodzielnie panowały plamy po resztkach obiadu pani O'Shukay.
Xiitane wrzuciła do kominka ostatnią nadającą się do użytku chusteczkę i wesoło zatarła ręce.
-Już się nie mogę doczekać na tą twoją amatorkę - zachichotała.
Dani przekrzywiła głowę i spojrzała na drowkę.
-Czy to prawda, że ty i Nathaniel... - zapytała konspiracyjnym szeptem. - No wiesz, jak ta pisarzyna napisała... Nie znam tej części historii.
-Bujda na resorach - Carys skrzywiła się i schwyciwszy Milusia, który właśnie dobierał się do spaghetti, wytarła jego pobrudzone sosem łapki w, i tak już niemiłosiernie wybrudzony, obrus, który po tej czynności trafił w łapy Kolmy. - Pomyśl tylko, ja i Nathaniel? Nawet będąc przyszywanym rodzeństwem rzadko ze sobą wytrzymujemy! Nie wyobrażam sobie... - przerwała, gdyż właśnie w tym momencie do komnaty wszedł wyżej wspomniany pan Morey.
-Req, miałeś rację. Carys już ją wykopała - Nathaniel skinął na stojącego na korytarzu brata. - Skarbie... mam tylko nadzieję, że to nie pójdzie do druku, bo ta baba kompletnie nie umie pisać!
-Spoko, Noa - Dani klepnęła go w ramię. - Nasza kochana Carysia odpicuje ten tekst tak, że go nie poznasz!



***





Dwa lata po wydarzeniach w Illaivlen



Carys i Requel podążali traktem do Illaivlen. Hrabiowska bryczka szybko mknęła po koleinach, niebezpiecznie przechylając się na boki i trzeszcząc nieprzyjemnie, lecz powożący nią pan Velmondo niewiele sobie z tego robił.
-Req, draniu, tak co dojedziemy w jednym kawałku - syknęła siedząca tuż za nim Carys, kurczowo przytrzymując się czegokolwiek, by nie wypaść z powozu.
Blondyn zaśmiał się, lecz nieco przystopował kłus koni. Chwilę później ostro skręcił na bród i bryczka przetoczyła się przez płytki potok, rozbryzgując na boki wodę.
-Pirat drogowy - dodała drowka, ścierając z twarzy krople wody. Ze zgrozą popatrzyła na nową sukienkę, na której trudno było teraz szukać suchego miejsca i ze złością kopnęła w kozioł, na którym siedział brat. - Zrobiłeś to specjalnie!
-Ależ skądże, droga na skróty.
-Ładne mi skróty! - westchnęła Carys.
Nagle jej uwagę przyciągnęła idąca przed nimi ścieżką osoba w długim niebieskawym płaszczu. Gdy z wysokich traw wyłoniła się futrzasta, czarno-biała kocia postać, drowka była już niemal pewna co do tożsamości wędrującej.
-Xiitanuś? - zawołała, wyskakując z wozu, nim brat zdążył zahamować pojazd.
Podróżniczka odwróciła się z dezaprobatą, lecz rozpoznając biegnącą ku niej drowkę otworzyła ramiona i zamknęła przyjaciółkę w mocnym uścisku.
-Carysiu, ty dranico! Gdzie się podziewałaś?
-Ostatnie pół roku spędziłam w Zamorzu u Dani, a teraz jedziemy razem z Requelem w odwiedziny do rodziców - powiedziała Carys. Blondyn zatrzymał bryczkę tuż obok nich i zdjął z głowy słomkowy kapelusz na powitanie srebrnowłosej.
-Zabierzesz się z nami? - zapytał wesoło.
-Chętnie - Xiitane wskoczyła do środka i zaklęła, gdy coś chlupnęło pod jej butami.
-Skróty braciszka - Carys wzruszyła ramionami. - Jeżeli miałabym wziąć kąpiel, to zrobiłabym to bez ubrania - dodała, podwijając i tak już mokrą sukienkę i usiadła na swoim miejscu. Siedzący na dachu bryczki Milo ciekawie zwiesił łebek i kraknięciem powitał swojego ulubionego futerkowca. Arew nastroszył wąsy i miauknął. - A ty co porabiałaś przez ostatnie pół roku?
-Musiałam załatwić kilka rzeczy w Gaju Nepusa - Xiitane odparła wymijająco. - Nadal tam należę i w jakimś stopniu jestem druidką...
-Druidką? Nigdy o tym nie mówiłaś - Carys wytrzeszczyła oczy.
Xiitane odwzajemniła uwagę uśmiechem.
-Nie było potrzeby.
Słoneczny dzień minął szybko i na nocleg zatrzymali się w Twierdzy w dolinie, gdzie teraz, jak się dowiedzieli, zamieszkiwała Inova. Carys, która po raz pierwszy znalazła się w tej niezwykłej twierdzy, z podziwem przyglądała się potężnemu drzewu i w porze wieczornych śpiewów z otwartymi ustami przysłuchiwała się płynącej pieśni, którą leśne elfy żegnały chowające się za widnokręgiem słońce.
-To niesamowite miejsce - powiedziała do Xiitane, gdy w końcu przebrzmiały ostatnie tony, a świat spowiła noc.
Drowka wspięła się po wyplatanych stopniach do niewielkiej, na pół wiszącej altanki gdzie już znajdowali się Requel i jej przyjaciółka. Srebrnowłosa siedziała w wiklinowym foteliku i popijała owocowy sok, który właśnie przyniosła elfka Hallin. Blondyn stał oparty o poręcz altanki i w zadumie spoglądał w pogrążającą się w mroku dolinę, która z tego miejsca była doskonale widoczna.
-Wielki Dąb to jedno z trzech wielkich magicznych drzew, które rosną w Krainach - powiedziała, odkładając szklankę. - To z Księżycowej Wieży, klon, zginęło razem z miastem. Pozostaje jeszcze kasztanowiec... Tylko nikt nie ma pojęcia, gdzie mógłby się znajdować.
-Magiczne kasztany? - Carys szerzej otworzyła oczy, przysiadając na fotelu obok przyjaciółki.
-Wiem, co masz na myśli, ale te kasztany nie nadawałyby się do interesu.
-Szefowa chyba powinna przerzucić się na inną działalność - kraknął leniwie Milo, podpierając skrzydłami łebek i leżąc na brzuchu tuż przed ogromną misą, na której znajdowały się kiście wisienek i plasterkowanego manga.
Siedzący obok kot, z parasolką za uchem, sączył przez rurkę mleko.
-Może jakieś zapasy... zawodowo. Albo walki na miecze - miauknął.
-Zdecydowanie odpada, jeżeli ma zamiar korzystać z tego jęczącego Lilarcora - Milo przechylił łebek i porwał z misy wisienkę. Zwinnie dziobkiem podrzucił ją w górę i połknął, wypluwając pestkę na ziemię, w miejsce, gdzie leżało już kilkanaście innych. - Nie byłoby zasady fair play.
Arew zachichotał i przewrócił się na drugi bok.
-Zgodnie z legendą - zaczęła Xiitane - kiedyś po Krainach wędrował pewien mag, a ponieważ nie był miłym typem, nigdzie na dłużej nie potrafił zagrzać miejsca. Ci, którzy udzielili mu gościny, otrzymywali od niego magiczne nasiona, z których później wyrosły owe drzewa. O wiele później odkryto ich magiczne właściwości i zrozumiano intencje podróżnika.
-Jak widać, tolerancją i gościnnością nasi przodkowie nie grzeszyli - wtrąciła Inova, która właśnie, niepostrzeżenie podeszła do nich z dzbankiem soku.
Carys spojrzała ponad balustradę i skinęła głową.
-Tylko trzy drzewa - powiedziała, bardziej do siebie, niż do reszty.
-Obecnie dwa - rzekła Hallin. - Stare Illaivlen umarło, zostało zniszczone razem z Wieżą, chroniącą klon... Swoją drogą to zabawne, że wcześniej się nie domyśliliśmy. Wokół tego dębu też kiedyś powstała taka budowla, aż w końcu drzewo stało się zbyt potężne i zniszczyło mury... Teraz w Illaivlen nie ma już magii, przynajmniej tak potężnej. Mieszkańcy Nowego Illaivlen to głównie mieszańcy.
-Po zniszczeniu Wieży otrzymaliśmy tą moc. Tylko dlaczego? - zapytała Xiitane.
-Nie potrafię tego wytłumaczyć - westchnęła Hallin. - Mówi się, że te nasiona pochodziły z naszego księżyca Feylony. Stamtąd pochodzą srebrne elfy... I to do nich należy magia. Jeżeli zniszczono drzewo, magia wróciła do prawowitych właścicieli.
Srebrnowłosa spojrzała na księżycową tarczę, która właśnie pojawiła się na niebie. Była pełnia.
-Bajdurzenia - sarknęła Inova.
-A czarnoksiężnik był jednym z nich. Dziś już nie ma srebrnych elfów. Prawdziwych srebrnych elfów - dodała Hallin. - Zniknęły przed wiekami. My jesteśmy trochę mieszańcami, chociaż nadal niektórzy z nas mogą tytułować się ich potomkami. Pani Wieży, jej ród na pewno... Posiadamy część ich mocy i wiedzy, ale to nie to samo...
Xiitane pokiwała głową, wpatrzona w pyzaty księżyc leniwie płynący po niebie i od czasu do czasu przysłaniany przez strzępy chmur.
Towarzystwo do późna siedziało w altance rozmawiając o wielu różnych rzeczach. Carys pierwsza skapitulowała i udała się do przydzielonego jej pokoju, gdzie do rana chrapała tak głośno, że jej przyjaciele przypłacili sąsiedztwo bezsennością.
Następnego dnia drowka, jej brat i Xiitane, ruszyli drogą ku dawnemu Illaivlen. Od Twierdzy w dolinie do miasta prowadziła nieco lepsza i w pewnych miejscach wyłożona kamieniami droga, która znacznie wpłynęła na komfort jazdy bryczką. Podróżni już z daleka mogli zobaczyć, jak daleko posunęły się prace od ich ostatniego pobytu w tym miejscu. Całe zbocze, na którym kiedyś znajdowało się miasto, pokrywały równe rzędy nowych, mniejszych domków o czerwonych dachach. Nowe Illaivlen na dzielnice dzieliły ulice wijące się wokół zbocza i łączące się z główną aleją biegnącą aż na szczyt. Zielone plamy wśród tej białej kamiennej powodzi zdradzały położenie oaz zieleni, niewielkich parków, w których niedawno zasadzone drzewa dopiero zaczynały dawać cień w słoneczne popołudnia.
Podróżni wjechali główną aleją, wokół której budowano nowe domki. Ta dzielnica znajdowała się już poza terenem dawnych murów obronnych Illaivlen. W mieście na razie nie planowano wznoszenia tego typu budowli.
Mieszkańcy Nowego Illaivlen wesoło witali przybyłych, przejeżdżających bryczką przez istny plac budowy otaczający główną drogę.
-Gdzie znajdę moją mamę? - zapytała Xiitane. Jeden ze srebrnowłosych elfów poinstruował ją, jak należy jechać. Zresztą kierunek niewiele uległ zmianie. Była Pani Wieży swój nowy dom kazała zbudować nieopodal Białego Pałacu, na miejscu którego teraz znajdowały się ogrody.
Xantipe już z daleka wybiegła na powitanie córki, uprzedzona przez kilka elfów z jej otoczenia o przybyciu podróżnych. Lacandros i Caleb stali na ganku nowego, lśniącego bielą ścian, domu, i ocieniając oczy dłońmi, patrzyli na nadjeżdżające bryczką towarzystwo. Z głębi domu wyszła Dre z filiżankami z herbatą na tacy. Na widok rodzeństwa, omal nie rzuciła tacą w męża, w porę jednak przypomniała sobie o trzymanym w dłoniach przedmiocie i tylko wcisnęła go w ręce nieco zaskoczonego hrabiego i dołączyła do Xantipe.
-Jak dobrze cię znów widzieć - Pani Wieży mocno uścisnęła córkę. - Wyrosłaś przez te ostatnie pół roku, kiedy wyjechałaś na południe.
-Widzę, że w Illaivlen też zaszło sporo zmian - odpowiedziała Xiitane, odwzajemniając uścisk. Arew, uwięziony pomiędzy dwoma kobietami, miauknął głośno upominając się o odrobinę tlenu. - Miasto rozrasta się coraz bardziej i niedługo będzie dwa razy większe od starego.
-Masz rację, ale to sprawka elfów i mieszańców, którzy do nas przybywają i chcą się tu osiedlić. Niewiele z nas już zostało.
Xantipe poprowadziła przybyłych na ganek. Deirdre krocząca pomiędzy dziećmi uśmiechnęła się do męża, który nadal trzymał w dłoniach tacę i poczochrała czuprynę Requela. Carys uwolniła ojca od filiżanek i podzieliła herbatę pomiędzy Xiitane i brata.
Srebrnowłosa ciekawie rozejrzała się po otoczeniu i musiała przyznać, że teraz Illaivlen wygląda jeszcze piękniej, niż to poprzednie, w którym rozegrała się potyczka z drowami. Przeszli do ogrodu mieszczącego się w wewnętrznym podwórzu domu i usiedli przy stoliku, podejmując rozmowę o pogodzie. Lorin, poinformowana o przybyciu gości, przyniosła tacę z herbatą. Krocząca tuż za nią Kolma co i rusz rzucała jakieś uwagi.
-Co z nią? - zapytała Xiitane nieco marszcząc czoło, gdy siostra wraz z drowią służącą zniknęły we wnętrzu domu. Zauważyła wzrok Xantipe i poczuła lekkie ukłucie niepokoju w sercu. Pani Wieży nie zdradzała żadnych oznak niechęci wobec swej wyrodnej córki, w przeciwieństwie do Xiitane, która zaczynała być zazdrosna o względy matki.
-Powoli wraca do siebie. Kolma przypilnuje, żeby nauczyła się czegoś pożytecznego - powiedziała Xantipe z uśmiechem. - Po tym, co zrobił Kevasir... - zawiesiła na chwilę głos i zmarszczyła brwi. - Lorin zupełnie straciła pamięć. I moc. Teraz musi to nadrobić, a ja nie pozwolę, by ponownie pobłądziła.
Lorin podeszła do nich, niosąc na tacy ciasteczka. Były lekko przypalone i nieapetyczne, jak zdążyła zauważyć Carys, powstrzymała się jednak przed wypowiedzeniem uwagi na głos.
-Sama upiekłam - pochwaliła się elfka. - Poczęstujcie się - dodała, podsuwając półmisek pod sam nos drowki.
Carys chwyciła ciastko, lecz już po pierwszym kęsie pożałowała tego.
-Ryżowe - szepnęła do Xiitane, i gdy Lorin podeszła do jej rodziców, wyrzuciła je pod stół, gdzie już grasował Milo. Kruk porwał nadgryzione ciastko i spałaszował je na spółkę z kotem.
-Te wegetarianizmy zaczynają zbyt szybko się rozprzestrzeniać - mruknęła drowka, widząc minę Kolmy, która najwyraźniej zauważyła, jak panna Velmondo potraktowała wypiek.
-Robota Kolmy - westchnęła Xiitane i uśmiechnęła się do drowiej służącej, która groźnie na nią spojrzała, pilnując by srebrnowłosa nie potraktowała swojego ciastka w podobny sposób.
-Kiedy wracasz do Is, mamo? - zapytała Carys.
Deirdre popatrzyła z figlarnym błyskiem na hrabiego.
-Postanowiliśmy zostać w Nowym Illaivlen. To piękne miejsce... Zresztą mamy już upatrzoną działkę i zaczęliśmy stawiać fundament pod nasz nowy dom.
-A co będzie z dworem?
-Zostawimy go tobie i Requelowi. Na pewno dobrze się nim zajmiecie.
-Czy to już pewne? - podchwycił blondyn.
-Tak, synku. Poza tym stąd jest bliżej do Drizzta, mojego brata, i możemy częściej się odwiedzać.
-I do Darvyna - syknęła Carys, przypominając matce o byłym narzeczonym, który na ich nieszczęście przeżył bitwę.
Dre westchnęła.
-Może i masz rację, ale on po ostatnim wypadku nieprędko wystawi nos na powierzchnię.
Requel zaczął omawiać z hrabią szczegóły przejęcia dworu przez młodsze pokolenie i Carys ze znudzeniem popatrzyła na ogród.
-Chodź, przejdziemy się - zaproponowała Xiitane, chwytając przyjaciółkę pod ramię. Drowka skwapliwie skorzystała z okazji widząc na horyzoncie Kolmę z półmiskiem kolejnego eksperymentalnego wypieku.
Przyjaciółki przeszły łukowatą bramą na zewnątrz i skierowały się do ogrodów zasadzonych na szczycie wzgórza. Spacerowym krokiem przemierzały wydeptane ścieżynki pomiędzy krzewami róż, rododendronów i pasmami innych różnokolorowych kwiatów. Tuż przy maleńkiej, sztucznej sadzawce ustawiono drewnianą ławeczkę, nad którą swe konary zwieszała płacząca wierzba. W innym miejscu Xiitane i Carys dostrzegły niskie murki otaczające klomby lub tworzące skalniaki, zbudowane z pozostałości ruin. Przyjaciółki, podziwiając piękno ogrodów, nawet nie spostrzegły, jak doszły do miejsca, gdzie kiedyś wznosiła się Wieża.
-Wiele się zmieniło – powiedziała Xiitane, siadając na niskim murku, który zbudowano na planie koła. - Świat się zmienił...
-Nasza przygoda dobiegła końca - westchnęła Carys, spoglądając przed siebie.
-Co ty mówisz? Przecież zawsze możesz tutaj wpaść. Łączy nas więcej, niż myślisz... No i na pewno jest jeszcze wiele do zrobienia w Krainach dla Postrachu Północy.
-Wiedza? To już przeszłość. Gdy Xantipe i Me... Lorin – drowka szybko się poprawiła, widząc minę przyjaciółki - oddały moc Kevasirowi, to przestało grać rolę.
-A jak się miewa Dani?
-Miesiąc miodowy na Beherach - zachichotała Carys.
-Biedny Marew. I biedny jego kontrabas!
-A jak z tobą? Nadal singiel?
-Tak, chociaż wiem, że Anaron chciałby, abym wróciła. A ty?
-Też sama.
Roześmiały się.
-No to mamy już duet. Co powiesz na spółkę? Życie hrabiowskiej córki jest koszmarnie nudne – Carys przysiadła obok Xiitane.
-Czemu nie. Brakowało mi już tych wypraw. Ostatnie pół roku było takie... mało inspirujące – stwierdziła srebrnowłosa. - Chyba nigdy nie będę dobrą druidką.
-Popatrz na drzewo... Wypuściło listki - zauważyła nagle Carys.
Xiitane odwróciła się i podążyła za przyjaciółką, która właśnie wspięła się po trzystopniowych schodkach do wąskiego pasma ziemi, w którym rósł klon.
-Myślisz, że odżyło? Że nadal ma swoje... magiczne właściwości? Że moc przetrwała? - zapytała elfka, spoglądając to na przyjaciółkę to na maleńkie, delikatne zielone pączki, które pojawiły się na gałązkach.
-Tak, z całą pewnością. Lorin nie udało się go zniszczyć.
-Hej, dziewczyny, tu jesteście. Podwieczorek czeka! - usłyszały wołanie Lorin.
-O wilku mowa - westchnęła Carys.
Obie zachichotały i ruszyły w kierunku domu w towarzystwie siostry Xiitane.
Nie dostrzegły ciemnowłosego ogrodnika, który przystanął za rododendronem i gdy elfki oddaliły się, podszedł do drzewa i delikatnie pogładził chropowaty pień. Niedawno przybył w te strony i nazywał się Koresh. Nikt jednak nie wiedział, skąd pochodzi. Uważny obserwator dostrzegłby także to, jak bardzo jest podobny do Kevasira.
-Jak się czujesz, staruszku? - zapytał wesoło ogrodnik.
Drzewo poruszyło się, jakby pod wpływem silnego wiatru i mężczyzna w jego szumie usłyszał melodyjny śmiech. "Bardzo dobrze, mój synu. Bardzo dobrze"...

Data:

 lipiec 2006

Podpis:

 C.V.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=66481

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl