DRUKUJ

 

Rozdział 1. A teraz nie możemy być razem

Publikacja:

 11-01-17

Autor:

 xMarcelinax
- Shakespeare był pijakiem i gadał głupoty, a ludzie się nad tym zastanawiali* – powiedział głośno i stanowczo, nie mogąc dłużej już słuchać monologów Hamleta, recytowanych przez otaczające go młode damy, które jakby prześcigały się w tym, która doda im więcej dramatyzmu a jednocześnie typowej dla tego bohatera melancholii i ciągłego rozważania „być albo nie być?”.
Nagle w całym pomieszczeniu, do którego zaproszono młodych ludzi z najbliższych okolic na podwieczorek, zapadła cisza, a siedząca na przeciwległej sofie blondynka, która całej tej scenie od początku przyglądała się z lekkim rozbawieniem, uniosła do góry jedną brew i zmierzyła wzrokiem bruneta, który tak śmiało wyrażał swoją opinię o jednym z najlepszych światowych dramaturgów. Nie wątpiła, że był inteligentny i z wykształceniem, jednak wyrażanie tak śmiałej oceny było czymś nadzwyczajnym w jej oczach, a ciekawość aż zmusiła ją, by rozwinąć nieco ten temat zwłaszcza, że miała przebywać tutaj przez całe lato lub jeszcze dłużej, a kilka ciekawych znajomości do późniejszej korespondencji by się jej przydało, chociaż większość zebranych tu osób była tak jak ona z Londynu, dlatego mniej więcej kojarzyła, kto jest kim, jednak wypudrowane twarze młodych kobiet przyglądających się jej z zazdrością, że młody panicz chce z nią rozmawiać, i tym samym nie sprawiało zbyt miłego wrażenia, jednak nie dbała o to, gdyż w przeciwieństwie do większości nie miała zamiaru szukać sobie męża, lecz intelektualnego pożywienia dla jej duszy.
- Kto by pomyślał, że człowiek obyty z kulturą tak jak pan, wyraża się w ten sposób na temat własnego rodaka, który swoimi sztukami zasłynął na całym świecie – powiedziała nieco zaczepnie, ciekawa, co odpowie. Wszyscy zasiedli już na swoich miejscach i przyglądali się mężczyźnie, który w tak brutalny sposób przerwał im całkiem dobrą zabawę, jednak trzeba przyznać, że James Winchester nie czuł się z tego powodu bardzo skruszony, chociaż był gospodarzem owego przyjęcia popołudniowego. Zawsze miał swoje zdanie i chociaż słuchał cierpliwie opinii innych, nigdy nie szedł za tłumem jak większość jego znajomych, zaznaczmy jednak, że nie poczuwał się lepszy od innych z tego względu.
- Nigdy nie lubiłem jego sztuk prawdę mówiąc – odpowiedział spokojnie, wytrzymując spojrzenie Elizabeth. – Moim zdaniem zawsze brakowało w nich tego „czegoś”.
Chociaż po obszernym salonie w dworze Winchesterów przeszły pomruki niezadowolenia młodych dam, które przy każdej okazji płakały nad Romeem i Julią, Elizabeth przytaknęła tylko głową. Lubiła długie i zajmujące dyskusje z ludźmi obytymi w świecie, chociaż tak jak w tym przypadku nie musiała się z nimi zgadzać. Zawsze zazdrościła mężczyzną tego, że mogą studiować na uniwersytetach i poznawać świat, kiedy kobietą było to stanowczo zabronione. Nie pociągała ją zbytnio myśl siedzenia w domu i rodzenia dzieci, nawet, gdyby miała dom, taki jak ten – pełen kosztowności, obrazów namalowanych przez najlepszych portrecistów z Paryża, kosztownych tkanin, dwór pełen przepychu, jednak urządzony z wielkim smakiem. Zawsze zwracała uwagę na wystrój wnętrza, bo uważała, że to, jak mieszkasz, odzwierciedla cześć twojej duszy.
- Może nie chciał pan znaleźć w nich tego „czegoś”? – odpowiedziała w końcu, przerywając swoje rozmyślenia. – Nie zawsze to, czego szukamy, jest nam podane na srebrnej tacy, czasami najbardziej oczywiste rzeczy są ukryte między wersami i wystarczy tylko poświęcić im chwilę, żeby je odszukać, bo nie jest to wcale takie trudne.
W Chesterfield przebywała dopiero od 2 dni, jednak okolica zaczynała jej się podobać, zwłaszcza, że w tym roku pogoda była wyśmienita, chociaż łagodny, morskie klimat panujący na wyspie nie pozwalał wzrosnąć temperaturze powyżej 22 stopni, co i tak było wystarczającym upałem jak dla dam jej pokroju. Był rok 1796 i prawdę mówiąc, chociaż była dopiero jego połowa, od początku nie wyróżniał się spośród innych lat niczym nadzwyczajnym, dlatego burżuazja uznawała go za rok udany.
Powszechnie jednak było wiadomo, że państwem rządzą ci, którzy mają pieniądze, a kiedy polityka utrzymuje się na dobrym poziomie, nie wprowadzając zbyt wielu zmian, to tych dźwięczących monet nie brakuje, co w wyniku prowadzi do zadowolenia arystokracji, która chętnie trwoni majątek na wszelkiego rodzaju rozrywki i zabawy, których nie zawsze dostarcza im miasto. Dlatego dworki w Chesterfield na nowo zostały tchnięte życiem i wszystko zapowiadało na to, że będzie to niezapomniane lato, przynajmniej dla większości tu przybyłych.
- A więc może pani pozwoli nam odnaleźć tok myślenia poety? – powiedział jak do tej pory milczący Albrecht Amstrong, przyglądający się całej tej scenie opierając się o drzwi. Dziewczyna wzruszyła lekko ramionami, jednak grzecznie przytakując głowa i podnosząc się z miejsca, stając na lekkim podwyższeniu w pobliżu fortepianu, który stal obok okna, obecnie zalany blaskiem popołudniowego słońca. Nigdy nie chciała się przechwalać swoim dobrym wychowaniem, jednak z zasady kiedy ktoś prosił ją o deklamację lub grę na jakimś instrumencie lub zaprezentowanie innego swojego talentu, nie odmawiała. Szybko prześledziła wzrokiem zebrane w obszernym, pomalowanym na biało salonie towarzystwo, składające się głównie z młodych dam, mniej więcej w jej wieku, oraz Jamesa i Albertha. Kilka osób zdążyła już nawet poznać, jednak bardziej niż na rozpoznaniu, zależało jej na zobaczeniu reakcji – nie była głupia, wiedziała jaki był świat. Pod przyklejonym do twarzy uśmiechem kryły się złośliwe uwagi, a pod dyganiem z grzeczności jak najgorsze życzenia na przyszłość. Zazdrość była najgorszą cechą społeczeństwa i miała tego świadomość. Nagle drzwi się uchyliły, co wyrwało ją z zadumy i do pomieszczenia weszła jej przyjaciółka Lilianna, z którą znała się praktycznie od małego. Widząc zaciekawione miny innych dam, nabrała powietrze w płuca i znajdując punkt za głowami zebranych, z jej ust popłynęły słowa:
- „Gdybyśmy mieli dwóch takich, to byśmy wkrótce nie mieli żadnego, bo jeden by drugiego
zagryzł. Tyś gotów człowieka napastować za to, że ma w brodzie jeden włos mniej lub
więcej od ciebie. Tyś gotów napastować człowieka za to, że piwo pije, bo w tym upatrzysz
przytyk do swoich piwnych oczu; chociaż żadne inne oko, jak piwne, nie upatrzyłoby w
tym. przytyku. W twojej głowie tak się lęgną swary jak bekasy w ługu, toś też nieraz za to
beknął i głowę ci zmyto bez ługu. Pobiłeś raz człowieka za to, że kaszlnął na ulicy i
przebudził przez to twego psa, który się wysypiał przed domem. Nie napastowałżeś raz
krawca za to, że wdział na siebie nowy kaftan w dzień powszedni? Kogoś innego za to,
że miał stare wstążki u nowych trzewików? I ty mię chcesz moralizować za kłótliwość?”** - zakończyła nieco podniesionym głosem, tym samym dygając lekko i schodząc powoli po małych schodkach, kiedy rozległy się może nie gromkie, ale pełne uznania brawa. Sama nie wiedziała, czy jej na tym zależało, jednak lubiła być doceniana.
- Dlaczego wybrałaś akurat ten fragment? – zapytała Mary, szczupła o nieco kościstej budowie blondynka, którą poznała na porannej wizycie u nich w domu. – Jest wiele innych, moim zdaniem bardziej odpowiednich, by wyjaśniły styl poety.
Dziewczyna uśmiechnęła się, zajmując swoje dawne miejsce. Sama nie była pewna, dlaczego akurat ten fragment, jednak wiedziała, że nie chciała recytować nic o miłości, bo nie da się jej zbadać, nie da się niczego udowodnić i przedstawić, bo każde uczucie jest inne, o wiele łatwiej to wytłumaczyć na zachowaniu społeczeństwa. I swoje myśli wygłosiła tak samo na głos.
- Dobra uwaga – odezwał się w końcu James. – Jednak, czy w tym fragmencie jest to „coś” co jest głównym problemem naszej dyskusji?
Usadowił się wygodniej w fotelu, wiedząc, że dziewczyna na wszystko znajdzie odpowiedź. Kiedy recytowała, lubił patrzeć na grę świateł w jej blond lokach, które nieco podpięte i tak spadały kaskadami na jej ramiona, odziane w jasnoróżową, przywiezioną zapewne z Paryża suknię. Zazwyczaj nie zwracał uwagi na wygląd kobiet, liczyło się dla niego raczej to, co miały w środku i jak się prezentowały w całej swej okazałości. Co też nie oznaczało, że widział w tej młodej damie coś wyjątkowego – była całkiem zwyczajna, nie wyróżniająca się niczym wśród bogatych arystokratek, z którymi miał do czynienia na co dzień, jednak był ciekawy jej opinii.
- Powiedział pan, że Shakespeare mówił głupoty, a ten fragment całkowicie temu zaprzecza. Opowiada o tym, ze ludzie nie powinni pouczać innych, gdyż sami popełniają błędy i nie są idealni. Każdy z nas ma jakieś wady i zamiast wytykać je komuś obcemu, lepiej zastanówmy się nad naszymi i nad tym, co sami robimy. To tylko ogólne wyjaśnienie, każdy z nas powinien sam się zastanowić, jak to rozumie, ja tylko przedstawiłam wam moją wolną interpretację, a teraz wybaczcie mi, jednak muszę opuścić to zacne towarzystwo na kilka chwil – dodała panna Willson, podnosząc się i dygając, zanim wyszła z pomieszczenia, nie czekając nawet na odpowiedź i reakcję towarzystwa.
- Ma sporo racji w tym, co mówi – powiedział James, zamyślając się chwilę.
- Zawsze wiedziałam, że jest inteligentna – powiedziała Lily, uśmiechając się do kuzyna, który chyba tego nie zauważył odpływając we własnych myślach, co nie umknęło Albrehtowi, który od początku dokładnie mu się przyglądał i wiedział, że coraz mniej mu się podoba ta cała sytuacja, więc przede wszystkim musiał być czujny. Nie wsłuchując się bardziej w dalszą rozmowę, opuścił salon nie zwracając na siebie większej uwagi i idąc pustym korytarzem w stronę najbliższych drzwi.

* org. "Szekspir był pijakiem i pierdolił głupoty, a ludzie się nad tym zastanawiali" - zdanie mojego chłopaka <3

** - Romeo i Julia, akt III

Data:

 17 stycznia 2011

Podpis:

 Moullin

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=66672

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl