DRUKUJ

 

O 17.00 pod Neptunem

Publikacja:

 11-09-02

Autor:

 Daguchna
Przez lwią część czasu, w jakim trwała nasza znajomość, sądziłam, że nie należy do osób, które potrafią brać życie na stuprocentowo poważnie. Jakoś tak... w ogóle mi to do niego nie pasowało. Nawet, jeśli otaczający go świat wymagał od niego należytej dla jego wieku stateczności i powagi, on zdawał się mieć to w najgłębszym poważaniu.
- A cóż to jest, numerek w metryczce? - mówił. - To kwestia bardziej względna niż uroda czy cokolwiek innego. Przecież jeszcze 40 lat temu musiałbym już mieć żonę i minimum dwójkę dzieci, a gdybym żył w średniowieczu, to już bym szykował sobie miejsce w piachu. Kto teraz może ode mnie wymagać stabilizacji, kiedy według statystyk co ósmy facet bierze ślub w wieku powyżej 35 lat? A zresztą... żeby ktoś miał decydować za mnie, co jest dla mnie najlepsze. Szczyt wszystkiego.
Więc był sobie takim Piotrusiem Panem w wytartych trampkach, za dużych kolorowych bluzach i oczywiście z wiecznie nieułożonymi włosami. Ot, taki Michał. Na którego zresztą wszyscy i tak wołali Majkel. Mało to oryginalne, bo większość Michałów, których znałam lub znam, nazywano Majkelami. Oczywiście oprócz tych, których tytułowano takimi mianami, jak Miki lub Michaś. Ale akurat jemu jakoś bardzo taka ksywka pasowała. Patrzyłeś na niego i od razu wiedziałeś. Normalnie... Majkel.

Nie było chyba jeszcze nawet piętnastej, gdy irytujący brzęk telefonu wyrwał mnie z krainy stożków, walców i innych figur obrotowych pragnących poznać swoją objętość i pole powierzchni. Cholera. Muszę zmienić ten dzwonek, doprowadza mnie do szału.
- Cześć, mała - usłyszałam w słuchawce charakterystyczny, chłopięcy głos. Wybrał naprawdę zły dzień. Chociaż jakby się tak zastanowić, to od pewnego czasu każdy dzień był zły.
- Cześć - starałam się, żeby zabrzmiało to możliwie jak najbardziej obojętnie. Tak nawet trochę ostentacyjnie. Słabo wyszło.
- Słuchaj... - zawiesił głos na chwilę, jakby układał sobie dalszą treść wypowiedzi, ważył słowo po słowie.
- No słucham! - nie dałam mu szansy na dłuższe zastanowienie.
- Wiesz, chciałbym... Co powiedziałabyś na spotkanie?
No proszę. Szanowny pan sobie o mnie przypomniał i chce się umówić. Cóż się stało?
- Właściwie czemu nie. Dzisiaj?
- Taaa... Oczywiście jeżeli masz czas.
Ja dla ciebie zawsze mam czas, baranie.
- Gdzie i o której?
- Ymm... Co powiesz na siedemnastą, pod Neptunem?
Ho ho. Plac Ratuszowy. Coś faktycznie musiało być na rzeczy, bo najczęściej spotykaliśmy się po knajpach. No i bynajmniej nie o siedemnastej.
- Dobra.
- To... to na razie.
- No pa.

Super. Matma zrobi się sama. Trudno. Jeżeli jaśnie panicz Majkelek po długim okresie totalnego olewania dzwoni do ciebie i łaskawie prosi o audiencję, to wiedz, że coś się dzieje i nie należy tego ignorować.

Wyleciałam z domu gdzieś po szesnastej. Wcześniej zdążyłam ze dwa razy nieomal wywalić się na schodach. Te uroki mieszkania na trzecim piętrze potrafią dobić. Ale powiem wam, że chociaż igram w ten sposób ze śmiercią codziennie, bo mam jakiś malowniczy talent do wybiegania spóźniona, to chyba nie zamieniłabym tego lokum na żadne inne. A już na pewno nie na jakieś poza Zabobrzem. Śmieją się z nas, że miejska sypialnia, że coś. I niech się śmieją, głupki. Ja tam lubię tę okolicę. Może dlatego, że śpioch i leń zawsze będzie takie miejsce jak sypialnia miłował. Poza tym pewnie nam zazdroszczą. Tyle kolorów, co u nas, to nie ma chyba w żadnej innej dzielnicy.
O tej porze na Jana Pawła ruch był już słabszy. Nieco mniejsze miasta mają tę zaletę, że popołudniowe korki trwają tutaj od piętnastej do piętnastej piętnaście. Dobra, może do piętnastej trzydzieści. Potem robi się już znacznie spokojniej. Przeszłam na drugą stronę już na wysokości kościoła. Znając moje szczęście przy obwodnicy trafiłabym na awarię świateł albo inną pyszną niespodziankę. Zresztą z awarią czy bez sygnalizacja w tym miejscu urządzała i pieszym, i kierowcom niezłą szkołę przetrwania.
Drzewa po obu stronach ulicy już cieszyły oczy soczystą zielenią. Lubię tę porę roku. Także dlatego. Może to po prostu miłe skojarzenie? Wiosną nasza znajomość zdawała się lekko odżywać, zupełnie jakby chciała dogonić budzący się z zimowej hibernacji świat i pokazać, że tak, żyje, jeszcze istnieje i jakoś się trzyma. O słodka naiwności! Teraz wiem, że to była iluzja, zdecydowanie. Ale za to jaka piękna. Szkoda, że potem szybko zaczęły się w niej pojawiać mało urokliwe dziury. Zupełnie jak w szpalerze drzewek po tej stronie ulicy, który stopniowo rzedniał, ukazując całkiem ładnie pomalowane, ale zupełnie nie pasujące do zielonego świata bloki.
Na wiadukcie zatrzymałam się na chwilę. Na samym środku, na najwyższym punkcie, dokładnie nad torami. Stąd był najlepszy widok. Całe Stare Miasto jak na dłoni. Wszystkie te stare wieże ze swoimi pokrytymi śniedzią dachami. Coś mi to przypominało. Wtedy, jak tak staliśmy tam we dwoje. Raz czy dwa. Odprowadzał mnie może? Nie, nie, nie sądzę. Ten kretyn do dzisiaj nie wie, gdzie ja mieszkam, a tym bardziej jak tam dojść. Ale to i tak było... miłe? Majkel nie jest stąd. Przyjechał ileś lat temu, może pięć czy sześć, w każdym bądź razie jakoś po studiach. I to, co dla mnie było czymś zupełnie zwyczajnym, normalnym, żeby nie powiedzieć nudnym, jego fascynowało. Przystawał nagle, opierał się o brudną barierkę i niemal pochłaniał oczami widok, jaki się przed nami rozpościerał. Dachy, drzewa - wszystko. Żeby on, cholera, chociaż raz tak na mnie spojrzał, jak patrzył na te kościółki, baszteczki, ratuszki...
Ratuszki. Ratusz. Zegar. Ten wolny ciąg skojarzeń nakazał mi rzucić okiem na wyświetlacz komórki i uświadomić sobie, że powinnam się ruszyć, a nie gapić się na widoczki, jeżeli nie chcę się znowu spóźnić. Chociaż pomyślałam, że jeśli mnie chociaż trochę zna - a powinien! - to nie będzie zaskoczony.
Musiałam faktycznie się nieźle spiąć, bo nie minęło kilka chwil, gdy doszłam do mostu. Szkoda tylko, że Matka Natura obdarowała mnie w nogach siłą sprintera, a nie maratończyka, bo już na parę ładnych metrów przed nim musiałam zwolnić. Michał zawsze się śmiał, że niestety, ale na sportowca się nie nadaję. No cóż, nie każdy może być taki sprawny jak on. Czasem nawet mu tego trochę zazdrościłam. Ale tylko trochę.
Podwale. I te niesławne schodki. Teraz ładne, odnowione, pokryte równiutko wyklepanym betonem, ale jeszcze nie tak dawno były zbiorem nieregularnych kostek chodnikowych ułożonych mniej więcej na kształt schodów. Ich wykrzywione krawędzie przypominały zęby trzonowe w jakiejś wielkiej paszczy, tylko czekające na niczego nie spodziewające się ofiary. A takich nie brakowało. Heh. Kolejne wspomnienie. Znowu jakiś pośpiech, potknięcie, efektowna wywrotka, krwawiące kolano i więcej płaczu, niż to naprawdę było warte. Ale przy nim jakoś mi nie było wstyd. Nawet mam wrażenie, że podświadomie zrobiłam to trochę na pokaz. Bo wiem, jak potrafią działać na niego babskie łzy. Nie chciałam tego nadużywać, poza tym nie należę do osób, które lubią okazywać takie uczucia, ale wtedy... jakoś tak wyszło. Boże. Jaki on wtedy był kochany. To jego przerażone spojrzenie, tak zupełnie do niego nie pasujące, zupełnie jakby to była jego wina, a nie moja nieostrożność. Targanie się ze mną pod ramię do najbliższej czynnej apteki, gdzie po opatrzeniu rany raczyłam go poinformować, że nie, już tak nie boli i mogę iść sama. No i najważniejsze - on mnie wtedy przytulił. Taką zryczaną, siedzącą na brudnych kamiennych stopniach. On. Ten sam Majkelek, który normalnie sprawiał wrażenie, jakby bał się podać mi rękę na powitanie. Totalna przemiana.
To już blisko. Minęłam pierwsze kamieniczki, wprawdzie po renowacji, ale już lekko drapnięte zębem czasu. Galerię handlową, wyrosłą nie wiadomo kiedy w miejscu, gdzie przez lata ziała gigantyczna dziura w ziemi. Jedną knajpkę. Drugą. Arkady. Weszłam w Plac Ratuszowy. Już było widać fontannę, ale jego nie było w pobliżu. Podniosłam głowę i spojrzałam na zegar, pyszniący się na wieży ratusza jak wielka buźka. Kilka minut przed siedemnastą. No cóż, tym razem wyglądało na to, że to on się spóźni.
Usiadłam na brzegu kamiennej niecki, kładąc sobie na kolanach swoją sfatygowaną, szmacianą torebkę. Równie dobrze mogłam usiąść na stojącej obok ławce, zwłaszcza, że była pusta, ale jakoś tak... Zawsze mi się wydawało, że jestem troszkę dziwna. Tak też pewnie wyglądałam. Dziewczyna, siedząca na krawędzi fontanny, z torbą i łokciami na kolanach, omiatająca każdego przechodnia wzrokiem i wyglądająca jakby czekała na ścięcie. Piękny widok, naprawdę.

- Coś taka smutna, mała? - usłyszałam za swoimi plecami i mało zabrakło, żebym wylądowała tymi plecami w wodzie. Jak ja nie znoszę kiedy ktoś mnie tak wita. Nawet on.
- Nie strasz mnie - odburknęłam, łapiąc na powrót równowagę. On uśmiechnął się po szelmowsku. Jak zwykle.
- Nic nie poradzę, żeś taka strachliwa.
- Głupek.
Akurat ta ostatnia wypowiedź padła tylko w mojej wyobraźni. Od jakiegoś czasu nie myślę o nim inaczej, ale zawsze, kiedy staje przede mną, jakoś tracę rezon potrzebny do powiedzenia mu tego głośno.
- Zdaje się, że nie przyszliśmy tu rozmawiać o moich lękach, nie?
Ten jego nieco cwaniacki uśmieszek jakoś szybko zniknął mu z twarzy. Strzelił oczami gdzieś na bok, przeczesał palcami jasne, jak zawsze rozczochrane włosy i wymamrotał:
- No tak.
To było dziwne. Tylko trochę, ale było. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widziała go do tego stopnia zakłopotanego. Owszem, często zdarzało się, że gdy próbowałam z nim chwilę pogadać, a trafiłam na chyba niewłaściwy moment, to sprawiał wrażenie trochę zawstydzonego chłopaczka, który wolałby prędziutko uciec do kolegów niż ze mną rozmawiać, ale tak... tak to nigdy. Nabrałam pewności, że coś ewidentnie musi być na rzeczy, kiedy zamiast przejść do meritum sprawy spojrzał na mnie i wybąkał z nieśmiałym uśmiechem:
- Spodnie... Te same, co wtedy.
Faktycznie. Czerwone spodnie w czarną szkocką kratę. Miałam je na sobie w chwili, gdy się poznaliśmy. Kto by pomyślał, że mam je już tyle czasu... i że tyle już się z Michałem znamy. Bite cztery lata. Poszłam wtedy do teatru na "Romea i Julię", chyba z czwarty raz. Byłam małą, koślawą uczennicą ostatniej klasy gimnazjum o brzydkich długich włosach i bladych policzkach, po smarkacku zakochaną aż po czubek nosa w aktorze grającym Romea od momentu, kiedy wylądowałam na widowni w ramach szkolnego spędu. I tak się jakoś złożyło, że siedzieliśmy obok siebie. Nie wyglądał wtedy na swój wiek, zresztą w późniejszych latach to się nie zmieniło. Pewnie dlatego jakoś się nie zdziwiłam, kiedy po raz pierwszy w przerwie zaczęliśmy rozmawiać o spektaklu. Potem toczyło się różnie, mój sceniczny idol w następnym sezonie zwinął manaty i wyjechał do jakiegoś większego ośrodka kulturalnego, w związku z czym moje bywanie w teatrze się skończyło równie szybko, jak się zaczęło, ale mimo to dziwnym trafem regularnie natykałam się na mojego nowego znajomego, który jak się okazało nazywał się Michał. Cóż, w mieście, w którym żyje jakieś niepełne sto tysięcy mieszkańców, ciągłe spotykanie tych samych osób jest nieuniknione, zwłaszcza, jeżeli odwiedza się te same knajpy i chodzi na te same koncerty. Tak, wiem. Historia równie niedorzeczna jak nasza znajomość.
- Jeszcze pamiętasz? Taki pierdół? - uśmiechnęłam się mimowolnie, chociaż poczułam, że teraz to ja muszę przejąć inicjatywę, jeżeli chcę się czegokolwiek dowiedzieć.
- Dobra, to nieważne. Powiesz mi wreszcie, o co chodzi?
Przestąpił z nogi na nogę.
- W końcu będę musiał.
- Domyślam się, że to coś istotnego. Zazwyczaj umawiamy się w trochę bardziej... zadaszonych miejscach niż Neptun - powiedziałam, oglądając się na stojącą za mną figurę. Kamienny facet oparty na błyszczącym trójzębie wyglądał niewyraźnie, jak zwykle. Zupełnie, jakby był zmęczony staniem na fontannie i marzył tylko o zimnym piwku w którymś z pobliskich ogródków.
- ... Cholera - przetarł nerwowo lewe oko. - Rozgryzłaś mnie, bystrzaku.
- Wiem, że wygodniej by ci było, gdybym była zupełną idiotką, ale nie ma tak dobrze.
Matko Boska. Powiedziałam to. Głośno i wyraźnie. Majkel spojrzał na mnie wzrokiem kogoś, kto właśnie spotkał Yeti lub coś równie niewiarygodnego. Nie spodziewał się takiego strzału, zdecydowanie.
- Ostatnio zrobiłaś się jakaś naprawdę wredna - odezwał się, jakby chciał mi poczynić jakiś delikatny wyrzut.
- Zauważyłeś. Brawo. Znakomicie.
- Zupełnie nie rozumiem, o co ci chodzi. Coś ostatnio zrobiłem nie tak, naraziłem się?
- ... Tak.
- W takim razie powiedz czym. Może wtedy się dogadamy.
- Czym? Ty narażasz mi się wszystkim od jakichś trzech lat!
Kolejne słowa, których nie chciałam głośno mówić. Ale trudno. Po tamtych i tak już byłam spalona, więc nic nie traciłam. Chociaż szybko pożałowałam, widząc smutek, który nagle pojawił się na jego twarzy.
- ... czyli dochodzimy do tego, o czym chciałem ci powiedzieć.
Nie odzywałam się. Przeszło mi tak jakoś przez myśl, że teraz lepiej będzie się zamknąć i dać mu się wygadać. Wtedy wszystko stanie się jasne.
- Bo ja... wiesz, znamy się już dość długo i... i no wiesz, można powiedzieć, że trochę się znamy.
Kapitan Oczywistość.
- I... może tylko odniosłem takie wrażenie, ale... nie, ja uważam, że tak czy siak powinienem ci to powiedzieć.
Znowu przejechał palcami po włosach, klepnął się nerwowo po udzie i wypalił:
- Jeżeli kiedykolwiek... nieświadomie dałem ci do zrozumienia, że coś... coś więcej, to ja cię bardzo przepraszam.
W tym momencie zdębiałam zupełnie. Spodziewałam się w tym momencie naprawdę wielu rzeczy, ale zdecydowanie nie tego. Nieświadomie? Czy ja dobrze usłyszałam? Nie-świa-do-mie? NIE-ŚWIA-DO-MIE?!?
- ... Skąd taki pomysł? - wymamrotałam, ale nie miałam złudzeń. Na pewno było po mnie widać, że to mnie ruszyło. A jego wyraz twarzy... no cóż, utwierdzał mnie w tym przekonaniu.
- No... Tak, jak mówiłem, myślę, że cię już trochę znam i... Od jakiegoś czasu zaczęło mnie męczyć takie jakieś... wrażenie, że ty... że oczekujesz czegoś więcej niż tylko przyjaźni... Dlatego...
- ... dlatego postanowiłeś na wszelki wypadek mnie poinformować, że nic z tego? Jakie to słodkie.
Szybko uruchomił mi się tryb wredności. Nie jest to najuprzejmiejsza reakcja obronna, ale - co tu dużo mówić - zazwyczaj działa.
- Nie możesz powiedzieć wprost, że masz nową dupę i nie uśmiecha jej się moja obecność w pobliżu? Wiem, że chciałeś być miły, ale ja wolałabym, żebyś był szczery.
- Ale...
- Nie tłumacz się, pół miasta chyba już widziało was razem.
Michał westchnął z taką rezygnacją, że byłam już w stu procentach pewna, o co mu chodziło. Tak, teraz już wszystko rozumiałam. I jego zachowanie w ostatnim czasie, i to nagłe spotkanie w zupełnie odjechanym miejscu. I przede wszystkim ten totalnie nie pasujący do niego brak rezonu. Deus ex machina, wszystko jasne.
- Aż tak...?
- Ta. Nie słyniesz z dyskrecji, wybacz.
Usiadł na kamieniu obok mnie, ja za to momentalnie wstałam. Teraz to on wyglądał, jakby czekał na wyrok śmierci. Cóż za zamiana ról.
- Doceniam to, że chciałeś załatwić sprawę... delikatnie, ale nie lubię takich sytuacji. Skoro uważasz, że trochę mnie znasz, to powinieneś o tym wiedzieć.
Podniósł głowę i spojrzał na mnie tym swoim rozczulającym, aż chciałoby się rzec babskim spojrzeniem. Zawsze mnie to łapało, ale tym razem musiałam się powstrzymać.
- ... Wiesz, co?
- Hm?
- Ty to jednak głupi jesteś.
Znowu widać po nim było, że nie spodziewał się takich słów. No cóż. Ja też się nie spodziewałam i chyba jakoś się tym nie martwił.
- Tak, głupi. Jak wszyscy faceci. Przez trzy lata łażę z tobą, zachowuję się praktycznie tak samo, ty nie wnosisz sprzeciwu, a nagle ostatnio zaczyna ci to przeszkadzać, bo dziewczyna na ciebie buczy. Zabawne, nie? A zresztą... po co ja ci to mówię, skoro ciebie i tak to w ogóle nie interesuje.
Nie patrzył na mnie. Znowu gapił się gdzieś na bok, może na bruk czy na coś innego. Taki odważny był, prosto w twarz chciał mi wszystko powiedzieć, a teraz strzela oczkami jak zawstydzona panienka. Nie wiem, co mnie w tym dziwiło. To nie było żadne novum. Po prostu przez ten czas nie zauważałam tego. Albo nie chciałam zauważać. Tak czy siak... Łajza. Zwykła łajza. Tak wtedy o nim pomyślałam.
- Nie martw się. Jeszcze parę miesięcy i nie będziesz się musiał martwić. Matura, myślę, że ją zdam, a potem studia. Jak najdalej stąd. I od ciebie. Dotychczas mnie to martwiło, ale teraz cholernie się z tego powodu cieszę.
Kłamałam. Wcale mnie to nie cieszyło. Ale po takim kopniaku w tyłek odczuwałam cholerną potrzebę, żeby mu oddać. Najlepiej jeszcze boleśniej. Gdyby ktoś, kiedyś powiedział mi, że za rok, dwa, półtorej tak będę się do niego zwracać, to chyba bym go zabiła wzrokiem.
- Wiesz, Majkel... - powiedziałam, na co ten jak na zawołanie podniósł głowę. - W twoim życiu było wiele kobiet...
W tym momencie zmarszczył lekko brwi. Nie mógł zaprzeczyć - ciężko mi na palcach jednej ręki zliczyć dziewczyny, z którymi spotykał się przez okres naszej znajomości.
- ... pięknych. Mądrych. Wiernych. A ty wybrałeś ją. Powodzenia.

Po tych słowach odwróciłam się na pięcie i tyle mnie widział. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę schodów i dalej w Konopnickiej. Ktoś powie: "Ależ mu pięknie dowaliłaś, dziewczyno! Znakomity finisz!". Ale ja wcale nie byłam z siebie dumna. Wyszłam z tego z twarzą, w przeciwieństwie do niego - ale cóż to znaczy? Spieprzyło się. Wszystko się spieprzyło. Miałam bolesne poczucie, że właśnie coś straciłam. A może nie właśnie, a dawno, tylko że do tej pory nie wiedziałam o tym? Tak czy siak to żaden powód do chwały. Naprawdę.
Zaczynam rozumieć, czemu niejaki Marcel Proust chciał szukać straconego czasu i robił to przez całe siedem tomów.

Data:

 4 lipca 2011

Podpis:

 Daguchna

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=69642

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl