![]() |
|||||||||
Policjant Jackie |
|||||||||
![]() |
|||||||||
|
|||||||||
-Czyli jednak nie umarłem… A szkoda – Jak zwykle, poranny kac skłaniał Jacka do przemyśleń na temat swojej zbolałej egzystencji. No cóż, biorąc pod uwagę częstotliwość tego zdarzenia, można by nazwać starego policjanta domorosłym filozofem na miarę XXI wieku. Tym razem, przedmiotem rozważań był wpływ ilości wypitego alkoholu na głośność opadania kurzu. Gdy właśnie miał sformułować wnioski końcowe, jego badania przerwał natarczywy dźwięk służbowej komórki. - Ha…Halo? – wychrypiał do słuchawki - Znowu piłeś? – zapytał zrezygnowanym głosem Jim - Świetnie, że się o mnie martwisz. Naprawdę… Jestem ci bardzo wdzięczny, ale jeśli okaże się, że dzwonisz tylko po to, żeby spytać czy piłem, to bądź pewien, że urwę ci jaja przy najbliższej okazji – odparł stanowczo Jack - Spokojnie stary. Dzwonię w ważniejszej sprawie. Mamy robotę. Opowiem ci wszystko jak przyjedziesz do biura. Tymczasem spróbuj doprowadzić się do stanu jako takiej używalności.. A i jeszcze jedno – kup miętową gumę do żucia. Przyda ci się. – powiedział Jim odkładając słuchawkę. - Świetnie. O tym właśnie marzyłem chlejąc wczoraj w barze. Nienawidzę tej pracy. Chyba najwyższy czas na emeryturę – pomyślał ze złością Jack. Droga na komisariat byłaby całkiem przyjemna, gdyby nie dwie stłuczki tamujące ruch oraz starsza pani przechodząca przez ulicę, bynajmniej nie z szybkością Usaina Bolta. Po dość długiej, ale jakże ciekawej podróży, zza drzew wyłonił się budynek. Budynek, który powinien być chlubą całego Paryża. Jednak do tego miana sporo mu brakowało. Szare, ponure ściany z odpadającym tynkiem, drewniane okna oraz pusty, zaśmiecony trawnik nie wyglądały zbyt zachęcająco. Przypominały raczej ruderę, w której nocują bezdomni niż Francuski Wydział Zabójstw. Jak to zazwyczaj bywało, i tym razem wszyscy czekali na Jacka. Mając świadomość, że został mu niecały rok do emerytury, nigdy nie pojawiał się w pracy jako pierwszy. - Ktoś zabił prezydenta, że kazaliście mi tak wcześnie wstać? I to w poniedziałek… - zapytał zmęczonym głosem Jack. - Gdybyś tyle nie pił, nie miałbyś problemu z porannym wstawaniem – odparła kobieta stojąca obok Jima.. Anette była rodowitą Francuzką, a zarazem przełożoną całego wydziału. Nikt nie chciał mieć z nią na pieńku, toteż większość pracowników utrzymywała z nią poprawne stosunki. Jack serdecznie jej nie znosił, i nie, dlatego, że miał do niej osobistą urazę, po prostu od zawsze lubił być swoim szefem. Gdyby tylko nie była szczebel nad nim w hierarchii policyjnej, to nawet mogłaby mu się podobać. Od czasów młodości lubił mądre i ambitne kobiety, które wiedzą, czego chcą. - Dziękuję, że mnie moralizujesz, ale dowiem się, o co chodzi? – spytał z irytacją Jack. Po tylu latach w wydziale zabójstw spodziewał się kolejnej trudnej sprawy, spędzającej sen z powiek. - Jako, że jesteś najlepszym policjantem w mieście. W ramach odpoczynku, wysyłam cię na jeden dzień do pracy w drogówce. Rozerwiesz się trochę, odpoczniesz. - Chyba sobie żartujesz? Jeśli chcesz żebym odpoczął to daj mi po prostu dzień wolnego. – powiedział z niedowierzaniem Jack. - Nie mogę. Takie są zalecenia z góry i naprawdę nie jestem w stanie nic zrobić. Gdyby to ode mnie zależało, to wysłałabym cię…- zaczęła Anette. - Pod ziemię – zaśmiał się Jim. - Naprawdę super, że dobrze się bawicie moim kosztem., ale ja nie mam zamiaru iść do drogówki. Nawet, jeśli zaoferujecie mi roczny zapas whiskey. Chociaż… wtedy może bym się zastanowił – rzekł Jack. - Jutro o 8 rano przyjedzie po ciebie radiowóz wraz z partnerem. Pamiętaj, że został ci rok do emerytury. Chyba nie chciałbyś wylecieć dyscyplinarnie? – spytała przymilnym głosem szefowa. - A idźcie wszyscy do diabła. – krzyknął, jednocześnie trzaskając drzwiami. - Anette, jesteś okrutna – zażartował Jim. - Wiem i radzę ci tego nie rozpowiadać, bo też trafisz do drogówki – odpowiedziała poważnym tonem. Następnego dnia punktualnie o ósmej rano, pod domem Jacka rozległ się klakson. - Zaczyna się randka z bloczkiem mandacików i radarem – pomyślał z niesmakiem. Mimo swojej niechęci, wyszedł z domu żwawym krokiem i wsiadł do samochodu. Miał po prostu nadzieję, że ten dzień szybko się skończy. - Siemanko Jackie jak tam humorek? – gruby policjant o imieniu Simon wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Pewnie byłby lepszy, gdyby nie widok lukru na twoich zębach – odburknął złośliwie Smith. - Oj już przestań spędzimy ze sobą cały dzień, nie cieszysz się? – zapytał przymilnie Simon - Nie.- odpowiedział Jack. Po jakże sympatycznej wymianie zdań radiowóz w końcu odjechał na codzienny objazd miasta. Pierwsze piętnaście minut upłynęło we względnie przyjemnej atmosferze. Kłopoty zaczęły się natomiast koło południa. A wszystko zaczęło się od złapania gumy na jednej z ruchliwych ulic w centrum miasta. Nie wiedzieć czemu, wesoły Simon zapomniał zapakować dodatkowego koła do swojego radiowozu. Po długiej walce, Jackowi udało się załatwić zapasowe i je wymienić. W tym czasie Simon szukał w mieście cukierni, żeby wzbogacić swą jakże szczupłą sylwetkę kilkoma dodatkowymi kilogramami. - Słuchaj, męczyłem się z tym kołem ponad godzinę. Ty za to biegałeś po jakieś głupie ciastka. Mam cię serdecznie dość. Jeszcze raz spróbuj tak zrobić, a obiecuję, że mój wydział nigdy nie znajdzie twojego zabójcy. – oznajmił Jack poważnym tonem. - Haha, naprawdę dobre. Masz niezłe poczucie humoru. Polubiłem cię. – roześmiał się policjant z drogówki. Śledczemu z wydziału zabójstw nie chciało się nawet polemizować. Przez większość życia przyświecała mu zasada „Nie kłóć się z głupkiem, bo najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem”. Potem już było tylko gorzej… Około godziny 16.00 dostali zgłoszenie o bójce w centrum miasta. Na nieszczęście byli najbliżej. Już po chwili spostrzegli dwóch mężczyzn walczących w parterze na miejskim chodniku. Widząc, że Simon nie kwapi się do rozdzielenia chłopaków, Jack postanowił iść na pierwszy ogień. Już po minucie wpadł w szamotaninę, owszem rozdzielił ich, ale sam skończył z podbitym okiem i rozciętą brwią. Przez następne 4 godziny bynajmniej nie było lepiej. Ściąganie kota z drzewa zakończone trzema szramami na dłoni, spisywanie strat w stłuczce, zakończone stekiem wyzwisk oraz gwałtowne hamowanie zakończone wylaniem kawy na swoją nową koszulę wzbudziło z Jacku taką agresję, że najchętniej rozszarpałby całą drogówkę wraz z radiowozami. Punktualnie o 20.00 samochód podwiózł policjanta do domu. Jack wybiegł z niego prawie sprintem, dopadł drzwi i wbiegając do środka zatrzasnął je za sobą z wielkim hukiem. Ściągając z siebie ubrania, podszedł do lodówki i wyjął piwo. Przez resztę dnia siedział przed telewizorem popijając chmielowy trunek. Następnego ranka Jack z uśmiechem przekroczył próg wydziału zabójstw. Przywitał się serdecznie z każdym z pracowników, czym wprawił w osłupienie nie tylko Jima, ale i Anette. - Witam serdecznie drogą szefową – powiedział radośnie. - Jack.. Wszystko w porządku? – zapytała ze zdziwieniem. - Praca w drogówce jest po prostu wspaniała. Chcę tam spędzić ostatnie lata w policji. Proszę, przenieś mnie tam w trybie natychmiastowym – odpowiedział szeroko się uśmiechając. - Ale Jack... Jesteś najlepszym policjantem w całym wydziale, nie możesz się przenieść. Przepraszam za to, że byłam wredna, To już się więcej nie powtórzy, ale zostań z nami! – powiedziała błagalnym głosem Anette. - Kobieto, ale ty jesteś naiwna. Nienawidzę drogówki, nienawidzę Simona, nienawidzę mandatów, nienawidzę kotów. Nie przeniosę się tam za nic. Nawet za pięćset wagonów whiskey! Co ja gadam nawet za milion! – Jack odpowiedział z odrazą. - To dlaczego mówiłeś, że chcesz się przenieść? – zapytała Anette z irytacją - Bo lubię jak kobieta, która jest moim szefem mnie przeprasza i prawie błaga żebym został. – odpowiedział zanosząc się śmiechem/ - Nienawidzę cię, ty stary hipokryto! – krzyknęła, a po chwili wybuchła serdecznym śmiechem. |
|||||||||
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|||||||||
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |