DRUKUJ

 

7 i 1/2

Publikacja:

 11-11-04

Autor:

 kabat
[u]7 i 1/2[/u]

Maciek ocknął się. Deszcz siekł go w twarz, a on nie miał siły podnieść ręki i się zasłonić. Co się stało? Gdzie jestem?
- Chyba się budzi. – Głos nad jego głową zdawał się dobiegać z bardzo daleka
Tępym wzrokiem omiótł okolice. Siedzieli na murku przed „Iluzją”. Woda lała się strugami z nieba, jedynym źródłem światła była żarówka w latarni stojącej przy ulicy. Maciek czuł się jak przeżuta guma, dopiero po chwili pamięć zaczęła wracać i był w stanie poukładać wydarzenia w głowie. Miało się skończyć na góra trzech kolejkach. Później Zdaje się, pomysł na trzeźwy wieczór nie wypalił. A potem bar i łysy gość, który twierdzi że nie sprzeda mu już alkoholu. I chyba plan na wieczór bez bójki też poszedł w zapomnienie.
- Co robimy? – spytał Marek.
- Już mieliśmy cię nieść do samochodu. Ale skoro żyjesz to wstawaj, spadamy stąd.
- Taa, nie ma co tu sterczeć, jak głąby. – Stwierdził filozoficznie Wojtek.
- Ale muszę powiedzieć, że lewy sierpowy masz wspaniały! Jednak… – nie dokończył i jakby nigdy nic zaczął oglądać paznokcie.
Na chwilę przerwali rozmowę, widząc zbliżających się nowych gości. Andrzej przerwał obgryzanie paznokci i spojrzał na Maćkowe zwłoki.
- Pomóż mi go zabrać do wozu. Dziś się już nie pobawimy. – Rzucił w stronę Marka.
Chwycili go pod pachy i pomogli wstać. Wolnym krokiem zawlekli go do samochodu i posadzili na tylnym siedzeniu. Wsiedli zajmując pozostałe miejsca.
- Będziesz rzygał?
- Nie. – powiedział tak słabym głosem, że żaden z kolegów nie miał wątpliwości – Chyba nie – dodał jakby chciał potwierdzić wątpliwości kolegów.
- W razie czego masz tu worek. Nie krępuj się.
-Tylko uważaj na tapicerkę. Samochód jest pożyczony. – powiedział Wojtek i siadł na miejscu kierowcy.
Pozostali zajęli swoje miejsca. Marek przeskoczył po stacjach i zaraz trafił na ich ulubiony kawałek, Teddy Bearsów – „Cobra Style”. Maciek, blady jak ściana osunął się powoli na tylnej kanapie. Znów ogarnął go sen. Rozmowa prowadzona przez kumpli zdawała się oddalać jakby szli długim korytarzem oddalając się od niego.

Po godzinie stanęli przed blokiem w którym mieszkał Maciek. Chłopak przetarł oczy, po krótkim śnie. Zamachał zdrętwiałą ręką, która służyła mu jeszcze przed chwilą za poduszkę. Wiedział, że śniło mu się coś nieprzyjemnego. Mimo wszystko wysiadając z samochodu czuł się chyba trochę lepiej.
- Chodź. – Powiedział Andrzej. – Odprowadzę cię do mieszkania.
- Spoko, dam radę przejść parę metrów
- Na pewno? – zapytał i spojrzał na zegarek z miną „ale już późno…”.
- Nie ma problemu, już mi lepiej.
- Dobra, to do zobaczenia w pracy. – Uścisnął rękę Maćka i wsiadł do samochodu.
- Trzymaj się! – Krzyknął Marek przez otwartą szybę. Wojtek tylko mignął światłami i odjechali.
Maciek patrzył jeszcze chwilę za odjeżdżającym samochodem, po czym odwrócił się i powłócząc nogami skierował się wprost przed siebie, do swojej klatki. Stanął przed drzwiami, zaczął szukać kluczy obmacując kieszenie, gdy poczuł, że coś próbuje się z niego wydostać. Obrócił się gwałtownie w prawo, pochylił i zwymiotował na trawę.
Dobrze, że chłopaki tego nie widziały – pomyślał. – Boże, jak ja cuchnę! Przetarł rękawem usta i otworzył drzwi. Lekko zataczając się wszedł na klatkę, jego ręka automatycznie powędrowała w stronę włącznika światła. Żarówka rozbłysła, rozświetlając mroki klatki schodowej.
Gdy zobaczył schody ciągnące się w górę i w górę, zdał sobie sprawę, że nie zdoła wspiąć się na dziewiąte piętro. Spojrzał na windę. Stała tam i czekała na niego, zapalone w środku światło zdawało się zapraszać go do środka. Od kiedy mieszkał w tym strasznym wieżowcu użył jej tylko parę razy, a od kiedy została odnowiona jeszcze z niej nie korzystał. Teraz wyglądała całkiem bezpiecznie; ściany biły uspokajającą zielenią, wszystkie uszczelki i lampki zostały wymienione, spółdzielnia mieszkaniowa zdecydowała się nawet na zamontowanie kamer, chociaż on nie widział w tym sensu, no chyba że naprawdę nie mieli co robić z pieniędzmi ze składek.
Trzymając się blisko ściany, przesunął się w stronę diabelskiej maszyny. Otworzył drzwi i poczuł nieprzyjemny zapach kojarzący mu się z tym, który można poczuć gdy wchodzi się do męskiej szatni. Skrzywił się i spojrzał w głąb ciasnej windy. Pot wystąpił mu na czoło, a serce zaczęło bić nieco szybciej, ale odetchnął głęboko i zrobił krok do środka, przytrzymując drzwi lekko uchylone. Nacisnął okrągły guzik z wymalowaną liczbą 9.
Maciek jeszcze raz obrzucił wzrokiem wnętrze kabiny. Odległość między brudno-brązowymi ścianami, wydała mu się zbyt wąska. W wielkim czystym lustrze, zobaczył swoje lekko zniekształcone odbicie. Był blady, lekko drżał na całym ciele, zauważył też, że pobrudził spodnie wymiocinami. Przybrał odważną minę i pozwolił by wielkie drzwi się zamknęły.
Winda łagodnie ruszyła w górę, kołysząc się przy tym miarowo.
Chwycił się kurczowo poręczy i zaczął liczyć kolejne piętra. Spokojnie to zajmie tylko chwilę – pomyślał – zaraz będę w domu. Patrzył ciągle na lustro jakby dzięki temu, skromna kabina mogła stać się większa. W napięciu oczekiwał łagodnego dźwięku oznaczającego koniec jazdy, ale ten miał prędko nie nadejść. Gdy winda minęła siódmą kondygnację światło zgasło, pozostawiając Maćka w głębokiej ciemności.
- Co do… - zdążył powiedzieć, gdy maszyneria zatrzymała się jakby brakło jej siły do dalszej pracy. Stało się to tak nagle i gwałtownie, że tylko silny chwyt na poręczy uchronił go przed upadkiem.
Przeszedł go gwałtowny dreszcz, włosy zjeżyły mu się na całym ciele, poczuł panikę, jakby zmienił percepcję, wszedł w inny wymiar. Zawrót głowy sprawił, że znów tylko silny uścisk na poręczy zabezpieczył go przed osunięciem się na podłogę. Odnalazł w ciemności guziki i zaczął pośpiesznie naciskać wszystkie. Nic się nie stało, ale Maciek obrócił się próbując wypatrzeć czegoś w ciemności.
W przypływie zdrowego rozsądku zaczął grzebać w spodniach i odnalazł telefon komórkowy. Odblokował komórkę, która zajaśniał słabym, ale kojącym światłem. Napis na środku ekraniku informował go o „braku zasięgu”. Teraz był jednak w stanie zobaczyć znowu wnętrze kabiny.
- To tylko krótka awaria – wyszeptał do swojego odbicia, bojąc się, że coś może go usłyszeć. W jego uszach zabrzmiało to, jak słowa lekarza, który zapewnia, że „to nie będzie bolało”.
Poczuł na sobie spojrzenie, które bynajmniej nie było życzliwe. Przyglądało mu się drapieżnie, jak sęp nad zwierzęciem które wpadło w sidła, czekając i obserwując ostatnie desperackie próby zachowania życia, uwolnienia się z pułapki…
Uspokój się! – rozległ się głos w jego głowie. – To przez tę burzę, gdzieś zerwały się linie wysokiego napięcia stąd brak prądu. Ekipa elektryków na pewno już jedzie by naprawić awarię.
Ostatnia myśl, wydała mu się na tyle krzepiąca, że zdołał się uspokoić. Zamarzył o tym by znaleźć się już w ciepłym przytulnym mieszkanku. W zamyśleniu spojrzał na bliźniaka w lustrze. Bliźniak spojrzał mu w oczy i zamrugał jednocześnie wyszczerzając zęby w drapieżnym grymasie. Zaskoczony Maciek odskoczył i uderzył głową w drzwi. Tym razem upadł na ziemię, a komórka wypadła mu z ręki i wylądowała na podłodze, kierując słaby strumień światła w górę.
Wcześniej udawało mu się zachować spokój, chować strach głęboko w głowie, teraz całe przerażenie wyrwało się z jego umysłu. Natarł na drzwi i wrzeszcząc, zaczął z całych sił uderzać pięściami o ściany. Gdy już zabrakło mu sił po prostu osunął się na podłogę.
Wymacał na podłodze komórkę i podświetlił monitor. Skulił się w kącie i zaczął przeczesywać wzrokiem pomieszczenie omijając jednak lustro. Z przerażeniem stwierdził, że w szybce kamery widzi jakiś kształt, ledwo dostrzegalny w słabym świetle jakie dawała komórka.
Wstał starając się nie patrzeć na lustro i przyświecając komórką obejrzał urządzenie, na myśl przyszły mu te małe kamery przemysłowe, które widuje się w bankach. Wyciągnął rękę by spróbować ją przekrzywić, żeby lepiej widzieć szybkę, gdy rozległ się wyraźny i bardzo nieprzyjemny odgłos drapania o sufit, jakby ktoś paznokciami chciał wyżłobić dziurę do kabiny. Maciek szybko cofnął dłoń i dźwięk zamilkł.
- Mam urojenia słuchowe, nic tu nie ma – rzekł. – Muszę się… - przerwał i znów zerknął na mglisty kształt w kamerze. Jakby w odpowiedzi znów rozległo się drapanie, tym razem od strony ściany. Przesunął wzrok i spojrzał na lustro. Przymrużył oczy, jak podczas oglądania mocnego horroru. Jednak jedyne co zobaczył to wnętrze swojego więzienia i siebie samego stojącego na drżących nogach. Kraciasta koszula z długimi rękawami zdążyła nieco wyschnąć, ale teraz wyglądała jeszcze gorzej, pognieciona i przekrzywiona. Na twarzy miał małe kropelki potu, fryzura była w całkowitym nieładzie. Przeraził się, wyglądał jak wychowanek ośrodka dla chorych umysłowo.
W idealnej ciszy jaka zapanowała w kabinie Maciek wpatrywał się w zwierciadło z wyrazem zamyślenia i lęku na twarz. Zrobił krok i dotknął jego powierzchni, było chłodne co mocno kontrastowało z dusznością jaka panowała wokół. Tępo wpatrując się przed siebie, dopiero po chwili dostrzegł kształt jaki zaczął się formować w lustrze. W oddali ukazała się twarz dorastającego chłopca, a następnie także reszta jego wychudzonego ciała. Spojrzał z wyrzutem na Maćka, który nie mógł się ruszyć i tylko czekał co nastąpi dalej. Obok dzieciaka z małej chmury wykrystalizowała się postać mężczyzny z siekierą w rękach i wściekłością na twarzy. Rzucił się na chłopca, który zaczął biec w stronę szyby i potężnym ciosem odciął mu rękę. Trysnęła krew, małe jej krople zatrzymały się na lustrze brudząc ją jakby od środka.
Maciek krzyknął z przerażenia i w tym samym momencie w windzie zapaliło się światło i po długiej przerwie dźwignica znów ruszyła w górę jakby nigdy się nie zatrzymała.
Maciek przysunął się jak najbliżej drzwi. Serce huczało mu w piersi, znów zaczął się pocić. Z obrzydzeniem i odrobiną chciwej facynacji oglądał, jak mężczyzna rąbie chłopca na kawałki. W końcu gdy z dzieciaka już został zbitek mięsa i kości, postać z siekierą wyprostowała się i spojrzała prosty w oczy Maćka.
W tym samym momenci rozległ się krótki sygnał dzownka. Dziewiąty poziom, koniec podróży. Odwrócił się od lustra i gdy tylko skrzydła kabiny się rozchyliły wybiegł z kabiny i rzucił się w stronę swojego mieszkania. Mężczyzna patrzył za nim, aż zniknął za zakrętem korytarza.

Maciek leżał w łóżku już od godziny i próbował zasnąć.
Gdy wreszcie dotarł pod drzwi mieszkania i drżącymi dłońmi zdołał je otworzyć, rzucił się w stronę ubikacji i zwymiotował do umywalki, brudząc przy tym całe lustro. Później czekał zamknięty na klucz, czy ktoś nie zastuka do drzwi, jednak nikt się nie pojawił. Kiedy już uznał, że jego okropna przygoda dobiegła końca, przebrał się i wsunął do łóżka.
To był ciężki dzień w dodatku jutro będzie miał strasznego kaca. Jak zawsze, pomyślał. I musi wstać rano do pracy.

O 7:30 obudził go alarm w budziku. W nocy nie obudził się z krzykiem ani zlany potem. Nie pamiętał nawet, żeby miał jakieś sny. W świetle dnia, wydarzenia z poprzedniego dnia wydały mu się jego własnym wymysłem. Był mocno podpity, no i miał przecież klaustofobie. To cud, że w ogóle wsiadł do windy.
Z lekkim sercem wyszedł z mieszkania. Jednak gdy znalazł się na parterze lekko pobladł. Dwóch elektryków z całą torbą narzędzi majstrowało przy windzie. Gdy dowiedział co się stało zbladł jeszcze bardziej. Podobno w nocy było być zwarcie, które spaliło kamery we wszystkich blokach na osiedlu. To nic takiego, pomyślał. Wyszedł, na dwór i widząc podjeżdżający autobus rzucił się biegiem na przystanek.
Może to dobrze, że się nie odwrócił. Ale gdyby to zrobił zobaczyłby mężczyznę z zakrawawioną siekierą, spogądającego chciwie na elektryków, którzy niczego nie mogli w lustrze zobaczyć prócz samych siebie.

Data:

 luty 2011

Podpis:

 Po co ten podpis?

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=70218

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl