DRUKUJ

 

Skarb lorda Trentona

Publikacja:

 12-01-20

Autor:

 carys
Bohaterowie na bezrobotnym
część 2

Skarb lorda Trentona


Po "prawie" zakończonej sprawie serii kradzieży w Is i okolicach, jako, że główny sprawca zbiegł przed wymiarem sprawiedliwości, Carys i reszta ferajny, w ponurych nastrojach powrócili do dworu. Pomimo, że starannie przetrząśnięto każdy centymetr przestrzeni w promieniu kilkunastu kilometrów od siedziby Zawadków, Aldrian jakby rozpłynął się w powietrzu. Na domiar złego narzędzia, które ze sobą zabrał, pochodziły z pracowni Requela, więc rodzeństwo było podwójnie poszkodowane. Brat Carys jednak niewiele się tym faktem przejął, wyraźnie popierając szaleńcze zapały konstruktora-amatora.
-Gdyby to ode mnie zależało, dałbym mu angaż - powiedział Requel, szukając w pęku kluczy tego właściwego, pasującego do zamka w drzwiach frontowych.
-Req, odbiło ci?! To kleptoman, recydywista i na dodatek niebezpieczny świr!
-Nie, siostrzyczko. To geniusz! - blondyn pokiwał głową i ze zdziwieniem zauważył, że zamek w drzwiach został wyłamany. - Te menty znowu sznupały po naszym lokum!
-A ty to popierasz - warknęła Carys, zatrzaskując bratu drzwi tuż przed nosem. - Przez ciebie muszę się barykadować we własnej sypialni, żeby przypadkiem w nocy ktoś na mnie nie napadł!
Xiitane, ziewający Arew i oskubany kruk w milczeniu przysłuchiwali się kolejnej tego dnia sprzeczce rodzeństwa. Na szczęście Nanette, siostra zbiega Aldriana zdążyła już się ewakuować, inaczej pewnie oberwałoby się jej za wszystkie kradzieże dokonane we dworze.
-Jutro wznowimy poszukiwania - dodała Carys, rozdzielając pomiędzy towarzystwo ostałe w skrzyni mydło i frotowe ręczniki do kąpieli. Urzędująca w kuchni Kolma właśnie zaczęła grzać wodę. - Może być pewien, że nie popuszczę – mruknęła drowka i ruszyła korytarzem do pomieszczenia, które kiedyś było jej sypialnią.
Na chwilę obecną większość umeblowania i obrazów odpłynęła do nieznanej lokacji, zapewne prywatnej kolekcji jakiegoś nadzianego biznesmena, któremu przemytnicza brać wcisnęła kit, że jest to antyczny staroć. Przez nieosłonięte firanami okna do pokoju wpadał blask księżyca.
Carys popatrzyła na przykryte prześcieradłami pozostałe w pomieszczeniu meble. Wśród nich znajdowała się przeżarta przez korniki komoda, nadtłuczone lustro i dwa krzesła wątpliwej stabilności.
-Zakosili mi nawet łóżko! - syknęła, zauważając brak podstawowego mebla. - Przecież nie będę spała na ziemi! Niedoczekanie!
Już miała wypaść na korytarz i wszcząć alarm, gdy jej wzrok padł na jeszcze jeden pokryty białą materią przedmiot, kamuflujący się w rogu komnaty. Stara sofa.
Carys wesoło zatarła ręce i uśmiechnęła się do siebie. Szybko zdjęła okrywające mebel prześcieradło... i omal nie dostała zawału. Na sofie, zwinięty w kłębek, smacznie chrapał Aldrian Zawadka, szalony kleptoman poszukiwany przez pół miasta i okręgowych inspektorów policji. Wyczuwając brak okrycia mężczyzna pomacał dłonią wokoło, szukając prześcieradła. Gdy go nie znalazł, odemknął jedno oko i zrobił rozeznanie. Widok Carys, której kopara prawie opadła na buty, szybko postawił go do pionu.
-Przeszukujecie nawet rudery do rozbiórki? - wymamrotał, przecierając oczy.
-Tak się składa, że ta RUDERA jest moim domem, a ja nie życzę sobie w nim żadnych lokatorów na czarno! Zwłaszcza tych z szemraną przeszłością! - warknęła Carys, odzyskując rezon.
-Aha - Aldrian pokiwał głową, przyjmując informację do wiadomości. - To w spiżarni siedzi jeszcze jeden - dodał wesoło, i nim Carys zdążyła zareagować, wyjął z jej rąk prześcieradło i, padłszy na sofę, szczelnie się nim okrył. - Dobrej nocy, madame - wymamrotał i nastawił gardło na serię chrapopodobnych dźwięków.
Carys kopniakiem wywróciła zdezelowaną sofę i pan Zawadka z głośnym hukiem potoczył się po podłodze.
-Ej, co jest? - jęknął, gramoląc się do pionu, co okazało się dosyć trudne z wazonem na czuprynie. - Daj człowiekowi pospać! Myślisz, że planowanie ucieczki to przyjemne i relaksujące zajęcie?
-Czy wszystko w porządku? - Requel, zaniepokojony hałasami, wpadł do sypialni Carys. - O, mój genialny konstruktor! - ucieszył się na widok Zawadki, który właśnie otrzepywał ubranie z niewidocznych zabrudzeń.
-Nie uwierzysz! Szukaliśmy go w każdej dziurze, a on po prostu zabukował się na mojej sofie! - Carys nie wytrzymała. - Skandal!
-W spiżarni jest Beld. Kolma nie może odciągnąć go od serków pleśniowych. Twierdzi, że ma do nas interes w sprawie jakiegoś skarbu i... - do pokoju wpadła Xiitane i ucięła w pół słowa na widok poszukiwanego. - A ten skąd się tu zmaterializował?
-Dosyć tego dobrego! Wołam policję! - krzyknęła Carys.
-Spoko, siostra - Requel przytrzymał ją za ramię. - To także mój dom, a ci panowie są moimi gośćmi. Więc jak będzie?
Carys podniosła ręce w geście kapitulacji.
-Oby Beld miał dobrą wymówkę, bo Kolma nie daruje mi tych serków.

***

Gdy w końcu właściciele "domu do rozbiórki" pouzgadniali między sobą, kto jest czyim gościem, a kogo należy wysłać do okręgowego inspektora policji, Carys zaprosiła towarzystwo do jadalni i poleciła Kolmie zaparzyć mocną herbatę.
Drowia służąca, potwornie ziewając, bąknęła pod nosem, co myśli o nowych porządkach wprowadzanych przez młode pokolenie, lecz wystarczyło jedno spojrzenie Requela, by posłusznie podreptała do kuchni.
-A teraz do rzeczy, bo chcę się wyspać tej nocy - powiedziała Carys, wytrzepując siedzenie krzesła z nadmiaru kurzu. - Beld, podobno miałeś do nas jakiś interes nie cierpiący zwłoki.
-Tak o suchej gębie? - złodziejaszek tęsknie spojrzał na karafkę z rumem, która stała w przeszklonej komódce.
-Niech ci oczka za bardzo nie biegają. W kredensie zostały chyba jeszcze jakieś krakersy - drowka podreptała do mebla i wyciągnąwszy z niego opakowanie sucharków wątpliwej przydatności do spożycia, podsunęła je pod sam nos pana Duke. - Mam nadzieję, że masz dobre zęby.
Beld ostrożnie przyjrzał się sucharkom i przesunął je pod nos siedzącego obok Aldriana.
-Co wiecie o lordzie Trentonie? - zaczął konspiracyjnie, splatając palce i robiąc ważną minę.
-Lord Trenton? - Requel zastanowił się, przeczesując palcami czuprynę. - Plotka głosi, że był bajecznie bogaty i posiadał wiele ziem we wschodnich krainach. Podobno miał pałac w Kraju Kwitnącej Gruszki zbudowany z marmuru i ozdabiany złotem - głośne chrupnięcie od strony Zawadki przerwało jego wywód.
-Jasna cholera - zaklął konstruktor, chwytając się za policzek. - To są sucharki, czy cegły?
-Jedno i drugie - mruknął Beld i syknął, gdy dopadł go kopniak Xiitane.
-Po śmierci Trentona nie znaleziono ani monety z olbrzymiego majątku, jaki ponoć zgromadził - uzupełniła srebrnowłosa, uśmiechając się niewinnie do złodziejaszka. - I nic dziwnego, bo lord Trenton był purpurowym smokiem Trezenfonusem, a chyba doskonale wiecie, jakie są smoki.
-Gadzina była sprytna - Beld pokiwał głową, odpychając od siebie paczuszkę z sucharkami, którą podsunął mu Aldrian. - Dobrze ukryła swój skarb, zanim wyzionęła ducha. Znalazło się jednak kilku śmiałków, którzy postanowili go odnaleźć. Istnieje pewna mapa...
-Tylko mi nie mów, że to jest właśnie ten interes, który do mnie masz, Beld - Carys zmarszczyła czoło.
Złodziejaszek ochoczo pokiwał głową.
-Mam mapę do skarbu Trentona – powiedział tryumfująco, i z zadowoleniem spojrzał na twarze zgromadzonych w jadalni, by zobaczyć, jaki informacja wywoła efekt. - Zwędziliśmy ją jednemu gogusiowi na szlaku, który paplał o niej na prawo i lewo.
-A nie przyszło ci do głowy, że to fałszywka? - panna Velmondo zabiła ćwieka Beldowi.
Złodziej chwilę podumał.
-Ale facet naprawdę wyglądał na ostatniego frajera - powiedział w końcu, już z mniejszym entuzjazmem, widząc porozumiewawcze zerknięcia wymieniane pomiędzy elfkami. - Aż mi go było żal, gdy mu zwędziliśmy mapę.
-Pozwolisz, że sami osądzimy o jej prawdziwości. Requel jest ekspertem od starych szpargałów. Możemy ją zobaczyć?
-Uno momento - Beld wstał i skrzyżował ręce na piersi. - Nie dam się wykiwać. Najpierw przyrzekniecie, że ja i Ani też będziemy mieli udział w podziale łupu. W końcu to my odwaliliśmy brudną robotę.
Reszta popatrzyła po sobie z nieokreślonymi minami.
-To chyba możemy obiecać - Xiitane mrugnęła okiem do Carys. - Nawet na piśmie, jeżeli cię to usatysfakcjonuje.
Gdy Beld przytaknął, Requel szybko spisał odpowiedni dokument, pod którym podpisali się wszyscy obecni w jadalni.
-No to teraz dawaj mapę. Niech zobaczę ten drogocenny świstek papieru - Carys wyciągnęła rękę, gdy Beld szybko schował napisany dokument do małej torby przy pasku.
-Przekonacie się, że jest dobra – pan Duke prychnął i sięgnął do kieszeni.
Chwilę przeszukiwał jej wnętrze z coraz bardziej niewyraźną miną.
-Eee... Chwileczkę... Gdzieś mi się zapodziała.
Xiitane i Carys ledwie powstrzymały się od śmiechu, gdy Beld po kolei przetrząsał pozostałą część odzieży w poszukiwaniu mapy. Oczywiście z mizernym skutkiem.
-Przyznaj się hultaju, że ta mapa to blef - powiedziała w końcu Carys, gdy na stole przed jej nosem znalazła się cała zawartość kieszeni złodziejaszka. Oczywiście po mapie nie było śladu.
Beld pacnął się w czoło i usiadł na krześle.
-O kur zapiał! No jasne! Została w kieszeni Aniego!
-A twój braciszek siedzi w pudle, o ile mi wiadomo - dodała Xiitane ze złośliwą satysfakcją. - I zapewne przekibluje tam bardzo długo.
-Jeżeli chcecie mapę, to musimy go wydostać.
-Jeszcze nie zwariowałam - zaperzyła się Carys. - Ty coś kręcisz i wcale mi się to nie podoba. Czyj to był pomysł, co? Nie próbuj mnie oszukiwać!
-Przyrzekam, że z tą mapą to najszczersza prawda! - jęknął Beld.
W jadalni zapadła cisza, przerywana tylko głośnymi chrupnięciami Aldriana, który na próżno próbował wydostać resztki sucharków spomiędzy zębów.
-Ja mu wierzę - odezwała się w końcu Xiitane. - Mój eks potrafi lepiej kłamać.
Carys podrapała się po głowie.
-A więc musimy wyciągnąć Aniego z pudła. Karząca ręka sprawiedliwości bierze udział w odbijaniu złodzieja - zasłoniła twarz dłonią, by ukryć zbolały grymas.
-To jaki mamy plan? - zapytał Aldrian.
-Jutro mają przewozić brata do Aldebran - zaczął Beld, rysując na poplamionej serwetce mapę. - Po drodze mamy sporo dobrego terenu na zasadzkę... Aniego trzeba uwolnić zanim trafi do twierdzy - mruknął ponuro, zakreślając na szkicu wielki "X" - bo z Aldebran nie ma ucieczki.
-A nie lepiej rozwalić twierdzę? Jeżeli do końca nie zniszczyliście moich maszyn, to mam coś odpowiedniego na składzie...
Carys wściekle popatrzyła na Aldriana i szturchnęła go pod żebro.
-Nas interesuje tylko tyłek Aniego a nie połowy przestępczego światka. Jeszcze jeden taki pomysł i załatwię ci wakacje w Aldebran z dodatkowymi atrakcjami - syknęła.
-Oki, kapuję - konstruktor uniósł dłonie w geście poddania.
-Chyba muszę się czegoś napić - stęknęła Carys.
-Ja też - podchwycił Beld, z nadzieją spoglądając na karafkę w komódce, lecz panna Velmondo nie przejawiała ochoty na wysokoprocentowe trunki.
-Kolma, co z tą herbatą? - krzyknęła gospodyni.
Drowia służąca ze skrzypieniem zardzewiałych kółek, wtoczyła do jadalni umieszczony na wózku pokaźnych rozmiarów sagan, z którego wnętrza buchały przedziwne opary. Na widok "imbryka" towarzystwo jęknęło, chwytając się za brzuchy.
-No co? - zaperzyła się Kolma, opierając ręce na biodrach. - Rumianek wam nie pasuje?

***

Po trwającej prawie całą noc debacie towarzystwo było tak zmęczone, że Kolma z trudem zdążyła postawić spiskowców na nogi przed popołudniową herbatką. Carys zerkając na zegarek, jęknęła.
-Jeszcze tego brakowało, żebym spóźniła się na własną akcję - mruknęła, z ponurą miną spoglądając na podejrzanie wyglądającą ciecz w filiżance, którą postawiła tuż przed jej nosem Kolma.
-Nie bój żaby - powiedział Requel, gdy w końcu znaleźli się w przepastnych piwnicach dworu. Beld i Xiitane natychmiast zaczęli przeglądać wszystkie skrzynie pod kątem przydatności. - Twierdza w Aldebran nie jest niezniszczalna, a nasza kochana mamusia zachomikowała wiele wybuchowych rzeczy. Więc, jeżeli plan A nie wypali... - dodał blondyn, podważając łomem wieko jednego z zardzewiałych kuferków.
-Zawsze możemy zabrać się za plan B - Carys pokiwała głową i ziewnęła.
-Po pierwsze, potrzebujemy trochę dynamitu - zaczął Aldrian, rozglądając się po skarbach ukrytych w piwnicy. - Efektowny wybuch wzmocni zaskoczenie przeciwnika.
-A granaty mogą być? - zawołała Xiitane z drugiego końca mrocznego pomieszczenia. Podeszła do przyjaciółki z płóciennym workiem i wyciągnęła z niego okrągły przedmiot za zawleczkę.
Siedzący na ramieniu drowki Milo otworzył dziób, by zaprotestować i uciekł z piwnicy, a tuż za nim pobiegł Arew, zjeżywszy futerko z przestrachem. Razem z gromadką myszy, które towarzystwo wypłoszyło z kryjówek.
-Xiiś, odłóż to natychmiast! - wrzasnęła Carys, lecz srebrnowłosa zdążyła właśnie zerwać odbezpieczającą granat zawleczkę.
Stojący przy nich Requel, Aldrian i Beld czym prędzej dali dyla i powskakiwali za ustawione w piramidki beczki, nakrywając rękoma głowy, a zaskoczona nagłym sykiem dobiegającym z granatu Xiitane, rzuciła go w kąt piwnicy, wprost pod schody, na których właśnie stanęła Kolma.
-Co jest? - zapytała służąca, widząc wytrzeszczone na nią oczy towarzystwa, które ostrożnie wychyliło nosy zza skrzyń i beczek.
Chwilę później granat psyknął, prychnął odrobiną dymu i schody pod Kolmą rozpadły się w drzazgi.
-Na szczęście to niewypał - stwierdził Aldrian, gdy niebezpieczny przedmiot nie dał już znaku życia. Zupełnie innego zdania była leżąca na szczątkach schodów drowia służąca, wściekle łypiąc to na Carys, to na jej brata, próbując znaleźć winowajcę.
-Bierzemy - powiedział Beld, przypinając do pasa zestaw granatów.
-Wolę coś mniej... rozrywkowego - stęknęła Xiitane, patrząc na towarzyszkę, która właśnie pomagała Kolmie doprowadzić się do porządku.
-Biorę Lilarcora. Zabawki mamy zawsze były zbyt destruktywne - mruknęła drowka, przypinając do pasa pochwę z mieczem, który wesoło zaczął podśpiewywać.
-Znów wracamy do akcji, złotko! Pokaż mi cel, który oparłby się mojej ostrej powierzchowności! - zadudnił metalicznie magiczny przedmiot.
-Jak się to to ucisza? - Aldrian skrzywił się na widok poszczerbionego ostrza.
-Jeżeli uciszysz to żelastwo, to dostaniesz ode mnie medal - powiedział Requel półgłosem do pana Zawadki i zdjąwszy z pleców pusty worek, zaczął do niego pakować potrzebne narzędzia i sieci.
Gdy wszyscy uzbroili się i zaopatrzyli na akcję, pan Velmondo wyjechał ze stajni powozem, na który powrzucali bagaż i zająwszy miejsca pomiędzy workami a zestawem łopat, ruszyli w drogę.
Starannie wybrali miejsce na zastawienie pułapki i trzech mężczyzn zaczęło kopać dół.
-To ich nieco wykolei - powiedział Aldrian podziwiając dziurę powstałą po czterech machnięciach łopatą własnej roboty.
-Co najwyżej wybiją sobie zęby na tym twoim rowie - prychnął Beld, którego dół miał już półtora metra głębokości.
-Koledzy, mieliśmy tylko przechwycić tę brykę, a nie zastawiać sidła na niedźwiedzia - przerwała im Xiitane, biorąc się pod boki.
Usmarowany błockiem Beld popatrzył na nią z dołu i podrapał się po głowie.
-Kochanie, jak zwykle masz rację - mruknął i zaczął zasypywać dziurę.
Tymczasem Carys zakończyła mocowanie sieci na konarach starych drzew, których gałęzie zwieszały się tuż nad ziemią i zeskoczyła z pnia.
-Wszyscy gotowi? - zapytała, otrzepując dłonie. - No to czekamy na towar.
Milo i Arew siedzący na wozie, zamaskowanym w krzakach odłamanymi gałązkami i pękami traw, do której zaczęły się już dobierać koniki, popatrzyli po sobie i zgodnie westchnęli.
-Myślisz, że to był dobry pomysł? - kraknął kruk, obawiając się najgorszego.
-Moja pani chyba wie, co robi - miauknął kot, chociaż jego pierzasty przyjaciel poznał, że Arew sam zaczyna w to wątpić.

***

Zapadał zmrok, gdy nad traktem, biegnącym polami i niknącym od czasu do czasu w kępach usianych na nich drzew pojawiła się szybko mknąca chmura pyłu zmierzająca w leśną gęstwinę. Poruszający się wyboistą drogą opancerzony wóz i siedzących na koźle dwóch strażników było ledwie widocznych w powstałej kurzawie. Tuż za nimi w pyle zamajaczyły sylwetki jeszcze dwóch uzbrojonych po uszy agentów miejscowego komisariatu, pilnujących tyłu furgonu.
Carys, przyczajona w wysokich trawach na skraju lasu dostrzegła przez lornetkę, że jednym z nich był sierżant Gamonko i uśmiechnęła się do siebie, a jej oczy błysnęły złośliwie.
-Jedzie nasza przesyłka - powiedziała, przemykając do ukrytych przy pobliskim zakręcie spiskowców.
Siedzący natychmiast padli w krzaki przy trakcie, by ukryć swoją obecność. Xiitane mocno przytrzymała Arewa i zatkała mu pyszczek, gdy ten zaczął miaucząco protestować.
-Myślisz, że dostaniemy paczkę bez opłaty przewozowej? - zapytał Requel, leżący tuż obok srebrnowłosej i trzymający w dłoniach granaty.
-Marne szanse, ale zapytać nie zaszkodzi - mruknęła Carys i przykucnęła za krzakami jałowca.
Jadący opancerzonym furgonem z zupełnym zaskoczeniem przyjęli do wiadomości to, że ich pojazd połamał przednią oś na tajemniczych wykopach rozciągających się na całą szerokość leśnej ścieżki. Gdy na głowy strażników spadły sieci, a z zarośli wyskoczyła uzbrojona w granaty i łopaty zamaskowana banda ubrana na czarno, byli już pewni, co się kroi. Woźnica trzasnął batem, popędzając grubawe koniki, które z pewnym trudem ciągnęły wóz na tylnej, jeszcze całej osi, gdyż przednie, połamane koła nie nadawały się już do użytku. Tuż za sobą usłyszał głuchy łomot, gdy na dachu furgonu wylądowały dwa kolejne osobniki i celnymi kopniakami pozbyły się towarzystwa sierżanta Gamonki i jego podwładnego.
Beld z okrzykiem odbezpieczył granat i rzucił go tuż przed pędzące wierzchowce. Spłoszone wybuchem konie stanęły dęba omal nie wywracając powozu, lecz szybko popędziły w poprzek w zarośla, w jedyne wolne do przejazdu miejsce. Wisząca z boku pojazdu Carys zaklęła paskudnie, gdy jej tyłek przejechał po kolczastych krzakach, które wytarły sporą dziurę w tylnej części jej stroju.
-Coś ty najlepszego zrobił?! - wrzasnął Aldrian, i chwycił się za głowę, widząc, jak ich ukryty w zaroślach wóz zostaje roztratowany przez oszalałe zwierzęta. - Uciekną nam!
-Spoko, geniuszu, siostra i Xii mają wszystko pod kontrolą - powiedział Requel, podnosząc się z ziemi i otrzepując z gliny. W ostatniej chwili uskoczył przed kopytami, unikając stratowania przez wierzchowce. - Trzeba panów grzecznie powitać, koledzy - dorzucił, widząc sierżanta Gamonkę, który właśnie sprawdzał, czy wszystkie jego kości są na miejscu. Blondyn, chwyciwszy łopatę, uciszył jęczącego strażnika, zanim ten spostrzegł, na co się zanosi.
Zupełnie innego zdania była drowka i jej przyjaciółka, które kurczowo uczepione boku pojazdu, naprędce układały nowy plan. Stojący tuż nad nimi strażnik ze złośliwym śmiechem, zawzięcie deptał je po palcach, próbując pozbyć się intruzek. Zaaferowany swoim zajęciem nawet nie zauważył zwisającego nad ścieżką konara i chwilę później, po spóźnionym okrzyku woźnicy, został w tyle, uczepiony gałęzi.
Kierujący pojazdem spojrzał przez ramię, oceniając sytuację, i rozpoczął serię ostrych skrętów.
-Ej! Uważajcie z tymi wybojami! - wrzasnęło z wnętrza opancerzonego furgonu. - Mój tyłek nie przywykł do takiej jazdy! Kto wam, do kroćset, dał prawo jazdy?!
Xiitane i Carys mrugnęły do siebie i na umówiony znak podciągnęły się na dach wozu.
-O kurczę, to będzie gorsza robota, niż myślałam! - stęknęła drowka, kurczowo przytrzymując się dachu, by pęd powietrza jej z niego nie zdmuchnął. Przy kolejnych skrętach zaczęła przesuwać się z jednej na drugą stronę, pazurami próbując chwycić za cokolwiek. Woźnica szybko chwycił swoją kuszę i wystrzelił kilka bełtów, które minęły drowkę o włos. Leżąca tuż obok Carys Xiitane szybko wyrecytowała jakieś zaklęcie i kozioł wozu odpadł a zajmujący go strażnik z wściekłym okrzykiem zaliczył glebę.
-No i po krzyku - Xiitane usiadła na wozie po turecku i zdjęła z pleców pomiaukującego z przerażeniem Arewa.
-Ktoś w ogóle kieruje tym bolidem? - zapytała Carys zerkając znad krawędzi, za którą właśnie się zsunęła.
-Chyba unieszkodliwiłam kierowcę - Xiitane uśmiechnęła się niewinnie, lecz nie zdążyła powiedzieć nic więcej, gdyż kolejna, zwisająca nad drogą gałąź uderzyła w nią i srebrnowłosa spadła na trakt, przygniatając po raz wtóry kota.
-Carys, ratuj nasz interes! - krzyknęła tylko, zanim wóz zniknął za kolejnym zakrętem.
-Taa... Ciekawe tylko jak - prychnęła drowka, która po uderzeniu gałęzi w wóz w ostatniej chwili schwyciła za podwozie i teraz smaliła podeszwy o kamienie na drodze. - Czy ja wyglądam na strongmena?
Ostrożnie podciągnęła się pod wóz i zaczepiwszy nogami o tylną oś, a ręką o ułamany kawałek przedniego, drugą próbowała schwycić szorujące tuż obok niej cugle. - Stójcie bydlaki, ale to już! - wrzasnęła na konie, z mizernym jednak efektem.
Nagle wóz wjechał w koleinę i sam się wywrócił. Spłoszone konie ciągnęły go w tej pozycji jeszcze kilkanaście metrów, aż w końcu, kompletnie zajechane, zatrzymały się w płytkim strumieniu.
-To ma być jakiś żart? Nie zamawiałem kąpieli! - krzyknął ze środka przerażony Anaron, tłukąc o ścianę pięściami.
-Spoko, skarbie - mruknęła Carys, wyczołgując się spod roztrzaskanego boku wozu i otwierając drzwiczki uniwersalnym złodziejskim sposobem. - Wszystko pod kontrolą - dodała, na widok mokrego Anarona, któremu na jej widok kopara opadła na buty.

***

Anaron nie wierzył własnym oczom, gdy z tonącego w strumieniu okratowanego pojazdu wyciągnęły go za kubrak dwie obdarte dłonie o połamanych paznokciach. Jeszcze bardziej wytrzeszczył oczy, gdy ustalił, że owe mało delikatne łapska należą do panny Velmondo.
-No, kolego, rusz dupsko, bo nas wieczór zastanie - sarknęła drowka, brnąc przez płyciznę ku brzegowi.
Ciężka zbroja znacznie utrudniała ruchy.
-Ale jak? Dlaczego? - stojący po pas w wodzie pan Duke nadal szczypał się po paluchach, sądząc, że właśnie bierze udział w jakimś dziwnym koszmarze i gorączkowo próbował się z niego obudzić.
-Ty się jeszcze pytasz: dlaczego? Myślałam, że ci zależy... Ale jak nie, to jedź do Aldebran. Mają tam cele pierwsza klasa, w sam raz dla takich mętów społecznych jak ty. Tylko dawaj mapę, którą rzekomo posiadasz - drowka skinęła na Anarona, ponaglając go.
Tętent końskich kopyt na ścieżce zapowiadał przybycie przyjaciół, którzy z braku lepszego pojazdu, obsiedli dostępne wierzchowce.
-Mapę? - Anaron zrobił głupią minę, przyglądając się strużce wody, którą Carys zaczęła wylewać z butów, lecz nagle jakby go olśniło. - Ach, tę mapę! - pacnął się w czoło. Szybko chwycił za połę koszuli i jego entuzjazm szybko się ulotnił, gdy jego dłoń natrafiła na coś, co tylko z grubsza możnaby nazwać mapą. - No i masz po mapie. Nie zamawiałem kąpieli - mruknął, spoglądając na wybrudzoną tuszem rękę.
-Carys, wszystko gra? - zapytała Xiitane zeskakując z konia.
-Niekoniecznie - westchnęła drowka, gdy Anaron wyjął ze "schowka" przemoczoną, bezkształtną papierową masę. - Mapę licho wzięło.
-To co teraz zrobimy? - zapytał Requel.
-Beld, coś ty im naopowiadał o tej mapie? - Anaron krzywo łypnął na brata.
-Całą prawdę, braciszku - ten wyszczerzył zęby.
-A więc coś jednak było na rzeczy. Caryska nigdy się nie myli - drowka wepchnęła się między poszeptujących między sobą złodziejaszków i oparłszy ramiona o ich barki groźnie łypała to na jednego, to na drugiego. - No a teraz grzecznie powiecie cioci Carysi, jak było naprawdę, chyba że chcecie poczuć na swoich tyłkach ostrze mojego Lilarcora. Biedaczek czuje lekki niedosyt po ostatniej akcji - dodała prawie szeptem, lecz braciom na samą myśl o spotkaniu z superostrym orężem drowki włosy stanęły dęba.
-To da się odtworzyć! Mam fotograficzną pamięć! Pamiętam każdy szczegół tej przeklętej mapy - Anaron rozpoczął tyradę, zerkając porozumiewawczo na blondyna.
-Brat miał zawsze dobrą pamięć - przytaknął Beld.
-Dajcie mi kartkę i długopis i w pięć minut wam ją przerysuję!
-Na sto procent przerysuje. Z detalami. Jest dobry w te klocki - Beld potakiwał głową każdemu słowu brata. - Wiecie, że to on przekopiował Monę Wizę i Damę z liskiem?
-Dama z liskiem to twoja robota! Spaprałeś kolory! - Anaron szturchnął brata pod żebro.
-A ta twoja Mona Wiza to niby arcydzieło? - syknęła blondyn krzyżując ręce na piersi. - Postkubista się odezwał!
Carys wywróciła oczyma i jęknęła.
-Cisza! - wrzasnęła ciągnąc za długie uszy braciszków i próbując zakończyć tą bezładną paplaninę oszczerstw, którymi właśnie złodziejaszkowie zaczęli się obrzucać.
-Tylko schowaj ten swój rożen i nas nie bij - jęknął żałośnie Beld, próbując oswobodzić swoje ucho z łap drowki.
-No właśnie, nie bij! Ja ci narysuję, co zechcesz! Ma być Monetki, da Vinkol a może Rubensjo?
-Chcę tylko mapę do skarbu Trentona - Carys z rezygnacją puściła uszy swych niedoszłych ofiar i popatrzyła na Xiitane, która z trudem tłumiła śmiech.
-Nic nie wiem o ich zamiłowaniu do graffiti - powiedziała srebrnowłosa, wzruszając ramionami i głaszcząc przyciśnietego do piersi kota.
Po kilkuminutowych pertraktacjach, które szybko przerwał Requel oznajmiając zbliżanie się straży, towarzystwo obsiadło wierzchowce i zaszyło się w posiadłości Velmondów.
Carys nakazała Kolmie przygotować sporą ilość soku marchwekowego i uzbroiwszy Anarona w plik kartek i kałamarz w zestawie ze złoconym piórem hrabiego, kazała przerysować zapamiętaną mapę. Po kilku minutach nerwowego stukania o blat, złodziej spojrzał na stojącą obok niego w bojowej pozie drowkę, później na siedzącą naprzeciwko eks narzeczoną, i odchrząknął.
-Trochę mnie dekoncentruje wasza obecność, wiecie? - powiedział. - Nie lubię robić niczego pod presją...
-Jeżeli w tej chwili nie zaczniesz rysować, każę ci wypić całą beczkę marchewkowego przecieru - syknęła Carys do ucha Aniego, naciągając je palcami tak, by pan Duke nie uronił ani słowa.
Złodziej nerwowo przełknął ślinę i trzęsącą się ręką zaczął kreślić pijackie linie. Gdy skończył, Carys chwyciła kartkę w dłonie i spojrzała krytycznie na dzieło.
-Bazgrolisz jak kura pazurem - mruknęła, odwracając papier.
-Sorry, ale trzymałem się wiernie oryginału - Anaron krzywo na nią łypnął.
-Ja tu widzę dwie duże plamy z kleksem pośrodku - drowka podała kartkę przyjaciółce. Requel spojrzał przez ramię srebrnowłosej i zmarszczył brwi.
-Co oznaczają te dwie plamy? - zapytał.
-chcieliście mapę, to ją macie. Pytania proszę kierować do autora.
-To Silkana i Holkoda, dwie z wysp Kraju Kwitnącej Gruszki - powiedział Aldrian, studiując uważnie kreski.
-Pogięło cię? - Carys zmarszczyła brwi, widząc jak Anaron ukradkiem chowa złocone pióro pod kubrak. Poinstruowany jej spojrzeniem Milo dziabnął złodzieja w rękę i postukał łapką o blat, nakazując zwrot zakoszonego mienia.
-Sami powiedzieliście, że Trenton tam mieszkał, więc chyba logiczne, że tam też jest jego skarb... No i ten bananowaty kształt po prawej idealnie pasuje do lini brzegowej Silkany - wyjaśnił pan Zawadka.
Towarzystwo w milczeniu zwiesiło nosy nad kartką, w myślach analizując słowa konstruktora-amatora.
-A nie mówiłem, że to geniusz? - powiedział w końcu Requel. - Tylko nad ucieczkologią musi jeszcze trochę popracować.
-Zapamiętam - mruknęła carys, niedbale składając kartkę. - Dam mu fory, jak będę miała zamiar nasłać na niego inspektora.

***

Pomimo "odzyskania" - jeżeli tak można nazwać szkic wykonany przez Anarona - mapy do skarbu lorda Trentona, bohaterowie nadal tkwili w martwym punkcie. Problemem nie do przejścia okazało się zdobycie transportu, którym dostaliby się na którąś z wysp Kraju Kwitnącej Gruszki. Wyglądało na to, że wycieczkę w tamte okolice będą musieli przełożyć na bliżej nieokreślony termin ze względu na pogodę. Na wiosnę na morzach szalały sztormy i niewiele statków wypływało w rejs, a już na pewno wszystkie trzymały się z dala od wysp otoczonych zdradzieckimi rafami, na które łatwo było wpaść i utknąć podczas burzy.
-No i się skończyło, zanim na dobre zaczęliśmy poszukiwania - mruknęła Carys z nosem spuszczonym na kwintę, z rezygnacją siadając na bryczkę, którą powoził brat. Kopniak wymierzony przez nadgorliwego kapitana w tylną część ciała adekwatnie podkreślił odmowę dla wykonania szalonego planu panny Velmondo.
Tuż za Caryską dreptała Xiitane z równie ponurą miną, z kotem chowającym się w obszernej torbie podróżnej przed szalejącą ulewą.
-Nie wypłyną, dopóki nie minie pora sztormów, czyli za jakieś trzy, cztery miesiące - dodała, zajmując swoje miejsce na bryczce.
Carys wytrząsnęła z kaptura przemoczonego Milo, który z chrapliwym kraknięciem spotkał się z podłogą pojazdu.
-Nie zmienili zdania nawet jak im pokazałam łapówę, ale chętnie by mnie obrabowali z nadmiaru gotówki! - prychnęła drowka, upychając do torby grubą, pobrzękującą sakiewkę. - Jeżeli chcemy dotrzeć na Silkanę, musielibyśmy chyba płynąć wpław!
Requel cmoknął na konie i bryczka ruszyła krętymi dróżkami portowego Veinlo.
-Reszta drużyny nie będzie zachwycona, jak się dowie, że niczego nie załatwiliśmy - powiedział blondyn.
-Chyba, że Xiiś wyczaruje nam jakąś łódkę, albo przeteleportuje nas na miejsce... Najlepiej do skarbca Trentona - Carys wyszczerzyła zęby.
-Mowy nie ma. Bez licencji to mogę wam wyczarować figę z makiem - Xiitane krzywo łypnęła na przyjaciółkę.
-Tak tylko sobie głośno myślałam...
Reszta drużyny właśnie siedziała w cichej, zasnutej dymem z paleniska gospodzie o romantycznej nazwie "Pod złamanym żeberkiem", mieszczącej się w dosyć podejrzanej dzielnicy Veinlo i, czekając na przybycie przyjaciół, medytowała nad kuflami krasnoludzkiego piwa. Roznoszące się w powietrzu zapachy pieczystego buntowały żołądki, lecz panowie Duke i Aldrian Zawadka wątpili, by Carys pokryła wydatki związane z nieplanowaną wyżerką.
Siedzący w najciemniejszym kącie Anaron przekomicznie wyglądał w rudawej peruce, której loki, sterczące na wszystkie strony świata, spływały mu do połowy ramion, i z doklejoną, przyciętą na szpic, bródką, musiał jednak zadbać o kamuflaż. Po ucieczce był najbardziej poszukiwaną przez straż osobą w Krainach, a niezbyt mu się spieszyło do komfortowej celi w Aldebran. Podejrzliwe spojrzenia krasnoluda - karczmarza stojącego za kontuarem dodatkowo go stresowały. Zwłaszcza, gdy uświadomił sobie, że we wnętrzu pomieszczenia wprost roi się od plakatów ogłaszających sowitą nagrodę za złapanie zbiega. Krasnolud co i rusz kręcił się koło stolika, pod pretektem donoszenia napitku czy też polerowania sąsiednich siedzisk, i ciekawie nadstawiał uszu.
-Spokojna twoja rozczochrana - Aldrian szturchnął Anarona pod żebro. - Chyba bardziej nie podoba mu się twój brak zainteresowania dla jego specjału.
-To coś - złodziejaszek wskazał na niedomyty kufel z dziwnie wyglądającą w środku cieczą z milimetrową warstwą piany - bardziej przypomina przeterminowany sok jabłkowy roboty Kolmy, niż krasnoludzkie popłuczyny - sarknął, popychając naczynie w kierunku brata.
Beld, którego suszyło już od dobrej minuty, bez słowa opróżnił szklanicę.
-Masz rację, soczek Kolmy - przytaknął z krzywym grymasem.
-Czy komuś coś tu nie pasi? - karczmarz nachylił się nad Anaronem i podejrzliwie łypnął na towarzystwo.
-Ależ skądże. Tylko dyskutowaliśmy o różnicach pomiędzy elfimi i krasnoludzkimi trunkami. Te wasze mają... większą siłę wyrazu - pan Duke wyszczerzył ząbki, dociskając palcem odlejającą się bródkę.
-To dobrze. Nie każdy potrafi docenić nasze produkty - krasnolud poklepał złodziejaszka po ramieniu. - Jeszcze kolejkę?
-Bardzo chętnie, tylko proszę wypisać fakturkę na hrabiego Velmondo - odparł szybko Beld.
-Oczywiście - krasnolud zatarł dłonie i zdębiał, gdy zobaczył, że peruka Aniego przykleiła się do jego łapska.
-To nic takiego - Aldrian zerwał się z miejsca i zaczął odklejać rude loki. - Mój kolega okropnie łysieje po nowym szamponie.
-Tego twojego kolegę to ja dobrze znam - warknął krasnolud i wypadł na zewnątrz, wywrzaskując na pomoc najbliższy oddział straży.
-O mamusiu, trzeba było nie oszczędzać kleju - Anaron skulił się.
-Albo obciąć się na łyso i wytatuować na glacy "jestem zbiegiem z Aldebran, złapcie mnie" - mruknął Aldrian, rozglądając się za najbliższą drogą ucieczki, lecz zanim towarzystwo zdążyło ją rozpocząć, do karczmy wpadł zbrojny oddział i okrążył stolik zajmowany przez Duke'ów i Zawadkę.
Bryczka, którą powoził Requel przybyła pod karczmę "Pod złamanym żeberkiem" akurat w momencie, gdy złodziejaszków i Aldriana wyprowadzano z zadymionego i na pół rozwalonego pomieszczenia, bowiem osaczeni nie mieli zamiaru tak łatwo dać się złapać. Carys, przypominają sobie, w czyich rękach została drogocenna mapa, niewiele myśląc, dobyła Lilarcora i odbiła więźniów.
-Dzięki, skarbie. Zawsze jesteś pod ręką, gdy trzeba ratować naszą skórę - powiedział nieco poturbowany Anaron wciskując się do przepełnionej bryczki. Requel strzelił biczem i powóz ruszył na najwyższym biegu o mało nie wywracając się na najbliższym zakręcie.
Przyciśnięta do ściany Carys tylko mruknęła coś pod nosem.
-Powinniśmy chyba zniknąć na jakiś czas, bo po dzisiejszym lista poszukiwanych znacznie się wydłuży - odparła Xiitane. - Wyprawa statkiem niestety odpada, więc jeżeli ktoś ma transport na już to meldować głośno i wyraźnie!
-Chyba mam coś odpowiedniego - zaczął Aldrian - pod warunkiem, że przy ostatniej dewastacji nie rozwaliliście mojej szopy na narzędzia.
-Ostatnio, z tego co pamiętam, była w całkiem dobrym stanie - wykrztusiła drowka, odsuwając od swego nosa kościste ramię Belda. - Oczywiście pomijając dziury w dachu. Auu! - zawyła, gdy złodziej, niechcący podbił jej oko.
-Chętnie zaprezentuję państwu mój Magiczny Worek Gazu, dzięki któremu szybko znikną wszystkie wasze problemy - powiedział uroczyście konstruktor.
-Ty w tej szopie masz dżinna? - Xiitane wytrzeszczyła oczy.
Coś rozpaczliwie miauknęło pod stopami Zawadki. Spod plątaniny nóg resztką sił wydostał się Arew i jak niepyszny wdrapał na dach bryczki, dołączając do kruka, który już moknął na posterunku.
-Nie - Aldrian zrobił zdziwioną minę. - Tylko sterowiec.
Bryczka Velmondów w pełnym pędzie wyjechała z Veinlo i pomknęła traktem ku Is. Po szaleńczej podróży najprzedziwniejszymi skrótami, które znał Requel, i omijając zbrojne patrole, które po całej okolicy poszukiwały zbiegów, pojazd zatrzymał się przez domem Zawadków. Bohaterowie omal nie roznieśli delikatnej konstrukcji, próbując wydostać się z ciasnego środka transportu. Aldrian wyskoczył przez dziurę w dachu i pobiegł do szopy z narzędziami, a w jego ślad ruszyła reszta.
Konstruktor szybko przestawił kilka dźwigni. Dach szopy odpadł i przestrzeń po nim zajął napełniający się gazem worek, który po chwili wyrwał resztę budynku z fundamentami.
Aldrian zasiadł w fotelu za konsoletą i pchnął przepustnice a później przyciągnął do siebie drążek, by zwiększyć kąt wznoszenia.
Nanette wybiegła z domu i chwyciła się za głowę, gdy sterowiec zawadził gondolą o dach, strącając dachówki.
-Aldrian, braciszku, to ma być jakiś żart? - krzyknęła za powoli unoszącym się w powietrze, połatanym sterowcem.
-Nanet, nas tu nigdy nie było, oki? - krzyknął Aldrian, wychylając się przez okienko. - Nigdy nas nie widziałaś na oczy!
Dziewczyna tępo popatrzyła na znikającą konstrukcję, zastanawiając się, co brat miał na myśli, gdy na polanę wtoczyły się powozy straży i okrążyły opuszczoną bryczkę.

***

Lot sterowcem był bardziej komfortowy niż podróż rozkołysanym statkiem, mimo wszystko Carys nie uchroniło to od ataku choroby lokomocyjnej. Co i rusz wystawiała głowę przez okno, by zwrócić śniadanie, aż w końcu jej żołądek nie miał już czym się buntować.
-Ald... ten twój magiczny worek jest aby na pewno bezpieczny? - zapytała w końcu, dosyć zielona na twarzy, uważnie lustrując znajdujące się nad głowami podróżujących poszycie latającej machiny.
-Wprawdzie nie zdobyłem jeszcze żadnych certyfikatów - odezwał się konstruktor - ale mogę cię zapewnić, że jest superwytrzymały... Pod warunkiem, że żaden ptak nie zechce na nim usiąść.
Carys kurczowo trzymająca się podłogi i zwinięta w kłębek, poszukała wzrokiem swojego kruka, który, jak by na to nie patrzeć, też był ptakiem. Szybko capnęła kraczącego pierzaka za skrzydło i wcisnęła do podróżnej torby, gdzie mógł narzekać do woli, bez ryzyka, że przypadkiem uszkodzi sterowiec.
-A dlaczego pytasz? - pan Zawadka, siedzący w fotelu pilota, odwrócił głowę w jej kierunku.
-S-strasznie daleko do ziemi - wyjąkała drowka.
-O, czyżby Postrach Północy miał chroniczny lęk wysokości? - zachichotał siedzący tuż obok Anaron, bawiący się nożem. Tępe ostrze ledwie wbijało się w drewnianą ściankę gondoli tuż obok spiczastego ucha Xiitane, co i rusz uderzając o podłogę. Srebrnowłosa w końcu nie wytrzymała i gdy blondyn schylił się po nóż, po prostu przydepnęła mu rękę.
-T-to nie j-jest śmieszne! - Carys próbowała wrócić do pionu, lecz wystarczyło kolejne zerknięcie za okno gondoli, by znów padła plackiem na podłogę, mocno zaciskając oczy.
Arew, siedzący w nosidełku przy nogach Xiitane miauknął na kruka, szamoczącego się w torbie, by ten schował pazurki i nie wykonywał zbyt gwałtownych ruchów.
-I tak lecimy bardzo nisko - mruknął Aldrian, obracając sterem i korygując kierunek lotu. - Za duże obciążenie.
Requel, siedzący w drugim fotelu obok pilota, smętnie popatrzył przez szybkę.
-Jak byśmy byli wyżej, to dopiero byłby widok.
-Wątpię, czy przez te chmury coś byś zobaczył - odparł Aldrian.
-No tak... chmury. Aldi - Requel nagle szarpnął pilota za ramię, co poskutkowało niekontrolowanym skrętem w prawo. - Nie wydają ci się trochę... groźne? Chyba zanosi się na burzę.
Mina Zawadki zrzedła, gdy przekręciwszy wolant i pozbywszy się kilku galonów wody obciążających sterowiec, powietrzny statek niewiele się wzniósł i leciał wprost na czoło granatowo-siwej burzowej formacji.
-A niech to szlag! Ktoś miał chyba zostać w domu - syknął konstruktor.
-A tym kimś pewnie miałbym być ja, co?! - warknął Anaron, ostrożnie rozprostowując palce zdeptanej ręki. - Mowy nie ma! Beld na pewno nie upilnowałby interesu, a nie pozwolę, żeby ktoś żerował na moim łupie!
-Tylko mi nie mów, że spadniemy - pisnęła Carys, mocno trzymając się nogi Xiitane, która dzielnie znosiła dotychczasową maltretację.
-Nie powinniśmy, ale porządnie nami wytrzęsie.
Carys jęknęła.
Burzowe chmury szybko pokryły cały horyzont. W sterowiec uderzył silny podmuch wiatru, który zakołysał gondolą. Drewniana konstrukcja zatrzeszczała ostrzegawczo. Chwilę później rozpoczęło się prawdziwe piekło.
Powietrzny statek uniesiony mocnym wiatrem poszybował nieco wyżej, lecz za chwilę, w locie nurkowym, niemal otarł się o spiętrzone fale. Pasażerami w środku rzucało na boki i szybko przestali liczyć kolejne siniaki. Aldrian włączył wycieraczki zamontowane na przedniej szybie i wcisnął drążek do oporu, by przyspieszyć lot. Zaklął, gdy silniki, wbudowane w boki gondoli, jeden po drugim padły.
-To się nazywa przecena! Made in Chineska! - rąbnął pięścią w pulpit sterowniczy.
Spośród krzyków podróżującego towarzystwa przebił się mrożący krew w żyłach dźwięk. Jedna z lin, którymi była obwiązana komora z gazem, łącząca ją z gondolą, pękła i uderzywszy w cienką powłokę, rozdarła ją.
-O nie, nie! NIE! - Aldrian mocno ścisnął ster, wyrzucając z ust potok niecenzuralnych zwrotów. - Szlak trafił mój magiczny worek gazu! Przygotujcie się do wodowania!
-Powiedz, że żartujesz.
-Jestem poważny, jak goryl obierający banana. Na szczęście gondola jest mniej zatapialna i przez jakiś czas będzie unosić się na wodzie.
-Przez jakiś czas? - Carys chwyciła konstruktora za ramię. - To znaczy przez ile? - w jej oczach błysnęła panika.
-Nie mam pojęcia - Aldrian wyszczerzył zęby z rozbrajającą szczerością. - Ale chyba umiecie pływać, co? Bo nie mam kamizelek...
Arew wskoczył na głowę swej pani i miauknął przeraźliwie, gdy spód gondoli uderzył w fale i zaczął się kołysać.
-Z deszczu pod rynnę - mruknęła Carys, patrząc jak na podłodze zaczyna zbierać się deszczówka.
-Powiedziałeś, że nie zatoniemy, a ja brodzę po kostki w wodzie - sarknęła Xiitane, uspokajając kota i ze zgrozą patrząc na nowe buciki, które po kąpieli w słonej wodzie, zupełnie straciły fason.
-Ale będziemy przeciekać. Nie uszczelniłem gondoli, żeby przyciąć koszty. W końcu to miało latać, a nie pływać.
Anaron rzucił się do swojego plecaka w poszukiwaniu jakiegoś naczynia, którym mógłby wylewać zbierającą się w gondoli wodę. Reszta ruszyła w jego ślady. Kolejna fala, która zalała kabinę, prawie odebrała im nadzieję. Jednak tuż za nią wyłoniło się cielsko potężnego statku handlowego pod banderą Kraju Kwitnącej Wiśni, jak udało się ustalić Requelowi.
-Jesteśmy uratowani! - krzyknęła Carys i jak oszalała zaczęła machać swoją miską do zmierzającej w ich kierunku pływającej jednostki.
Zanim załoga statku zauważyła rozbitków, gondola sterowca została staranowana przez jego potężny dziób.
-Ald, nad czym tak rozpaczasz? - zapytała Xiitane, podpływając do burty, przez którą przerzucono sznurową drabinkę.
-Nie ubezpieczyłem pojazdu. Wszystkie prace licho wzięło, a oni na pewno nie zabawią się w charytatywkę - mruknął konstruktor.
-Uratowani! - Carys ucałowała deski pokładu.
-Nie sądziłem, że kiedykolwiek tak cię ucieszy widok statku - kwaśno skwitował jej brat, pomagając wejść Xiitane.
Radość jednak szybko zniknęła z twarzy rozbitków, gdy, znalazłszy się na pokładzie, zobaczyli wycelowane w siebie kusze i sejmitary.
-A niech to licho. Piraci! - syknął Requel, który dopiero teraz uważniej przyjrzał się banderze. Na jej odwrocie na czarnym tle widniała biała trupia czacha ze skrzyżowanymi piszczelami. - Oni też cięli koszty!

***

-Szto wy tu robitu? - zaskrzeczał niski mężczyzna z jednym okiem przesłoniętym opaską. Cienkie czarne wąsy nastroszyły się ostrzegawczo a jedno oko zmrużyło złowieszczo, spoglądając na gromadkę wyłowioną z wody. Sądząc po posturze i posłuchu wśród reszty, muskularny mężczyzna w wytartym kaftanie był kapitanem tej jednostki, i nie spodobali mu się nadprogramowi rozbitkowie.
Przybysze, którym ręce już cierpły od trzymania ich nad głowami, popatrzyli po sobie tępo.
-Po jakiemu on bredzi? - psyknęła Carys, znacząco spoglądając na kapitana.
-Ani, Beld, to wasi kumple po fachu, więc może się dowiecie, czego chcą i wyjaśnicie, że trafili na wyjątkowo niezamożnych rozbitków - Xiitane, trzymająca w ramionach Arewa, kopnęła w kostkę najbliżej stojącego pana Duke. Przemoczony do suchej nitki kot trząsł się niemiłosiernie od zgromadzonej w futerku wody. Od mrożących krew w żyłach spojrzeń marynarskiej kliki również cierpła mu skóra i stroszyły się wąsy.
-A czy ja mam translatora w uszach? - obruszył się kopnięty w kostkę Anaron.
-Chyba przerwaliśmy im jakąś imprezę - zauważył Requel, rozglądając się po pokładzie.
Reszta towarzystwa dopiero teraz zauważyła, że część piratów leży nieruchomo na pokładzie z ostrymi narzędziami w dłoniach. Podziurawiony pokład i cienkie ścianki prezentowały się niczym durszlak. Wszędzie walały się roztrzaskane, drewniane resztki barierek, beczek i części zdobień. Statek był też uboższy o kawałek jednego z masztów, który z niewiadomych powodów leżał na pokładzie. Aż dziw, że jednostka w takim stanie jeszcze unosiła się na wodzie.
-Nie tyle impreza, co totalna demolka - mruknęła Carys i skuliła się, gdy kapitan łajby zaskrzeczał tuż nad jej uchem kolejne dziwnie brzmiące pytanie. Stojący obok niego przygrubawy bosman zdołał sklecić z niego zrozumiałe dla reszty stwierdzenie:
-Kim wy być?
Aldrian wzruszył ramionami i wetknął ręce w kieszenie, co piraci powitali piskliwymi wrzaskami. Konstruktor szybko uniósł dłonie do góry, unikając podziurawienia bełtami. Kapitan, rozeźlony na dobre barierą językową, schwycił za włosy Xiitane i warknął coś, przystawiając elfce ostrze poszczerbionego sztyletu do gardła.
Anaron szybko wyjął z rękawa mapę i rzucił ją pod nogi pirata.
-Bierz, co chcesz, tylko zostaw moją dziewczynę w spokoju! Przeklęty skarb Trentona!
Kapitan najwyraźniej zrozumiał z wypowiedzi co nieco, gdyż puścił włosy Xiitane i nadziawszy papier na ostrze, podniósł je z pokładu. Ostrożnie rozwinął mapę, a raczej to co z niej zostało po niedawnej kąpieli, i skrzywił nos.
-Skarb? To być skarb? Robić ze mnie głupiec, wy szczury lądowe?! - wrzasnął, a jego wąsy nastroszyły się jeszcze bardziej. Jego podwładni ryknęli zgodnym śmiechem, trzymając się za brzuchy.
-A może wy być agent Kwitnącej Gruszki, he? - podetknął ostrze tuż pod szyję Aldriana i zmierzył go groźnym spojrzeniem od stóp do głowy. - Prędzej ja wierzyć, że wy być tu na ryby, niż po skarb!
Aldrian westchnął, drapiąc się po głowie.
-A ile chcecie za odstawienie nas na ląd? Tak po starej znajomości? - zapytał Beld, puszczając oko do kapitana.
-Z bonsai się urwałeś, synku? - pirat popukał się po czole. - My wysłać was do rybek i mieć z tego zabawę!
-Szefie, mam lepszy pomysł - wtrącił się podwładny, który służył za tłumacza przy co dłuższych kwestiach. - Niedaleko jest taka mała wysepka... Jeżeli tak bardzo chcą ziemi...
-Dobrze gada - zawołali ochoczo marynarze, dobywając broni i stukając nią o pokład.
Ogólną wesołość ostudziła pływająca jednostka, która właśnie pokazała się na horyzoncie i powitała piracki statek salwą z armat. W pokład uderzyły pociski, wybijając w nim nowe dziury i rozpryskując na boki drewniane odłamki.
-No to wdepnęliśmy - westchnął Anaron, kuląc się razem z miauczącym kotem za beczkami.
Piraci jakby zapomnieli o istnieniu rozbitków i dopadli swoich armat. Chwilę później powietrze przeszył huk wystrzału. Ogłuszona Xiitane chwyciła się za głowę i jęknęła.
-Nienawidzę naginaczy prawa, ale pierwszy raz mam nadzieję, że to oni wygrają tą potyczkę - stęknęła Carys, kurczowo trzymając się resztek pokładu, w który chwilę wcześniej uderzyła armatnia kula. - Ja nie chcę do rybek!
Bitwa nie trwała długo i ograniczyła się głównie do wymiany salw, po której druga jednostka podjęła ucieczkę. Przechylony na bok piracki statek z jednym ocalałym masztem z trudem unosił się na powierzchni.
-Chyba najwyższy czas ewakuować się z tej barki, zanim całkiem pójdzie na dno - powiedział Requel. - Jeżeli uda nam się dopłynąć do tamtej wysepki...
Jego zamiary uprzedził kapitan piratów, groźnie nachylający się nad rozpłaszczonym na pokładzie blondynem.
-Zachciało się dać nogę? Ty nędzny szpiegu! - warknął, wyciągając maczetę.
-Szefie, mieliśmy ich wysadzić na tej wysepce. Ostatnio dosyć nakarmiliśmy rekiny - przypomniał nieśmiało bosman.
Wąsy kapitana nieco oklapły. Pirat pokiwał głową i kazał przygotować trap.
Nasi podróżni zostali wysadzeni na skalistej wysepce z marnymi widokami na dostanie się w bardziej zaludnione okolice.
-No i masz ten swój Kraj Kwitnącej Gruszki - prychnęła Xiitane, idąc za Caryską wąską kamienistą plażą. - Nawet nie ma co liczyć na żarcie!
-Czemu? Małże są całkiem smaczne - mlasnął Aldrian, podnosząc wyrzuconego na brzeg skorupiaka. Ostrożnie podważył palcami skorupkę i przełknął ślinę na widok zawartości. - No... Podobno są smaczne - skrzywił się i ruszył pędem za złorzeczącymi elfkami.

***

Xiitane i Carys siedziały na plaży na jedynym ostałym na skalistej wysepce uschniętym konarze i smętnie spoglądały w szarzejący horyzont. Morskie fale leniwie omywały bose stopy elfek, chlupocząc między palcami. Po kilku godzinach marszu w niewygodnych butach przyjaciółki w końcu zrezygnowały z tej części garderoby, która teraz suszyła się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Tuż obok nich, z głośnym stęknięciem usiedli panowie Duke, których stopy równie mocno domagały się przerwania bezcelowego marszu. Anaron z westchnięciem ulgi rozwiązał sznurówki i wylał wodę z butów. Brat popatrzył na niego ze zgrozą a po chwili odsunął się o dobre kilka metrów, z niezbyt wyraźną miną zatykając nos.
Nikt z rozbitków nie miał pojęcia, gdzie dokładnie się znajdują i czy wysepka, na którą ich wysadzono, figuruje na jakiejkolwiek mapie.
-Ktoś chyba w końcu nas stąd zabierze - mruknął Anaron z nadzieją w głosie.
-Kiedyś na pewno, ale za bardzo bym nie liczyła na to, że będziemy jeszcze wtedy tacy ruchliwi jak teraz - sarknęła Carys spoglądając na kruka, który na spółkę z kotem gonił za uciekającymi falami.
Morze wyrzuciło na brzeg rozgwiazdę i zwierzęta zajadle zaatakowały nieznane, pięcioramienne znalezisko.
-No to klapa. Teraz to nawet skarb nas nie uratuje, a chętnie bym go oddał, byleby tylko znaleźć się w moim kochanym Is i móc pić piwko w zawszonej knajpce tego oszusta Barneta - powiedział Beld i wrzasnął z bólu. Przez nieuwagę usiadł na wyrzuconego na skały jeżowca, a kolczaste morskie stworzonko ani myślało zostać zgniecione, ochoczo nastawiając kolce do kolejnego ataku.
Gehenna oczekiwania na cokolwiek trwała już siódmą godzinę i rozbitkowie powoli zaczynali snuć plany wydostania się ze skalnej wysepki na własną rękę. Buntujące się żołądki nie pomagały w myśleniu, więc Requel i Aldrian szybko zaczęli rozglądać się za czymś możliwym do zjedzenia. Na odsłoniętych podczas przypływu skałach znajdowało się mnóstwo małży i teraz obydwaj panowie wracali z koszulami pełnymi skorupiaków przerzuconymi przez ramiona. Wyraz zadowolenia, jaki malował się na ich twarzach, mógłby równie dobrze świadczyć o tym, że właśnie udało im się upolować brunatnego niedźwiedzia.
-Na surowo? Ochyda! - Xiitane skrzywiła się niemiłosiernie, gdy Aldrian wysypał tuż u jej stóp swoją zdobycz i otworzył pierwszego lepszego małża. Zawartość skorupki przyprawiła srebrnowłosą o bunt żołądka.
-Przykro mi, ale ktoś tam na górze nie przewidział, że tutaj wylądujemy i będziemy potrzebowali nieco opału - odparł Beld, spoglądając na swojego małża.
Carys popatrzyła na suchy konar, na którym siedziała razem z towarzyszką i odchrząknęła.
-Jeżeli przypiekane małże będą smaczniejsze, to jestem gotowa podzielić się tym badylem - powiedziała.
W oczach reszty zabłysła nadzieja a przez myśli przebiegły plany na wykorzystanie drewnianego kawałka, lecz szybko zniknęły, gdy Aldrian uświadomił towarzystwo o braku zapałek.
-Ty to zawsze potrafisz popsuć humor - mruknęła Xiitane.
Arew pacnął pustą skorupkę, która z grzechotem potoczyła się po kamieniach i została porwana przez falę.
-Mam zwidy, czy rzeczywiście ktoś po nas płynie? - zawołał nagle Anaron, przysłaniając oczy dłonią.
Reszta towarzystwa zerwała się na równe nogi, przeczesując wzrokiem horyzont. Niewielki, białawy punkt, który się na nim pojawił, wyraźnie odcinał się od burzowych chmur i rósł z każdą minutą. Aldrian i Beld pierwsi pobiegli na skraj plaży i wymachując zdjętymi koszulami, zaczęli wesoło nawoływać, pomimo, że z takiej odległości pasażerowie zbliżającej się jednostki z całą pewnością nie mogli ich dojrzeć.
Do wysepki zbliżała się mała, jednomasztowa dżonka. Szerokim łukiem opłynęła wysepkę i przybiła do niewielkiej zatoczki na jej przeciwległym krańcu.
Rozbitkowie po wielu minutach bezskutecznego machania koszulami i nawoływania, popędzili do zatoki, w której dżonka zarzuciła cumę. Xiitane w połowie drogi zatrzymała podekscytowane towarzystwo.
-Hola, pamiętacie, jak było z piratami? Wolałabym wiedzieć, komu pcham się na pokład - powiedziała, zwalniając kroku.
Towarzystwo popatrzyło po sobie i musiało przyznać jej rację. Resztę drogi kluczyli wśród skał, próbując jak najmniej rzucać się w oczy. Carys i Requel skulili się za wielkim głazem i wystawiwszy nosy z kryjówki, przyjrzeli się dżonce kołyszącej się na spokojnych wodach zatoczki. Ze statku spuszczono łódź, która po kilku minutach przybiła do brzegu. Wysiadł z niej ubrany na czarno mężczyzna i przerzuciwszy przez ramię długi, pusty worek, ruszył między pobliskie skały. Przy łodzi wyciągniętej na plażę pozostało dwóch innych, którzy dla zabicia czasu zaczęli palić fajki.
-Wywiad Kwitnącej Gruszki musi nieźle działać, skoro przysłali posiłki - mruknął Anaron, spoglądając w ślad za samotnym przybyszem, który zniknął między skałami.
-Posiłki? Jak dla kogo. Nas interesuje tylko i wyłącznie łódź - syknęła Carys, wskazując dżonkę. - Jak dla mnie to może ona należeć i do wicekróla Zamorza, ale i tak ją sobie wezmę.
-Bez przewodnika nie da rady. Nawet nie wiesz, dokąd płynąć - zauważył Requel.
-No dobrze - drowka wzruszyła ramionami. - Weźmiemy zakładnika - postanowiła i dodała ochoczo: - Req, biorę tego po lewej, Xii, załatw czymś tego drugiego i zmywamy się z tego piekiełka, zanim małże w moim żołądku obmyślą jakiś błyskotliwy plan ucieczki.
-A co z tamtym gościem?
-Szczegóły dopracujemy później - Carys wyszczerzyła zęby i z głośnym okrzykiem wyskoczyła zza skał, zanim reszta zdążyła ją powstrzymać.

***

Pojawienie się Carys na plaży było tak niespodziewane, że dwóch marynarzy, którzy pilnowali wyciągniętą na brzeg łódź, ledwie zdążyło wyjąć z ust fajki. Chwilę później leżeli znokautowani na piasku a panna Velmondo wesoło zacierała dłonie, spoglądając na dżonkę.
-Gdzie poszedł wasz kumpel? - zapytała, złowrogo łypiąc na zdezorientowanych marynarzy.
Reszta jej przyjaciół właśnie rekwirowała łódź, uzgadniając hałaśliwie między sobą, kto będzie wiosłował.
Marynarze wzruszyli ramionami.
-Taki z niego kumpel, jak tamta banda - powiedział brodaty, wskazując na kłócącego się Belda i Aniego. - Delegat Kwitnącej Gruszki, licho go wie, po co kazał nam tu przypłynąć i gdzie przepadł. Jedno jest pewne - za godzinę wróci tu z pękatym workiem...
-Cicho - syknął jego towarzysz, szturchając go łokciem.
-Z workiem czego? - zainteresował się Aldrian, który właśnie podszedł do Carys. Piękna śliwa pod okiem dobitnie świadczyła, że właśnie przegrał walkę o wiosła.
-Nie mam pojęcia. To sprawy państwowe - marynarz wyszczerzył zęby. - Mnie tylko płacą za przewożenie tyłka delegata. Na pytania nie mam autoryzacji.
-Interesujące - Carys potarła brodę i skinęła na przyjaciółkę, która właśnie rozczulała się nad poturbowanym i przemokniętym kotem. - Xiiś, chyba zrobimy sobie mały spacerek, zanim opuścimy tę wyspę.
Srebrnowłosa spojrzała na swoje bose, obolałe stopy i syknęła.
-Zachciało ci się - powiedziała, tuląc w ramionach Arewa, któremu w tej chwili bardzo to odpowiadało.
-Jak ci się nie chce, to popilnujesz panów przewoźników, żeby przypadkiem się stąd nie wyteleportowali, a ja sprawdzę, jaką tajemnicę kryje worek Delegata Kwitnącej Gruszki - rzekła Carys. - Coś mi mówi, że to jakaś grubsza afera.
Xiitane popatrzyła na marynarzy, potem na Aldriana, który zgłaszał wielką chęć pójścia za Carys i w końcu przytaknęła.
-Twój braciszek popilnuje tych fajkarzy - dodała szybko, widząc minę Aldriana. - Mały spacerek już mi nie zaszkodzi. Kuracja w Spa na moje biedne nogi byłaby jak najbardziej na miejscu.
Po ostatnich uzgodnieniach czwórka przyjaciół ruszyła tropem tajemniczego delegata. Ostatecznie na plaży pozostali Beld i Aldrian.
Między skałami wiła się wąska ścieżynka, która po kilkunastu krokach zaczęła opadać, tworząc niewielki rów, w niektórych miejscach tak wąski, że nasi znajomi z trudem mogli się nim poruszać. Droga zakończyła się wejściem do groty.
-A niech mnie, ta wyspa ma prywatną jaskinię - Carys szeroko otworzyła oczy.
-Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że jest w niej jakiś piracki skarb, z którego ten delegat to i owo sobie pożycza - dodał Requel, wchodząc do jaskini.
Reszta z pewnymi obawami podążyła w ślad za nim. Po kilku chwilach Anaron natknął się na porzuconą pochodnię.
-Szlak by trafił zapałki - syknął, nabijając sobie przy okazji guza. - Skarbie, daj ognia, bo potracimy zęby w tym labiryncie!
-Jak sobie życzysz, skarbie - Xiitane wyrecytowała krótkie zaklęcie i uniosła w górę wskazujący palec prawej ręki. Po chwili zaczęły pełgać po nim malutkie języki ognia rzucające żółtawe światło dookoła.
-Wow - wyrwało się Requelowi, który właśnie w tej chwili zobaczył, że tuż przed jego nosem znajdują się potężne, drewniane wrota.
-No tak, musieli pomyśleć o zabezpieczeniach - jęknął Anaron, spoglądając na masywne zamki.
-A może po prostu wystarczy powiedzieć "sezamie otwórz się"? - zauważyła Carys.
Drzwi rzeczywiście zaczęły otwierać się, jak na komendę, po słowach drowki, lecz bynajmniej nie one były wymaganym hasłem. W wejściu ukazała się ubrana na czarno postać delegata, który osłupiał na widok nieznajomych. Tuż za nim w słabym świetle znajdowały się poustawiane jedna na drugiej, drewniane skrzynie i sakwy. Z mroku wychynęła wielka, smocza czaszka i kawałek pazurzastej szkieletowatej łapy zaciskającej się na jednym z worków.
-Długo mam jeszcze parzyć sobie palce? - sarknęła Xiitane, machając dłonią, która teraz wyglądała jak rozpalona pochodnia. - Podobno palenie szkodzi zdrowiu!
Stojący w wejściu mężczyzna odzyskał rezon i skłonił się.
-Witam ponownie, panie Drake - powiedział z uśmiechem do Anarona, któremu na widok groźnych oczodołów smoczej czaszki włosy stanęły dęba. Mężczyzna zrzucił z pleców worek i postawił go na ziemi.
-M-miło mi - wyjąkał złodziejaszek. - N-nie sądziłem, że p-pana tutaj spotkam. Dziewczyny - zwrócił się do Xiitane i Carys - poznajcie frajera, któremu zwędziliśmy mapę.
-Ani, to ma być żart? - drowka wytrzeszczyła oczy.
-Może zwędzić, to nieodpowiednie słowo. Panowie po prostu ją pożyczyli, pod zastaw pewnego serwisu... Ale nie sądziłem, że mając fałszywą mapę traficie do prawdziwej kryjówki Trezenfonusa.
-A kim pan właściwie jest? - zapytał Requel.
-Ssasskin Trezenfonus... Albo, jak wolicie, Sam Trenton, syn lorda Abdera Trentona.
-Ten na workach to pewnie sam lord Trenton, prawda? - zapytała Xiitane, gdy jej towarzysze rozdziawili buzie po prezentacji Delegata Kwitnącej Gruszki.
Ssasskin przytaknął.
-Tata miał zawsze słabość do egzotycznych przypraw.
-Biedaczysko - elfka pokręciła głową. - Pewnie za dużo się nawąchał i padł z nadmiaru wrażeń.
-Ja zaraz też padnę z nadmiaru aromatów, jeżeli szybko nie opuścimy tej lokacji - odezwał się Requel i kichnął. - Co jest w tych workach? Pieprz?!
-Cynamon, wanilia... i wiele innych przypraw - Ssasskin uśmiechnął się, szczerząc zęby w iście smoczym grymasie.
Carys chwyciła się za głowę.
-A więc to jest ten słynny skarb Trentona? Przyprawy?! - prawie jęknęła.
-Owszem - przytaknął smoczy potomek. - Mój ojciec może na takiego nie wyglądał, ale był chyba jedynym smokiem w Krainach, który nad błyskotki przedkładał kulinaria.
-Jak mieć pecha, to na całego - westchnęła Carys. - Smok który kolekcjonował cynamon i goździki.
-Spoko, czarnuszka. Jeszcze zarobisz na remont swojej willi - Anaron poklepał ją po ramieniu.
-Pod warunkiem, że następny zleceniodawca będzie miał bardziej poukładane w głowie! - warknęła drowka, marszcząc brwi i krzyżując ręce na piersiach. - A za fatygę chyba coś się nam należy, prawda, panie Ssasskin? W końcu znaleźliśmy ten... skarb.
-Ależ oczywiście - smok uśmiechnął się i wręczył drowce pękaty worek, który chwilę wcześniej sam dźwigał na plecach. - Tych przypraw wystarczy na następne półwiecze, więc mogę wam trochę odstąpić.


:)

Data:

 listopad 2006 - luty 2007

Podpis:

 C.V.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=71041

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl