DRUKUJ

 

Fragment Starożytnych

Publikacja:

 04-06-10

Autor:

 Lord Raziel
Obcy, najazd, walka I - W galaktyce istnieje wiele światów. Niektóre z nich były kiedyś zamieszkane, na niektórych dopiero rodzi się życie, są nawet takie gdzie życie dopiero się pojawi. Jest taki świat, na którym życie istniało już od bardzo dawna. Starożytna, tajemnicza rasa władała tą planetą, którą obecni zwą Ragsh. Dziś jednak starożytni zniknęli, a teraz młody gatunek rządzi się na niej swoimi własnymi prawami.
Gdzieś na tym świecie stoi samotna wieże, monumentalny ślad dawnych czasów, niemy świadek potęgi i upadku wielkiej cywilizacji, której współcześni nadali nazwę Mudan. Wieża ta została w niezwykły sposób uczyniona twierdzą kluczy i drzwi. Wewnątrz niej znajdują się portale do innych światów, często odwiedzanych przez Mudan. Od czasu, gdy starożytni zniknęli, zabierając ze sobą tajemnice, większość portali stała się jednostronna, tj. Ragshanie mogą przechodzić przez te bramy w obie strony, ale nikt z zewnątrz nie może dostać się na Ragsh. Zdarza się jednak, że w świecie, do którego dany portal prowadzi pojawi się istota, która ma w sobie moc starożytnych, jest podłączona w jakiś sposób do serca planety. Wtedy portal taki otwiera się w obie strony i z tego świata mogą przybywać nie-Ragshanie o ile oczywiście znają położenie portalu.
Od wielu lat Ragshanie przechodzą przez aktywowane portale i uśmiercają istoty obdarzone niezwykłymi mocami starożytnych, pilnując, aby wszystkie portale były zamknięte. Badacze, którzy są na tyle odważni bądź głupi by szukać powodów takiego działania, natrafiają albo na śmierć ze strony agentów Rady, albo docierają do strzępów historii, którą skrywa w sobie tajemnicza wieża.
Jak głosi legenda rasa Mudan zniknęła gdy wszystkie wrota były otwarte w tym samym momencie. Niektórzy naukowcy łączą te wydarzenia z niemal całkowitym zniknięciem życia na Ragsh. W pewnym momencie historii większość zwierząt i roślin po prostu wyparowała nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. Bardzo rzadko można spotkać tzw. białe cienie, wypalone w zakamarkach opuszczonych jaskiń lub głęboko w lodowcach.
Obecnie funkcję najwyższego opiekuna wieży pełni Dorn Sen, Siódmy z Czternastu. Ragshanin z wybujałymi ambicjami, przesadnym poczuciem własnego ego, lecz wiernie oddany Radzie. Doskonale radzi sobie w takim zamieszaniu jak teraz.
Pierwszy raz od wielu pokoleń niemal jednocześnie otwarły się cztery portale. Nie był to powód do większych zmartwień, gdyż znanych wrót w wieży było około tysiąca, ale jednak Rada wydała co do tego bardzo rygorystyczne zalecenia. Agenci byli już w trzech światach, szukając nosicieli energii starożytnych, a w wieży trwała ostatnia odprawa. Jak zwykle był przy niej Opiekun, kilkunastu inżynierów, żartobliwie nazywanych światowcami, oraz agent.
Tym razem agentem tym był Lit Vora, jeden z bardziej doświadczonych łowców, wielokrotnie zresztą odznaczany.
Stał ubrany w specjalnie spreparowany kombinezon podający mu odpowiednią mieszankę azotową. Trwało programowanie holografu.
Pomieszczenie było w zasadzie potężnym laboratorium komputerowym, wszędzie przetwierali się Ragshanie, a w środku stał duży holoprojektor. Opiekun przemówił do Lita.
- Spójrz łowco. - Wskazał na obraz niebieskiej planety. - To jest twój cel. Ziemia... - Lit wpatrywał się w niewielki glob.
- W świecie czterdzieści siedem panują następujące prawa fizyczne. - Rozpoczął jeden z techników. - Przyśpieszenie Rotera wynosi jedną czwartą tau, w skład atmosfery...
- Przestań. - Lit brutalnie przerwał mu wypowiedź. - Nie interesuje mnie to... Powiedz lepiej, jaka jest atmosfera? - Technik nieco się zdziwił, ale kontynuował wypowiedź.
- Podobna do naszej, trochę więcej substancji aktywnych. Nasze płuca reagują na to większą wydolnością.
- I to mi wystarczy. - Stwierdził znudzony, gdy odpinano mu kable programatora.
- Włącz hologram. - Rozkazał Opiekun.
Powierzchnia ciała Lita zamigotała, wydawało się, że zmalał. Zniknęły drugie ręce. Ubranie stało się syntetyczne i niezbyt stylowe.
- Nasz wywiad donosi, że tak wyglądają przeciętni Ziemianie...
- Łowco. - Gdy opiekun mówił wszyscy automatycznie zamilkli. - Do tego zadania otrzymasz broń klasy pierwszej. - Lit się zdziwił, lecz nie dał tego po sobie poznać. - Wolno ci też wziąć jeden ze swoich mieczy. Potraktuj to jako zaszczyt. - Ragshanie z kasty łowców zawsze namiętnie polowali przy użyciu swoich mieczy.
- Czemu to zacny Opiekunie mogę wziąć swoją rytualną broń?
- Pozwalam ci na to Łowco, gdyż straciłem na tym świecie zbyt wielu agentów. Idź teraz. Czeka na ciebie zadanie... - Lit ukłonił się i ruszył w stronę swojego sanktuarium. Prowadził go jeden z techników, lecz wciąż czuł na sobie wzrok Opiekuna.
Przeszli przez labirynt tuneli i wind. Zgodnie z tradycją Lit samotnie wszedł do swojej kryjówki i wyszedł z niej bez żadnych widocznych zmian. Sztuka kamuflażu broni wywodziła się jeszcze z zamierzchłych czasów, jeszcze przed opanowaniem techniki atomu. Technik dalej prowadził go w milczeniu aż stanęli przed portalem. Wyglądał jak falujące lustro, które częściowo odbijało tą stronę a po części pokazywało, co znajduje się za nim. Obraz z drugiej strony był nieco niewyraźny, mieszały się w nim kolory, zielony i brązowy zlewały się w jedno, jedynie góra była niebieska. Strażnik wpierw się ukłonił i rozpoczął rozmowę.
- Silny smog uniemożliwia nam namierzenie celu dokładnie.
Znowu cywilizacja techniczna. - Pomyślał Lit.
- Startowa strefa rozciąga się na dwa garmy. Ale skaner na miejscu się dostosuje do zmian pola i dzięki temu będzie można wytropić cel. - Podał Litowi niewielkie urządzenie, w zasadzie był to sam ekran z naniesioną siatką. Standardowy czujnik dalekosiężny. Strażnik podał mu też broń.
Lit obejrzał ją ze wszystkich stron. Była fuzją pistoletu, miecza i bicza. Taki mały niezbędnik. Rzadko spotyka się taką broń, gdyż jak głosi plotka, jeden Ragshanin uzbrojony w to maleństwo może spokojnie rozbić w pył legion wojska.
Strażnik chwycił za puchar, który stał obok portalu, Lit odruchowo sięgnął po drugi.
- Za tych, którzy nie wrócili. - Stwierdził strażnik podnosząc kufel do góry.
- I za tych, którzy nie wrócą. - Wychylili zawartość i Lit roztrzaskał swój kufel o ziemię. Bez rozglądania się wszedł w portal.
Wydawało mu się, że idzie przez bagno. Poruszał się bardzo powoli, ale widział jak gwiazdy mijają go szybciej od światła. Po chwil stał już w lesie. Pociągnął nosem, lecz nie czuł żadnych nietypowych zapachów. Tu były tylko drzewa, może inne niż na Ragsh, ale tylko drzewa.
- Gdzie ta cywilizacja? - Głośno się zdziwił. Dotknął liści i poczuł pod palcami rosę. Skaner zasygnalizował gotowość do pracy.
Hologram ukrywał nawet to, co miał przypięte przy pasie, więc gdy po niego sięgnął skaner dosłownie pojawił się w powietrzu. Wskazywał ćwierć garma. Czyli jakieś piętnaście minut marszu.
Szedł nawet trochę dłużej, gdyż przyglądał się otoczeniu. Zastanawiał się, jaka to niezwykła zwierzyna może kryć się w odmętach tej kniei. Zmartwił się, gdyż powoli zaczął zauważać ślady cywilizacji. Jakieś porozrzucane chaotycznie śmieci, sztuczne karmniki i wydeptane ścieżki. Nawet zapach zaczął się zmieniać.
Gwiazda, która dawała całe światło tej planecie, powoli chyliła się ku zachodowi.
W pewnym momencie wszedł na teren, który nieco przypominał mu stare parki na Ragsh. Zauważył nawet coś, co było jedynie nędzną imitacją olbrzymich teatrów z jego rodzimej planety. Niechlujnie zaprojektowana i pomalowana w obrzydliwe wzory.
Na samym szczycie siedziało dwoje Ziemian. Skaner wskazywał, że jedno z nich jest tym właściwym.
Ruszył w ich stronę. Pokonywał po dwa, trzy stopnie na raz, gdyż tutejsza lekka grawitacja była niczym trampolina w stosunku do warunków z domu. Przyglądał się im, lecz stali w taki sposób, że skaner nie mógł wskazać jednoznacznie właściwego celu. Postanowił się zabawić. Dotknął niewielkiego urządzenia za uchem i po symfonii pisków powoli zaczynały do niego dochodzić przetłumaczone słowa. Po chwili intertranslator działał w pełni sprawnie. Mógł mówić i słuchać języka Ziemian.
Zauważył ich spojrzenia, które padły na niego. Teraz rozpoznał, że były to ssaki. Jeden osobnik był samcem a drugi samicą.
Oczy samicy były dziwne, ale samiec wydawał się jeszcze bardziej nieokreślony. Patrząc w oczy tegoż samca poczuł narastającą nienawiść i uczucie, którego nie czuł już dawno temu, ten niezwykły moment na polowaniu, gdy łowca staje się zwierzyną.
Wszedł i usiadł jakiś kawałek obok nich. Czuł na sobie ich wzrok.
Ukradkiem zerknął na skaner, który przełączył na dokładne badanie. Pojawiły się na nim trzy odczyty. Jeden był jego, co szybko rozpoznał, drugi był samicy, która okazała się być celem, lecz trzeci wprawił go w osłupienie. Jeszcze nie widział takich wyników. Nawet najstarsi z rady nie mają takich fal, gdyby nie bliska zeru wartość odczytu cechy Mudan pomyślałby, że to jest jeden ze starożytnych.
Z całą pewnością tak nie wyglądali. Byli może trochę niezwykli, przynajmniej jak na okazy z którymi Lit toczył walkę. On był niemal w kompletnej czerni a ona nosiła się na czerwono, zupełnie jakby należeli do jakiś kast. - Zamyślił się Lit. Zdziwiło go też to że samiec nosił na sobie skórę z jakiegoś lokalnego zwierzęcia. Nie pasowało mu to do technologicznych czasów... Starał się przysłuchać ich rozmowie. Ale gdy w końcu na chwilę zamilkli postanowił działać.
- Muszę ci coś powiedzieć. Ja... - Powiedział samiec, lecz nie skończył, gdyż ujrzał jak miotacz pojawił się w dłoni Lita.
Wydarzenia potoczyły się jak w zwolnionym filmie. Lit zdążył wycelować w samicę i pociągnąć za spust. Jakimś cudem samiec zdążył odepchnąć samicę i przyjął cały strzał.
Co zdziwiło Lita samiec nie wyparował tylko zerwał z szyi płonący medalion, który skrzył się niczym supernowa. Gdy medalion wylądował na ziemi eksplozja zmusiła go by zamknął oczy. Gdy je otwarł zobaczył jak samiec pełen wściekłości biegnie w jego stronę. Nie chcąc ryzykować wystrzału, wyprowadził cios w brzuch samca, przez co ten zwolnił tempo, ale impet pozostał. Choć samiec był mniejszy od Lita to jednak jego rozpędzona masa przewróciła ich obu na ziemię. Lit z całą pewnością by wygrał ten pojedynek, gdyby nie to, że zachował się jak amator. Nie wiedział, co było za nim i lecąc w tył nie próbował się asekurować. Gdy uderzył głową w metalowe rurki stracił przytomność.
Ocknął się, kilkanaście minut później. Głowa mu pulsowała a świat wokół wirował. Rozejrzał się po okolicy. Ani samca ani samicy nigdzie nie było. Zabrali również broń i skaner.
Był to dla Lita dyshonor. Pokonała go jego własna zwierzyna. Stwierdził, że i tak obróci to na swoją korzyść. Wyciągnął swój miecz. Jego powyginana, lekko niebieskawa powierzchnia błyszczała się nawet przy tak niedużej ilości światła.
- Polowanie czas zacząć. - Powiedział i wciągnął powietrze głęboko do płuc. Zakodował w pamięci oba zapachy, które wciąż go otaczały. Oba wyraźne i banalnie proste do wyśledzenia. Zatknął miecz za pasem, rozejrzał się wokół i ruszył za zapachami.
Z każdym krokiem zapach gęstniał, ale zwiększała się też ilość innych Ziemian, więc przez chwilę zwolnił pogoń. Musiał nawet się wrócić. Ale szybko odnalazł właściwy trop i podążył jego śladem. Miasto zgęstniało. Wzrostem wystawał, co najmniej o głowę nad tubylców, lecz oni widząc jego holograficzną powłokę nie zwracali na niego większej uwagi. W oddali dostrzegł tych Ziemian, których ścigał. Rozmawiali, zupełnie się nie przejmując pogonią. Może nawet o niej nie wiedzieli. - Ostania myśl zdziwiła Lita. Ta odległość nie przeszkadzała mu ich słuchać. Rozmawiali o nim, ale po chwili znów przerwali. Wzmacniacze pracowały doskonale.
- Co chciałem mi powiedzieć? - Spytała samica.
- Ja... Chciałem ci powiedzieć, że... - Samiec przerwał.
Litowi zdawało się, że samiec go wyczuł. Wepchnął samicę do alejki, która odchodziła od głównej ulicy i krzyknął na nią by uciekała. Stanął przed wejściem i wpatrywał się w hologram. Momentami Litowi zdawało się, że samiec spogląda mu w prawdziwe oczy, choć od razu wmawiał sobie, że to nie prawda. Dobiegł w końcu do samca, który przybrał bojową pozycję. Zauważył swoją broń zatkniętą za pasem.
- No i co sukinsynu?!? - Samiec rzucił w jego stronę, próbując odciągnąć jego uwagę od celu. Lit był zbyt doświadczonym łowcą by dać się złapać na taką sztuczkę. Ucieszył się jednak, że samiec jej spróbował. Będzie w końcu jakimś wyzwaniem. Warknął tylko w jego stronę, dając mu do zrozumienia, że zajmie się nim później i przeskoczył nad nim. Biegł aleją, która kończyła się rozwidleniem. Dobiegł do niego, pociągnął nosem i rzucił się w prawą stronę. Po chwili zauważył jak samica ucieka przez kolejny zakręt. Wyciągnął miecz. Gdy za nią biegł odmawiał w umyśle starą modlitwę. Gdy skręcił za nią aż się ucieszył. Z tego zaułka nie było wyjścia. Wysoka metalowa siatka stanowiła drogę nie do przejścia, a wszystkie drzwi były najwyraźniej zamknięte. Połasił się nawet na śmiech.
- Ha, ha... - Powolnymi krokami zbliżał się do swojego celu. Samica opierała się o jedną ze ścian. Był od niej na długość miecza, ale wtedy coś kazało mu spojrzeć poprzez siatkę.
Tam stał samiec trzymając miotacz w dłoniach. Lit dostrzegł, że ma palec położony na spuście, wykona tylko drobny ruch i strzeli. Odsunął się od samicy. Wbił miecz w ziemię i dotknął pasa.
Samica krzyknęła, gdy zniknęła iluzja.
Spojrzał jeszcze raz na samca, potem na samicę i znowu na samca. Krzyknął wniebogłosy i chciał rzucić się w stronę samicy.
Samiec był szybszy.
Siatka spłonęła od razu.
Lit się zatrzymał.
Najpierw zniknęła skóra, zaraz potem mięso a na końcu kości rozpadły się w proch.
Samiec podszedł do samicy, pomógł jej wstać. Spojrzeli na niewielkie urządzenie, które właśnie zaczęło emitować dość wysoki dźwięk. Samiec je rozdeptał.

II - Nikt tak na dobrą sprawę nie znał całej historii Wieży, same legendy były sprzeczne. Jedne mówiły, że Wieża była budowlą stricte magiczną, co potwierdzały tajemnicze znaki i same portale, inne z kolei głosiły, że budynek ten miał nieco inne przeznaczenie, a portale pojawiły się dopiero później. Na tym świecie było kilka dużych kontynentów, sama planeta była zresztą sporych rozmiarów. Obecnie dominująca cywilizacja rozwinęła się na innym kontynencie i gdy zaczęła odkrywać ruiny starożytnych ich rozwój gwałtownie przyśpieszał. Niektórzy filozofowie Ragsh mówili, że ten rozwój nastąpił zbyt szybko, głosili tezy mówiąc o zbyt prymitywnej cywilizacji dla takich technologii. Faktem było jednak to, że nauczyli się wykorzystywać to, co starożytni zostawili im w spadku. W pewnym momencie nawet nauczyli się to wytwarzać i rozwijać. Wieża była takim przykładem.
Sam kolosalny budynek Wieży miał wiele niezrozumiałych tajemnic, takich, które przyczyniły się do rozwoju całej cywilizacji. Na przykład system zaawansowanej kanalizacji przetwarzającej odpady był czymś wręcz doskonałym. Zadziwiały też uniwersalne toalety, które przetrwały nawet próbę czasu. Wieża była tak zbudowana, że praktycznie nie wymagała konserwacji. Z badań, które nad nią prowadzono wynikało, że naprawia się sama i posiada pewną dozę własnej inteligencji - Wieża musiała zaakceptować nowy sprzęt i gdy to zrobiła, praktycznie naprawiała go sama. Pracownicy fizyczni nie mieli wiele do roboty.
Było też coś zachwycającego. W kilku pomieszczeniach można było odczuć drżenie. Choć minęło tyle lat to wciąż odrywano nowe pomieszczenia i tunele, sam budynek miał trzysta dwanaście pięter nad ziemią i nie wiadomo dokładnie ile pod nią. Znane były dopiero cztery takie pomieszczenia. Dwa z nich opanowali badacze prowadząc w nich różne eksperymenty. W trzecim mógł być tylko Opiekun, często w nim medytował, a czwarte pomieszczenie było najbardziej tajemnicze. Ragshanie byli w nim tylko raz, później Wieża nie pozwalała do niego wejść tworząc nowe przeszkody, gdy tylko usuwano stare. Odkrywano również, że niektóre z pomieszczeń, jak również to, zmieniały swoje położenie w budynku.
Dorn Sen siedział w swoim medytorium, próbował się skupić na obrazach, jakie dochodziły do jego umysłu. To niewielkie pomieszczenie miało niezwykłe właściwości, których nawet nie próbował zrozumieć. Miał jedynie nikłe podejrzenia, co do natury zjawisk w nim zachodzących. Zauważył kilka drobnych zmian, które w nim zachodziły pod wpływem medytacji w tym pomieszczeniu. Stał się nieco bardziej aktywny, choć dużo czasu poświęcał na rozmyślanie. Jego mięsnie wzmocniły się a i umysł stał się silniejszy. Czuł bardzo silny związek z Wieżą.
Jego rozmyślania przerwał obraz, który wszedł do jego umysłu z konturami tak wyraźnymi, że aż bolesnymi.
Widział jeden z wielu starych symboli Mudan.
Mudanie wierzyli kiedyś w wielu bogów, którzy mieli przybyć z innych światów by pomóc w rozwoju ich własnej cywilizacji. Choć ich nazwy zatarły się w historii, część legend przetrwała.
Symbol, który widział oznaczał boga piorunów, jednego z najważniejszych w starym nieboskłonie. Ów bóg chronił cały lud Mudan przed strasznymi potworami z innych światów. Jego potężna siła i wewnętrzna siła koncentrowała się w magicznym młocie, który otrzymał od podziemnych istot z innego świata. Ten symbol był odzwierciedleniem tegoż młota.
Sen oddał się całkowicie obrazom zalewającym jego umysł.
Magiczny symbol zawieszony w wielkiej otchłani, delikatnie wibruje.
Pojawia się Ragshanin, Lit Vora, strzela w symbol z broni, którą Sen mu dał.
Symbol pochłania energię wystrzału. Zmienia się. Oddaje zmienioną moc istocie, która go nosi na szyi, Sen rozpoznaje w istocie Ziemianina. Potem, znów w samotnej przestrzeni wybucha.
Sen budzi się cały spocony. Orientuje się, że to co widział nie było jedynie senną marą a czymś więcej. Nieco rozkojarzony wraca do swojej kwatery. Siada w wygodnym fotelu i stara się zebrać myśli. Z kontemplacji wyrywa go dźwięk komunikatora. Charakterystyczny odgłos mówi mu, że jest to ktoś ważny, ktoś z Rady. Zrywa się na nogi i prostuje przed ekranem i włącza odbiór. Na ekranie pojawia się Najstarszy.
- Młody Opiekunie... - Mówi w dziwny sposób, nieco urywanymi słowami. - Właśnie odczuliśmy coś dziwnego... Czy w Wieży wszystko jest w porządku? - Sen wahał się przez chwilę, ale w końcu złożył zdanie.
- Nie wiem panie. Miałem wizję w astralnym pomieszczeniu... - Znów na ułamek przerwał. - Widziałem... - Najstarszy się wtrącił.
- Wiemy, co widziałeś młody Opiekunie. My, Wysoka Rada, też to widzieliśmy. - Rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Komputer wyświetlił identyfikację jednego z techników.
- Przepraszam na moment panie. - Powiedział Sen i zwrócił się do drzwi. - Odejść! - Rozkazał.
Z drugiej strony doszedł go nieco zdenerwowany głos technika.
- Wielki Opiekunie, wybacz, że ci przerywam twoje zajęcia, ale doszedł do nas sygnał śmierci...
- Co?!? - Krzyknął Sen.
- Wpuść go młody Opiekunie. - Przemówił obraz Najstarszego. Sen przyjął rozkaz.
- Wejść! - W drzwiach stanął technik, jeden z wielu odpowiedzialnych za transmisje danych. - Mów.
- Wybacz panie, że przerywam... - Gdy technik zobaczył, z kim rozmawia Opiekun padł na kolana i zaczął mamrotać modlitwę do Rady.
- Powstań młody techniku... - Ponownie przemówił Najstarszy. - Powiedz co miałeś do powiedzenia, My cię słuchamy...
- W... Wie... Wielka Rado... - Dukał technik. - Z czterdziestego dziewiątego świata doszedł do nas urwany sygnał śmierci.
- Identyfikacja? - Spytał Opiekun.
- Tak panie. - Odparł technik. - Starszy agent Lit Vora. - Technik nie potrafił się zdecydować czy ma wyjść czy nie. Opiekun zauważył to wahanie.
- Wyjdź. - Stwierdził krótko i nie odzywał się aż do momentu zasunięcia się drzwi. Spojrzał na ekran i zobaczył twarz Najstarszego, na której nie było widać żadnej zmiany, nawet cienia emocji. Jakaż to doskonałość, jaka samokontrola. - Podziwiał w duchu Sen.
- Opiekunie... - Głos Najstarszego był spokojny.
- Wybacz panie. - Sen zamyślił się nad sytuacją. - Proszę o wyrażenie zgody na wysłanie oddziału Cieni. - Najstarszy cofnął się od ekranu o kilka centymetrów. Sen tylko po oczach mógł powiedzieć, że Najstarszy myśli.
- Zgadzamy się. Informuj nas na bieżąco. - Sen ukłonił się.
- Tak jest panie. - Ekran zgasł.
Sen stał przez chwilę myśląc, ale wybudził się z letargu. Przez konsolę wywołał dowódcę oddziału Cieni, który stacjonował w Wieży.
- Caro, zbierz oddział, mam dla was zadanie. - Wyłączył ekran i zaczął się zastanawiać.
Przywoływał swoją wizję w pamięci i starał się ją analizować. W końcu sięgnął po jedną z książek i zaczął czegoś szukać. Znalazł to, co chciał i to go trochę wystraszyło.
Czyżby kolejna starożytna legenda miała się ziścić? - Skołatane myśli buszowały po jego głowie.
Czytał z zapartym tchem kolejne wersy legendy. Zatrzymał się przez chwilę na jednym fragmencie.
"Łowca wyszedł ze świata naszego
Magiczną mocą dysponując
Zmienił wygląd ciała swojego
Niczego dziwnego nie czując.

I spotkał on wyznawcę starego Boga.
Który silny opór mu stawił.
Gdy go zobaczył, ogarnęła go trwoga
Już nigdy nie będzie się bawił.

Starzy bogowie zainterweniowali
Wciąż silni w potęgę.
Od dawna rzeczy nie zmieniali
Ponownie utworzyli magiczną wstęgę..."

Dalej był już tylko bełkot o tajemniczych prorokach i zagładzie wielu ze światów.
Sen odłożył książkę próbując znowu się skupić na zadaniach, które leżały na jego barkach.
Kilkadziesiąt minut później był już w sali odpraw a wraz było dwóch Ragshan, jeden technik i Jean Caro. Technik przygotowywał monitory.
- O godzinie osiemnastej dwadzieścia cztery otrzymaliśmy sygnał z killswitcha starszego łowcy Lita Vora. - Mówił spokojnie Sen. - Duży smog zakłóca transfer z skanera i dlatego mamy tylko wizerunki, które Vora zdołał wzmocnić przez swoje wewnętrzne baterie. - Na ekranie pojawiły się wizerunki dwojga Ziemian, Caro nieznacznie kiwnął głową a Sen zamarł. Jedną z tych istot już widział. W wizji.
- Coś się stało? - Caro zauważył konsternację Opiekuna.
- Nie... Tak, ale po kolei. Vora miał zlikwidować nosiciela znaku starożytnych, czyli pokazaną samicę. - Obraz Ziemianki zwiększył się na cały obraz i zaczął się obracać. - Coś poszło nie tak i Vora nie zdołał jej usunąć. Co więcej miał przy sobie miotacz trzeciej generacji klasy pierwszej.
- Yhm. - Przytaknął Caro. - Rozumiem.
Opiekun wykonał nieznaczny gest ręką. Technik ukłonił się i opuścił pomieszczenie
- ? - Caro wyraźnie się zdziwił.
- Jest jeszcze coś. - Opiekun pozwolił sobie na zdenerwowanie. Z Caro znał się już od wielu lat i od bardzo wielu lat uważali się za przyjaciół. - Caro, ten samiec. - Na ekranie pojawił się ponownie obraz samca. - Ja go widziałem w wizji. On... - Urwał. - Jemu chyba pomagają starzy bogowie.
- Nie rozumiem, jacy starzy bogowie?
- Brakuje mi czasu by ci to wyjaśnić... Oficjalnie priorytetem waszej misji to zlikwidowanie nosiciela, ale ja mówię ci to jak przyjacielowi. Najpierw usuńcie tego samca, potem to będzie jak spacer po parku. On jest groźny, bardzo groźny, choć może nawet o tym nie wie.
- Dobrze. - Oparł Caro. - Dziękuję. Mój oddział jest gotowy, możemy wyruszać w każdym momencie.
- Znasz już dane z pierwszych dwóch skanów? - Spytał Sen.
- Tak.
- Pozostaje mi tylko życzyć ci szczęścia.
- Dziękuje Opiekunie. - Caro wstał.
- Jean... - Sen niepewnie zaczął.
- Tak?
- Bądźcie ostrożni. - Caro tylko kiwnął głową złożył wszystkie cztery ręce w gest czci i wyszedł z sali. Musiał przygotować swoich chłopców.


III - Caro stanął przed wejściem do sal żołnierzy. Zebrał ostatnie myśli i wszedł. Wszyscy obecni wstali i zasalutowali w klasyczny sposób.
- Spocznij. - Rozkazał Caro i rozejrzał się po wszystkich żołnierzach. Miał do dyspozycji jeden z najlepszych oddziałów na całej planecie a i tak miał złe przeczucia. Tylko na nich rzucił okiem a już wiedział wszystko, co chciał.
Od prawej. Najpierw bliźnięta. Najlepsi snajperzy chyba w całej galaktyce, Anram i Marna, rodzeństwo, które przypadkowo nie zostało zróżnicowane w stadium zarodkowym. Ich połączenie psychiczne było tak silne, że często nie musieli używać komunikatorów. Z Marną flirtował Mark, demoekspert i jeden z najlepszych robotyków w całej armii. Potem kolejno Grantz i Wil, dwaj uderzeniowcy, Spearmaker i Accu, czyli przenośnie laboratorium i szpital. No i najważniejszy, często nazywany Sarge. Po chwili zastanowienia Caro stwierdził, że nie ma chyba rzeczy, której Sarge by nie robił.
- Odebraliście instrukcje? - Spytał.
- Tak kapitanie. - Odpowiedział Sarge, oczywisty lider zespołu, stojący tuż pod Caro.
- Dobrze. Usunięcie nosiciela ma priorytet jeden... Likwidacja samca oznaczonego kryptonimem FEN ma poziom zerowy. Jakieś pytania?
- Dlaczego? - Choć twarz Sarga była rozbawiona to jednak pytanie zabrzmiało w pełni poważnie. Caro przyjrzał mu się przez chwilę.
- FEN dysponuje miotaczem klasy pierwszej i najprawdopodobniej wie jak jej używać. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zabił już z naszych.
- Kogo? - Spytała Accu.
- Łowcę, Lita Vora. - Caro zauważył jak Accu posmutniała.
- Znałaś go Accu? - Spytał.
- Tak kapitanie... - Odpowiedziała po chwili. - Był moim Darn'Ur. Przyobiecanym samcem.
- Rozumiem. Jak chcesz możesz zrezygnować z misji. Nie chcę żeby cokolwiek zakłóciło jej bieg.
- Nie panie kapitanie, chcę iść... - Accu otrząsnęła się i nie było widać już śladu po emocjach na jej twarzy.
- Jeszcze jakieś pytania? - Ostro spytał Caro, lecz w odpowiedzi otrzymał tylko przeczące kiwanie głowami. - Dobrze. Marna i Anram. Bierzecie jetpacki, a ty Mark... - Mark odchylił dwie klapy munduru, pod którymi wisiało kilkanaście rurek granatów. - A zresztą. Mogą się przydać. Idziemy.
Wyszli z campusu i parę chwil później stali przed portalem.
Portale czasami przydarzały się w różnych miejscach, na przykład w wejściu do toalety, ale akurat ten wygenerował się na ścianie, w bardzo dogodnym miejscu.
Przed nim stały skrzynie z zaopatrzeniem.
- Wszyscy gotowi? - Oddział kiwnął porozumiewawczo. - Dobra. Grantz, Wil i Marna, wy idźcie pierwsi.
Poprawili broń i weszli.
Caro odwrócił się do Anrama wyczekując jego reakcji.
- Można przechodzić. - Stwierdził brat.
- Bierzemy skrzynie i idziemy. - Wydał rozkaz. Chwycił jedną skrzynię i po chwili otaczały go drzewa. Postawił skrzynię na ziemi i wyciągnął skaner.
- Panie kapitanie... - Sarge mówił bez wyrazu. - Chyba powinien pan na to spojrzeć. - Caro odwrócił się w stronę wskazywaną przez Sarga.
Widok przerósł jego oczekiwania.
Drzewa i ziemia zaczęły się zespalać tworząc stały portal.
- Sarge, rozpakuj prezenty, ustaw wizję. Musimy nawiązać połączenie z Wieżą. - Skierował skaner w stronę nietypowej budowli. Wskazania doszły do dwunastu procent.
Caro wiedział, co to oznacza. Jeśli się nie pospieszą to portal się zestali i samo wyeliminowanie nosiciela nic nie da. Trzeba będzie użyć broni masowej zagłady.
Ale to dziwne żeby to zdążyło tak szybko się zespolić. - Pomyślał.
- Mark, wypuść szperacze. - Pomimo nocy szperacze były wyposażone w doskonałe sensory, szukając identyfikacji cieplnej, były w stanie rozpoznać cel z odległości nawet kilometrów.
- Jaki region ustawić?
- Zacznij od dwóch kilometrów od ostatniej znanej pozycji łowcy. - Gdy to mówił osiem maszyn bezgłośnie poderwało się do lotu. - Anram i Marna, idźcie na zwiad, ale nie oddalajcie się zbyt daleko. Łączność, co piętnaście minut. - Stwierdził i zaczął ustawiać konsoletę transmisyjną. Parę minut później połączył się z Wieżą.
- Opiekunie. Zestalenie portalu na dwunastu procentach. Potrzebujemy tutaj więcej ludzi. - Opiekun pokiwał przecząco głową.
- Wiesz dowódco, że nikt więcej nie może przejść przez bramę. - Wykonał nieznaczne gesty. - Ale wysyłam wam transpondery energetyczne. One powinny zwolnić zestalanie.
- Dobrze, dziękuję. Sarge, ile mamy czasu do pełnego zespolenia? - Wyłączył monitor, zostawiając aktywne łącze.
- Przy obecnym tempie wzrostu jakieś czternaście tutejszych godzin Kapitanie. - Gdy tylko skrzynie zaczęły przechodzić przez portal Caro odwrócił głowę.
- Kapitanie! Szperacze wykryły nosiciela! - Krzyknął Mark
- Namiary?
- Siedem kilometrów na wschód. Zaraz. - Mark przyglądał się przez chwilę ekranom. - Mam wstępną identyfikację FEN'a. Skanuję. Tak! Mam potwierdzenie. - Aż podskoczył z wrażenia. - Jest dwieście metrów od nosiciela i zbliż... - Przerwał. - ...ża. Co jest?
- Co się stało Mark? - Takie zdziwienie u starego speca wywołało nieprzyjemne uczucie w Caro. Mark intensywnie wpatrywał się w ekran.
- Musisz to zobaczyć kapitanie. Przełącz wizjer na kanał szósty. - Caro przekręcił niewielki przełącznik przy czubku okularów. Gdy włączył się obraz Mark zaczął mówić dalej. - Czujniki przez moment oszalały, ale ostatni odczyt jest prawdziwy. - Na ekranie pojawiła się twarz FEN'a. Szedł ulicą, gdy szperacz zatrzymał na nim swoje oko, FEN spojrzał w jego stronę. Oczy zalśniły mu niebieskim światłem i po chwili wszystko zgasło. - Pole magnetyczne wokół szperacza wzrosło prawie dziesięć tysięcy razy... - Mark sam nie mógł uwierzyć w swoje słowa.
Caro zastanawiał się nad słowami swojego speca.
- Jest dobrze, łapię go właśnie drugim szperaczem.
- Co robi? - Intuicyjnie spytał Caro.
- Rozgląda się po niebie...
- Ściągnij szperacza! - Caro krzyknął. Odruchowo spojrzał w stronę miasta. Krótki strumień energii przeciął nocne niebo. Gdzieś na wysokości kilometra wystąpiła mała eksplozja. - Za późno. - Mark ściągnął słuchawki.
- Nie mam pojęcia, o co w tym chodzi. - Mark kiwał głową. Caro myślał.
- Śledź nosiciela, ale nie w trybie ciągłym. Zmieniaj szperacze, niech podlatują z różnych stron. Skan nie może trwać dłużej niż dwie, trzy sekundy. Po każdej, nawet nieudanej identyfikacji wycofuj dany szperasz nieliniową drogą.
- Tak jest! - Mark ochoczo zabrał się do pracy.
- Accu, podejdź do mnie. - Caro zawołał medyka, która akurat badała nietypową formację powoli tworzącą się wokół portalu. Gdy szła w jego stronę, walczył ze sobą, ale jak zwykle wojskowy dryg zwyciężył na niskimi emocjami.
- Tak kapitanie? - Spytała wprost.
- Co możesz powiedzieć o dominującym gatunku?
- Moment. - Wyciągnęła swój przestrzenny datatech. Szybko wyświetliła się delikatna siatka holoprojektora. Pojawił się zarys Ziemianina. - Rasa dwunożnych, stałocieplna. Wywodzą się od ssaków, nazywanych małpami. Podobnych do naszych Dururu. Inteligencja na dość wysokim poziomie, ale zbyt daleko posunięta w stosunku do rozwoju biologicznego. Ewolucyjne uwarunkowanie do przemocy, wbudowane mechanizmy bezpieczeństwa. Zróżnicowane utechnologicznienie. Ostatnie badania pochodzą z przed dziesięciu tutejszych okresów planetarnych, czyli naszych trzech lat, ale już wtedy wykryliśmy olbrzymie tempo wzrostu technologicznego. - Caro nieco się zasłuchał. Lubił Accu jeszcze w akademii, cały czas żałował, że ona wybrała korpus medyczny. Gdyby było inaczej może już mieliby własne potomstwo. Otrząsnął się z zastoju w jaki wpadł.
- A jakieś specjalne cechy umysłu, czy moce? - Obrazy na projektorze dalej się zmieniały.
- Nasze dane wskazują, że umysły Ziemian są wysoko rozwinięte i nieco podobne do umysłów członków Rady po inicjacji. Ewolucja i cywilizacja, jaką sobie narzucili na tyle skutecznie ich ograniczyła, że nie korzystają z wbudowanych zdolności. - Caro chciał zadać pytanie, ale Accu go wyprzedziła. - Nie znamy ich maksymalnych możliwości, ale to, co widzieliśmy po drobnej ingerencji w ich sfery umysłowe pozwoliło na umieszczenie tego świata na Trzeciej Liście.
Caro zadumał się na chwilę. Już raz był na świecie, który też znalazł się na Trzeciej Liście. To był naprawdę piękny świat, gdyby nie ten wirus, który tam został odkryty. Szkodził tylko Ragshanom...
- Kiedy miała być podjęta decyzja Rady?
- Po następnej ekspedycji. - Accu dalej namiętnie przeglądała informacje na swoim datatechu. - Czyli za jakieś pięć Ziemskich cykli.
- Chyba będą musieli podjąć tą decyzję szybciej.
- Kapitanie! - Krzyknął Sarge. - Skończyliśmy ustawiać deflektory.
- Uruchomić transpondery... - Caro przyglądał się jak strugi energii zaczęły pełzać po drzewiasto-ziemnej konstrukcji. - Mark. Zbierz oddział. Za chwilę wyruszamy. - Gdy to powiedział jeden z czujników bipnął. Wszyscy obecni poderwali się z miejsca i skierowali broń w stronę lasu.
Krótki szust lasera rozciął ciszę. W komunikatorze odezwała się Marna.
- Ziemianin... - To wystarczyło, by atmosfera się rozluźniła.
Nie minęło nawet pięć minut a wszyscy stali już przed Caro. Caro wyłożył im plan miasta i pozycję poszukiwanych
- Wyruszamy za minutę. Ktoś ma jakieś pytania. - Głucha cisza. - Doskonale. Mark i Spearmaker, wy zostaniecie tutaj. Ty Mark jesteś moimi oczami a ty Spearmaker pilnuj portalu i melduj o wszelakich zmianach. - Odpowiedziały mu dwa saluty. - Sarge, Anram i ty Wil pójdziecie od południa jako grupa Kappa, a ze mną pójdzie Accu i Grantz. My jesteśmy grupą Trance. Marna, ty będziesz siedzieć o tutaj jako Zaurus. - Wskazał na wysoki budynek.
- Zagram rolę boga? - Ucieszyła się.
- Tak. Wszyscy znacie rozkazy? - Rozejrzał się po swoich oficerach. - Strzelać na kontakt. Komunikacja na kanale czwartym. Rozejść się. - Reszta zasalutowała i podzieliła się na dwie grupy. Marna szybko zniknęła w ciemnościach lasu. Zaraz za nią w odmęty ciemności weszła reszta drużyny.
- Meldować się. - Po chwili marszu stwierdził Caro. Odpowiedziała mu seria meldunków, zgodnie z ich stopniami.


Weszli do uśpionego miasta, poruszając się w cieniu. Nawet gdyby ktoś ich zauważył uznałby to za własny koszmar i zupełnie zignorował. Po chwili ciszy w eterze zabrzmiał głos Marny.
- Zajęłam pozycję.
- Doskonale, ale nie wychylaj się na razie, zacznij szukać celu dopiero na rozkaz.
- Aye, aye.
Caro dał znak do rozproszenia i po chwili obie grupy się rozeszły. Przy nim została jedynie Accu. Szli przez chwilę z przygotowana bronią.
- Zbliżacie się. - Zakomunikował Mark. - Ten kilkusegmentowy budynek. Pierwsze piętro. Marna może dojrzeć właściwe okno. - Caro przykucnął i w odmętach ciemności dojrzał swoich żołnierzy porozstawianych w różnych miejscach wokół budynku.
- Co się dzieje z celem? - Spytał.
- Brak aktywnych odczytów. Chyba śpi. - W głosie Marka było słychać chwilowe ściszenie. - Nie zaraz. FEN znowu aktywny. Powtarzam. FEN znowu aktywny. - W oknie zaświeciło się światło.
- Mam go! - Zakomunikowała Marna. - Czerwona wstęga lasera przecięła szkarłatną czerń nocy. Zamiast trafić w cel ugięła się i uderzyła w krawędź okna. - Co do? - Po tym padły jeszcze dwa strzały, które ugięły się w identyczny sposób, ale w różne kierunki. Nie minęły nawet dwie sekundy a Caro mógłby przysiąc, że z okna wystawała ręka trzymająca miotacz.
Tym razem światło popłynęło w drugą stronę, lecz w stosunku do poprzedniego razu, zrobiło to niemiłosiernie wolno. W eterze cisza zagłuszyła nawet szum.
- Nie... - To był lament Anrama. - Marna! Nieeeeee!!! - Wybiegł ze swojej kryjówki i zaczął na oślep strzelać z miotacza laserowego w okno. Niestety z tym samym skutkiem, co jego siostra wcześniej.
Snop tęczowego światła trafił go w połowie drogi do budynku. Najpierw zniknęło ubranie, potem skóra, mięśnie a na końcu sam szkielet rozpadł się w pył.
W końcu, któryś z żołnierzy nie wytrzymał i zaczął się zmasowany atak. Z okna dalej strzelały snopy światła.
- Kapitanie! Dotarły do mnie dwa sygnały śmierci! - Mark krzyczał do komunikatora. - Grantz i Wil nie żyją! - Ciemność znów przeciął snop światła i rozbrzmiał charakterystyczny dźwięk. - Sarge nie żyje! Kapitanie, uciekajcie stamtąd! - Broń nie zdążyła zregenerować amunicji, dlatego przełączyła się na generowanie prostej projekcyjnej amunicji. To zjadało mało energii i pozwalało na odnowienie się baterii do kolejnych promieni dezintegrujących.
Caro odwrócił się do Accu.
- Uciekamy! - Poderwali się i zaczęli biec, byle jak najdalej od tej rzezi. - Coś strzelało w ich stronę.
- Caro... - Accu powiedziała nieco przytłumionym głosem, zatrzymując się.
- Nie zatrzymuj się Accu, musimy biec.
- Kocham cię głuptasie. - Gdy kolejne pociski wbijały się w plecy Accu ta próbowała unieść rękę i wskazać kierunek. W końcu nie wytrzymała i padła na kolana. Caro nie wytrzymał. Przyklęknął przy niej. Uniósł ją w ramiona, czuł jak cała drży, czuł też jak łzy płynął mu po twarzy.
- Ten przeklęty świat... - Powtarzał do siebie. Gdy trafił go pierwszy pocisk zacisnął tylko zęby. Ale z każdym kolejnym kawałkiem metalu, który wbijał się w jego ciało było mu coraz trudniej iść. Nerwy mu nie wytrzymały i osunął się na ziemię. Martwe ciało Accu bezwiednie opadło mu z rąk. Położył głowę na przy jej głowie i przez krew napływającą do gardła i łzy które płynęły mu teraz niczym potoki wyszeptał jeszcze. - Ja ciebie też...
- Kapitanie! Kapitanie! Kapitanie... - Mark lubił kapitana od zawsze. Był dla niego niczym ojciec i starszy brat w jednym. To on go wychował i nauczył walczyć. Spearmaker wpatrywał się niepokojąco w Marka.
- Co teraz? - Spytał ostrożnie.
- Trzeba wysadzić tą pieprzoną planetę! Wstał i ruszył w stronę portalu. Wyłączył transpondery. - Spearmaker, idziesz?
- Zaczekam tutaj. Popilnuję sprzętu.
- Dobra. Za niedługo wrócę z Bombą G! - Wszedł do portalu.


IV - Mark stanął po drugiej stronie przejścia i nieco się zdziwił. Wszędzie było pełno Ragshan, kręcili się, coś komentowali. Niektórzy budowali olbrzymie struktury, zauważył nawet jakiś przenośny miotacz laserowy wysokiej mocy. Praktycznie nikt nie zwrócił na niego uwagi. Złapał przechodzącego technika.
- Co się tutaj dzieje? - Technik dopiero po pytaniu oderwał się od przyrządów.
- Opiekun zarządził przygotowanie do likwidacji, ale w chwilę potem odwołał decyzję. Teraz uzbrajamy przejście. - Zabrał się ponownie za przeglądanie pomiarów. Mark poczuł się nieco skołowany.
Przebijał się przez tłumy techników, które kierowały się w stronę portalu. W pewnym momencie stał pod drzwiami Opiekuna. Walnął w nie kilka razy, lecz nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Uderzył w nie jeszcze kilkanaście razy aż dał sobie spokój i skierował się w stronę zbrojowni, lecz nagle wpadł na niego sam Opiekun. Gdyby nie wyryte w pamięci sposoby zachowań, Mark by go uderzył, a tak skłonił się nieznacznie i z wymuszonym tonem ściszył głos.
- Panie. Proszę o zgodę na całkowitą destrukcję... - Poczuł na sobie badawczy wzrok opiekuna.
- Choć moja odpowiedź i tak będzie odmowna to chętnie wysłucham twoich argumentów. - Jego głos był tak gładki jak to tylko możliwe, co tylko zwiększyło wściekłość w Marku.
- Panie! - Krzyknął. - Prawie cały nasz oddział zginął! Załatwił nas jeden samiec! Co by było gdyby ich armia przekroczyła portal? - Mark krzyczał, łzy mieszały się w nim z gniewem. Wciąż nie mógł tego zaakceptować. Jak to się mogło stać? - Myślał. Cały czas zastanawiał się, w jaki sposób ich świetnie wyszkolony i przygotowany oddział mógł tak łatwo ulec.
- Nie dopuścimy do tego... - Tajemniczo odpowiedział Opiekun.
- Ale jak, skoro nie będzie kompletnego zniszczenia?
- Wiem jak postąpić, konsultowałem się z radą. Teraz odejdź sierżancie. - Opiekun zignorował zdziwienie Marka i odszedł w stronę swojego gabinetu. Oparł się o ścianę i zaczął się zastanawiać, co ma teraz zrobić. Z odrętwienia wyrwał go głos Spearmakera.
- Mark, słyszysz mnie? - Portal nieco zakrzywiał dźwięk jego głosu, przekazywany przez mikropady.
- Głośno i wyraźnie.
- Mamy problem. Po tym jak włączyłem transpondery ponownie, zestalanie się portalu nabrało gwałtownego tempa. Teraz jest w okolicach osiemdziesięciu procent.
- Przewidywany czas zakończenia? - Spytał Mark.
- Jakieś pięć minut.
- Kiedy zgłosiłeś raport?
- Z siedem minut temu. - Spearmaker był nieco zdenerwowany.
- Pakuj manatki i zbieraj się stamtąd! - Rozkazał i wyłączył mikropada. Ruszył w stronę zbrojowni. Niecałą minutę później, po potwierdzeniu identyfikacji, stał w zbrojowni. Zebrał ładunek G, niewielka malutka paczuszka, która jest w stanie rozwalić całą planetę, jeśli tylko wywoła się w niej odpowiednią reakcję. Uśmiechnął się czując moc pod palcami. Chwycił detonator i pobiegł do portalu. Spearmaker stał już po tej stronie, niestety Opiekun, również tutaj był.
- Wszystko zebrane? - Zwrócił się do towarzysza.
- Tak, ale... - Spearmaker nie zdążył, Mark brutalnie mu przerwał.
- Doskonale, czas wysadzać. - Ruszył w stronę przejścia.
- Powstrzymaj się żołnierzu. - Głos Opiekuna wywołał zakodowana reakcję w mózgu, w końcu należał do jednej z najwyższych kast na Ragsh.
Mark, choć nie chciał, zatrzymał się. Czekał na rozkazy.
- Musimy... wysadzić... ten... portal... - Wyszeptał przez zaciśnięte zęby.
- Nie możemy żołnierzu. - Opiekun dalej nie okazywał cienia emocji. - Zestalenie osiągnęło sto procent, teraz musimy zastosować inne środki. Oddaj mi ładunek G.
- Przecież i tak zniszczymy tą planetę... - Mark posłusznie oddał zawiniątko.
- Niekoniecznie... - Głos Opiekuna stał się jeszcze bardziej zagadkowy. - Widzę żołnierzu, że palisz się do walki, więc dam ci szansę. Za dwadzieścia minut przez portal przejdzie oddział rozpoznawczy, a potem kilka innych. Prześlemy przez przejście ciężki sprzęt. Pozwolę ci wziąć udział w tej operacji. - Mark przez chwilę zastanawiał się, co ma odpowiedzieć. Stwierdził, że i tak musi podziękować, ale ta decyzja zbiła go z tropu.
- Dziękuję panie. - Opiekun chciał odejść, ale Mark przełamał się i zadał pytanie. - Powiedz panie, skąd ta niezwykła decyzja?
- Mam swoje powody. - Odparł Opiekun nawet nie odwracając się do tyłu. Teraz nie zwracał już na nic uwagi, poszedł do siebie. Po chwili Mark zwrócił się do Spearmakera, który wciąż stał obok.
- Rozumiesz coś z tego?
- Ani trochę. - Spearmaker wydawał się zmęczony. - A ty?
- To nie ma sensu. - Zastanowił się. - Dlaczego mówiłeś, że miałem jeszcze pięć minut?
- Tak wskazywały przyrządy, ale ten portal karmił się energią. Z każdą chwilą zestalał się szybciej, tak jakby pobierał energię z deflektorów.
- To teraz już nic nie rozumiem.
Przechodzący obok żołnierz zwrócił się do nich.
- Odprawa dla wszystkich wojowników, za pięć godzin w głównej sali odpraw. - Mark skinął porozumiewawczo. Nabrał teraz wściekłej ochoty, żeby coś wypić.
W kantynie spotkał dowódcę oddziałów inwazyjnych. Zasalutował, gdy tylko ten go zauważył i podszedł do niego.
- Witam sierżancie Mark. - Lord Urt poprawił się w swoim siedzeniu i spojrzał wyczekująco na Marka, gestem kazał mu usiąść.
- Lordzie Urt... - Mark nie umiał zbytnio zebrać myśli. - O co w tym wszystkim chodzi?
- Nie wiem sierżancie. - Mark dawno temu służył w elitarnej jednostce, którą dowodził Urt. W owych czasach ich jednostka wsławiła się wieloma odważnymi starciami z Gan-Ra na ich ojczystej planecie. Brawurowy atak, który zaczął się od detonacji największej ilości materiałów wybuchowych opartych na węglu, był momentem przełomowym w wojnie. Mark kładł tam kable a Urt nacisnął przycisk... - Sądzę, że Opiekun trochę nas uświadomi. - Urt wziął głęboki oddech i dokończył niewielką szklankę alkoholu. Po chwili przy ich stoliku pojawił się kelner, przyjął zamówienie od Marka i jeszcze raz uzupełnił Lordowi szklankę. Ukłonił się i odszedł. Wrócił tylko na moment z napojem i paroma zakąskami.
Lord wziął żywą teliańską mysz i wsunął ją do ust. Przytłumiony pisk dochodził został przerwany przez powolny chrzęst kości. Gdy Urt odgryzł główkę myszy, resztę korpusu tradycyjnie wyrzucił za siebie. Zjadł kilka takich zwierzątek, popijając swoim drinkiem. Mark milcząco przyglądał się temu, co robił jego przełożony, aż w końcu zdecydował się odezwać.
- Nigdy czegoś takiego nie widziałem... - Lord zastanowił się ułamek sekundy.
- Obejrzałem transmisję. - Nieco skrzywił głowę i rozejrzał się wokół. Poza nimi w kantynie był tylko kelner. - Powiem ci coś, lecz to musi być tylko dla twojej wiadomości.
- Oczywiście. - Mark skinął.
- Na Ragsh od dawna są prowadzone eksperymenty z czymś, co nasi uczeni nazywają Kaosragiem. - Urt mówił powoli. - Kaosrag posiada każda istota, jest to taki jakby wyznacznik potencjalnej mocy we wszystkim, co istnieje. - Urt jeszcze raz uważnie przyjrzał się Markowi. - Określone jednostki posiadają zwiększony potencjał Kaosragu, albo maja go po prostu aktywnego. Miałeś okazję spotkać się już z czymś takim. Opiekun posiada duży Kaosrag.
- Co to ma wspólnego z tym przeklętym samcem? - Mark nie wytrzymał.
- Właśnie miałem do tego dojść. Mam pewne podejrzenia, wydaje mi się że ten samiec w jakiś nieznany sposób obudził w sobie Kaosrag i częściowo zespolił się z miotaczem.
- To jest możliwe? - Mark częściowo zrozumiał słowa Lorda.
- Tak. Widziałem coś takiego na własne oczy... - Urt zamknął oczy. - Dawno temu. Jeden z moich żołnierzy przypadkiem wszedł w strumień energii z silnika nadświetlnego. Wbrew wszystkiemu przeżył, a w momencie gdy ten silnik się włączył strzelał z miotacza. Broń stała się jego integralną częścią, robił z nią potem niezwykłe rzeczy. Nawet podobne do tego, co widziałem w transmisji. - Zamilkł.
- Co się stało z tym żołnierzem? - Mark bardzo powoli zaczynał pojmować o czym mówił Lord.
- Zginął. Nie wiemy dokładnie, co się z nim stało, ale to właśnie dzięki niemu mogliśmy wystartować z Lito V. Byliśmy okrążeni a jakiś magnetyczny granat przebił się przez nasze pole ochronne i cała elektronika na statku siadła. Wtedy on kazał nam wejść do środka i wyłączyć pole. Wszystko zaczęło szumieć i w jakiś magiczny sposób silnik i systemy podtrzymywania życia włączyły się. Wokół nas było widać tylko blask, który dochodził właśnie od tego żołnierza. Żaden skaner nie potrafił nam powiedzieć, co się wydarzyło. Na orbicie ściągnął nas statek matka. - Mark tylko kiwał głową i sączył swój drink.
Przez chwilę panowała cisza.
- Chciałbym byś był przy mnie jak wejdziemy do tego świata.
- Tak jest. - Mark czuł mieszaninę dumy i strachu.
Lord wstał.
- Idź się wyspać Mark. - Urt zwrócił się do niego w ten sposób pierwszy raz od dwunastu lat, spróbował się uśmiechnąć. - Później będziemy mieć ciężką przeprawę.
- Dobrze Urt. - Wstał, zasalutował i patrzył jak Lord odchodzi w stronę drzwi.
Jakiś przypadkowy żołnierz zasalutował gdy Urt go mijał. Po chwili Mark stał sam w kantynie.
Chwycił się za głowę.
- O co w tym wszystkim chodzi?...



IV - Tom obudził się między drzewami, powoli dochodząc do stanu używalności. Wspomnienia powracały do niego leniwie, zmęczone imprezą dnia poprzedniego. Jego umysł nieustępliwie, acz bez ustanku sortował nowe wiadomości, które dochodziły do świadomości. Udało mu się nawet złożyć wszystko w miarę chronologiczną całość.
Wczoraj rano Kris poznał go z nowymi ludźmi i umówili się później na imprezę. Trafił z nimi do baru, a że akurat dostał premię i chciał się wkręcić w nowe towarzystwo, które dość przypadło mu do gustu, spił się do nieprzytomności w Studni, barze znajdującym się nieopodal amfiteatru.
Minęło kilka minut nim wygramolił się na chodnik. Głowa przestała mu pulsować i zauważył, że jest w parku. Nie miał przy sobie żadnych rzeczy prócz niewielkiej kartki z napisem "Wilk". Jak przez mgłę przypomniał sobie, że z jakiegoś nieodczytywalnego powodu zostawił plecak u Wilka, jednego ze ekipy, w którą wprowadził go Kris, tyle że to na co właśnie patrzał było jego adresem? Wymyślił sposób jak sobie z tym poradzić. Zdecydował, że pójdzie do Krisa, bo chyba wie gdzie mieszka i z nim trafi do Wilka.
Spacerował chwilę. Pierwsze promienie Słońca delikatnie muskały szczyty drzew. Wiatr powoli przeganiał noc. Tom wyszedł na większy plac, z którego można było dostać się na trybunę amfiteatru. Przymrużył oczy i dostrzegł na jej szczycie Krisa i jakąś dziewczynę. Ruszył w stronę schodów i zaczynał rozumieć pojedyncze słowa, krystalicznie czyste powietrze doskonale nosiło dźwięki.
- Nie możesz tam iść. - To mówił Kris, który nie zauważył Toma, choć ten wszedł już na pierwszy z wielu długich stopni. Kobieta stojąca obok niego, też go nie spostrzegła.
- Czuję, że coś mnie ciągnie w tamtą stronę. - Kobieta miała przyjemny głos. Tom starał się jej lepiej przyjrzeć, ale było to trudne, gdyż wzrok wciąż nie działał tak jak powinien. Najprawdopodobniej zatrzymał się jeszcze na etapie trzeźwienia.
- A ja wiem, że tam jest coś złego i nie wolno ci tam iść! - Kris uniósł głos.
- Dlaczego? - W głosie kobiety dało się wyczuć zniecierpliwienie i pewną rozpacz.
- Jeśli tam pójdziesz to stanie ci się coś złego, a tego bym nie chciał. - Kris podsunął się do dziewczyny. Tom na chwilę zatrzymał się, zmęczony tak olbrzymim wysiłkiem, położył dłoń na betonowym murku. - Już od dawna chciałem ci to powiedzieć. - Aniu, ja... - Gdy Tom zrobił krok, wdepnął w potłuczone szkło. Ściągnęło to uwagę Krisa, który odwrócił się w jego stronę.
- Cześć Kris. - Wybełkotał Tom, próbując zapanować nad lekko zdrętwiałym językiem.
- Bry. - Odparł Kris. - To jest Tom. - Wskazał na Toma.
- Ania. - Dziewczyna się przedstawiła.
- Miło mi. - Tom miał coraz większą kontrolę nad językiem, ale mimo to lekko się jąkał. - Kris? Wiesz może gdzie mieszka Wilku?
- To jest jego siostra. - Tom spojrzał jeszcze raz na Annę. - A po co ci to wiedzieć?
- Chyba zostawiłem u niego moje rzeczy... - Tom starał się zebrać zdania w jakiś logiczny ciąg.
- Tu w Ligocie?
- Tia. - Toma męczyła już ta rozmowa, była zbyt długa i zbyt skomplikowana, by mógł ją kontynuować dalej stojąc. Usiadł na murku i podparł się rękami.
- Teraz i tak tam nie wejdziesz. - Uciął krótko Kris.
- Czemu? - Zdziwił się Tom.
- Wszędzie jest pełno policji i wojska.
- Czemu? - Tom działał jak zacięta płyta.
- Bo zbierają kosmitów, przynajmniej to co z nich zostało.
Wyraz twarzy Toma był co najmniej dziwny, a wręcz ironiczny. Dolna szczęka przesunęła się nieco na bok, w kąciku ust zebrała się ślina.
- Kris... Gdybym nie był na potężnym kacu, to pomyślałbym sobie, że właśnie powiedziałeś, że tam są kosmici. - Tom powiedział to jednym ciągiem.
- Byli. To nie jest teraz ważne. Zgłoś się do mnie później. - Kris odwrócił się do Anny. - Chodźmy stąd. - Ona odpowiedziała mu skinięciem głowy.
Tom w ciszy patrzył jak odchodzą. Zachowanie Krisa było tak skrajnie dziwne że można było powiedzieć, że jest dziwnie dziwne. Tom znał Krisa od wielu lat i jeszcze nigdy nie widział, by ten zachowywał się w ten sposób. W końcu zdecydował się iść za nimi.
Trzymał się kilkadziesiąt metrów z tyłu, tak by go nie zauważyli. Z tej odległości, w jakiej za nimi szedł, wydawało mu się, że przez moment silnie się spierali, ale w pewnym momencie Kris kiwnął ramionami i przestali. Zatrzymali się przy wejściu do lasu, a Tom schował się by móc słuchać. Gdy wytężył słuch udało mu się zrozumieć o czym mówili.
- Co chciałeś mi powiedzieć? - Spytała Anna. Tom widział jak Kris się jej przygląda. Głęboko wpatruje się w jej oczy.
- Jak przeżyjemy dzisiejszy dzień to ci powiem. - Stwierdził i wszedł w głąb kniei, ona podążyła za nim.
Przez jakiś czas szli pewnie utartymi ścieżkami. Słońce zmusiło drzewa do skrócenia ich cienia. Tom ciągle utrzymywał dystans, lecz przez to w pewnej chwili ich zgubił. Podszedł bliżej do miejsca w którym widział ich ostatni raz i zaczął się rozglądać. Usłyszał dwa strzały zza gęstej warstwy drzew i ruszył w tamtym kierunku.
Gdy przecisnął się przez bardzo gęsto zalesiony kawałek lasu, znalazł się na niezwykłej polanie.
Ziemia była pokryta była brązowo-zieloną warstwą, na którą składały się zmiażdżone drzewa i ich igły. Cały teren był otoczony czymś co przypominało ścianę z drzew a na środku stała dziwna konstrukcja. Dwa drzewa zrosły się gałęziami, mniej więcej na wysokości dwóch metrów, tworząc łuk, zupełnie jakby w jakimś kościele. Wnętrze tego łuku wypełniała niezwykła przestrzeń. Nie dało się uchwycić jej koloru, ale patrząc na nią dłużej oczy zaczynały łzawić. Światło, które przez nią przechodziło, nieco się zakrzywiało.
Całe otoczenie pulsowało wraz z drganiami powierzchni.
Parę metrów od tego dziwnego przejścia stał Kris trzymając w rękach coś, co przypominało broń z taniego hollywoodzkiego filmu o kosmitach, tyle że było realistyczne. Tom zaczął się przyglądać temu, co trzymał Kris i ku swojemu zdziwieniu zauważył że to coś zaczęło się wydłużać.
Tom lekko cofnął się za drzewa, niemal przeczuwając co się stanie.
Powietrze zgęstniało. Po lesie rozszedł się dźwięk podobny do rozkręcającego się miniguna. Kris krzyknął coś niezrozumiałego i zaczął strzelać przez łuk.
Pociski znikały gdzieś w powietrzu nie przelatując dalej.
Z każdą sekundą Tom szerzej otwierał usta.
Po chwili Kris przestał strzelać. Anna stanęła obok niego i uniosła ręce w górę.
Tom podążył za jej wzrokiem i zauważył bladosrebrną tarczę księżyca dokładnie nad łukiem.
Powietrze rozciął błysk.
Wydarzenia toczyły się w zwolnionym tempie, lecz Tom widział wszystko nadwyraz dokładnie. Jego zmysły zaczęły szaleć, doładowane tajemniczą siłą płynącą od Kris i Anny, ale wciąż nad nimi panował, robił to lepiej niż kiedykolwiek.
Srebrny strumień światła uderzył w Annę i zmienił swój bieg, odbity jakby przez lustro, zniknął w otchłani łuku.
Promień zniknął a przestrzeń w łuku zaczęła wirować i łamać zasady wszelakiej nauki.
Teraz wydarzenia jeszcze bardziej zwolniły. Tom skierował wzrok na Krisa. Ten spojrzał na Annę i się uśmiechnął, cofnął ręce do tyłu, po czym wyrzucił je w jej stronę.
Łuk eksplodował.
Minęło kilkanaście minut nim Tom doszedł do siebie.
Polana była wypalona a po łuku nie było ani śladu, gdzieniegdzie małe kawałki drewna wygaszały się.
W końcu wzrok Toma spoczął na nieco okopconej dziewczynie. Leżała oparta o drzewo po drugiej stronie polany, zaraz za końcem wypalonego drewna. Idąc w jej stronę bezskutecznie szukał Krisa, wołając go co chwilę.
Pomógł jej wstać. Strząsnęła z siebie popiół i przetarła twarz.
- Nic ci nie jest? - Spytał bez ogródek.
- Nie... - Odpowiedziała nieśmiale rozglądając się po okolicy.
- Gdzie jest Kris? - Przed oczami pojawiły mu się obrazy z przed momentu.
- On... Nie żyje... - Anna oparła się o ramię Toma i zaczęła płakać.


V - Wibracje
Planetą Ragsh wstrząsnęła potężna eksplozja. Portal ściągał do siebie olbrzymią energię, wytwarzaną przez wszystko, co żyje. W świecie musiała panować równowaga, więc gdy portal wyrównywał wahnięcia mocy, spowodowane przez czynności wykonane na Ziemi, przez moment otwarły się wszystkie portale, wpompowując w Ragsh energię.
Wiele istnień się wyczerpało.
Ragsh znów było prawie puste.




Data:

 2004-06-01

Podpis:

 Lord_Raziel

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=7130

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl