|
|||||||||
|
Pogrzebany (© by Boru) |
|||||||||
|
|||||||||
| POGRZEBANY PROLOG Świat jest właśnie taki a nie inny. Prawa, jakimi się rządzi, można uznać za bezduszne, ale dla mnie jest to jak w tym ludowym prawidle: sposób patrzenia zależy od miejsca dupy siedzenia. Weźmy stolicę i rozpuszczoną dzieciarnię kasiastych starych. Owszem, imprezy dzianych nastolatków nie świecą zapewne przykładem; jest na nich alkohol, są fajki, dragi, a po nich seks. Czasem ktoś komuś coś gwizdnie albo da po mordzie. Są bluzgi, leje się krew, ale na złamanym nosie zazwyczaj się kończy. I nawet, choć to już dzieje się bardzo rzadko, jeden lub kilku zadymiarzy trafia na dołek. Wychodzą po kilkudziesięciu godzinach i obiecują poprawę. Nie byliśmy sobą, to alkohol i amfa – tłumaczą zdruzgotanym rodzicom, którzy nagle przecierają oczy ze zdumienia, że ich dziecko w ogóle jest takie. Przecież niczego mu nie brakuje, dostaje co chce, ma nawet opiekunkę do stałej dyspozycji – powtarzają jak mantrę podobne, zupełnie bzdurne wytłumaczenia. Tacy rodzice naprawdę wierzą, że dziecko jest jak maszyna – wystarczy, żeby miało olej (jedzenie i picie) i zasilanie (kasa), a będzie chodzić jak szwajcarski tachometr. Za nic nie zdają sobie oni sprawy, że wykończeni bezcelowym biegiem w wyścigu szczurów nie wychowują swojego dzieciaka, lecz go jedynie hodują. Hodowany gekon też prędzej czy później przeżuje siateczkę ograniczającą terrarium od góry i wyjdzie po szybie na wolność. Oczywiście zdechnie na niej po kilku pierwszych godzinach bez ciepła lampy UV... Są też imprezy na popegeerowskiej prowincji. Te wyglądają zupełnie inaczej – są inne na tyle, że wybieram zabawę miastowych. Na wiejskie potańcówki przestałem chodzić już jakiś czas temu. Pijane, czerwone ryje usadowione na napuchniętych karkach, mętny wzrok niemal fizycznie obmacujący chude tyłki małolat. Mini więcej pokazują niż zakrywają, aż w końcu prędzej czy później – najczęściej prędzej – każdą parę pośladków odnajdują obleśne dłonie. Stwardniałe, takie prosto od pługa oderwane, wciąż jeszcze pokryte szarym pyłem od przerzucanych kartofli. Sztachety przydrożnych płotów trzęsą się, jakby ni stąd ni zowąd naszą szerokość geograficzną nawiedziło japońskie trzęsienie ziemi. Gówniary piszczą ze szczęścia (albo z bólu), nabrzmiałe od hektolitrów taniego wina gnojki dyszą i sapią nad nimi niczym lokomotywa z wiersza dla dzieci. Chude nogi dziewcząt przypominają procę – rozłożone na boki zdają się szumieć jak drzewa na wietrze. Starzy przewijają się przy tym wszystkim, ale zupełnie nie reagują – może mózg i jego ośrodki znajdują się u nich w wątrobie, a ta – co oczywiste – nie ma prawa sprawnie działać. Starzy nie reagują, bo mają swoje problemy na głowie: stara tłucze starego za pijaństwo, ten odpłaca jej regularnymi gwałtami, córka lub syn przyglądają i przysłuchują się dantejskim scenom bez cienia emocji. Świat toczy się dalej. Na wsi, o której mówię, nie doświadczyłem jeszcze imprezy bez krwawego finału. Ubrani w eleganckie dresy kolesie nie wytrzymują ciśnienia i wpadają w trans zabijania. Moim zdaniem traktują to jak obrzęd. Rytuał, bez jakiego wiejska hulanka nie może się odbyć. Mordobicie jest jak choroba: rozpoczyna się w jednym miejscu od kilka zainfekowanych komórek. Jednak ich grawitacja zdaje się mieć wręcz magiczne właściwości – infekcja atakuje pozostałe komórki, a te wpadają w szał napadania kolejnych. Słabe, śmierdzące kwaśnym potem i takim samym winem zarzewie konfliktu rozpala się na kształt niewinnego, małego płomienia w składzie dynamitu. Wybuch zostawia wielu rannych, choć zdarzyło się, że na placu boju pozostało martwe ścierwo. Nie uwierzycie mi, ale w mojej gminie od początku roku zginęło w podobnych awanturach dwóch nastolatków. I jedna siedemnastka. Dawała bez gadania, ale nie zgodziła się na użycie języka i ust w innym celu niż artykułowanie słów lub westchnień. Jej napakowany kompan nie zwykł najwyraźniej słuchać sprzeciwów, więc wepchnął potylicę dziewczyny między sztachety i skończył tak, jak miał ochotę. Trzymał ją za szyję, usta, rzecz jasna, miała zapchane i doszło do uduszenia. Teraz najlepsze. Słyszeliście o którymkolwiek z tych zdarzeń w wiadomościach? Pewnie, że nie. W ogóle – znów mogę się założyć – nie macie pojęcia o skali zabójstw w naszym państewku. Zróbcie tak: podłapcie jakiś kontakt na najbliższej wam komendzie. I zapytajcie szczerze, ile zabójstw mają w aktach. Daję kolejną stówę na waszego zeta, że będzie tego dwadzieścia razy więcej niż się spodziewaliście. I to tylko na waszym podwórku. A są przecież inne miasta, większe i mniejsze, są miasteczka, wsie, wioseczki i zabite dechami dziury – szlag mnie trafia gdy pomyślę, że właśnie w czymś takim przyszło mi się wychowywać. Naprawdę, w telewizorze słyszycie o morderstwach medialnych, a nie pospolitych, czyli najzupełniej nieciekawych. W gazetach jest za mało stron, by obok reklam upakować coś poza horoskopem. Radio? Powtórka TV, tylko bez obrazu. Jest internet, czyli przedruki z prasy i zajawki z telewizji. Tak, tak, ludzie giną masowo, ale wy o tym nie wiecie. I dobrze, po co psuć sobie przedni nastrój. Do Klewek – tak umownie nazwijmy mazurską wieś zamieszkaną przez około osiemdziesiąt osób, w tym nas – trafiłem z rodziną, jak miałem pięć lat. Ojciec odziedziczył po swojej babce przeszło sześćdziesiąt hektarów ziemi, z czego ponad czterdzieści nadawało się pod uprawy. Trafiła nam się również spora sumka pieniędzy, jakie odkładała przez lata do skarpety. Za pieniądze postawiliśmy nowy dom w miejsce rozpadającej się chaty, która stała jeszcze przed pierwszą wojną. Ojciec posiał zboże, oczywiście z pominięciem sporego jeziora znajdującego się przy samym końcu odziedziczonego terenu. Jezioro było wspaniałym tworem przyrody; wiele tysięcy lat temu przesuwający się lodowiec wyrzeźbił łagodne, pagórkowate wzniesienia, pomiędzy którymi przycupnęły naturalne zagłębienia zbierające wodę z płynących niedaleko rzek. Na Mazurach jezioro nie jest niczym wyróżniającym się, ale własne to już coś... Upływające lata pozwoliły zarobić naszej rodzinie na uprawach, a ja nie mogłem narzekać, bo kieszonkowe dostawałem sowite, poza tym rodzice nie pozwolili upodlić się panującym dookoła warunkom: tata zawoził mnie codziennie do oddalonej o trzynaście kilometrów szkoły podstawowej, potem do gimnazjum mieszczącego się w tym samym budynku. Do liceum dojeżdżałem już samemu na... rowerze. Aż do czasu, gdy ojciec kupił mi golfa dwójkę i po otrzymaniu prawka woziłem się jak jakiś prezes – chociaż prezesi zazwyczaj mają szofera. Matka za to cierpliwie odrabiała ze mną prace domowe. Wszyscy z nas wiedzieli, że wybór wiochy nie był trafiony. Nadrabialiśmy dobrą miną do złej gry. Staraliśmy się żyć jak w miarę normalna rodzina. W szkole poznałem dzieciaków, którzy wyrośli na bohaterów mojej opowieści o folklorze zabaw na prowincji. Oczywiście z wieloma z nich trzymałem sztamę, bo inaczej gnoiliby mnie przy każdej okazji. To ich właśnie miałem na myśli mówiąc, że świat jest taki a nie inny. Od najmłodszych lat byli zakapiorami, ponieważ wiedzieli, że skończą jak życiowi nieudacznicy. Czas niewinnej – przynajmniej w teorii – młodości chcieli więc wykorzystać możliwie najlepiej. W ich pojęciowości oznaczało to ni mniej ni więcej jak dochodzenie do wszystkiego biciem, kradzieżą i zastraszaniem. Wzorce czerpali z domu, codziennie stykając się z przemocą w rodzinie. Powiedzenie, że patologia rodzi patologię, było tu jak najbardziej na miejscu. Błędne koło napędzane biedą, brakiem autorytetów, tanim alkoholem. Z drugiej strony wszystko spina według mnie jedna klamra – brak perspektyw. Umowne Klewki, tak jak i te prawdziwe i setki im podobnych, to dziura w czasie i przestrzeni – czarny lej, straszący przejezdnych (bo o przyjezdnych, poza nielicznymi wyjątkami, jak chociażby moja rodzina, nie mogło być mowy) zaniedbanymi gospodarstwami z cuchnącymi oborami i chlewami, jak również, co może zdawać się nie do pomyślenia, nieopróżnianymi od lat szambami, których smród już nawet nie brzydzi – on się po prostu w naturalny sposób komponuje z wyglądem otoczenia – smród jest jak brakujące talerze w filharmonii, gdy widzowie (słuchacze?) wyczekują spektakularnego uderzenia wieńczącego przydługą operę. Folklor w Klewkach to również on. Mój przyjaciel, alter ego, wróg, nauczyciel, uczeń... Boję się pomyśleć, jak bardzo wzajemnie wpływamy na własne życie. Coś w tym jest, że podobne z wyglądu osoby ciągną do siebie. Obaj jesteśmy wysocy i szczupli (przerosłem go o dwa centymetry, to jednak on waży trzy kilogramy więcej, które ewidentnie hoduje w silniejszych od moich bicepsach) i, z czego wielu się śmiało, ma tak samo krzywe nogi jak ja. Dowcipnisie mówią, że to zaszczyt spędzić trzydzieści lat w siodle i ja śmieję się razem z nimi. On leje ich natomiast po mordzie, aż odpływają w błogi stan omdlenia, dzięki czemu przestają odczuwać ból, a on wreszcie się opanowuje. Dlatego wielu się śmiało w przeszłości, dzisiaj jakoś już nikt nie zwraca uwagi na nasze patykowate nogi. Jego imię wywołuje we mnie śmiech, na który pozwalam sobie oczywiście w jego nieobecności. Maurycy. Ledwie rok ode mnie starszy, Maurycy przygarnął mnie już dawno i wychowywał jak młodszego brata. Czerpałem z tego pełnymi garściami: w liceum nie mam problemów ze starszyzną, bo dobrze wiedzą, że woźny Maurycego w drzwiach nie zatrzyma. O imprezach, o których opowiedziałem, wiem dużo, bo na wielu z nich byłem – zawsze jednak w obstawie „starszego brachola” i dzięki temu nie uległ zmianie inwentarz mojego uzębienia ani nie figuruję na wywieszonej na cmentarnym płocie czarno-białej klepsydrze. Wady tej znajomości? Ileż to razy Maurycego nosiło, że zamiast łazić z nim po okolicznych wiochach i ściągać haracze, uczęszczam z przeklętą przez niego regularnością na lekcje, a po nich wracam do domu, by odrabiać prace domowe. Gdybym nie był jego „ziomalem”, zapewne już dawno moja cała twarz doświadczyłaby zabiegów upiększających w gabinecie o nazwie „Poznaj Moją Pięść, Kujonie”. A tak... I Nie ma sposobu, by się na to przygotować. Rzeczywistość przerasta twoje najśmielsze oczekiwania i najczarniejsze wizje. Starasz się myśleć racjonalnie, uspokoić skołatane nerwy, rozdygotane ciało. Mówienie do siebie nie pomaga, wspominanie pozytywnych przeżyć nie przynosi pożądanego efektu. Do głowy przychodzą ci tysiące powodów, które oznaczają twój koniec. Naprawdę, jest gorzej niż przypuszczałem. Zdaję sobie sprawę, że tylko głupiec mógł mieć nadzieję, że nie zawładnie mną przejmujący, wręcz instynktowny strach. Idę o zakład, że nie znajdzie się na świecie nikt, kto by chciał coś takiego powtórzyć. Ten jeden raz na pewno będzie ostatnim. O ile w ogóle przeżyję, następnym razem prędzej podetnę sobie żyły niż dam się złożyć do grobu. W takiej sytuacji na wszystko patrzysz z innej perspektywy. W każdym elemencie otaczającej cię czarnej, cuchnącej rzeczywistości dostrzegasz zagrożenie. Rurka doprowadzająca powietrze przestaje oznaczać jedynie ratunek; postrzegasz ją niczym szczwany podstęp – przecież wdychając powietrze wydycham dwutlenek węgla, a co jeśli zbiera się on w trumnie, a przez to wypycha tlen tak cudownie pachnący wiatrem? Szlag mnie trafia, że proste procesy fizyczne rozmyły się zupełnie w mojej pamięci i tak dokuczliwie frapuje mnie kwestia pieprzonej rurki. Dlaczego nie ma dwóch rurek zapewniających cyrkulację? Jak można było o tym nie pomyśleć! Jedna rurka stanowi cienką linię pomiędzy życiem a śmiercią. Najgorsza z możliwych polis. Przy zakopywaniu trumny rurkę mogła przytkać wilgotna ziemia. Czy starczy mi sił w płucach, by ją przedmuchać? Irracjonalny strach czyni dalsze spustoszenie w mojej psychice i organizmie. Wiem, że powieki rozwieram do granic możliwości, maksymalnie rozszerzone źrenice łakną światła jak ryba wody. Zanoszę się gardłowym śmiechem; przecież nawet jeśli w trumnie byłoby jasno niczym za dnia, to i tak zawiązany na głowie czarny płócienny worek nie przepuściłby nawet pojedynczego fotonu. Chociaż być może widziałbym poświatę; w końcu w tkaninie wyciąłem mały otwór na usta. Walczę z przemożoną chęcią zerwania pachnącego lawendą worka. Tak, właśnie że pachnie lawendą! Z drugiej strony może to być zapach czegokolwiek, co nie jest deskami lub ziemią i już sam ten fakt czyni zapach tak ekstatycznie odmiennym, po prostu wspaniałym. Nie zrywam jeszcze specyficznej kominiarki. Jeszcze nie teraz, powtarzam sobie, nie mogę i tyle. Muszę wytrwać, muszę przestać myśleć tak pesymistycznie! Bodaj po raz setny naciskam z całych sił na wieko trumny, ale to nawet nie drgnie. Mięśnie dygoczą mi spazmatycznie, skwaszone produktami przemian beztlenowych. Zimny pot milionem pojedynczych strużek drażni każdy najmniejszy skrawek mojego ciała. I mimo, że pocę się jak wieprz, trzęsę się jednocześnie z zimna. Nie mam bladego pojęcia, jaka panuje tu temperatura, ale jestem w stanie uwierzyć, iż w jakiś fantastyczny sposób znalazłem się w środku lodowca na biegunie południowym. Tak, jestem w stanie uwierzyć we wszystko – nawet w to, że plan wziął w łeb i chłopaki mnie wystawili. Staram się wrócić pamięcią do tych krytycznych chwil przed nałożeniem na głowę worka, przed bolesnym wrzuceniem do trumny. Ciemność bezgwiezdnej nocy rozświetlały jedynie snopy światła dobywające się z zabranych ze sobą latarek. Dzięki nim dobrze widziałem twarze osób dookoła; czy w którejś z nich zauważyłem fałsz, podstęp, czy usta któregoś z chłopaków składały się w chytry uśmieszek, gdy naciągali mi worek? Tak jak mówiłem – będąc przeszło metr pod ziemią wszystko wydaje się inne. Jeśli pojawiają się podejrzenia, to groza miejsca je wyolbrzymia. Jestem w stanie uwierzyć, że nikt mnie nie odkopie. Że doczekam tu końca swojego niedługiego życia. Zabije mnie zimno, pragnienie i głód. W takiej lub innej kolejności. To akurat nie ma znaczenia, liczy się tragiczny efekt. Nie wytrzymuję napięcia i drę się wniebogłosy. Odbijany od ścian klaustrofobicznej celi wrzask dudni z siłą bolesną dla mych bębenków. Nie przestaję jednak krzyczeć, muszą mnie usłyszeć! Racjonalność... tej nie mam już za grosz. Sosnowe deski, przeszło metr zimnej, mokrej, miękkiej, świetnie tłumiącej wszelkie dźwięki ziemi. I pieprzona rurka. Śmiechu warte, na pewno mnie nikt nie słyszy. A nawet jeśli... Przestaję wrzeszczeć, gdyż trawiony nasilającą się gorączką umysł przywodzi na myśl wszystkie tandetne horrory, jakie kiedykolwiek oglądałem. Mój krzyk brzmi dla mnie jak charczenie powstającego z grobu zombie – paskudnego, obgryzionego do kości, człekopodobnego potwora odzianego w porozrywane strzępy eleganckiego kiedyś garnituru. Nie chcę być jak zombie. Zamykam się i na krótką chwilę opanowuję drżenie. Zaciskam usta w cienką kreskę, bym choć przez moment nie słyszał szczękania zębów. Cisza. Nie taka, jaką usłyszycie z dala od cywilizacji, gdzieś na środku pola, daleko nawet od drzew, których korony mogłyby szumieć targane wiatrem. Cisza inna niż wszystkie, ale niekompletna. Walące ze zdwojoną prędkością serce omal nie wyskakuje mi z piersi. Wyładowania elektryczne układu nerwowego są słyszalne podprogowo, uszy odbierają je jak przeciągły, niemający swego źródła pisk o natężeniu znajdującym się poza możliwościami słuchowymi człowieka. Mimo wstrzymanego oddechu słyszę bulgocące w gardle, przełyku i płucach powietrze. Poza tym słyszę strach, słyszę grozę. Pogrzebany żywcem, doznaję nieznanych mi dotąd wrażeń. Straciłem rachubę czasu. Adrenalina najwyraźniej nie odnajduje źródła, gdzie mogłaby się ponownie naładować. Stres i pocenie pozbyło mnie wszelkich kalorii, przez co jestem śmiertelnie głodny. Niewłaściwe określenie biorąc pod uwagę moje położenie, ale nie znajduję lepszego na opisanie kłującego ssania w żołądku. Czy zacznę jeść samego siebie? Przed nieprzenikliwie czarną kotarę spojrzenia wychodzi obraz, na którym widzę się obgryzającego mięso z palców u dłoni. I znów, przerażony rozważaniami, jakich w ogóle nie powinienem dopuścić do głosu, wydzieram się na całe gardło. Kręcąc się tak z boku na bok, poczułem przedmiot w kieszeni spodni. Z tego wszystkiego prawie o nim zapomniałem. Wsuwam rękę w kieszeń i przez cienką skórkę rękawiczki dotykam lodowatego metalu. Gładzę lufę, bardzo delikatnie, dwoma palcami przeciągam w górę i w dół po cynglu. Spluwa mnie przeraża – jak cała reszta. Nie wiem, co będzie dalej. Chociaż niby wiem, ale z każdą chwilą świruję coraz bardziej i muszę bronić się przed kolejnym zagrożeniem. Żeby tylko nie przyszło mi do głowy sobie w nią strzelić. Nie uwierzycie – w tamtej chwili najbardziej bałem się huku, jaki wystrzał spowoduje w ciasnym wnętrzu drewnianej skrzyni. Nie myślałem o krwi, o rozlanym płynie rdzeniowym, o galaretowatej, białej tkance drgającej w totalnych ciemnościach. Nie rozważałem bólu, którego przecież bym nawet nie poczuł. Panicznie bałem się huku, metalicznego echa wprawiającego w wibrację każdą cząstkę mego ciała. Może dlatego wyjąłem dłoń z kieszeni. Nadchodzi moment, przed którym nie zamierzam się bronić. Bezradny, poddaję się bezsilności. Senność ogłusza mnie szybciej niż kiedykolwiek. Chcę zasnąć od razu, natychmiast. Być może zamknąłem oczy, a może gałki oczne wciąż podskakują w obłąkańczym tańcu na cześć upragnionego światła, którego po prostu w tym miejscu nie ma. Z opuszczonymi powiekami lub nie, wtulam się w ciepłe objęcie Morfeusza. Metr pod ziemią, w zabitej gwoździami trumnie leżę w nie swoim ubraniu, z głową ukrytą w płóciennej torbie. Świat, jaki znałem, przestaje dla mnie istnieć. Lawenda miesza się ze zgniłym torfem, na to nakłada się wspomnienie tartaku, który zawsze i wszędzie pachnie tak samo. Pogrzebany za życia, tracę nadzieję na cokolwiek. Jeszcze tylko pytanie, czy jego też zakopano żywcem. Na pewno nie, bo i po co. Niepotrzebnie sobie o nim przypomniałem, bo teraz do galerii lęków doszło przekonanie, że za chwilę usłyszę pukanie w trumnę. Będzie chciał wleźć i mnie pożreć. W końcu był tak blisko, leżał dokładnie w tym samym miejscu... Absurd! Tracę świadomość. Zmartwychwstania nie będzie. A tak... Ach, ten Maurycy. Z nim źle, ale bez niego gorzej. O wszystkim cała wieś (i siedem okolicznych, w których Maurycy często bawił i inkasował pieniążki) dowiedziała się... Nie uwierzycie! Świat jest właśnie taki a nie inny, pozwolę sobie powtórzyć własne słowa. We wsi komputer mam ja, Chlebowscy mieszkający pięć domów dalej, no i Maurycy. We trzy rodziny już jakieś cztery lata temu dostąpiliśmy cudu internetu! Coby o narodowym operatorze telefonicznym nie mówić to trzeba przyznać, że prywaciarze bodaj i za tysiąc lat na takie Klewki nawet nie spojrzą. A tak, wolny, bo wolny, ale internet mamy. Po co on Chlebowskim, spytacie? Stary Chlebowski to jakiś inżynier rolnictwa z czasów, gdy najszybszym komputerem była Enigma. Na starość poczuł w sobie ducha młodości i, zapewne dla ucieczki od konieczności rozmów z żoną, zaszywał się podobno na poddaszu i zgłębiał tajniki najpierw samego komputera, a potem filozofii okien i przeglądarek. Odnajdywał spośród setek stron rysunki wałków, przekładni, silników i multum innych rzeczy, jakie niezainteresowanych wprowadzą w prawdziwie relaksacyjny, głęboki sen. Maurycy dostąpił owego cudu z zazdrości – ledwie tydzień po mnie i on miał komputer z modemem neostrady na biurku. Uczył się pilnie, swoimi pojmowaniem niuansów nowej dla niego technologii przyprawiając mnie czasem o pusty śmiech. Jak na przykład wtedy, gdy powiedziałem: „a teraz zamknij okno”. Maurycy wstał i... zamknął okno. Wieś dowiedziała się więc o zbrodni z internetu. Zaczęło się od małego Maćka, syna Pietrasów. Na zajęciach z informatyki odpalił ulubione YouTube i wpisywał słowa związane z naszą przeuroczą mieściną. Po kilku próbach portal wyrzucił film, który ewidentnie nie powinien być oglądany przez ucznia ostatniej klasy gimnazjum. Zatytułowany „Krwawa zbrodnia w Klewkach” przedstawiał ostatnie chwile Maurycego. Scena nagrana telefonem komórkowym miała słabą jakość i trwała niecałe piętnaście minut, ale wyraźnie pokazywała, jaki los spotkał jej bohatera. Były zakapturzone postacie, było okładanie pięściami i nogami prowadzonego człowieka, w końcu było ujęcie przyprawiające oglądających o ciarki na plecach. Moja matka, gdy patrzyliśmy po raz pierwszy na ekran kompa u nas w domu (mimo, że zapraszaliśmy ciekawskich na raty, w każdej rundzie internetowego show otaczał nas wianuszek upleciony z tuzina sąsiadów) popłakała się i zakryła mokre oczy, nie oglądając filmu dalej. W ciemnym i niewyraźnym kadrze pojawiła się bowiem drewniana skrzynia, co do przeznaczenia której nie można było mieć wątpliwości. Obok niej widniał wykopany dół, w kształcie pozwalającym na idealne wpuszczenie skrzyni w jego czeluście. Zamaskowani oprawcy jeszcze kilka razy zdzielili słaniającego się na nogach mężczyznę i wepchnęli go do skrzyni. Na głowie naciągnięto mu worek, ręce w czarnych rękawiczkach miał związane na plecach, więc runął bezwładnie. Widząc to, odruchowo syknąłem z bólu i roztarłem sobie prawy bok. Scena naprawdę porażała realizmem. Potem skrzynię nakryto wiekiem i dwóch bandziorów zbiło je razem, tłukąc gwoździe dobre trzy minuty. Gdy skończyli, chwycili końce taśm przeciągniętych pod skrzynią i z niemałym trudem przesunęli ją na sam skraj dołu, w którym z głuchym tąpnięciem w końcu wylądowała. W tym czasie wyraźnie dało się słyszeć odgłos kopania w drewnianą konstrukcję i przytłumiony wrzask ofiary. A potem nastał dźwięk jeszcze gorszy i tym razem ja również zakryłem oczy i uszy – po prostu nie mogłem tego oglądać ani słuchać. Dwie łopaty sprawnie wrzucały ziemię do dołu, a ta grała na drewnianym wieku niczym afrykański szaman na dźwięcznych tam-tamach. Przerażające! Prowizoryczny grób zasypano, mroczni grabarze nie omieszkali po nim poskakać, dokładniej ubijając pulchną ziemię. Skończyli i tą wdzięczną czynność, po czym jeden z nich zbliżył się do obiektywu telefonu trzymanego przez trzecią osobę. Czarna kominiarka czyniła jego głowę komicznie obłą, z otworów na oczy wychynęły przekrwione ślipia. Zabrakło tylko, by zabłysły one czerwonym płomieniem, a z ust wylazły wilcze kły. Nic takiego na szczęście się nie stało. Zamaskowana postać powiedziała: - Zrobione, szefie. Po tej kwestii nastąpiły salwy obłąkańczego rechotu; osoba będąca „operatorem” zanosiła się takim śmiechem, że obraz skakał jak opętany. W końcu „operator” musiał zdać sobie sprawę, że show powoli dobiega końca, bowiem na pożegnanie dodał coś od siebie: - Żegnaj, Maurycy. Ty chuju złamany! Nagranie dobiegło końca, YouTube zaproponowało „replay” lub „share”, ale nikt z nas nie odważył się na powtórkę. Poza moją mamą tylko ja trzęsłem się jak galareta. Sąsiedzi stali nade mną, jakby nie bardzo rozumieli, co właśnie zobaczyli. Okazało się jednak, że błędnie ich oceniłem; mimo, że YouTube było dla nich raz, że nie do wymówienia, dwa, że „po co to komu, skoro jest telewizor”, to oni najzwyczajniej w świecie wcale się nie smucili. Zobaczyli pochówek żywego Maurycego. Chuligana, a nawet – choć to przecież nie ta skala działania – wrednego gangstera terroryzującego okolicę. Oj nie, ludzie ci wcale nie zamierzali żałować „mojego starszego brata”. Ich oczy bardzo dobrze spełniły jedną z ról, jaką się im przypisuje – bram duszy. Bramy rozpostarły się na oścież i wylała się przez nie niepowstrzymana, napierająca fala. Fala szczerej radości zwieńczona spienioną grzywą niewysłowionej ulgi. II Na środku jeziorka mamy wyspę. Traktuję to jako jeden z nielicznych pozytywów wiejskiego życia. Bo w końcu ilu z was może pochwalić się własną wyspą? Niby nic wielkiego: piętnaście na dwadzieścia metrów, porośnięta chwastami i kilkunastoma brzozami. Jest nawet jedna wierzba: rozłożysta, taka prawdziwie płacząca. Wiele razy płynąłem na wysepkę tylko po to, by posiedzieć pod wierzbą, kontemplować życie lub poczytać książkę. Może gdybym się zakochał, wziąłbym na wyspę moją oblubienicę. Może... Niełatwo z kilkudziesięciu wiejskich dziewczyn wybrać tą jedyną. Jeśli nawet trafi się jakaś całkiem niebrzydka, trudno podejrzewać, by nie gościła na płocie pod którąś z remiz. A wtedy napawa mnie to już obrzydzeniem i moja wierzba zdaje się być takich odwiedzin po prostu niegodna. Maurycy zgłupiał na punkcie wyspy. Nie uwierzycie, ale ten osiłek czytywał książki! Skąd dorwał okultystyczne? Tego nie wiem, ale nie byłem w stanie wybić mu tego z głowy. Czego nie wyczytał w marnej kolekcji literatury (były tego tylko dwie chude książeczki), czerpał z internetu. Nie muszę dodawać, że o zakazie wpadania na – nomen omen – moją wyspę nie było mowy. „Starszy brat” nigdy mnie nie uderzył, ja jego zresztą też nie. Bo niby jak? Tak więc nie posiadałem środków perswazji, a powiedzenie o wszystkim ojcu lub matce stanowiłoby oczywisty akt donosicielstwa i zdrady. I wtedy, być może Maurycy zlałby w końcu „młodszego brata”. Populacja kotów w Klewkach gwałtownie malała. Po polach przestały również wałęsać się bezpańskie psy. Dobrze wiedziałem, co dzieje się z biednymi zwierzakami. Zwykłe, czyli rutynowe, jak zwykł mawiać Maurycy, obrzędy wyczyniał w okolicznych lasach. Najgorsze jest to, że kilkakrotnie musiałem płynąć z nim na tą cholerną wyspę. Namawiał mnie, że magia miejsca i wyczynianych przez niego rytuałów da mi siłę i ponadnaturalne zdolności. Ostatniego seansu, w jakim przyszło mi bezwolnie uczestniczyć, na pewno nie zapomnę. Będzie trzy lata, jak nie stałem na wysepce w towarzystwie Maurycego. Wtedy obiecałem sobie, że nie zrobię tego po raz kolejny. Jednak teraz Maurycy przekonywał mnie, że to już ostatni raz. Błagał (oczywiście na wyrost, bo zawsze miał w zanadrzu zwykłe, brutalne środki perswazji), prosił, nie odpuszczał przez wiele tygodni. W końcu, wbrew sobie zgodziłem się. Zaczęło się jak zwykle... Woda nie pluskała o brzeg wysepki. Fale nie miały źródła, gdzie mogłyby powstać. Jeśli nawet jakaś żaba wskoczyła z brzegu w czarną toń, to po pojedynczym dźwięku nie wybrzmiewało nic ponadto. Kanał zdawał się trwać nieruchomo, lecz woda cyrkulowała. Zawsze była czysta i nie śmierdziała stęchlizną. Od północnej strony, spod brzozowego lasku, kanał dostarczał deszczówkę zbieraną z pól oddalonych nawet o kilka kilometrów. Od południowej strony woda z jeziora powoli wypływała i kierowała się prostym jak strzała korytem aż do przepływającej za wsią rzeczki. Ta szukała większej siostry, tamta ciągnęła do kolejnej i tak aż do Bałtyku. Może to patetyczne, ale woda z naszego jeziora kończyła z odmętach morskich. Popłynęliśmy łódką przycumowaną do brzegu i to mnie oczywiście spotkał wątpliwy zaszczyt wiosłowania. Dochodziła druga w nocy i księżyc był jedynym świadkiem tej idiotycznej historii. Jego jakby ubawione odbicie taplało się w tafli wody, ledwie rozpraszając się falami kilwateru oraz tymi powodowanymi przez wiosła. Płynięcie łódki stanowiło jedyny moment, gdy maluczkie fale zatrzymywały się na brzegu wysepki, cicho na nim pluskając. Poza tym panowała wszędobylska cisza – nie, nie rozpraszało jej hukanie sowy, choć w tej scenerii nie byłoby to wcale dziwne. W małych koronach kilku brzózek żaden ptak najwyraźniej nie uwił sobie przytulnego gniazdka, więc skazany zostałem na towarzystwo jedynie Maurycego. Maurycy przygotował się do mającego nastąpić obrzędu w wyjątkowy sposób: z łódki wyrzucił w trawę kosę, strzałę, miecz i łopatę. - Skąd to, kurwa, wziąłeś? – spytałem. Dobrze wiedziałem, że w okolicy nie ma przecież sklepu z akcesoriami na bal przebierańców. Miecz co prawda nawet nie starał się aspirować do miana prawdziwego, czyli takiego, którym da się walczyć, ale ewidentnie nadawał się do zdzielenia kogoś przez głowę na tyle skutecznie, żeby delikwent więcej już nie wstał. I strzała – taką można kupić na dożynkowym jarmarku. Wygląda jak strzała, ale nie daję jej szans, by miała gdzieś polecieć, szczególnie, że zazwyczaj wystrzeliwana jest z równie marnego łuku. Jedynie kosa i łopata były prawdziwe – stare, zardzewiałe, ale jednak prawdziwe. - Wydłubałem z rupieci. Niezłe, co? – Zamachał mi przed oczami imitacją miecza, mijając mój nos ledwie kilka centymetrów. - Łeb mi utniesz, baranie! – powiedziałem, odchodząc na bok. – Po co ci to? - Śmierć nie przyjdzie, jeśli nie złożę jej darów – rzekł pewnym głosem. – Wiesz co wyczytałem ostatnio? Że śmierć wcale nie pragnie krwawych ofiar, że tak naprawdę potrzebuje swoich nieodłącznych atrybutów. Bo ona delektuje się, tak delektuje się – tutaj aż zamlaskał z podniecenia na dźwięk własnych słów – czynieniem zniszczenia własną ręką! Ot co, kurwa! Ściągnę śmierć, żeby pomściła mojego ojca. Czekałem, aż zrobi filmowe „ha ha”, ale nic takiego nie nastąpiło. - Chcesz ściągnąć śmierć, więc dajesz jej łopatę... Naprawdę super! - Oj, maj janger brader, tyś jest debil jak się patrzy. Do zaciukania to dostaje ona ode mnie miecz i łuk. Kosa to podobno do straszenia jest. Sam zresztą na pewno widziałeś obrazy, jak idzie kościotrup zakapturzony, a w ręku dźwiga kosę, no nie? W tym rzecz. A łopata to do kopania, się wie! Będziesz zresztą kopał za chwilę. Kopać na mojej wyspie? Co ten złamas sobie wyobraża? - Akurat! Zrozum, Maurycy, goszczę cię tutaj kiedy tylko masz na to ochotę, nawet mnie nie pytasz o zgodę. Ale przekopywać wysepki nie będziemy. Zniszczy się, woda ją zaleje. Wywołuj sobie zjawy jakoś inaczej. Maurycy nie zareagował w ogóle, a panująca ciemność nie pozwoliła mi spotkać jego spojrzenia. Milcząco poszedł na środek wysepki, taszcząc ze sobą metalowy „ekwipunek śmierci”. Ruszyłem za nim i zastanawiałem się, co zamierza zrobić. Rzucił graty na ziemię, usiadł pod najbliższą brzózką, opierając się o jej pień. Słyszałem, że grzebie w kieszeni koszuli i rozwija jakiś papier. Poczułem charakterystyczny smród liści marihuany i zobaczyłem płomień zapalniczki. Pojawił się nagle, jak światło odległej latarni, gdy jej wierzchołek wynurza się w końcu zza horyzontu. Przypalił skręconego dżointa, a pomarańczowa łuna i wypuszczony obłok szarego dymu zmieniły jego oblicze w krwawą twarz demona. - Kopiemy na zmianę – odezwał się po drugim machu. – Ty zaczynasz. Oczywiście, że wewnątrz aż się gotowałem. Wiedziałem jednak, że nie jestem w stanie się sprzeciwić. Mogłem pobiec do łódki, ale zanim zepchnąłbym ją na wodę, już dawno Maurycy chwyciłby mnie za grzbiet i nauczył posłuszeństwa. Rozpocząłem pracę. - Nie czuję, byśmy byli kumplami – rzekłem jedynie. – Traktujesz mnie jak niewolnika i masz w dupie moje uczucia. Nie chcę byśmy kopali na tej wysepce... - Traktuję cię jak młodszego brata – przerwał bez ceregieli. – Muszę czasem być szorstki. Wtedy, kiedy nie wiesz, co jest dla ciebie dobre, a co nie. Nie kazałbym ci kopać, gdybyś nie miał na tym skorzystać. - Jak niby, kurwa? Jak skorzystam na przekopaniu tego dziewiczego skrawka ziemi? Zaciągał się z lubością, głośno wdychając narkotyczny dym. Zdążyłem przerzucić dwadzieścia łopat ciężkiej ziemi, zanim łaskawie odparł: - To miejsce aż kipi magią. Czuję to, czuję demony kręcące się dookoła nas. Czekają, by nam poopowiadać swoją historię, by dać nam siłę do walki! Poza tym potrzebuję grobu… Co też marycha robi z mózgiem człowieka! Miałem dość tego pieprzenia, ale musiałem słuchać go, dać się mu wygadać. Maurycy, zaczynam cię nienawidzić, zdałem sobie sprawę, ocierając strużkę potu spływającą z czoła. Rzuciłem łopatę i przysiadłem naprzeciw upalonego dupka. - Twoja kolej – powiedziałem tylko. Maurycy, o dziwo!, wstał bez gadania i zabrał się do kopania. Przedtem wsadził mi szluga między palce. Niech tam! Wypalę to paskudztwo, to może chociaż przejdzie mi wkurwienie. Niczym amator, zakrztusiłem się pierwszym pociągnięciem, ale dalej szło mi już znacznie lepiej. Zwróciłem głowę ku niebu i zachciało mi się liczyć gwiazdy. Było ich tak dużo... Niektóre z nich świeciły tradycyjnie – na biało lub żółto, inne żarzyły się szkarłatnie, były i takie, zupełnie śmieszne, dające na przykład niebieskie światło. Niektóre z gwiazd miały twarze, i te twarze patrzyły wprost na mnie, śmiały się, wręcz chichrały, wyciągnąłem więc w ich stronę dłoń, by pozbierać je i wziąć do domu, jedną z twarzy znam tak dobrze, nienawidzę jej, dotykam kilkudniowego zarostu, aż nagle... Maurycy sprzedał mi liścia i opierdolił, że spaliłem za dużo zioła, a w dodatku macam go po mordzie. Potem zamknął się, jakby czekał, aż wrócę do rzeczywistości. Wystawiłem twarz pod słaby wiatr, pragnąc szybkiego ocucenia. Pierwszy raz tak odpłynąłem. - Dobra, wróciłem – rzekłem w końcu. - To zajebiście, bo musisz coś zobaczyć. - Jest ciemno, nic nie zobaczę. - Poświecę ci, nieboraczku, żebyś sobie oczek nie nadwyrężył. Wstawaj! – zakomenderował i chwycił mnie pod ramię, stawiając do pionu jak nic nieważącą lalkę. Podeszliśmy do wykopu, który nabrał regularnego, prostokątnego kształtu – tak wyglądają groby, stwierdziłem w myślach. Wtedy właśnie Maurycy zaświecił do wnętrza wykopu. Zmrużyłem oczy, nie będąc w pierwszym momencie pewnym, co widzę. W końcu wzrok przyzwyczaił się do słabego oświetlenia i ujrzałem to bardzo dobrze. - Paliłem trawę... liczyłem, że to tylko omamy – wycedził Maurycy przez zaciśnięte usta. – Ale widzę twoją debilną minę, więc to nie mogą być omamy. Nic nie powiedziałem. Woda nie pluskała o brzeg, słabiutki wiatr przestał wiać w ogóle, obaj odruchowo wstrzymaliśmy oddechy. Żaden dźwięk nie zakłócał kontemplacji obserwowanego widoku. „Mój starszy brat” miał rację mówiąc, że demony kręcą się w tym miejscu. Przysiągłbym, że otaczają nas zwartym wianuszkiem, błądzą w powietrzu ledwie na wysokości mojego wzrostu, są jak rekiny zataczające kręgi stanowiące preludium mającej nastąpić za chwilę krwawej rzezi. Nie, to na pewno nie mogły być omamy. Makabryczny widok otrzeźwił nas w jednej chwili. Staliśmy tak dłuższą chwilę, aż wschodni horyzont poszarzał na tyle, że Maurycy mógł zgasić latarkę. W szarówce uciekającej nocy obraz nie zmienił się. No, może uległ pewnej metamorfozie: stał się jeszcze bardziej straszny. Kiedyś, bodaj za drugim naszym wspólnym pobytem na wysepce, Maurycy pochwalił się wyczytaną gdzieś sentencją: „Każdy dąży do spotkania swojego demona”. Ja właśnie na niego natrafiłem; już czułem w sobie jego moc nakazującą mi rozliczyć się z własnymi lękami i, co odkryłem po czasie, z przeszłością, jaka mieniła się innymi kolorami, niż mi dotychczas wpajano. Wyrwałem się w końcu z odrętwienia. Pobiegłem do łódki i zepchnąłem ją do wody. Maurycy dołączył do mnie w ostatniej chwili, choć i tak zmoczył się aż do kolan. Wiosłowałem jak olimpijczyk, a „mój starszy brat” siedział na rufie i, kręcąc z niedowierzaniem głową, powtarzał w kółko: - Niezłe gówno, niezłe gówno, niezłe gówno... Praktykujący satanista wymiękł jak prawiczek przed pierwszym razem. Widok przerósł nawet jego, ja cudem nie zwymiotowałem za burtę rozklekotanej łódki. III Już po dniu cofnięto filmik z YouTube. Co oznaczało, że za chwilę Klewki wpadną w wir oficjalnego śledztwa i cała wieś zostanie przetrzepana na okoliczność pokazanych w filmie wydarzeń. Zastanawiałem się, jak w tym wszystkim odnajdzie się blacharnia z naszej gminy. Komisariat zawiadujący między innymi naszymi Klewkami znajdował się w Pcimie. Sierżant Walicki (ksywka Wałek) był z naszych, a poziom jego inteligencji na pewno nie wróżył awansu w dającej się ogarnąć umysłem przyszłości. Komendant Maćkowiak, obywatel Klewek z dziada pradziada, myślami zapewne błądził już przy emerytalnych uciechach – aż mi go szkoda, gdy pomyślę, iż będzie musiał wziąć się do roboty. Na pewno pokaże się psiarnia z miasta powiatowego, przybędzie sam prokurator rejonowy, przyjadą lekarze sądowi ze szpitala wojewódzkiego. O ile będzie co badać, przecież najpierw muszą znaleźć Maurycego. Moja komórka doznała wibracyjnego szału i po dwudziestym telefonie od moich kupli (choć lepiej powiedzieć, że kumpli Maurycego) przestałem ją w ogóle odbierać. Wszyscy pytali o to samo: czy mówił coś wskazującego, że ma problemy, kiedy ostatnio go widziałem, czy to na pewno on i tym podobne bzdury – nie wiem, skąd przyszło im do głowy, że będę znać odpowiedzi. Kilku, o dziwo i dzięki im za to, spytało, czy mnie nie chciał ktoś napaść. Odpowiadałem grzecznie, że nie, nikt mi nie groził ani nic z tych rzeczy. Moi rodzice nie bardzo wiedzieli, co mają począć. Z jednej strony korciło ich, by zadzwonić do matki Maurycego (jego ojciec kilka lat temu pożegnał ziemski padół w naprawdę kiepskim stylu), ale – czego nigdy nie ukrywali – nie darzyli „mojego starszego brata” jakąkolwiek sympatią. Słyszeli o jego wyczynach i nie pochwalali naszej znajomości. Coś powstrzymało ich przed kondolencyjnym telefonem. Niechęć do wyczynów Maurycego nie stanowiła dla mnie sensownego wytłumaczenia. - Przecież nie wiemy, czy Maurycy nie żyje. Głupio tak dzwonić i wywoływać wilka z lasu – odparła mama, gdy próbowałem ją o to podpytać. - No i właśnie dlatego powinnaś zadzwonić! Żeby pocieszyć Koładową, powiedzieć, że syn się znajdzie, czy coś w tym stylu – nie ustępowałem. - Nie zadzwonię i już! – wydarła się na mnie. – Koładowa i tak na pewno jest pijana. Swoim zwyczajem... – dodała z przekąsem. Pierwszy raz widziałem ją tak zdeterminowaną, w związku z czym postanowiłem nie drążyć więcej tematu. Rzuciła jeszcze tylko dwa zdania, gdy uciekała przede mną do – jak je nazwała – „swoich spraw”: – Koładowa straciła męża i syna! Dajmy jej święty spokój! Dałem święty spokój zarówno Koładowej jak i mamie. Skupiłem się na ojcu, który zdawał się być bardziej przytłoczony przez to wydarzenie niż cała reszta społeczności Klewek. Za pierwszym razem, gdy oglądaliśmy nagranie na YouTube, patrzył mi przez ramię na ekran komputera, ale z każdą kolejną sceną odsuwał się ćwierć kroczku dalej, wyraźnie nie będąc gotowym na finał. Pobladł na twarzy, nie oddychał, a oczy rozdziawił do rozmiarów piłek tenisowych. Ręce dygotały mu, jakby wsadził je do wiadra z lodowatą wodą. Na drugi dzień nie odezwał się do nas ani słowem. Nie potrafił odnaleźć miejsca, gdzie mógłby samotnie i w spokoju przeczekać okres całego śledztwa, jakie nieść musiało ze sobą czas wielkiego zamieszania, w które zaangażowani zostaną wszyscy w okolicy. Matka wytłumaczyła mi, że ojciec jest struty, bo to mnie mogli napaść i zakopać żywego w dziurze w ziemi. Ja jednak znałem przyczynę jego samopoczucia. Gdy wyszedł na podwórko i łaził po nim od bramy do huśtawki, tam i z powrotem dobre dziesięć razy, popędziłem za nim. Wyraźnie bił się z własnymi myślami, co sygnalizowało pulsowanie żył na spieczonych słońcem skroniach. Podszedłem do taty i położyłem rękę na twardym ramieniu – całe życie pracował ciężko, a gdy otrzymał w spadku hektary ziemi pod uprawy, zdwoił wysiłki. Podniósł się jakoś po zniknięciu swojego ojca – to właśnie mój dziadek był naturalnym spadkobiercą majątku prababki, ale nawet ona wątpiła, czy taki człowiek jak jej syn (alkoholik, babiarz, frustrat itp. itd.) poradzi sobie z prowadzeniem gospodarstwa. Życie przyniosło rozwiązanie i to nam zapisała prababka ziemię. Cała wieś była pewna, że syn starej Morawskiej (takie mam właśnie nazwisko) uchlał się na śmierć gdzieś w lesie, a lisy i bezpańskie psy porozrywały zwłoki na kawałki, roznosząc je tym samym na cztery strony świata. Rodzice rozważali sprzedanie ziemi i zostanie w mieście. Jednak ojciec uznał, że po wsze czasy ludzie będą gadać, iż mamy coś wspólnego ze zniknięciem mojego dziadka, bo prababka, stojąc przed koniecznością znalezienia nowych gospodarzy, przepisała nam przecież majątek, a my go od razu sprzedajemy – najpewniej dla bajecznego zysku. Poza tym ojciec zatęsknił za miejscem urodzenia i mówił nam, że nasi świętej pamięci przodkowie życzyliby sobie, żeby ziemia Morawskich została wśród Morawskich. Tak więc wróciliśmy do korzeni – zamieszkaliśmy w Klewkach. Tata nie spojrzał na mnie, gdy tak trzymałem go za ramię. Postanowiłem, że odezwę się pierwszy. - Tato, nie masz się czym przejmować. Wszystko w porządku, rozumiesz? W końcu podniósł głowę i zmierzył mnie nieufnym wzrokiem. - Co masz na myśli? – wycedził przez zaciśnięte w nerwach zęby. - Nie rób nic głupiego. Zostaw sprawy własnemu biegowi. Naprawdę, wszystko jest w porządku – powtórzyłem raz jeszcze. Gwałtownym ruchem strząsnął moją rękę z ramienia. Chciał chyba coś powiedzieć, ale głos ugrzązł mu w gardle. Właśnie wtedy usłyszeliśmy dźwięk silnika i opony hamujące na szutrze pod bramą do naszego domu. To był radiowóz, niebiesko-biały Polonez z kogutem na dachu. Zza kierownicy wytoczył się gruby Wałek. Nie uwierzycie, ale scena przypominała wyciętą z amerykańskiej szmiry telewizyjnej: Wałek ściskał w lewej dłoni... pączka! Grube paluchu, podobne do obranych z flaczka parówek, pieściły go namiętnie, brudząc się przy tym słodkim lukrem. Tłusty policjant „wpłynął” na podwórko i zanim do nas podszedł, nie do wiary, zdążył już połknąć legendarną w policji delicję. - Witam sąsiada. – Skinął głową w stronę mojego ojca, a mnie obdarzył jedynie przelotnym spojrzeniem. – Coś pan niewyraźny – trafnie zauważył, lustrując zapadnięte oblicze ojca. - Tata martwi się o mnie – rzekłem od razu. – Każe mi nie ruszać się z domu, póki nie złapiecie tych zbirów. - Ma rację, ma rację. W tej sprawie właśnie jestem – przyznał, obtarłszy przy tym biały lukier z kącików popękany ust. – Na komisariat muszę cię zabrać, prokuratora mamy na karku, zbieramy zeznania od wszystkich znajomych Maurycego. - Bo to tylko nasza wieś zna Maurycego? – spytałem. – Ciężka robota przed wami, tyle przesłuchań... - Ano nie będzie lekko... Żebyście Maćkowiaka widzieli! Całą noc kartoteki porządkował, papiry przekładał, notatnik zapisywał, toż to mu się przed emeryturą narobiło, nie ma co. Też im szybciej przesłuchamy towarzystwo Maurycego, tym szybciej wróci wszystko do normy. Wskakuj więc do taryfy, a pana żegnam, panie Morawski. Poszedłem z Wałkiem do radiowozu, zostawiając ojca samego na środku podwórka. Odprowadził nas wzrokiem i stał tak długo, aż odjechaliśmy. A może i dłużej. IV Na komisariacie panował zupełny spokój. Wydało mi się to dziwne, bo spodziewałem się zamieszania i pośpiechu jak w mrowisku. Na korytarzu siedziało jedynie kilku dobrze znanych mi łebków, poubieranych w szałowe modele dresów z niezniszczalnego, jak się mogło zdawać, ortalionu. Zawsze było to dla mnie godne podziwu, że niezależnie od pory roku chodzą oni w tych samych ciuchach: latem pocą się tak intensywnie, że czuć ich nadejście zanim w ogóle pojawią się w polu widzenia, w zimie natomiast zgrywają się na twardzieli mimo, iż mają sine usta i trzęsą się jak osika. Jak dla mnie policja skopała sprawę, ściągając po kilka osób naraz. Siedząc w jednym korytarzu, wszyscy mogli ustalić tą samą wersję wydarzeń. Widać, że organom ścigania chyba nie zależało na złapaniu sprawców. Pewnie nad całym zajściem nikt by się nie pochylił, biorąc pod uwagę reputację ofiary i fakt, że pochodziła ona z nikomu przecież nieznanych Klewek. Ale YouTube narobił zbyt dużego bigosu, żeby można zamknąć sprawę krótkim śledztwem. Wałek nie dał mi usiąść, tylko od razu zaprowadził do jednego z pokoi. - Ich już przesłuchaliśmy – wytłumaczył mi, zataczając grubą ręką okrąg ponad siedzącymi. – Nie mogą jeszcze wyjść, żeby nie rozpowiedzieli, o co ich pytaliśmy. Jeszcze ty i Majznerowicz zostaliście. Zaraz po niego jadę. Po was już będzie można iść do domu. - A Bela i Beniek? Nie widzę ich tutaj? – Bela i Beniek to najbliższe przydupasy Maurycego, no może nie licząc mnie, ale przecież nie myślę o sobie, jako o przydupasie. Ciekawe, jak przy nich stawiał moją osobę Maurycy? - Też nas to zastanawia – przyznał Wałek. Otworzył przede mną drzwi do pokoju i nie powiedział już nic więcej. Trochę speszyłem się lustrującymi spojrzeniami siedzących tam osób. Skupieni po jednej stronie stołu przypominali jury jakiegoś tendencyjnego show w telewizji. Czyżby mieli zamiar oceniać moje akrobacje? Nie bardzo wiedziałem, skąd u mnie tak dobry humor, ale wszedłem pewnym krokiem i zająłem miejsce naprzeciw gremium wskazane przez eleganckiego, starszawego mężczyznę siedzącego pośrodku. Po jego lewicy kulił się Maćkowiak – dawno go nie widziałem, ale dałbym sobie rękę uciąć, że ostatniej nocy postarzał się o dobre dziesięć lat. Trzecim z przesłuchujących był facet po trzydziestce ubrany w cywilne ciuchy i tylko ciemnogranatowa kurtka z napisem „POLICJA” na plecach wskazywała na wykonywaną przez niego profesję. Powitał mnie facet siedzący w środku. - Witam pana, nazywam się Romuald Wiśniewski i pełnię obowiązki prokuratora w sprawie zaginięcia pana Maurycego Kołady. W przesłuchaniu wezmą również udział: komisarz Maciej Wereź oraz komendant Zygmunt Maćkowiak. Proszę się przedstawić. Zgodnie z życzeniem przedstawiłem się, a potem odpowiedziałem na dziesiątki pytań dotyczące mojej osoby: czy w ogóle wiem, z jakiego powodu jestem przesłuchiwany, gdzie mieszkam, co robię, czy znam zaginionego, czy mam oboje rodziców, czy mam rodzeństwo (przy tym pytaniu pomyślałem, że już nie – w końcu „mój starszy brat” zniknął bez śladu), gdzie się uczę, w której jestem klasie, jakie mam oceny, czy mam samochód, czy mam prawo jazdy itd. itp. Wyraźnie chcieli mnie uśpić serią monotonnych pytań. Pewnie już uznali, że osłabiła się moja czujność, bo nagle komisarz, który dotychczas nie wypowiedział ani jednego słowa, wypalił z grubej rury: - Czy ma pan alibi, panie Patryku? Strasznie dziwnie się czuję, gdy mówi ktoś do mnie na „panie”. Będąc w trzeciej klasie liceum rzadko się zdarza słyszeć per pan. Czasem tylko jakieś dziecko tak do mnie się odezwało, najpewniej uznając wysoki wzrost za atrybut dorosłości. Czy chcieli mnie w ten sposób złamać, podkreślając, że w razie czego to grozi mi taka sama kara jak dorosłemu? - Nie bardzo wiem, co mam powiedzieć, panie komisarzu – odparłem grzecznie. – Kiedy napadnięto Maurycego? - To nie jest ważne. Do zdarzenia na filmie doszło w nocy. Czy ma pan alibi na kilka ostatnich nocy? Popatrzyłem na prokuratora i Maćkowiaka. Pierwszy nie przyszedł mi z pomocą i nawet nie zamrugał, komendant natomiast zwinął się do rozmiarów jeszcze mniejszej kulki, nie obdarzając mnie przy tym żadnym, a tym bardziej budującym spojrzeniem. - Myślę, że tak – powiedziałem. – Cały tydzień chodzę do szkoły, w końcu to już wrzesień, no nie? – Próba żartu nie powiodła się, więc mówiłem dalej: – Na żadnej imprezie przez ostatnie kilka weekendów nie byłem. Generalnie oglądałem do późna telewizję, a potem kładłem się spać. Nie wiem, co mogę jeszcze dodać. - Rodzice potwierdzą pana wersję? – spytał prokurator. Komisarz westchnął zawiedziony indolencją starszego kolegi. A jacy rodzice wkopią własne dziecko? – pomyślał pewnie. W obliczu konfliktu między nimi odpowiedziałem szybko: - Oczywiście. W końcu mieszkamy pod jednym dachem. Co prawda dom jest duży, ja mam swój pokój na poddaszu, ale z moją mamą to nie taka łatwa sprawa. Czasem wyjeżdżałem późno wieczorem, na przykład do miasta, i zawsze widziałem, jak w oknie wychodzącym na podwórze rusza się firanka. Kilka chwil później miałem już telefon od mamy, gdzie jadę, do kogo i takie tam. Sami panowie wiecie jak to jest z mamami... Po tym stwierdzeniu jedynie Maćkowiak zareagował i przytaknął głową. Naprawdę, szalony przypadł mu udział w przesłuchaniu. Komisarz ponownie przejął pałeczkę i przekartkował notatnik. Z tymi policyjnymi notatnikami to naprawdę śmieszna sprawa: taki porucznik Columbo (zwykłem nazywać go „obrzyganą sierotą”, ale oczywiście na taką kreację nabierał czarne charaktery), w każdym odcinku serialu korzystał z notatnika co najmniej dwa razy. Ale ten tutaj, jak mu tam, komisarz Wereź – przecież nic mu jeszcze konkretnego nie powiedziałem, a on zachowuje się, jakby wychwycił w moich słowach sprzeczność i teraz wraca do nich, by mi ją wytknąć. - Czy ma pan jakieś własne podejrzenia, kim mogą być zamaskowani osobnicy na filmie? - Nie mam pojęcia – rzekłem. - Czy Maurycy Kołada miał wrogów? - Bardzo wielu. Maurycy był typowym zadymiarzem, myślę zresztą, że komendant Maćkowiak jest w stanie powiedzieć więcej, zaglądając do jego kartoteki. - Teraz rozmawiamy z tobą i ty właśnie, a nie komendant Maćkowiak, masz nam więcej powiedzieć! – wkroczył w rozmowę prokurator. Oczywiście celowo skończył z formułą per „pan” pod moim adresem. Czyżby zaczęli odgrywać swoje role: dobrego i złego policjanta? Moje przypuszczenia się sprawdziły, gdy komisarz posłał mi ciepły uśmiech i łagodnie spytał: - Może ich pan wymienić z imienia i nazwiska? - Kilku tak, chociaż większość wrogów Maurycego to kolesie z innych wsi. Jeśli coś o któryś z nich wiem, to słyszałem jedynie ich ksywki. - Proszę, niech pan mówi – zachęcił Wereź i skrupulatnie wszystko notował. Okazało się, że nie było tego zbyt dużo. Chociaż z drugiej strony któż chciałby mieć przeszło dziesięciu „sympatyków” gotowych skopać cię do nieprzytomności? Gdy skończyłem wymieniać zajadłych wrogów Maurycego, poczułem pragnienie. Nie stała jednak przy mnie szklanka z wodą pomimo, iż każdy z „jurorów” taką szklaneczkę posiadał. Poprosiłem więc najgrzeczniej jak potrafię: - Czy mogę prosić coś do picia? - Zaraz kończymy – bez ceregieli odparł prokurator. – Zna pan Michała Zduńczyka i Zbigniewa Hałasa? Ach, więc przechodzimy do sedna! Pewnie, że znałem Belę i Beńka, choć nie trawiłem ich chyba jeszcze bardziej niż Maurycego. „Mój starszy brat” posiadał chociaż trochę oleju w głowie i to dzięki temu tak dobrze się ustawił – jako przywódca mini gangu w Klewkach (wiem, śmiechu warte). Poza tym miał przecież zainteresowania – okultystyczne, ale to zawsze coś. W szkole słyszałem już chyba od każdego z nauczycieli, że młody człowiek powinien mieć hobby. Ciekawe, czy belfry przestałyby szerzyć podobną demagogię, gdyby znaleźli koty i psy po skończonych rytuałach Maurycego. Krwawym ścierwom daleko było do przesympatycznych, puszystych zwierzątek... - Tak, znam ich dobrze. Michał i Zbyszek są najlepszymi kumplami Maurycego. - Wiesz, gdzie są teraz? - Nie, nie wiem. - Przecież to twoi koledzy, nie zdzwaniałeś się z nimi, jak zobaczyłeś nagranie? - To nie są moi koledzy – zaprzeczyłem zdecydowanie. – Znam ich, bo przecież koleguję się z Maurycym, ale ja ich nawet nie lubię. Prokurator westchnął tak ciężko, jakby zagrzybiały sufit pokoju spoczywał na jego barkach. Nie spuścił mnie z oczu, ale ja również nie ustąpiłem. Patrzyliśmy tak na siebie, aż rzekł cicho, wyraźnie hamując narastający w nim gniew: - Może to folklor waszych śmiesznych Klewek i Pcimia. Nie wiem... Nieważne! Ale kiedy ktoś mi próbuje wmówić, że jest przyjacielem pana iksa, a pan zet i igrek są również przyjaciółmi iksa, z tymże ten ktoś już nie jest przyjacielem zeta i igreka, to krew mnie zalewa! Nie wierzę w to chłopcze, po prostu nie wierzę! - Widocznie pan prokurator pochodzi z wielkiej metropolii, gdzie sika się do pisuarów zawieszonych ponad głowami – wypaliłem bez namysłu. Maćkowiak bujał się przez całe przesłuchanie na krześle i teraz omal nie fiknął do tyłu, gdy zakrztusił się własną śliną. Kasłał przez dobrą minutę, w trakcie której twarz prokuratora nabierała kolorów z całego spektrum barw widzialnych. Wykorzystał to komisarz i dodał szybko: - Nikt pana o nic nie oskarża. Chodzi tylko o to, że dziwnie tak mieć towarzystwo, którego się nie lubi, nieprawda? - Prawda – powiedziałem jak grzeczny uczeń przy tablicy. – Ale nie rozumiecie panowie, że w tak małej miejscowości trzeba kolegować się nawet z tymi, których nie darzy się sympatią. Pan też chodził do szkoły, co nie? Jeśli nie chciało się dostawać ciągle kuksańców, trzeba było należeć do jakiejś grupy. Może pan rządził w swojej budzie, nie wiem... Ja w każdym bądź razie chcę wychodzić czasem z domu, tak więc koleguję się między innymi z takimi typkami jak Zduńczyk i Hałas. - No i Kołada – przypomniał komisarz jakby od niechcenia. - Tak, chociaż to już zupełnie inna historia. Na pewno chłopaki mówili panom wcześniej, że Maurycy traktował mnie jak młodszego brata. Nie broniłem się, w końcu miałem po swojej stronie największego twardziela w okolicy. - No to skoro dorwali jego, to mogą dorwać i ciebie – wtrącił się znów prokurator, gdy tylko ochłonął po zadanym przeze mnie policzku. - Liczę, że wcześniej ich złapiecie – odparłem krótko. - Dobrze, na dzisiaj dziękujemy panu – komisarz wstał z krzesła i wyciągnął do mnie dłoń. Grał zbyt dobrego policjanta. Zdałem sobie sprawę, że to jego należy się obawiać, a nie przygłupiego prokuratora. Podnieśliśmy się wszyscy i uścisnąłem podaną rękę. Zerknąłem jeszcze tylko na Maćkowiaka, bo coś strasznie niepokoiło mnie w jego zachowaniu. Blady jak kartka papieru, nie miał w sobie odwagi, by na mnie spojrzeć. Mundur ciasno opinał jego przygarbioną sylwetkę. Ile lat miał ten mundur? Ile lat Maćkowiak był komendantem w Pcimie? Co tu się, do jasnej cholery, działo? Stanąłem w dusznym korytarzu, który już całkowicie opustoszał. W wejściu zobaczyłem Wałka razem z młodym Majznerowiczem. Spotkał go zaszczyt bycia ostatnim przesłuchiwanym tego dnia. Druga połowa września nie pozwalała zapomnieć o upalnym lecie; drzewa nie zamierzały najwyraźniej gubić liści, a wiatr za nic nie rozganiał parnego powietrza. Usłyszałem za sobą kroki; to Wałek wytoczył się z powrotem i zatrzymał tuż obok mnie. Kwaśny zapach niepranej koszuli do reszty popsuł mi popołudnie. - Odwiozę cię, wsiadaj – zaprosił mnie do radiowozu. Jechaliśmy w zupełnej ciszy. Mijaliśmy gospodarstwa, przy bramach niektórych domostw zebrało się kilkoro sąsiadów, którzy plotkowali najpewniej o aktualnym newsie. Na moment przerwali dyskusję, odprowadzając radiowóz wzrokiem. Dotarło do mnie, że brzydzę się tym miejscem. Brzydzę się Klewkami, Pcimem, zapachem łajna na polach, smrodem chlewów i obór. Co ja tu robię? Teraz wiedziałem już na pewno, że maturę muszę zdać na same piątki. Skończyć liceum i wynieść się stąd na studia – do miasta, do normalnych ludzi, do innego życia. Zastanawiałem się, jak znajomość z Maurycym i wszystko, co obecnie się z nim wiąże, wpłynęła na moją psychikę. Czy miastowi nie uznają mnie za dziwaka? Czy znienawidzony przeze mnie satanista naznaczył mnie piętnem, jakiego nie uda mi się nigdy z siebie zmyć? Nawet się nie spostrzegłem, jak zajechaliśmy pod bramę podwórka. Wałek przetarł usta przedramieniem, najpewniej wizualizując sobie oczami wyobraźni obiad, z jakim czeka na niego pani Walicka. - I jak było? – spytał bez śladu zainteresowania. - Nieźle, wypytywali o Belę i Beńka. Coś z nimi nie tak? - Nie możemy ich nigdzie znaleźć. Stare Zduńczyki płaczą za synem, bo nie mają pojęcia, gdzie mógł się zapodziać. A Hałasy jak zwykle, zapluci w trzy dupy leżą w barłogu i ledwo poznają, że ktoś przyszedł. - Jednym słowem sprawa się rozrasta – powiedziałem. - Oj tak, kurwa, oj tak – zgodził się Wałek na swój prostolinijny sposób. Wysiadłem z auta i wziąłem wielki haust świeżego powietrza; czułem się przesiąknięty zapachem policjanta i straciłem nadzieję, że zmiana ubrań w jakikolwiek sposób pomoże. Sierżant wcisnął gaz w dechę i popędził prostą drogą z powrotem do Pcimia. W oknie wychodzącym z kuchni zauważyłem poruszenie firanki. Ogorzała, zmartwiona twarz nie należała do matki. Zmrużyłem oczy, ale po chwili w oknie nie było już nikogo. Ojciec szybko ukrył się przed moim wzrokiem. V W wieku lat siedmiu każde dziecko zamyka pewien etap. Okej, jest przecież przedszkole, w którym młody człowiek socjalizuje się z innymi dziećmi, często po raz pierwszy bierze udział w grach i zabawach zespołowych, uczy się zupełnie nowych rzeczy, a przede wszystkim przebywa kilka godzin dziennie bez rodziców. Są dzieci, które znoszą to bardzo dobrze i często wręcz nie mogą się doczekać, kiedy znów przekroczą próg przedszkola. Są też tacy, dla jakich dzień w przedszkolu to męka okupiona nieprzerwanym płaczem i wołaniem za mamą. Często wynika to z takiego a nie innego introwertycznego charakteru, ale chyba najczęściej wina leży po stronie rodziców. Nadopiekuńczy, wiecznie wyręczający dzieciaka nawet w najprostszych czynnościach, kręcą sobie bata na własny tyłek. Malec jest zupełnie niesamodzielny i próbę przekonania go do zrobienia czegoś samemu traktuje jak zamach na jego życie. Moich rodziców za nic nie da nazwać się nadopiekuńczymi. Nie mam prawa pamiętać siebie w wieku przedszkolnym, ale z relacji mamy i ojca dobrze wiem, że wymagali ode mnie dużo więcej niż zwykli wymagać rodzice tych rówieśników, z którymi bawiłem się w przysłowiowej (i dosłownej) piaskownicy. Kilka lat temu zszedłem do kuchni po karton soku. Zastałem matkę siedzącą w kuchni, głowę podpierała na rękach opartych łokciami o blat stołu. Twarz ukryła w dłoniach i nawet nie zorientowała się, że stanąłem obok niej. Moja mama jest piękną kobietą. Wiem, że każde kochające dziecko powie tak o swojej rodzicielce, ale ona zawsze – odkąd pamiętam – stanowiła klasyczny przykład upragnionej przez każdego mężczyznę kobiety. Szczupła, wysoka (to pewnie po nie odziedziczyłem wzrost, bo mój ojciec mierzy ledwie metr siedemdziesiąt), miała pełne piersi i wciętą talię. Naturalny blond włosów mienił się złotem, ilekroć wystawiała je na ciepłe słońce. I ta rumiana, zawsze pogodna buzia – mama zachowywała się, jakby świat nie niósł ze sobą żadnych zmartwień ani bolączek. Do wszystkich napotkanych ludzi podchodziła z uśmiechem, śmiała się oczami i profilem czerwonych, kształtnych ust. Tak wygląda mama w moich wspomnieniach, bo dzisiaj wiek i praca przy gospodarstwie wiejskim uczyniły swoje: pod piwnymi oczami pojawiły się kurze łapki, czoło, kiedyś gładkie i wysokie, pocięły w poprzek zmarszczki. Włosy jakby trochę poszarzały i przerzedziły się. Niemniej jednak moja mama wciąż była kobietą z klasą i nadal, kiedy spacerowała ulicą, wywoływała westchnienia mężczyzn oraz zazdrosne spojrzenia towarzyszącym im żon. Tego wieczoru, gdy tak przez dłuższą chwilę stałem nad nią i czekałem, aż mnie zauważy, nie dało się odnaleźć w niej choćby ułamka pogody ducha, jaki zapamiętałem z wcześniejszych lat. - Mamo? – zagaiłem najciszej jak potrafiłem. Mama podskoczyła, jakbym przyłożył do jej odkrytych ramion rozżarzony metal. Zobaczyłem zapłakane oczy i przygryzione niemal do krwi wargi. Otrząsnęła się szybko i wymusiła szeroki uśmiech. - Synku! Ale mnie wystraszyłeś! Co tam chciałeś, zrobić ci kanapkę? - Mamo, co się stało? – spytałem z troską w głosie. – Czemu płaczesz? Mama poderwała się z krzesła i pobiegła do lodówki, otwierając ją na oścież. - Nie płaczę, omal nie zasnęłam, po prostu wykończył mnie dzień. Wiesz... pogrzeb, sprzątanie i w ogóle. Zrobić ci kanapkę? – zmieniła nagle temat. - A to dobre, mamo! Nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobiłaś mi kanapkę. Zawsze powtarzałaś, że mężczyzna musi potrafić zadbać o siebie. - Bo to prawda! Całe szczęście od początku nas rozumiałeś. Dlatego nie mieliśmy z tobą żadnych problemów. - No dobrze, więc zrób mi kanapkę i poopowiadaj jaki byłem. Usiadłem przy stole i patrzyłem, jak kroi chleb i dokładnie smaruje masłem każdą kromkę. Potem nałożyła po plastrze sera żółtego, na to liść opłukanej pod kranem sałaty, na to szynkę z białą obwódką tłuszczu. - Keczupu? – spytała, wieńcząc kulinarne dzieło plasterkiem pomidora. - Dzięki, tak wystarczy. – Odbierając talerz z jej rąk zauważyłem, że drżą. – Więc jaki byłem? Grzeczny synek, czy wyrodny synalek? – zapytałem tylko i postarałem się nadać moim słowom wesołą tonację. - Jak tak możesz mówić! – Mama roześmiała się i sprzedała mi kuksańca w ramię akurat wtedy, gdy celowałem kanapką do ust. – Oczywiście, że byłeś aniołem. No dobra, żartuję! A tak poważnie, to pamiętam, jak poszedłeś do przedszkola. Po kilku pierwszych tygodniach mieliśmy spotkanie rodziców z wychowawczyniami. Miłe, młode kobiety wyrażały się o tobie jak o młodzieńcu, w którym się zakochały. Mówiły, że wchodząc rano do sali wnosisz ze sobą tyle radości, że inne dzieci, w tym te najbardziej płaczliwe, od razu promienieją. No i nie miałeś żadnych problemów z aklimatyzacją w nowym miejscu, no wiesz, wtedy... gdy tu przyjechaliśmy. Gdy poszedłeś do pierwszej klasy, nie narzekałeś... – Urwała opowieść i spojrzała w okno; na dworze panował już mrok, więc ujrzała jedynie odbicie nas dwoje siedzących przy stole. - Smaczne kanapki – odezwałem się. - Wolałbyś mieszkać w mieście, prawda? – spytała. - A ty? – odbiłem piłeczkę. - Ja? Ze mną to coś innego. Sama pochodzę z niewielkiej miejscowości, poza tym bywałam tutaj, u twojej prababki i dziadka, kiedy byliśmy z ojcem narzeczeństwem. Wałęsaliśmy się po okolicznych lasach i łąkach... Lubię małomiasteczkowość. - To dlaczego płaczesz? Myślałem, że nie wytrzymujesz tego, no wiesz, że jesteś kurą domową, sprzątasz, gotujesz, pomagasz mi w lekcjach, a ojciec cały czas jest w polu albo dogląda zwierząt. - Patrysiu, Patrysiu! Jestem kobietą, to powinno wszystko tłumaczyć, my czasem tak mamy, pochlipiemy sobie i potem jest nam lepiej. - Jest ci lepiej? - Tak, nic mi nie jest. Jak zwykle poprawiłeś mi humor, synku! – Mama się rozpromieniła i wyciągnęła ręce, by mnie objąć. Pozwoliłem jej na to i uścisnęliśmy się z miłością. Schody w korytarzu zaskrzypiały, zapowiadając nadejście taty. Stanął w kuchennych drzwiach i roześmiał się od ucha do ucha. - Co za wyjątkowy widok! – powiedział wyraźnie zadowolony. – Kochana żona i dorastający syn w objęciach, no no. Do telewizji was wyślę jako antytezę, że nastolatkom to tylko bunt w głowie. A tu proszę. - Jeśli chcesz się dołączyć, to uprzedź mnie wcześniej, żebym zdążył spruć do siebie – zażartowałem. – Wstyd przed kolegami, jakby się dowiedzieli! Roześmialiśmy się wszyscy troje i w tamtym momencie naprawdę byliśmy szczęśliwi. Przez krótką chwilę nikt z nas nie martwił się wyzwaniami życia na wsi, fatalną pogodą tego dnia za oknem ani żałobą w Klewkach. Tak, pamiętam tamten dzień, jakbym nad trumną ojca Maurycego stał ledwie wczoraj. Będzie trzy lata, może cztery? Był październik z typową dla siebie aurą. Od rana siąpiło z nieba – widać żywioły nie troszczyły się o komfort żałobników, którzy ciasnym kordonem zebrali się nad grobem starego Kołady, by wysłuchać ostatniego kazania. Mało kto zdecydował się na trzymanie otwartego parasola, najpewniej dla uniknięcia wykłucia oczu osobom stojącym najbliżej. Ceremonię pogrzebową odprawił świecki pastor, z oczywistych względów. Ultrakatolicka wieś nie stawiła się w komplecie na cmentarzu, bojąc się, co powie proboszcz. Trudno to sobie wyobrazić, a jeszcze trudniej uwierzyć, ale Maurycy ubrał się na tą okazję w czarny garnitur. Pod marynarką miał równie czarną koszulę i czarny krawat. Wyglądał... wspaniale! Stał na baczność, wypastowane, czarne połówki złączył jak dwa magnesy. Wzrok skierował wprost przed siebie i, szczerze mówiąc, nie udało mi się dostrzec, by choć raz spojrzał gdzieś indziej. Twarz wydawała się zamieniona w kamień. Lejąca się z nieba woda ściekała mu z włosów na czoło, dalej po orlim nosie, po policzkach, obmywała linię zaciśniętych ust i skapywała dopiero z wysuniętej lekko do przodu brody. Trwał jak posąg, w taki właśnie przesadnie opanowany sposób żegnając ojca. Ludzie szeptali między sobą, czy samobójstwo starego Kołady ograniczy chuligańskie wybryki syna. I owszem, przez pierwsze trzy miesiące Maurycy przestał dla świata istnieć. Jednak jego powrót wielu osobom dał się boleśnie we znaki. „Mój starszy brat” zaczął od przywracania swojej pozycji przez „odwiedzenie” pozostałych zadymiarzy w okolicy. Grzecznie wypytywał ich, czy podczas jego nieobecności nie przyszło im do głowy, żeby przejąć po nim schedę. Ci, co mieszali się w odpowiedziach, dostali niezłe manto. Reszta potulnie powitała powracającego króla. Nie to jednak w Maurycym martwiło mnie najbardziej. Trzymiesięczny, nieprzerwany pobyt w domu najwidoczniej nudził Maurycego. Szukając zajęć, dorwał się do starych jak świat książek o okultyzmie, satanizmie i tym podobnych bzdetach. Studiował „zakazane lektury” dniami i nocami (ledwie dwie pozycje, ale czytał wolno), następnie wprowadzał w życie poznane tajniki czarnej magii (inspirując się podpowiedziami odnalezionymi na internetowych stronach). Potem angażował w to i mnie. Zaczęło się u niego w pokoju, ale szybko stwierdził, że w domu brakuje atmosfery i inspiracji dla wyczyniania zaklęć i tak dalej. Przeszliśmy więc na dwór, łaziliśmy po lesie, szukając odpowiednich polanek lub zagajników. Wtedy jeszcze za nic nie godziłem się wychodzić w nocy – po prostu się bałem. Nie tyle magicznych możliwości Maurycego, co jego niezrównoważenia. Ciągle powtarzał: „Jesteś moim bratem, kocham cię”. Przed oczami przewijały się mi jednak czarne myśli, że w ekstatycznym transie nie miałby oporów, by złożyć mnie w ofierze. Niestety, wycieczki do lasu przestały go satysfakcjonować. Tak, od razu wpadł na pomysł zagospodarowania wysepki na jeziorze należącym do mojej rodziny. Jeziorko, o niecałe dwa kilometry oddalone od zabudowań, znajdowało się na samym końcu naszych terenów. W dodatku pofałdowana rzeźba terenu wspaniale osłaniała swoimi spiętrzeniami lustro wody i wysepkę przed wzrokiem ciekawskich, których i tak w ogóle w Klewkach być nie mogło. Nic tam nie uprawialiśmy, dookoła wody była sobie po prostu zielona, zwyczajna łąka. Miejsce odludne, przez nikogo nieodwiedzane, stanowiło spełnienie pragnień Maurycego o unikalnej scenerii dla seansów z duchami. Tak jak na ostatnim „seansie” definitywnie zakończyłem swoją przygodę z okultyzmem, tak na przedostatnim na dobre ją zacząłem. Po tamtym to właśnie razie obiecałem sobie, że nigdy więcej. Oczywiście nie mogłem wtedy wiedzieć, że przypłyniemy z Maurycym na wysepkę ponownie. Wyszedłem z domu w „nocny sposób”: przez okno z mojego pokoju na poddaszu, na dach garażu, a z niego na ciąg pomieszczeń gospodarczych. Górą dotarłem poza strefę, po wejściu do której czujka ruchu uruchamia reflektor oświetlający prawie całe podwórze. Zeskoczyłem na ziemię, pochylony przemknąłem za stodołę i tam omal nie dostałem zawału, gdy zgięty wpół zawisłem na silnym ramieniu. Maurycy już czekał i nie omieszkał opieprzyć mnie za spóźnienie. - Niełatwo wyjść z łóżka o pierwszej w nocy – usprawiedliwiłem się, ale on wcale nie słuchał tylko szedł szybko w kierunku jeziora. Zaspany i zmarznięty poczłapałem za nim. Cóż, taki los – pokrzepiłem się w duchu. Dobre piętnaście minut dreptaliśmy traktem pomiędzy dwoma częściami zaoranego pola, zanim doleciał nas charakterystyczny zapach wody. Wsiadłem do łódki, jak zwykle przemaczając sobie buty, w tym czasie Maurycy popchnął ją i wskoczył do środka. Po kilku minutach spokojnego wiosłowania dziób pocałował trawiasty brzeg wysepki i mogliśmy na niej bezpiecznie stanąć. - Co będziemy robić? – spytałem i usiadłem pod lipą. Miałem szczerą nadzieję, że Maurycy zajmie się swoimi „czarami”, ja tymczasem utnę sobie drzemkę, nie włączając sie do cudacznej zabawy. - Pokontemplujemy, braciszku – odpowiedział. Skąd on zna takie słowa? – pomyślałem, zapadając w błogi półsen. Jednak naszły mnie wyrzuty sumienia: całkiem niedawno stracił ojca, a ja ani razu jeszcze nie zapytałem, jak się z tym czuje. Może to właśnie była dobra okazja po temu? - Maurycy... Jak ci jest? Znaczy, otrząsnąłeś się już? Maurycy swoim zwyczajem przeciągał odpowiedź, jeśli uznał ją za ważną. Roześmiał się gardłowo, co wyraźnie wskazywało na stres, jaki go gnębił, i w końcu wyrzucił z siebie pięć słów na krzyż: - Wszystko w porzo! Dzięki, że pytasz w ogóle. Fatalna sprawa, ale przecież lajf is lajf. Toczy się dalej jak gówniana kuleczka pchana przez biednego żuczka. Miał piękne dygresje i maksymy. Często dobijał nimi leżących kolesi: najpierw dał im po mordzie, a potem nauczał i mędrkował. Gdyby mogli, toby się pewnie śmiali z nich do rozpuku. Nie było im jednak do śmiechu, a i uzębieniem nie mieli się już co chwalić, więc tylko leżeli zakrwawieni i kiwali głową, że rozumieją. Moim zdaniem mało który z nich z gadania Maurycego cokolwiek rozumiał. - Bardzo mi przykro, Maurycy. Przykro mi, że twój tata sobie nie poradził. Kręcił się wokół środkowej polanki i nie miałem pojęcia, co robi. Dopiero gdy usłyszałem trzask krzemienia w zapalniczce i mały płomień u jej wylotu domyśliłem się, że będzie coś podpalać. - Hej, mówiłeś, że nikt nie może nas tu zobaczyć! – przypomniałem mu. Jestem przekonany, że spore ognisko przeszłoby niezauważone, ale wolałem chuchać na zimne. - I nikt nie zobaczy, to tylko kadzidła – odparł niewzruszony. Zapalał ich łebki jeden za drugim i moim oczom ukazał się całkiem spory, może dwumetrowej średnicy krąg rozżarzonych na czerwono końcówek, z których unosiły się maleńkie słupki dymu – ten płynął w górę po idealnie prostej linii nierozproszony przez jakikolwiek podmuch wiatru. Niczym filigranowe duszki, pachnące opary uciekały ku gwiazdom. - Cynamonowe – zauważyłem. - Nie sprzedają o zapachu marihuany. Uśmiechnąłem się na kiepski żart i obserwowałem ciemną sylwetkę Maurycego. Przysiadłszy po turecku pomiędzy powbijanymi w miękką ziemię kadzidłami, przekładał coś z jednej ręki do drugiej. Nie widziałem nic poza jego ruchami, które w otaczającej nas ciemności wydawały się spowolnione i powłóczyste; przypominały niespieszne falowanie dłoni artystki szarpiącej struny harfy. Z wnętrza cynamonowego kręgu nie dobywały się muzyczne dźwięki, słyszałem miarowy oddech Maurycego i szuranie rąk po... no właśnie, jakiego rekwizytu postanowił tym razem użyć początkujący satanista? - Mówiłeś, że ci przykro – odezwał się nagle. - To źle? – zapytałem zbity z tropu. - Nie, pewnie, że nie. Mi też jest przykro. Strasznie szkoda mi taty, szczególnie, że on się nie powiesił. Nie rozumiejąc jego intencji, wybrałem milczenie. - Jeśli faktycznie jest ci przykro, to mi pomóż – przerwał niezręczną ciszę. - Co masz na myśli? - Wejdź do kręgu i siadaj na przeciwko. Nie śmiałem się sprzeciwić, poza tym nie dostrzegałem realnego zagrożenia. Przełożyłem nogi nad kadzidłami i usiadłem ledwie na odległość oddechu od Maurycego. Od razu wepchnął mi coś w ręce. Sznur, gruby, typowa plecionka. Nie dostrzegłem jego koloru, ale kładące się na nim czarne cienie nocy podpowiadały, że jest jasny. - Napnij go porządnie. O, tak. Pociągnąłem wręczoną mi końcówkę, Maurycy napiął go ze swojej strony. - Teraz się skup – powiedział rozkazującym głosem. – Musimy poczuć więź między naszymi umysłami. Zamknij oczy i przemieszczaj się duchowo wzdłuż sznura na spotkanie mojego umysłu. - Dobra, idę – rzekłem całkiem niepotrzebnie. Nie zdoławszy powstrzymać wesołości w głosie, zdradziłem swój stosunek do ceremonii. - Trzymasz sznur, na którym powieszono mojego ojca, więc mógłbyś zachowywać się z godnością – zbeształ mnie jak małego gnojka. Pojaśniało mi w oczach, a plecy przeszył dreszcz paniki. Hormony ucieczki wystrzeliły z przysadki i jedyne, na co miałem ochotę, to rzucić sznur w cholerę i wyskoczyć z cynamonowego kółeczka. - Ani się waż – powstrzymał mnie, czytając mi w myślach. Widocznie on pierwszy dotarł po sznurze do mojego umysłu. A ja się z tego śmiałem... - Maurycy... Chryste, czyś ty oszalał?! – zawyłem płaczliwie. – Skąd wziąłeś ten sznur? Co ja mam do tego, to jakiś horror? Twój ojciec na tym wisiał? - Tak, ojciec dyndał na tym sznurze, gdy zobaczyła go matka. Teraz użyjemy go, żeby znaleźć mordercę, rozumiesz? Odnajdziemy ślady astralne tak jak policja znajduje odciski palców. Ten sznur ma duszę, która przesiąkła zapachem parszywej łachudry. Powąchamy go, zapamiętamy ten smród, a potem jak psy tropiące zwierzynę udamy się na polowanie. Marne listowie otaczających nas brzózek zaczęło się nade mną zamykać, gwiazdy traciły swój blask, aż, zupełnie przesłonięte, zgasły dla mnie tej nocy. Było bezwietrznie, ale słyszałem w uszach przeciągłe gwizdanie – wziąłem je za zawodzenie demonów, choć to przecież jedynie gotująca się we mnie krew napierała na błonę bębenkową od środka. Ciemność wirowała dokoła, siła odśrodkowa rozbijała się na pojedyncze czarne plamy, a te znów grupowały się w watahę, w stado spragnione pożywienia. Będąc na granicy omdlenia, zdałem sobie sprawę, że kadzidła muszą być nafaszerowane lotnymi narkotykami. Jakieś diabelskie receptury zaczerpnięte z książek... Zebrało mi się na wymioty, serce waliło jak opętane i przestraszyłem się, czy nie zejdę na zawał. Przysiągłbym, że dziką, polującą ciemność rozrywają wyładowania błyskawic, przed którymi zapragnąłem uciec. Jednak skrzyżowane nogi zastygły jakby w betonowym odlewie i musiałem, bujając się z bólu na boki, trwać w śmiertelnie niewygodnej pozycji. - ... ojciec był zniedołężniały przez wódę... ledwo chodził po schodach... nie dałby rady wdrapać się na stołek, związać pętli... – Czułem, jak głos Maurycego płynie do mnie przez rozpięty pomiędzy nami sznur, jak przez linię telefoniczną, z której korzysta się w niedzielne, pogodne popołudnia, by wymienić się wrażeniami z sobotniej imprezy. Przed oczami ujrzałem kochaną twarz: roześmiana mama bujała się na huśtawce, wymachując nogami w przód i pod siebie. Patrzyłem jej w oczy, więc musiałem stać tyłem do bramy. Usłyszałem skrzypnięcie furtki i gdy odwróciłem się, w moim kierunku zmierzał komendant Maćkowiak. Co zrobiłem? Nie chcę do więzienia! Nie! W tym momencie spotkało mnie jedno z najgorszych uczuć: chcesz pobiec, uciec, gdzie pieprz rośnie, ale przebierasz nogami w miejscu. To już koniec, pomyślałem. Spojrzałem na dłonie – paliły mnie, jakbym ściskał w pięściach rozpalone węgle. Podłużne rany znaczyły bąble i cieknąca ropa. Puściłem sznur, zrywając więź ze zmarłymi i z Maurycym. Dla mnie był on już trupem. Nienawidziłem demona, który mi to robi. Naćpany świństwem o zapachu cynamonu, zemdlałem. VI Rytuały okultystyczne skończyły się na dobre. Odeszły wraz z Maurycym – szamanem z przypadku. Śledztwo, które wystartowało z takim impetem już dzień po publikacji nagrania na YouTube, z każdym kolejnym dniem hamowało jak pojazd brnący w coraz wyższym śniegu. Maurycy (lub jego zwłoki) nie był jedynym poszukiwanym: Bela i Beniek rozpłynęli się w powietrzu i dopisano ich do pocztu zaginionych. Nie odnajdą ich żywych, to pewne. Nie odnajdą ich w ogóle – to już było moim pobożnym życzeniem. Makabryczne odkrycie na wyspie na pewno odmieniło nas obu. Wspomnienie dawnego „seansu ze sznurem” – jak zwykłem nazywać deliryczną próbę szukania mordercy ojca Maurycego – w jakimś sensie było dla mnie traumatyczne, ale cała „magia chwili” opierała się tamtej nocy na paskudnych szamańskich halucynogennych ziołach. Natomiast wizyta, w trakcie której odkopaliśmy ludzkie zwłoki, nie była tyle traumatyczna, co po prostu wymagała wyjaśnienia. Oczywiście, że była straszna. Zapamiętane obrazy po dziś dzień jestem w stanie wyraźnie odtworzyć przed oczami. Należało poznać prawdę, pozwolić zasnąć duchom i najlepiej o wszystkim zapomnieć. To miała być nasza tajemnica. Nie jestem naiwny, wtedy też pierwsze, co pomyślałem, to że tajemnica znana przez dwie osoby nie jest już tajemnicą. Maurycy zmienił się w tym sensie, że nagle dotarło do niego, iż okultystyczne zabawy przyniosły nareszcie wymierne skutki. Nie skakał jednak uradowany, lecz rozważał konsekwencje. Tamtej nocy nie odważyliśmy się odkopać całego ciała. Gdy Maurycy świecił latarką, bym mógł zobaczyć znalezisko, spod warstwy suchego torfu wystawało ludzkie, przegniłe ramię obleczone nierozłożonym wciąż fragmentem tkaniny. Wróciliśmy na wyspę na drugi dzień w porze dobranocki, żeby uważniej przyjrzeć się zwłokom. Obmierzła ręka wskazywała w niebo, czarne paznokcie musiały rosnąć jeszcze po śmierci, bo były przeraźliwie długie i poskręcane. Owinęły się na nich włosowate korzenie przebijające przez warstwę torfu z powierzchni wysepki. Przy łokciu, na wewnętrznej stronie przedramienia, widniało paskudne rozcięcie poszarpane na krawędziach i wypełnione ziemią – Maurycy uderzył je pewnie w tym miejscu łopatą. Zabraliśmy się do ostrożnej pracy. Odkrywaliśmy ciało powoli, ale odkopaliśmy je w całości, zanim zupełnie się ściemniło. Nie mogliśmy zacząć wcześniej, bo w trakcie dnia mój ojciec zwykł wielokrotnie przemierzać rozległy teren. Pan na włościach... W gęstniejącym półmroku naszym oczom ukazała się paskudna głowa. Trudno powiedzieć, ile czasu ciało spoczywało pod ziemią. Proces rozkładu nie zaszedł zbyt daleko: kości oblekały zasuszone resztki ścięgien i mięśni w kolorze żelatynowych przysmaków dla psa – takich jak świńskie uszy lub kurze łapki. Na głowie wyraźne były resztki włosów, w które wplątała się masa torfowej gleby. Zapadnięty tors i chude, krzywe nogi wciąż miały na sobie strzępy ubrania. Podobne zwłoki widziałem na National Geographic w programie o mumiach. I o dinozaurach (oczywiście pokazywali tam zwłoki zwierzęce, nie ludzkie), które ugrzęzły w błocie i w nim dokonały żywota. Specyficzne warunki ograniczyły rozkład, mumifikując ciała prehistorycznych gadów. Brakowało tylko, żebym na wysepce odkopał jeszcze szkielet Tyranosaura – jak nic Klewki stałyby się planem filmowym dla kolejnej części „Parku Jurakjskiego”, goszcząc samego Spielberga. Tak więc odsłonięte zwłoki zdawały się właśnie być w jednym z początkowych stadiów mumifikacji. Poprosiłem Maurycego, by wyciągnął latarkę. Chyba obaj mieliśmy ochotę obejrzeć w końcu twarz nieboszczka. Sztuczne światło bez pardonu rozcięło szarówkę, doprowadzając źrenice do gorączkowego zacieśniania się. Na dobre kilka sekund przestałem widzieć cokolwiek, ale nie spuściłem wzroku z wykopanej dziury. Gdy oczy przywykły do nowych warunków oświetlenia, mogłem dokładnie przyjrzeć się zwłokom. - Bankowo mężczyzna – stwierdził Maurycy. Krąg światła z latarki tańczył po całym grobie. Twardzielowi trzęsły się ręce i nic nie mógł na to poradzić. - Chyba stary, no nie? – Nie byłem pewien, czy można rozpoznać wiek nieboszczyka leżącego dłuższy czas pod ziemią. Śmierć nie dodaje uroku, to pewne. Pobrzydza, wysusza, odbiera godność. A Maurycy próbował przywołać śmierć, by mściła się zgodnie z jego wolą. Biedaczek... - Chuj wie, ale zębów prawie nie ma. Ściągnięta skóra twarzy wymusiła na pechowcu konieczność uśmiechania się. Na swój turpistyczny sposób odsłoniła się przez to szczęka, ukazując marny widok. Rzeczywiście, przecież przy tak zachowanych zwłokach zęby powinny być całe, mało co naruszone. Ten tutaj miał ich ledwie kilka, w większości w okropnym stanie. Jeśli żyłby trochę dłużej, na pewno wyplułby je wszystkie. - No dobra, braciszku – odezwał się Maurycy. – Czas na konkurs. - Konkurs? - Może być teleturniej, jak tam wolisz. Teleturniej pod tytułem „sto pytań do...”. Gotowy? - Na zgrywy ci się zbiera? – spytałem z niedowierzaniem. – Lepiej pomyślmy, co z tym fantem zrobić. - Właśnie do tego zmierzam. Wiedzę, żeś przeoczył pewną błahostkę. Odkopaliśmy trupa na twojej wysepce, na twoim jeziorku, na twoim poletku. Masz mi coś do powiedzenia? Maurycy zbił mnie z pantałyku. Ale, na Boga, miał świętą rację! Dotarła do mnie oczywistość kierunku jego przemyśleń. Ziemia należy od wieków (no może przesadziłem, ale tak naprawdę chyba nikt nie wie, od kiedy dokładnie) do mojej rodziny. Ziemia skrywa tajemnice. Konkluzja: ziemia skrywa tajemnice mojej rodziny. - Chyba żeś się, Maurycy, z dupą na mózgi pozamieniał! Oczywiście, że nie mam nic do powiedzenia! - Trup jest świeży – zauważył nie bez podstaw. - Tego nie wiesz – zaargumentowałem równie logicznie. Czyli zupełnie bez sensu, bo tak naprawdę skąd mogliśmy widzieć, ile lat liczą sobie zwłoki rezydujące na mojej ulubionej (kiedyś, teraz już na niej w ogóle nie bywam) wysepce. - No to może przypatrz się im uważnie i powiedz, czy go nie znałeś. Nie wytrzymałem ciśnienia insynuacji słanych pod moim adresem. - Może ty się przypatrz, czy to nie jest aby jeden z tych koleżków, którzy mieli to niepowtarzalne szczęście stanąć na twej drodze – chlapnąłem sarkastycznie. Złapał mnie za sweter i potrząsnął jak szmacianą lalką. - Przesadzasz, maj janger brader. Nie zabiłem nikogo, uczę kolesi rezonu i tyle. - Skalski może powtarzać twoje nauki w szpitalnym łóżku! Nie wiadomo, czy chłopak nie skończy na wózku. A psy i koty? One też potrzebowały nauk mistrza Jody? - Wściekła psiarnia i zawszone, podstępne kocury. Wyczyściłem ci podwórko ze szpiegów z tamtego świata. A ty mi się, chamie, tak odpłacasz! Maurycy święcie wierzył, że koty dlatego przesypiają tyle czasu, ponieważ nasz świat jest dla nich jedynie snem w ich prawdziwej rzeczywistości – to tam żyją i funkcjonują naprawdę, po Ziemi plączą się jedynie jak cienie, w celach poznawczych, z czystej kociej ciekawości. Dla psów nie miał teorii, poza tym, że przenoszą wściekliznę. - Puść mnie, kurwa! – krzyknąłem. Postanowiłem zakończyć tą bezsensowną kłótnię i poszedłem na ustępstwo. – Zaświeć jeszcze raz, to popatrzę – powiedziałem. Wypuścił mnie z rąk i schylił się po upuszczoną latarkę. Skierował promień światła do dziury, a ja przyglądałem się uważnie twarzy. Z początku, może chcąc koniecznie rozczarować Maurycego i nie rozpoznać w denacie nikogo mi znanego, nie dostrzegałem w zasuszonej, pomarszczonej twarzy niczego, co wskazałoby na tożsamość jej właściciela. Nad lewym uchem skóra przeżarta była do kości. A jednak jakieś żyjątka wyrwały kawałek padliny dla siebie, pomyślałem. Puste oczodoły, nakryte powiekami, nie pozwalały nic wyczytać z nieistniejących już oczu. Ale im dłużej wpatrywałem się w trzewia ziejącej grozą dziury, tym chłodniej robiło się dookoła. Mimo letniej pory roku poczułem lodowaty pot spływający mi po plecach. Bałem się, iż jak podniosę oczy znad grobu, to dojrzę w łunie światła latarki zakapturzona kostuchę, ostrzącą na mnie kosę. Grzechy mojej rodziny są moimi grzechami. - I co? – nie wytrzymał Maurycy. - Nie poznaję – skłamałem. – Ledwie to człowieka przypomina. - W takim razie na dzisiaj wystarczy – rzekł i schylił się po przyniesioną folię ogrodniczą. Nie mam pojęcia, czy uwierzył. To było już nieważne. Sekret znany przez dwie osoby nie jest sekretem... Przytrzymałem latarkę, gdy otulał truchło w celu osłonięcia go przed zwierzętami, jakie mogłyby zapragnąć poczęstunku w formie zakonserwowanych szczątków ludzkich. - Wracamy – rozkazał i wlazł do łódki. Zrobiłem to samo i odpłynęliśmy. Rozstaliśmy się za stodołą, skąd każdy z nas poszedł w swoją stronę; do domu wszedłem drzwiami wejściowymi, nie zwracając zupełnie uwagi rodziców. Mama rozwieszała w suszarni pranie, tata siedział w fotelu i przeglądał gazetę. Wdrapałem się do mojego królestwa na poddaszu, rozebrałem do naga i wziąłem gorący prysznic. Parująca woda oczyszczała zmęczone ciało, pragnąłem, by wtargnęła do mojej duszy i zmyła z niej cuchnące złogi ostatnich przeżyć. Kładąc się spać, zostawiłem zapaloną lampkę nocną. Korciło mnie strasznie, by wydłubać spod sterty papierów z szuflady biurka czarno-białe zdjęcie. To może poczekać do jutra, zdecydowałem i przekręciłem się na bok. Nie była to jedna z tych racjonalnych decyzji. Ja po prostu się bałem i z upragnieniem czekałem wschodu słońca. Kołdrę zarzuciłem na głowę, odcinając się od jawy. Sny nie przyszły z pomocą: dominowała w nich czerń i biel. Czerń nocy i biel kości. Czerń śmierci. Czerń. VII Brnący przez zaspy śniegu pojazd, jakim nazwałem śledztwo w sprawie zaginięcia Maurycego, jeszcze raz przywalił w drzewo, którym cała sprawa mnie uczyniła. Tym razem pod bramę podjechał sam komendant Maćkowiak. Wcześniej zadzwonił na domowy – akurat wtedy, kiedy wchodziłem na górę do swojego pokoju. Targałem ciężki plecak z masą książek i zeszytów. W szkole tego dnia wiało nudą, wszyscy zdawali się już ochłonąć po emocjach związanych z filmikiem, przez co nauczyciele spokojnie nadawali na merytorycznej częstotliwości, nie przerywając co chwila dla uspokojenia rozszeptanej klasy. Słuchawka ładowała się właśnie w bazie na półpiętrze. Dlatego to ja odebrałem. - Słucham? – spytałem. Po drugiej stronie linii rozmówca zbierał najwyraźniej myśli, ale dla mnie wyglądało to tak, jakby w ostatnim momencie zmieniał scenariusz rozmowy. W końcu odezwał się: - Eee, tu komendant Maćkowiak mówi, eee – po prostu elokwencja na sto dwa, pomyślałem. – Patryk, czy tak, eee? - Dzień dobry, panie komendancie. Boże, nie wiem, czy chcę to słyszeć! Znaleźliście Maurycego! - Eee... nie, po prostu musisz pojawić się jeszcze raz na komisariacie. Kilka spraw wymaga wyjaśnienia. Przyjadę za dwadzieścia minut. - Dobrze, ale nie wiem, jak mogę wam jeszcze pomóc. - Rutynowe czynności – rzucił od razu Maćkowiak. Barwa jego głosu nie wskazywała, że kolejne spotkanie z blacharnią będzie rutynowe. Niech tam, mogę z nimi pogawędzić. Z resztą nie miałem wyjścia. – Za dwadzieścia minut – powtórzył i się rozłączył. - Kto to był? – Z drzwi od salonu wychyliła się pytająca twarz mamy. – Jedziesz gdzieś z kolegami? - Niestety – roześmiałem się. – Maćkowiak jest za stary na mojego kolegę. Usłyszałem gwałtowny szelest składanej gazety i specyficzny dźwięk rozciąganego skaju na fotelu, gdy się z niego wstaje. - Co chciał? – Twarz ojca dołączyła do matki i oboje tak stali za futryną, wpatrzeni w swojego syna. - Nie odpuszczają mi. Chcą zadać jakieś pytania. Nie wiem jakie... - Nie musisz odpowiadać! – niemal krzyknął ojciec. – Załatwię adwokata! - Tato! Uspokój się, to tylko przesłuchanie. Maurycy zapadł się pod ziemię, więc chcą ze mną gadać. - Po diabła się z nim zadawałeś! Nie wtykałem się nigdy w twoje sprawy, ale tego powinienem ci zabronić! Nigdzie nie jedziesz! Ja pogadam z Maćkowiakiem! - Chryste, tato, przecież muszę jechać! To jakbym przyznał się do winy. Nie mam powodu, żeby siedzieć w domu. Ojciec wyskoczył z progu drzwi i wbiegł kilka stopni na górę. Złapał mnie za koszulkę i omal nie uniósł w powietrze – prawie tak samo brutalnie, jak Maurycy na wyspie. Sapał niczym rozjuszony byk na korridzie i mierzył wzrokiem, jakby chciał wyczytać z oczu, jakie tajemnice skrywam ukryte głęboko w duszy. - Czy ty wiesz, co robisz?! – wysapał. – Czy jesteś w stanie udźwignąć ten ciężar, Patryku? - Uczę się od najlepszych – wychrypiałem przez dociśnięte gardło i oczekiwałem może i nawet uderzenia. Nic takiego się nie stało. Ojciec zwolnił chwyt i opuścił bezradnie ręce. - Idź. Zejdź mi z oczu. Po prostu dajcie mi spokój. Mama całą scenę obserwowała bez choćby jednego oddechu, z otwartymi ustami i załzawionymi oczami. Gdy ojciec wrócił do salonu, wyraźnie chciała coś powiedzieć, o coś zapytać, ale zdobyła się jedynie na zrobienie rybiej miny. Usta ułożone w trąbkę były blade, zupełnie bez krwi, bez koloru. Wyszedłem na dwór, chwytając ciepłe promienie wrześniowego słońca. Przez zamknięte powieki atakował mnie rozszalały rój migotliwych świetlików. Drążyły dna oczu i wdzierały się w każdy zakamarek zmęczonego umysłu. Marzenia. Błędy. Konsekwencje. Nie popełniamy błędów, gdy trwamy bezczynnie. Nie ponosimy konsekwencji niepopełnionych błędów. Ciąg. Relacja. Łańcuch przyczynowo-skutkowy. Są inne. Kat-ofiara. Zbrodnia-kara... Na abstrakcję świetlistych obrazów nałożył się drażniący, natarczywy dźwięk. Klakson. I piskliwy, stary głos: - Ruszaj się, chłopie, czekają na ciebie. Po co denerwować prokuratora? Właśnie, po co, zgodziłem się w myślach i podszedłem do radiowozu. - Chociaż i tak jest już pewnie nie w sosie – powiedziałem. - Taa... Wsiadaj, jedziemy. Maćkowiak cisnął jak oszalały. Przyzwyczajone do sennego życia kury pierzchały z drogi, o włos unikając trafienia do rosołu. Na wirażach musiałem zapierać się rękami o drzwi, żeby nie rozmaślić twarzy na szybie. - Panie komendancie, zaraz mnie pan zabije! – powiedziałem żartobliwie, ale wcale nie miało mi się na śmiech. - Wiesz, że mam ochotę? – odpowiedział spokojnie. Jego oczy znajdowały się poniżej linii lusterka wstecznego, więc nie mogłem z nich nic wyczytać. To miał być żart? – Ty i twoi rodzice, wy wszyscy! Co za zaraza zesłała ród Morawskich na Klewki? Czym zawiniłem, że muszę się z wami użerać? Powiedz, chłopcze, dlaczego się na mnie uwzięliście? Przestraszyłem się nie na żarty. Stres pokonał starego Maćkowiaka i zrobił mu wodę z mózgu. W dodatku nadal prowadził jak szaleniec, wchodząc w zakręty drogi wbrew prawom fizyki. - Proszę mnie wysadzić! Natychmiast, pan oszalał! – wydarłem się wniebogłosy. Nie przypuszczałem, że Polonez ma tak skuteczne hamulce. Najpierw był pisk opon, a potem objąłem przedni fotel pasażera, wgryzając się niemal w zagłówek. Maćkowiak odwrócił się, jego pobrużdżona twarz zauważalnie wygładziła się dzięki litrom nabiegłej do niej krwi. W trzęsącej się dłoni trzymał wycelowany we mnie pistolet. - Więc wysiadaj, skurwysynu! Ale już! Uciekaj gdzie pieprz rośnie, i tak cię dorwiemy! Masz trzy sekundy, albo odstrzelę ci ten zawszony łeb! Biegnij! - O nie! Tak nie będziemy pogrywać – stanąłem okoniem. Nie zastrzeli mnie w radiowozie. Nie wytłumaczy się z tego. Ale gdybym próbował uciekać... Strzał ostrzegawczy nieszczęśliwie trafiłby moją głowę. Nie mogłem wysiąść. Zaryzykowałem. – Nie wrobisz mnie w to, stary dziadzie. Nie skończysz tak szybko tej sprawy, pomęcz się jeszcze, zanim pójdziesz grzać dupę na emeryturze. Nigdzie nie idę, a ty masz mnie bezpiecznie zawieść na komisariat! Maćkowiak łapał powietrze jak astmatyk, który nie wziął inhalatora, a właśnie teraz tak bardzo go potrzebował. Wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku, z trudem wydukał kilka słów: - Chcę wierzyć, że nie masz z tym nic wspólnego... Ale nazywasz się Morawski... zbyt dużo już widziałem... Szatańska familia, jesteś pomiotem, rozumiesz? Ale chcę wierzyć... naprawdę. Może jesteś inny... nie zrobiłeś tego, tak? Dobrze, więc cię nie zastrzelę, tylko pojedziemy na przesłuchanie i będziesz grzecznie odpowiadał na pytania. Jeśli wiesz coś, czego nie powinieneś wiedzieć, zachowasz to dla siebie... nie powinieneś wiedzieć... nikt nie powinien. Pytanie, odpowiedź, rozumiesz? Siedziałem osłupiały. Nie rozumiałem, mimo to przytaknąłem. Maćkowiaka musiało to usatysfakcjonować, bo on również skinął głową, schował gnata do kabury i wrócił do kierowania pojazdem. Teraz jechał wręcz przesadnie wolno – najpewniej chciał opanować nerwy przed spotkaniem z blacharnią z okręgu. Maćkowiak miał tajemnice. Był gotów mnie zastrzelić, byleby tylko nie ujrzały światła dziennego. O co chodzi? Co tu się do diabła dzieje? To tylko małe Klewki! Nie gangsterska metropolia, gdzie trup ściele się gęsto każdego dnia i każdej nocy. I co ma do tego moja rodzina? Czyżby sekret, który poznałem, nie został między nami, Morawskimi? Co wiedział Maćkowiak? Z podobnymi pytaniami wylądowałem pod komisariatem w Pcimie i wszedłem do tej samej co wtedy, klaustrofobicznej salki przesłuchań. Prokurator, komisarz... Tylko komendant do nas nie dołączył i jego właśnie zabrakło w składzie „dream teamu”. - Pojawiły się nowe okoliczności – rozpoczął dyplomatycznie prokurator Romuald Wiśniewski. Zastanawiałem się, czy dzisiaj zamienili się rolami z komisarzem prowadzącym śledztwo, bowiem Wereź wyglądał jak chmura gradowa. – Zna pan Piotra Skalskiego? - Oczywiście – odparłem może zbyt szybko. – Piotrek leży w szpitalu. - Spadł ze schodów – powiedział prokurator. Nie wolno mi było na to w jakikolwiek sposób zareagować. Choć już najpewniej wiedzieli... - No jak, spadł ze schodów czy nie? – dopytywał Wiśniewski. - Tak mówi... – brnąłem w grząskie bagno, za nic nie widząc lepszej drogi. - Tak mówił – poprawił mnie komisarz. Ewidentnie „zły policjant” tego dnia. - Gdy usłyszał o zaginięciu Kołady, od razu przyznał się, że to Maurycy go skatował. Wcześniej bał się i wolał wmawiać wszystkim dookoła wersję upadku ze schodów. Niezłe, co? – Prokurator pozwolił sobie na nieukrywaną ironię, zapominając wyraźnie o roli „dobrego gliny”. Teraz obaj byli przeciwko mnie. Super. - Skalski twierdzi, że tamtego wieczoru Kołada wywiózł go do lasu twoim wozem. To już jest współudział w pobiciu ze skutkiem kalectwa. Powinieneś powiadomić policję, a nie zrobiłeś tego. Byłem bliski łez – wcale nie udawanych, lecz jak najszczerszych. We wszystkim, co robił Maurycy, w jakiś sposób i ja brałem udział. Bezwolnie, ale przez to właśnie miałem problemy. Znajomość Maurycego, mimo, iż definitywnie zakończona, pogrążała mnie niczym choroba popromienna – systematycznie, konsekwentnie i skutecznie. Chciałem wierzyć, że w pełni uwolniłem się od mojego demona, ale jego cień uparcie wisiał w sali przesłuchań. - Skalski mógł się bać, tak? A ja? – spytałem ledwie panując nad głosem. – Nie znaliście Maurycego, nie przepuściłby mi tego. Nie znosił donosicieli. A poza tym, co zrobiłaby policja? Rozejrzyjcie się dookoła. Halo, tu Ziemia, jesteśmy w Pcimiu i w Klewkach, a nie w Nowym Jorku. Nie rozumiecie tego? Komisarz nie rozumiał. Poderwał się z krzesła, zaparł rękami na stole oddzielającym nas na kształt magicznej bariery i wykrzyknął mi prosto w twarz: - Rozumiemy tylko tyle, że wszyscy zeznali, że to ty przebywałeś z Koładą najczęściej! W dodatku kryłeś go i jednocześnie się go bałeś. Miałeś więc powody, żeby go zakopać! Miałeś, prawda? Ostatkiem sił nie uległem presji ziającego na mnie komisarza i nie rozpłakałem się. - Miałem powody, ale nic mu nie zrobiłem – rzekłem. – Chodzę do liceum, chcę skończyć studia, zamieszkać w mieście. Po co miałbym teraz go zabić? Za rok już mnie tu nie będzie, wyjadę do akademika. Wytrzymałem z Maurycym tyle lat, wytrzymałbym jeszcze. Chcecie mnie w coś wrobić, gdy ja jestem niewinny. Jest tyle łachudrów w okolicy, a wy się mnie czepiliście, to jakaś paranoja! Komisarz opadł na krzesło i kiwał przecząco głową. - Paranoja... Ładne słowo. A właśnie. Jak często bywałeś w domu Kołady? - Nieczęsto. Głównie łaziliśmy po dworze, albo jeździliśmy autem po skończonych lekcjach. - Miałeś klucze do jego domu? - Nie! – zaprzeczyłem zgodnie z prawdą. - Koładowie mieli internet, wiedziałeś o tym? - Pewnie, że tak. Jak tylko kupiliśmy neostradę, Maurycy się uparł, że musi też mieć komputer i dostęp do sieci. - Do czego używał internetu? – zapytał komisarz, a ja dobrze wiedziałem, o co naprawdę pyta. Musieli przeszukać jego pokój i znaleźli ślady kontrowersyjnego „hobby”. - Po samobójstwie ojca zaczął interesować się czarną magią czy czymś takim. Ze strychu wygrzebał stare książki, w sieci szukał też informacji na temat satanistów i w ogóle. Planował nawet pojechać na ich zlot – wytłumaczyłem bez próby tajenia czegokolwiek. Bo i po co? - I ciebie w to nie wciągał? - Kilka razy łaziłem z nim po lesie. Mieliśmy odczyniać jakieś uroki, przyzywać dusze zmarłych. To akurat było śmieszne. Przynajmniej nikomu się nie obrywało – przyznałem. - Bo widzisz – kontynuował komisarz – to całe nagranie pochówku jest właśnie w... w mrocznej konwencji. – Znalezienie słowa „mrocznej” ewidentnie ucieszyło Werezia. Troszkę jakby rozweselony, monologował wytrwale dalej, a ja słuchałem: - Ta mroczna konwencja wskazuje, że ktoś chciał nie tylko pozbyć się Kołady, ale zrobić to jakby mu na złość... Pokazać coś w stylu: „Hej, i jak się teraz czujesz, będąc ofiarą własnych rytuałów?”. Nie sądzi pan, panie Patryku? Dałbyś mu do słuchu, co? Leżałby tam nasz zaginiony Maurycy Kołada, w totalnej ciemności, po stertą ziemi, walczyłby o każdy haust cennego powietrza i wiedziałby, że to prezent od ciebie. Zbrodnia jest słodka, gdy się ją odpowiednio posłodzi. Ostatnie przysłowie nie mogło być znane, Wereź musiał je sam wymyślić, bo przecież było denne jakby wypowiedział je upośledzony detektyw w kiepskim kryminale. Nie zrobiło na mnie wrażenia i nie odpowiedziałem na zaczepkę. Jednak już następne stwierdzenia miały większą wagę i nie poprawiły mi humoru. Pomyślny obrót spraw zawisł na włosku. Zacząłem się pocić. - Na koniec zdradzę ci, Patryczku, dwa ważne fakty. Po pierwsze nagranie na YouTube wysłane zostało z komputera Maurycego. Ach, któż mógł mieć do niego dostęp? Tajemniczy „ktoś” założył konto na YouTube, żeby zamieścić ten jeden jedyny filmik. Dziwne, prawda? Po drugie ostatnie kilka dni spędziliśmy naprawdę pracowicie. Dwanaście ekip przeczesało spore połacie okolicznych chaszczy, żeby trafić na ślad grobu. Dwóm z tych ekip towarzyszyły psy tropiące i one kręciły się tylko i wyłącznie po Klewkach. Na polu należącym do Koładów poszukiwania nie przyniosły efektu. Dlatego postanowiliśmy odwiedzić dzisiaj twoją parcelkę. Rodzice nie będą mieli nic przeciwko, prawda? Jakaś cząstka mnie od samego początku brała ten wariant pod uwagę. Jednak gdy już stało się faktem, że plan „A” nie powiódł się, naszło mnie fatalne przeczucie, że coś zrobiłem nie tak, o czymś zapomniałem lub jakiś ważny element układanki po prostu pominąłem. A przez to i plan „B” zawali się jak domek z kart. Pomyślałem o tacie. O tym, co zrobi, gdy policjanci z psami wejdą na podwórko i ruszą w pole. Postarałem się wyobrazić sobie jego wyraz twarzy, spojrzenie zlęknionych oczu. Byle tylko nie targnął się na własne życie. Lub nie dostał zawału serca. Po retorycznym pytaniu komisarza wyszliśmy wszyscy na korytarz. Ze swojego biura wystrzelił jak z procy komendant Maćkowiak, a za nim – już nie tak dynamicznie – wytoczył się sierżant Walicki. - Komendancie, proszę wyznaczyć czworo podległych panu ludzi do pomocy naszej ekipie w przeszukiwaniu ziemi należącej do państwa Morawskich – zakomenderował prokurator. Nawet nie patrząc w moją stronę, dodał: – Tego młodego człowieka proszę mieć na oku. Niech jedzie w którymś radiowozie. - T...tak jest – wykrztusił Maćkowiak. Spojrzał na mnie, a wzrok jego mówił: „Powinienem cię kropnąć”. Teraz mógł tylko machnąć na Wałka i kazać mu się mną zaopiekować. - Jedzie z tobą – powiedział. – Tylko bez numerów. Poszedłem za grubym gliną do radiowozu. Który to już raz? Hm, najeżdżę się suką za wszystkie czasy, pomyślałem. Kondukt złożony z pięciu biało-niebieskich wozów wystrzelił na długo przedtem, zanim Wałek zajął dogodną pozycję za kierownicą i z typową dla siebie powolnością ruszył za nimi. Sięgnąłem do kieszeni po komórkę i nie bacząc na Wałka wybrałem numer domowy. Nie wybrzmiał nawet jeden pełen sygnał, gdy usłyszałem spięty głos ojca. - Słucham? - To ja, tato. Za moment będzie u nas policja, wejdą na pole i wiesz... w ogóle. Przerwałem, choć nie oczekiwałem żadnej reakcji. Słuchawkę zapchała cisza, nieprzerwana choćby pojedynczym oddechem lub trzaskiem łączy. Wałek całym sobą udawał – aczkolwiek zupełnie nieskutecznie – że nie podsłuchuje rozmowy. Pewnie zastanawiał się, czy nie powinien mnie powstrzymać – w końcu ani prokurator ani komisarz nie byliby zadowoleni, widząc, jak dzwonię w miejsce, gdzie właśnie miało odbyć się przeszukanie. Nagle Wałek zatrzymał się bez uprzedzenia na poboczu i wygramolił się z auta. - Muszę się odlać – rzucił za siebie i podszedł do przydrożnych krzaków. Pogwizdując, oddawał się fizjologicznej czynności lub ją pozorował. Miałem uciekać? O to mu chodziło? A może po prostu chciał, żebym powiedział ojcu wszystko to, czego nie powiedziałbym przy nim? - Tato, nie rób nic nieprzemyślanego, zachowuj się normalnie. Nic nie znajdą. Jeśli będą was przesłuchiwać, nie mieliście o niczym pojęcia, bo to zresztą prawda. Nie znajdą u nas Maurycego… ani nikogo innego, obiecuję ci, ale musisz mi zaufać. Zaufaj mi ten jeden raz – poprosiłem. - Dobrze – najzwyczajniej w świecie odparł ojciec i odłożył słuchawkę akurat wtedy, gdy do auta ponownie wcisnął się Wałek wraz ze swym nieodłącznym towarzyszem – zapachem potu. Dobrze? Nie, kurwa, nic nie jest dobrze! Mimo, że ciało Maurycego było już w stanie zaawansowanego rozkładu, jego duch a mój demon zarazem krążył nade mną niczym sęp wieszczący kataklizm. Czy kataklizm nadejdzie? Wszystko zależało od skrupulatności ekipy śledczej oraz przenikliwości prokuratora i komisarza. A raczej ich skłonności do uwierzenia w historię, jaką nazwałem planem „B”. ostatnie rozdziały i epilog znajdziesz pod: http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=74040 Boru |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||