DRUKUJ

 

Łyżwy - odcinek 4

Publikacja:

 13-02-16

Autor:

 roxetka
- Świetnie! – Magnus też bardzo się z tego faktu ucieszył – Pędzę po lekarzy a potem do bufetu po Pera i resztę. Bardzo się ucieszą! – zawołał na koniec, wybiegając. Po chwili pojawiło się dwóch lekarzy, którzy dokładnie zbadali Marie. Orzekli po zakończeniu badania, że dziewczyna jest na dobrej drodze do powrotu do pełnej sprawności. Marie kiedy została sama – zaczęła płakać. Ale były to łzy szczęścia. Dziewczynę rozpierała radość kiedy myślała o tym, że jest duża szansa na to, że wszystko będzie tak jak przed wypadkiem. Nie miała zielonego pojęcia o tym, że niestety się myli… Wtedy jednak nie zdawała sobie z tego sprawy. Radość z tego co właśnie się stało rozpierała ją. Pozostałym członkom grupy – szczególnie Perowi – ciężko było uwierzyć, że wszystko będzie jak dawniej. Spędzili tak w szóstkę całą resztę dnia. Rozmowom, żartom i śmiechowi nie było końca. W pewnym momencie Marie poprosiła Pera:
- Przytul mnie, proszę… - jej ton głosu i spojrzenie w normalnych warunkach sprawiłoby, że zrobiłby to bez wahania. Teraz jednak, słysząc jej słowa – wystraszył się.
- Nie wiem czy… czy powinienem to… robić… - szepnął. Czuł, że rani Marie swoimi słowami ale nie chciał kłamać, udawać, że da sobie radę.
- Cóż… Przeczuwałam, że się wystraszysz, że nic z tego nie wyjdzie… - odpowiedziała smutno. Próbowała jednak zamaskować chęć rozpłakania się co niestety jej nie wyszło. Kiedy Per zobaczył zaszklony wzrok dziewczyny – szepnął do Heleny:
- Zamknij drzwi i trzymaj kciuki żeby udało mi się unieść Marie bez żadnych problemów. Jeśli zobaczy mnie choćby jeden lekarz – albo nie daj Bóg – jej lekarz prowadzący – będzie ostra draka.
- Tak… - zgodziła się dziewczyna, spełniając prośbę Pera. Po zamknięciu drzwi wróciła na swoje miejsce, z którego w napięciu obserwowała co zrobią jej przyjaciele, czy ich plany wypalą. Wszystko udało się bez problemu. Marie co prawda poczuła lekki ból ale nawet nie skrzywiła ust. Per jednak rozpoznał, że coś jest nie w porządku po tym, że oczy dziewczyny znów zaszkliły się.
- Jesteś bardzo dzielna – szepnął, całując ją w czoło. Jeszcze przez krótką chwilę trzymał ją tak w ramionach kołysząc ją bardzo delikatnie i powoli. W pewnym momencie dziewczyna szepnęła bardzo sennie:
- Nie dam już rady dłużej… - i zamknęła oczy. Per zorientował się od razu, że musi znów ułożyć ją w łóżku. Zrobił to sprawnie ale delikatnie po czym szepnął do przyjaciół:
- Wyjdźcie i zaczekajcie na mnie na korytarzu. Zostanę przy niej jeszcze moment aż skończy się jej kroplówka, wezwę pielęgniarkę i kiedy tylko kroplówka zostanie zmieniona – wyjdę do was – Helena, Clarence, Chris i Magnus spełnili prośbę Pera i bez słowa wyszli z sali. Dziewczyna patrząc przelotem w stronę śpiącej już przyjaciółki z zespołu, szepnęła tylko:
- Kolorowych snów Marie, widzimy się jutro – i dołączyła do kolegów, którzy opuścili salę wcześniej. Po kilkunastu, maksymalnie może trzydziestu minutach – Per dołączył do czekających na niego przyjaciół. Odwiózł ich do domów a sam jeszcze na krótką chwilę spod domu Heleny, którą odwiózł jako ostatnią – zawrócił w stronę szpitala. Dziewczyna widziała wszystko z okna w salonie, domyśliła się po kierunku jazdy dokąd zmierza Per ale nie zatrzymywała go. Nie miała żadnego zamiaru ani interesu w tym żeby to robić. Myślała: „Jeśli spędzenie przy niej jeszcze choć chwili, nawet jeśli śpi – co po takich przeżyciach jest oczywiste – miałoby mu pomóc – niech do niej jedzie i po spędzonym tam czasie czuje się jak najlepiej”. Per natomiast – tak , czas odwiedzin skończył się, że może zostać wyrzucony z oddziału… Nic takiego jednak nie miało miejsca; Per miał podwójne szczęście. Po pierwsze zostało jeszcze jakieś piętnaście minut na odwiedziny a to w zupełności Perowi wystarczyło a po drugie – dyżur miała Sonia, więc Per mógł być tym bardziej spokojny o ten najbliższy kwadrans. Marie natomiast spała najzupełniej spokojnie. Najprawdopodobniej śniło jej się coś, bo przez sen uśmiechała się. „Wyglądasz tak pięknie” – pomyślał po czym zanucił cicho fragment piosenki „I was so lucky” mówiący: „Przesiedziałem całą noc tylko po to by patrzeć jak uśmiechasz się przez sen”, po czym otarł ukradkiem łzę, posłał Marie całusa i wyszedł. Tej nocy będąc w swoim pokoju hotelowym – Per długo nie mógł zasnąć. Na przeżycia całego dnia zareagował zupełnie inaczej niż Marie. Mimo, że adrenalina była duża – zmęczenie jednak wzięło nad dziewczyną górę. Oprócz tego pomogły jej zasnąć leki, które nadal podawano jej w formie kroplówek. Natomiast chłopak nie miał tyle szczęścia. Najpierw przez jakiś czas krążył bez celu po swoim pokoju. Żeby czymś się zająć – zaczął nawet pakować swoje rzeczy, których wiedział, że już nie będzie używał. Pakował się, bo zdawał sobie sprawę, że Marie zostanie wypisana więc trzeba będzie przygotować dom, szczególnie oczywiście jej pokój. Kiedy skończył pakowanie – wziął zeszyt, w którym zwykle zapisywał pomysły na teksty piosenek lub ich gotowe fragmenty, które potem wystarczyłoby tylko sprytnie i chwytliwie połączyć i zaczął zapisywać to co tylko wpadało mu do głowy. Pisał tak może do drugiej czy nawet trzeciej nad ranem. Był tak bardzo zmęczony, że nawet nie zorientował się kiedy zasnął. Planował zamknąć oczy tylko na krótki moment żeby dać im odpocząć. Zmęczony organizm chłopaka tak bardzo domagał się snu i odpoczynku, że wreszcie dopiął swego. Następnego dnia Marie – jeszcze przed przybyciem pozostałych przyjaciół – dowiedziała się, że za tydzień zostanie wypisana. Bardzo się ucieszyła i tak jak wtedy kiedy odzyskała czucie – zaczęła płakać. Per wszedł do sali Marie jako pierwszy, zaraz za nim weszli Helena i Clarence (pozostali nie mogli przyjechać) a widząc co dzieje się z Marie – wystraszyli się.
- Co się dzieje? – pytał przerażony chłopak, niemal jednym susem przybliżając się do Marie – Czemu płaczesz, czy ktoś zrobił ci krzywdę, powiedział coś raniącego? A może… zadanie drugiej części ostatniego pytania było dla Pera szczególnie trudne – A może… twój stan zdrowia pogorszył się…? – dokończył pytanie Per. Helena tymczasem usiadła po drugiej stronie łóżka Marie. Była tak przerażona tym co się dzieje, że bez słowa rzucała pełne przerażenia spojrzenia naprzemiennie na dwójkę przyjaciół. Clarence też bał się tego co usłyszy ale on objawiał to inaczej – patrzeniem w jeden punkt i nerwowym szarpaniem zamka kurtki (tą ostatnią rzecz robił zupełnie bezwiednie).
- Nic z tych rzeczy – powiedziała Marie, biorąc Helenę i Pera za ręce i uśmiechając się (wyglądała naprawdę uroczo z lekko zaszklonymi oczami, kilkoma łzami, które zatrzymały się na policzkach i uśmiechem. Szczerym, jasnym uśmiechem, takim jaki towarzyszył jej zawsze kiedy bardzo się z czegoś cieszyła, gdy wiedziała, że – jak w tym przypadku – spełni się jej marzenie).
- Więc? – spytali jednocześnie Helena i Per.
- Co takiego się stało, czego dowiedziałaś się od tych łapiduchów? – odezwał się milczący dotąd Clarence, u którego ciekawość i zniecierpliwienie powoli pokonywały wcześniejszy strach.
- Clarence! – skarcili go jednocześnie dziewczyny i Per, po czym Marie zawołała triumfalnie:
- Wypisują mnie! Wychodzę stąd za tydzień! – radość rozpierała dziewczynę.
- Świetnie! Cieszę się, nawet nie wiesz jak bardzo. I jeszcze coś – dodał już ciszej trzymając Marie w ramionach – Nie strasz nas już tak, proszę. Naprawdę się przeraziliśmy kiedy…
- Wiem, przepraszam… - szepnęła ze wstydem Marie – To było silniejsze ode mnie i…
Helena i Clarence też chcieli przytulić do siebie Marie ale wiedzieli, że nie mają na to szans. Zdawali sobie sprawę, że jedyną osobą, która to potrafi jest Per. Widząc natomiast, że Marie dość dużo czasu spędziła na jego rękach – nie chcieli jej forsować. Helena, podchodząc do przyjaciółki, szepnęła:
- Już nie mogę doczekać się powrotu zespołu na salę prób, scenę… - głos jej lekko drżał, kiedy wypowiadała te słowa.
- W pełni cię rozumiem ale musisz uzbroić się w cierpliwość. To, że odzyskałam czucie to dopiero początek drogi. Muszę stanąć na nogi. Albo przynajmniej z poziomu wózka inwalidzkiego jako tako radzić sobie z życiem. Wtedy będziemy mogły mówić o moim powrocie do Roxette.
Helena chciała odpowiedzieć Marie ale Per, do którego prawie w pełni dotarła rozmowa dziewczyn a szczególnie jej dwa ostatnie zdania, ubiegł ją i niemal krzyknął:
- Co za bzdury! Nie wolno ci tak ani mówić ani nawet myśleć, Marie! Zdaję sobie sprawę, że nie będzie ci łatwo ale rób wszystko żeby myśleć pozytywnie. Pozytywnie, pamiętaj.
- Po takiej reprymendzie na pewno spróbuję – zaśmiała się. Po chwili, Clarence, siadając obok Marie, na wcześniejszym miejscu Pera (chłopak zszedł do bufetu po kawę i coś do zjedzenia), wziął koleżankę za rękę i szepnął ze skruchą:
- Przepraszam za tych łapiduchów, naprawdę nie wiem co mi wtedy odbiło…
- Nic, po prostu zdenerwowanie i zniecierpliwienie doszły w tobie do głosu – skwitowała najzupełniej spokojnie Marie.
- Zazdroszczę wam… - szepnął smutno Clarence.
- Czego? – zdziwienie Marie było duże.
- Umiejętności podniesienia innych na duchu mimo, że sami jesteście w dołku.
Na te słowa Clarence’a Marie niestety nie odpowiedziała, bo została zabrana na badania. Gdyby została w pokoju – też nie wiedziałaby co odpowiedzieć. Ostatni tydzień pobytu w szpitalu mijał Marie bardzo szybko, mimo, że dni wyglądały niemal tak samo. Wszyscy z niecierpliwością odliczali dni do tego tak bardzo przez wszystkich oczekiwanego. Aż wreszcie – przyszedł dzień wyjścia Marie ze szpitala. „To dziś, wreszcie” – pomyślała dziewczyna gdy tylko otworzyła oczy. Jakąś godzinę, może dwie później pojawili się – tak jak tydzień wcześniej – Helena, Per i Clarence.
- Jak dobrze widzieć cię uśmiechniętą – powiedział Per po przywitaniu się z przyjaciółką. Nie miał niestety pojęcia, że to ostatnie chwile takiego szczęścia Marie. Nikt – nawet ona sama – nie zdawał sobie z tego sprawy. Przez jakieś kilkanaście minut rozmawiali, żartowali, po czym Per zwrócił się do przyjaciół:
- Zacznijcie pakować rzeczy Marie a ja idę po jej wypis i inne papiery i - zmywamy się stąd.
Po słowach „zmywamy się stąd” – uśmiechnął się do przyjaciółki. Ona odwzajemniła uśmiech. Był bardzo wyjątkowy, bo oprócz twarzy dziewczyny śmiały się jej oczy a nawet serce. Oczy Marie lśniły tak, że gdyby tylko mogła – podzieliłaby się tym blaskiem z innymi. Rozdałaby go lwiej części ludzi nie ważne czy byliby wiernymi fanami Roxette czy wręcz przeciwnie – zaciekłymi wrogami grupy, których przyjaciele mieli równie wielu jak fanów. Pera nie było jakieś dziesięć, może dwadzieścia minut. W tym czasie Helena i Clarence spakowali rzeczy Marie. Było ich tak niewiele, że zmieściły się w jedną małą torbę podróżną. Per wrócił do czekających na niego przyjaciół z pielęgniarzem, który pomógł mu przenieść Marie z łóżka na wózek. Zgodził się choć dobrze wiedział, że sam też dałby sobie radę. Natomiast już przy przenoszeniu Marie z wózka do samochodu – zrobił to sam z niewielką tylko pomocą Clarence’a. Ogólnie, ustalili przed wyruszeniem w drogę, że dziewczyny zajmą tylną kanapę a oni przód. Po stronie kierowcy usiadł Per i ruszyli. Na początku nie odzywali się, wsłuchując się w pomrukujący cicho silnik. Każde z nich chciało jakoś przełamać tą ciszę, ale nikt nie miał najmniejszego pojęcia co powiedzieć. W pewnym momencie, Marie śpiąc już prawie na kolanach Heleny, szepnęła:
- Włączcie coś… Coś delikatnego…
Na słowa przyjaciółki Clarence pogrzebał w jednym ze schowków i wyciągnął z niego płytę z największymi balladowymi hitami Roxette. „Mam nadzieję, że dobrze trafiłem…” – myślał, wciskając przycisk „Play” i ustawiając odpowiednią głośność. Helenie i Marie nie potrzeba było wiele czasu żeby zacząć zasypiać. Jedyne co różniło dziewczyny to to, że Marie zasnęła spokojnie już na początku drugiej piosenki, natomiast Helena walczyła zaciekle ze snem, który chciał nią zawładnąć. Dziewczyna chciała czuwać przy przyjaciółce przez całą daleką drogę jaką jeszcze mieli przed sobą.
- Śpij spokojnie jeśli chcesz, jeśli tego potrzebujesz a widzę, że tak i to bardzo – powiedział Per do koleżanki z zespołu. Użył takiego samego spokojnego ale stanowczego tonu głosu, jak zawsze kiedy chce cokolwiek wyegzekwować coś od któregokolwiek z członków.
- Ale… - chciała zaprotestować.
- Zasypiaj spokojnie - odpowiadając, Per użył takiego tonu jak wcześniej.
- No dobrze… - skapitulowała i przymknęła oczy – Z tobą nigdy nie można wygrać – dodała bardzo sennie i chwilę później zasnęła, zmęczona.
- W końcu jestem liderem grupy – zaśmiał się pod nosem Per, patrząc przez lusterko wsteczne na śpiące dziewczyny. Po około godzinie jazdy stało się coś czego nikt się nie spodziewał. Cała sprawa zaczęła się niewinnie, bo Marie zachowywała się tak jakby coś jej się śniło. Potem jednak ruchy jej ciała stały się szybsze i bardziej niebezpieczne, co obudziło Helenę.
- Co się… dzieje…? – szepnęła do siebie zaspana dziewczyna po czym zobaczyła jak Marie szybko otwiera oczy. Ten widok przeraził ją.
- Tak bardzo boli… - wyszeptała z olbrzymim trudem Marie, napinając wszystkie mięśnie niemal do granic możliwości.
- Co ja mam robić?! – niemal krzyknęła Helena. Mimo, że krzyknęła – jej głos drżał, łamał się. Była bliższa płaczu niż rozzłoszczenia się.
- Staraj się ją uspokajać, masować… Oby to pomogło… - mruknął Clarence, zerkając do tyłu na dziewczyny. Był przerażony. Per natomiast rzucił na całą sytuację okiem przez lusterko wsteczne i kiedy dojeżdżali do jakiejś zatoczki dla taksówek – Per powiedział:
- Trzymajcie się, zawracam – a ciszej dodał: - Wytrzymaj Marie, proszę… - dopiero przy słowach, które wypowiadał szeptem – głos lekko załamał mu się.
- Dasz radę poprowadzić? – spytał z troską i strachem Clarence.
- Muszę, nie ma już czasu żebyśmy się zamieniali. Teraz każda minuta i sekunda jest ważna.
- Masz rację… - szepnął Clarence. Tymczasem Marie strasznie się męczyła. Ból promieniował od środka kręgosłupa na całe ciało dziewczyny. Helena próbowała pomóc jej dotykiem, masażem co – jak liczyła – ulży jej przyjaciółce w cierpieniu. Niestety wysiłki dziewczyny spełzały na niczym. To co robiła nie przynosiło Marie ulgi.
- Jak daleko… jeszcze…? – wyszeptała Marie tak cicho, że Helena ledwie mogła ją dosłyszeć.
- Nie wiem niestety… - odpowiedziała jej ze smutkiem dziewczyna, najpierw rozglądając się przerażonym wzrokiem wokół siebie a potem wreszcie pytając Pera:
- Jak dużo mamy jeszcze do przejechania? – dziewczyna płakała, pytając.
- Jakieś sześć, może siedem kilometrów… - szepnął chłopak, patrząc na tablice drogowe, pojawiające się coraz częściej.
- Och nie… Spróbuj jechać szybciej, proszę… Marie jest już na granicy wytrzymałości, bardzo się boję, że… - dziewczyna płakała. Tego nie udało jej się powstrzymać. Mówiąc chciała poskarżyć się kolegom z zespołu na swoją niewygodę i ból ale powstrzymała się od tego: „Co ja robię? Przecież to ona męczy się bardziej. Ja nie mam prawa mówić co czuję. Marie jest teraz ważniejsza od nas trojga razem wziętych” – skarciła się w myślach Helena. W pewnym momencie, gdy przyjaciół od szpitala dzieliły jakieś dwa kilometry – Marie nagle jednocześnie bardzo mocno wbiła paznokcie w dłoń Heleny i wygięła ciało w łuk, obracając głowę w stronę siedzeń kierowcy i pasażera.
- Boże… - szepnęła przerażona Helena, krzywiąc się przez ból wywołany wbitymi w dłoń paznokciami przyjaciółki.
- Co się…? – chciał spytać Clarence. Urwał jednak kiedy zerknął szybko w tył i zobaczył jak męczyły się dziewczyny.
- Radziłbym nie patrzeć… - zareagował Clarence gdy zauważył, że wzrok Pera kieruje się w stronę lusterka wstecznego. Na słowa kolegi Per tylko uderzył go wzrokiem i zerknął szybko w lusterko.
- Wytrzymajcie, jesteśmy już bardzo blisko – powiedział. Jego słowa były tym bardziej prawdziwe, że budynek szpitala zaczynał wyłaniać się zza wzniesienia, na które wjeżdżali.
- Jesteście bardzo dzielne – szepnął.
Kiedy dojechali na miejsce, Per zwrócił się do Clarence’a:
- Idź po lekarzy, tylko szybko!
Chłopak, słysząc prośbę kumpla wyskoczył z samochodu, rzucił krótkie „Zaraz będę” i puścił się pędem w stronę budynku. Tymczasem ból Marie zaczął stopniowo mijać. Mijało też napięcie mięśni dziewczyny, a jej paznokcie zaczęły wysuwać się z ran jakie pozostawiły.
- Przepraszam… - szepnęła słabo Marie chcąc zamknąć oczy; była wykończona, chciała zasnąć.
- To nic, przecież nie kontrolowałaś tego co działo się z tobą w trakcie największej fali bólu, byłaś bliska utraty przytomności – wyjaśniła Helena, zwracając się po chwili do Pera:
- Co z Clarence’em? – dziewczyna denerwowała się – Nie zasypiaj, nie możesz usnąć – zwróciła się do Marie leciutko potrząsając jej ciałem.
- Nie mam już sił… chcę zasnąć…
- Wiem ale nie możesz tego zrobić, myszko – powiedział Per, odwracając się do Marie i biorąc ją za rękę. Dziewczyna czując, że jej drobna dłoń została bezpiecznie zamknięta w dłoni przyjaciela – poczuła wielką ulgę. Po jakimś czasie jednak – Per rozzłościł się naprawdę mocno, zwłaszcza, że zauważył kolejną – sporo lżejszą falę bólu Marie.
- Zaraz będę, tak?! – zawołał zły – Jasna cholera, sam załatwiłbym to szybciej!
Po tych słowach wyskoczył z samochodu.
- Co chcesz zrobić…? – spytała przerażona Helena – Nie chcę… - „zostać sama”, chciała dodać ale nie zrobiła tego widząc jak Per zabiera ich przyjaciółkę z jej rąk.
- Nie bój się, któryś z nas zaraz wróci do ciebie. Zablokuj drzwi od środka żeby czuć się zupełnie bezpiecznie – po tych słowach Per popatrzył na Helenę ze wsparciem. Widział po twarzy dziewczyny, że boi się, potrzebuje przytulenia, wsparcia.
- Idź już – szepnęła drżącym głosem. Po wyszeptaniu tych słów dziewczyna zamknęła tylne drzwi, zablokowała zamki i patrzyła przez tylne okno na Pera niosącego na rękach wycieńczoną Marie. Dziewczyna wyglądała okropnie – była blada, sprawiała wrażenie jakby przelewała się chłopakowi przez ręce. Patrzyła tak do momentu aż przyjaciele zniknęli za wzniesieniem. Przez całą drogę Per powtarzał Marie, że nie może zasnąć, że musi być silna. Mimo tego, że szedł szybkim krokiem, musiał bardzo uważać na przyjaciółkę. W końcu wszedł na izbę przyjęć i zaczął rozpychać się wśród ludzi z Marie na rękach. Niestety to co robił – oburzało innych, szczególnie starszych.
- Trochę kultury chłopcze – usłyszał od pewnego starszego mężczyzny.
- Moja przyjaciółka umiera a pan prosi mnie o kulturę – rzucił z sarkazmem Per, idąc dalej.
- Co ty tu robisz? – zapytał wystraszony Clarence, widząc Pera z Marie na rękach.
- To o co prosiłem cię już dość dawno temu. Coraz częściej nawalasz – mówiąc, Per stawał się coraz bardziej wściekły
- Nie widzisz co tu się dzieje? – bronił się wystraszony Clarence.
- Nic mnie to nie obchodzi! – wołał wściekły Per – Jeśli chciałeś odejścia Marie – wystarczyło nie ruszać się z samochodu, zostać z Heleną. A teraz idź do niej, uspokój, zaopiekuj się, odwieź do domu. Kluczyki są w kieszeni mojej kurtki. Po tym jak Clarence wziął kluczyki – rozstali się bez słowa. Idąc do samochodu, Clarence rozmyślał nad słowami Pera: „Ma rację, nawalam… - myślał ze smutkiem – Ale nie chcę żeby Marie odeszła, tu przesadził i to ostro” – przy formułowaniu ostatnich myśli chłopak zdenerwował się. Ale z drugiej strony – pomyślał po chwili – Nie dziwię się jego słowom, temu jaką burę od niego dostałem…”. W międzyczasie doszedł już do samochodu, zastukał do okna tylnych drzwi. Słysząc ten odgłos, Helena w pierwszej chwili wystraszyła się. Strach ustąpił miejsca uldze, radości, że wreszcie dziewczyna widzi kogoś znajomego, bliskiego wręcz. Kiedy zobaczyła Clarence’a, odblokowała drzwi, wyskoczyła z samochodu i rzuciła się chłopakowi na szyję. Przytuliła się do niego tak mocno, że nawet nie zwróciła uwagi na ból zranionej dłoni. Najważniejsze było dla niej, że wreszcie nie jest sama.
- Co z Marie…? – spytała nieśmiało, podnosząc powoli głowę z ramienia Clarence’a.
- Niestety nie wiem. Teraz jest przy niej Per. Pewnie kiedy dowie się czegoś – da nam znać. Raczej tobie niż mnie… - zakończył ze smutkiem Clarence.
- Czemu niby, co takiego się stało? – spytała zaskoczona Helena.
- Ostro się posprzeczaliśmy…
- O co?
- Per dał mi ostrą burę za to, że nie wracałem kiedy czekaliście… - Clarence był strasznie zawstydzony.
- I bardzo dobrze zrobił. Nawet nie wyobrażasz sobie jak się denerwowaliśmy! Tym bardziej, że Marie miała dwie fale tego dziwacznego bólu…
- A co z twoją ręką? – spytał Clarence ujmując delikatnie zranioną dłoń koleżanki.
- To ślady po paznokciach Marie – odpowiedziała. Po tej krótkiej rozmowie – wsiedli do samochodu i ruszyli w stronę domu Heleny. Dziewczyna zasnęła niemal od razu. Spała nawet w momencie gdy Clarence zanosił ją do domu. Przebudziła się dopiero kiedy była układana na łóżku i okrywana kocem.
- Zostań tu, proszę… - wyszeptała ze łzami w oczach – Przytul mnie, proszę… - szepnęła. Wcześniejsze zdenerwowanie wywołane zachowaniem Clarence’a – odeszło.
- Daj mi znać jak tylko odezwie się Per… - szepnęła zasypiając ponownie.
- Dobrze – odpowiedział.
Po jakichś trzydziestu minutach od tego jak Helena zasnęła – odezwała się komórka dziewczyny a dokładnie sygnał SMSa. Clarence słysząc go chciał przeczytać treść wiadomości ale powstrzymał się. „Co ja robię, przecież to nie mój telefon” – myślał zerkając na ekran żeby sprawdzić od kogo pochodzi SMS.
- Nareszcie – szepnął do siebie widząc, że autorem SMSa jest Per. Trzymając komórkę w ręku, Clarence podszedł do łóżka i obudził koleżankę najdelikatniej jak tylko potrafił.
- Co się… dzieje…? – spytała zaspana, przecierając oczy zupełnie jak małe dziecko.
- Odezwał się Per a prosiłaś żebym dał ci znać więc…
- Co pisze?
- Nie wiem. Napisał na twój telefon. W ogóle mu się nie dziwię. Kiedy ostro się z kimś zetnie – długo to w sobie trzyma…
- Dokładnie tak… - zgodziła się Helena biorąc telefon i wybierając opcję podglądu wiadomości
- Rano musisz mnie do nich zawieźć – powiedziała wyjątkowo stanowczo jak na fakt, że była jeszcze dość mocno zaspana.
- Dobrze ale dlaczego? – spytał wystraszony Clarence. Był niemal tak samo wystraszony jak wtedy gdy Per krzyczał na niego za to, że ten spóźnia się, nawala.
- Posłuchaj co pisze Per a wtedy na pewno domyślisz się – powiedziała Helena, po chwili zaczynając czytać: „Marie jest badana. Wszystko potrwa całą noc. Wrócę do hoteliku, potrzebuję jakichś rzeczy. Przywieźcie te, które miałem tam ostatnio. Nie zdążyłem ich rozpakować”. Wiadomość została zakończona przez Pera uśmieszkiem ale Helena wyczuła – nie myląc się zresztą – że ten symbol był wymuszony, że Per nie czuł się dobrze wpisując go i chciał nim oszukać przyjaciół. Mimo tego, że Helena wyczuła „zamiary” Pera – w pierwszej chwili zrobiło jej się trochę przykro ale potem smutek zastąpiło zrozumienie. „Nic dziwnego, że nawet w takich wiadomościach próbuje żartować. Zawsze, odkąd jestem w zespole – pamiętam, że robił wszystko żeby ukryć swoje problemy przed nami. Ale Marie i tak w końcu wszystko z niego wyciągała hihi” – myślała dziewczyna, znów zasypiając. Tym razem już do rana nie obudziła się. Następnego dnia Helena spełniła prośbę zawartą w SMSie od Pera. Kiedy podjechali z jego rzeczami pod szpital – Clarence bez słowa podał Helenie kluczyki i bez słowa zaczął iść w stronę postoju taksówek.
- Co ty robisz? Gdzie idziesz? – dopytywała zaskoczona dziewczyna.
- Idę na postój taksówek i jadę do domu. Per nie będzie chciał mnie widzieć – odpowiedział Clarence, nawet na nią nie patrząc; mówił ze smutkiem.
- Przestań, nie mów tak. To, że czasem jest porywczy, że długo trzyma w sobie urazę – nie znaczy, że nie przeprasza – przekonywała Helena. Głos jej się załamywał a kiedy mówiła – mocno trzymała Clarence’a za rękę. To go jednak nie przekonało. Szarpnął mocno dłonią i odszedł szybkim krokiem w stronę ostatniej wolnej taksówki na postoju. Dziewczyna przez chwilę patrzyła na oddalającą się sylwetkę kolegi. Potem rozpłakała się na dobre i pobiegła do szpitala. Wbiegła na ten sam oddział, na który wcześniej trafiła Marie ale nie znalazła dziewczyny w sali, w której ostatnio leżała. Na szczęście Per stał na korytarzu, bo złożyło się tak, że akurat nie mógł przebywać w sali Marie.
- Helena, tutaj! – zawołał, unosząc rękę w górę kiedy zobaczył dziewczynę a raczej burzę jej rudych loków. Słysząc wołanie Pera – Helena zaczęła biec w jego stronę. Dobiegając do niego bez słowa rzuciła mu się w ramiona, nadal przy tym płacząc. Zrobiła to tak mocno, że Per o mały włos nie stracił równowagi.
- Co się stało…? – spytał Per, prowadząc Helenę w kierunku krzeseł i siadając obok niej.
- Uspokój się i powiedz mi co się stało, czemu płaczesz – poprosił jeszcze raz Per, tak samo delikatnym tonem jakim wcześniej zadał pytanie.
- Próbowałam przekonać Clarence’a żeby przyszedł tutaj ze mną ale on tego nie zrobił. Powiedział, że nie będziesz chciał go widzieć, oddał mi kluczyki twojego samochodu i odszedł na postój taksówek.
- Jestem na niego zły to prawda ale nie aż tak. Co najwyżej nie odzywałbym się do niego. To tyle.
Przez jakiś czas rozmawiali jeszcze na korytarzu po czym weszli do sali Marie.
- Co się stało, czemu płakałaś? – spytała Marie od razu kiedy tylko zauważyła mocno zapuchnięte oczy Heleny. W odpowiedzi na jej pytanie – dziewczyna opowiedziała krótko całą sytuację z Clarence’em.
- Co za… - Marie chciała rzucić jakąś inwektywą w stronę Clarence’a ale powstrzymała się i powiedziała tylko:
- Jest naprawdę okropny. Dostanie też burę ode mnie, nie martw się – wypowiadając te słowa, wzięła Helenę za rękę i ścisnęła ją lekko. Resztę dnia spędzili na pogaduchach i innych żartach i żarcikach. Wieczorem Per i Helena pożegnali się z Marie. Oni obiecali jej, że będą u nie jutro natomiast ona obiecała Helenie jeszcze raz, że Clarence za swoje zachowanie dostanie tęgą burę. Per odwiózł Helenę do domu po czym sam wrócił do hoteliku, który Sonia poleciła mu kiedy Marie trafiła do szpitala pierwszy raz. Można było nawet powiedzieć, że Per miał podwójne szczęście. To dlatego, że ostatnim wolnym pokojem był ten, który chłopak zajmował ostatnio. Kiedy wszedł do pokoju – tylko obrzucił go spojrzeniem; miał mieszane uczucia – z jednej strony cieszył się że to ten sam pokój – wystarczy rozstawić te same zdjęcia w tych samych miejscach – i od razu poczuje się tak jakby Marie była z nim. Z drugiej jednak – bał się, że może wpędzić się w zbyt częste wspominanie lub po prostu myślenie o niej, co nie byłoby dla niego dobre. Per był tak bardzo zmęczony tym co stało się przez cały dzisiejszy dzień, że tylko wsunął się pod koc przykrywający łóżko – i niemal natychmiast usnął. Następnego dnia rano pojechał do Marie.
- Czy lekarze mówili ci coś…? – spytał nieśmiało i ze wstydem Per. Bardzo bał się reakcji dziewczyny. Nadmierne wycofanie lub pobudzenie – tego u Marie Per bał się najbardziej. Dziewczyna przez chwilę sprawiała wrażenie lekko wycofanej, wystraszonej ale na szczęście to była tylko krótka chwila; obawy Pera były niepotrzebne. Chłopak odetchnął z ulgą gdy poczuł uścisk dłoni Marie na swojej i usłyszał słowa:
- Badania nic nie wykazały. Teraz przez tydzień będę leczona tak jak ostatnio. Jeśli wszystko będzie dobrze – wypuszczą mnie po tych siedmiu dniach, zwłaszcza że święta tuż, tuż. Jeśli jednak nie – zostanę tu na święta i nadal będę badana… Ta niepewność i widmo pozostania tutaj na święta – przerażają mnie… - tu Marie nie wytrzymała, rozpłakała się. Per nie mógł znieść płaczu przyjaciółki. Kilka razy mrugnął szybko powiekami, chcąc zatrzymać napływające łzy po czym uniósł delikatnie górną część ciała Marie, jednocześnie kołysząc się z nią w ramionach na boki i szepcząc:
- Nie martw się kotku; wszystko będzie dobrze, wyjdziesz z tego. Wtedy byłaś już bardzo blisko ale teraz uda ci się na pewno – po tych słowach delikatnie ułożył ją w łóżku i pocałował w policzek.
- Jesteś kochany, dziękuję – szepnęła Marie.
- Za co mi dziękujesz? – Per był mocno zdziwiony słowami przyjaciółki.
- Za to, że jesteś, pomagasz mi, ogólnie nam. Równie dobrze mógłbyś teraz kręcić się gdzieś z chłopakami albo flirtować z jakąś dziewczyną. Ale wolisz być tu ze mną za co, za co jeszcze raz bardzo ci dziękuję – głos Marie bardzo drżał kiedy wypowiadała te słowa. „O co może chodzić? Czyżby coś przeczuwała? A może wie o wszystkim tyle, że nie chce mi nic powiedzieć?” – zastanawiał się Per.
- Uspokój się i spróbuj zasnąć. A ja po prostu nie miałbym sumienia szlajać się gdzieś z Clarence’em i resztą wiedząc, że ty tutaj walczysz o życie.
- Piękne słowa. Spełnię twoją prośbę ale za moment. Poproś tu Clarence’a, muszę z nim pogadać – powiedziała Marie. Słowo „pogadać” wymówiła specyficznie a że Per był świadkiem tego jak Marie składa obietnicę Helenie – wstał z łóżka bez słowa i wychodząc z sali, rzucił do kolegi tylko jedno zdanie:
- Marie chce z tobą rozmawiać – i udał się do bufetu na coś konkretniejszego na śniadanie.
Clarence, wchodząc nie spodziewał się bury, jaką dostał niemal od progu od Marie. Dziewczyna ostro na niego naskoczyła. Clarence próbował się bronić ale nic dobrego mu z tego nie przychodziło.
- Czy wy się zmówiliście? – spytał zaskoczony i zły Clarence
- Nie wygaduj takich bzdur i lepiej zejdź mi z oczu! – zawołała Marie, zaciskając dłonie na brzegu kołdry. Po chwili jednak zaczęła się uspokajać, zasypiać. Per po powrocie z bufetu ucieszył się, widząc śpiącą spokojnie przyjaciółkę. „Kolorowych snów” – pomyślał, wchodząc cicho do sali i delikatnie całując dziewczynę w czoło. Po wyjściu z sali chłopak usiadł tuż przed szybą tak żeby widzieć gdyby działo się coś złego lub gdyby dziewczyna po prostu budziła się. Siedząc tak przed salą Marie, Per wpadł w różne rozmyślania, czasem nawet wspomnienia. Wyrwała go z nich Sonia, przychodząc w odwiedziny.
- Cześć – zagadała wesoło.
- Cześć – odpowiedział jej Per, lekko podskakując w górę – Wystraszyłaś mnie… - mruknął – Masz dziś dyżur?
- Nie, mam dzień wolny a w sumie raczej dwa po dyżurze nocnym. A jak tylko dowiedziałam się, że Marie znów trafiła tutaj – pomyślałam, że muszę cię zobaczyć, wesprzeć. A jak to się w ogóle stało? – spytała Sonia, dodając po chwili: - Jeśli nie chcesz – nie odpowiadaj, zrozumiem – tymi słowami chciała dać Perowi coś w stylu możliwości odwrotu, wycofania się. Ale chłopak z tego nie skorzystał.
- Dziękuję, że o tym pomyślałaś ale opowiem ci o wszystkim. Może poczuję się po tym lepiej, bo nikomu jeszcze nie mówiłem jak to wyglądało, co czułem kiedy praktycznie bezradnie musiałem patrzeć na to co działo się z tyłu… To było okropne…
- Czemu mówisz, że musiałeś patrzeć bezradnie?
- Bo prowadziłem a na tylnej kanapie przy Marie siedziała Helena. Obie strasznie się męczyły… - po tych słowach Per opowiedział Sonii całą historię. Mówiąc, ciągle patrzył na śpiącą Marie. Sonia w ogóle nie miała mu tego za złe. Kiedy skończył opowiadać – ukrył twarz w dłoniach.
- Będzie dobrze, musisz wierzyć. Marie na pewno jest pełna wiary i chciałaby żeby jej przyjaciele też ją mieli w sobie – powiedziała Sonia, obejmując Pera. Chłopak poddał się temu bez słowa, bo bardzo tego potrzebował ale bał się do tego przyznać, bał się, że zostanie wyśmiany. Po chwili, czując wyczekiwany tak długo spokój – szepnął:
- Dziękuję za ten gest i za to, że mnie wysłuchałaś. Potrzebowałem tego. Normalnie powiedziałbym o tym Marie albo komuś z zespołu ale ona zaczęłaby się obwiniać a nie wiem też jak zareagowaliby pozostali…
- To nic takiego – uśmiechnęła się lekko zawstydzona Sonia.
- Może dla ciebie ale dla mnie – wiele – nadal bronił swoich racji Per. Robił to oczywiście stanowczo ale i delikatnie. Podnoszenie głosu, krzyk na Sonię w ogóle nie wchodziły w rachubę. Rozmawiali tak jeszcze jakąś godzinę lub dwie. Sonia po upływie tego czasu miała zbierać się już do domu gdy nagle Per, widząc nietypowe zachowanie Marie – niemal takie samo jak dzień wcześniej w samochodzie – szepnął wystraszony do Sonii:
- To znów ten ból. I znów zaczyna się we śnie… Co robić? Boję się o nią…
- Idź do Marie, obudź ją i próbuj jakoś ulżyć w bólu do momentu przyjścia lekarzy lub pielęgniarek – odpowiedziała dziewczyna po czym rzuciła się pędem, kilka razy tracąc równowagę przez obcasy w stronę dyżurki pielęgniarek.
- Sonia? Co ty tu… - chciała zapytać jedna z koleżanek dziewczyny, zaskoczona jej widokiem w pracy.
- To nie ważne, musicie mi pomóc. Jest problem z pacjentką z dwójki.
- Tą Fredriksson, która została wypisana i po jakimś czasie wróciła do nas? Nie wierzę w te jej problemy, zgrywa się – powiedziała oschle Ida, najstarsza z pracujących tam pielęgniarek.
- Ida, jak możesz! – zawołały jednocześnie Sonia i jej zmienniczka, Astrid, dziewczyna osiem lat młodsza od Marie. Ida nie zareagowała natomiast Sonia i Astrid zabrały się do przygotowywania odpowiedniej kroplówki.
- Pomóż mi przy podaniu tej kroplówki, dobrze…? Trochę się boję… Nie wiem co tam zastanę a z drugiej strony – pomoc idolce… - szepnęła niepewnie Astrid.
- Dobrze ale ordynatorowi ani słowa OK.?
- Masz to jak w banku – odpowiedziała dziewczyna kiedy wyszły w stronę sali Marie z dwiema tak przygotowanymi dla niej kroplówkami. Per natomiast przez cały ten czas próbował na przeróżne sposoby sprawić żeby ból Marie zelżał choć odrobinę.
- Bądź silna skarbie, wytrzymaj… - powtarzał często nie zwracając przy tym w ogóle uwagi na to, że zwraca się do niej tak, jakby byli parą co prawdą w ogóle nie było.
- Nie daję… rady… - odpowiadała mu z trudem dziewczyna. Jej wzrok był prawie zupełnie nieobecny a ciało wyginało się na wszystkie strony. Per nie nadążał z odpowiednim podtrzymywaniem przyjaciółki. Próbował pomóc jej odpowiednio silnym dotykiem czy masażem. Były momenty kiedy chłopakowi zdawało się, że jego zabiegi przyniosły Marie ulgę. Była to niestety ulga chwilowa.
- Ten ból jest… okropny… - dziewczyna wypowiedziała te słowa ledwie słyszalnie.
- Wytrzymaj, proszę. Ktoś niedługo na pewno ci pomoże – szepnął Per. Miał łzy w oczach. Były one spowodowane widokiem męczarni jakie przechodziła jego najbliższa przyjaciółka i bólem nadgarstka czego sprawcami były paznokcie Marie, wbijające się w największej fali bólu w tą część ręki chłopaka. Per co prawda czuł ten ból ale strach był tak duży, że nie miał jak okazać tego, że go czuje. Chłopak miał rację. Kilka chwil później usłyszał stukot obcasów butów Sonii i odgłos butów jakiejś innej pielęgniarki (nie wiedział, że to Astrid, nie znał jej).
- Kiedy to się… skończy…? – spytała Marie, znów wyginając się z bólu.
- Już naprawdę niedługo, ktoś idzie w stronę sali – odpowiedział z nadzieją Per, słysząc coraz głośniejszy odgłos kroków i myśląc: „Nareszcie, czemu to wszystko trwało tak długo?”
- Wyjdź przed salę, proszę. Zajmiemy się najpierw Marie a potem tobą – powiedziała delikatnie Sonia.
- Nie zróbcie jej krzywdy, proszę… Jest taka delikatna, krucha… - szepnął, wychodząc z sali, powoli, nie spuszczając wzroku z przyjaciółki i pielęgniarek. Kiedy usiadł przed salą, zaczął przyglądać się temu co robią dziewczyny i powoli wracać do rzeczywistości.
- Nie ufa mi? Powiedz mi, proszę o co chodzi, masz to szczęście i znasz go; znasz go lepiej niż ja… - szepnęła Astrid, próbując wkłuć wenfon, co nie wychodziło jej.
- Nie myśl tak, po prostu Per mocno przeżył to co teraz działo się z Marie. Przeżył bardzo to, że musiał się temu przyglądać i zbyt długo czekać na pomoc. Gdyby nie Ida – nie byłoby tych wszystkich problemów – odpowiedziała Sonia.
- Niedługo kroplówka powinna zacząć działać – zwróciła się Sonia do Marie – Będzie dobrze - dodała szeptem i puściła oczko. Wycieńczona dziewczyna odpowiedziała jej tylko słabym uśmiechem; chciała gestem przywołać do siebie Pera. Astrid zabroniła jej tego, mówiąc:
- Przekażemy, że chciałaś żeby przyszedł do ciebie. Teraz musi wziąć jakieś przynajmniej najlżejsze leki uspokajające. Musimy też opatrzyć mu nadgarstek.
Słysząc ostatnie słowa dziewczyny, Marie posmutniała, bo zdała sobie sprawę, że to ona tak zraniła Pera.
- Nie smuć się. Każdy zareagowałby podobnie czy nawet tak samo będąc w twojej sytuacji – powiedziała Astrid, próbując podnieść na duchu zasmuconą dziewczynę. Chciała też jakimś delikatnym gestem pocieszyć Marie ale nie wiedziała jakiego gestu użyć, bała się, że każdy jakiego użyłaby – byłby zbyt natarczywy. Marie wyczuła niepewność i zawstydzenie dziewczyny więc wzięła sprawy w swoje ręce. Wzięła Astrid za rękę i delikatnie pociągając ją w swoją stronę, szepnęła:
- Nie musisz się mnie bać. Widzę, że jesteś przy nas speszona jak większość fanów. Jak tylko poczuję się lepiej – pogadamy spokojnie. Może nawet zostawimy ci jakąś niespodziankę…? – mruknęła Marie z zastanowieniem. Cała wypowiedź sprawiła jej sporą trudność.
- Byłoby mi bardzo miło ale na nic nie liczę – szepnęła skromnie – Idę teraz zająć się Perem. Odpoczywaj, jak tylko kończę – poproszę go żeby przyszedł do ciebie, przekażę, że to twoja prośba – powiedziała Astrid, po czym wyszła i zabrała Pera do gabinetu zabiegowego. Marie chciała najdłużej jak to tylko możliwe śledzić wzrokiem młodą pielęgniarkę i przyjaciela ale na jej nieszczęście – para szybko zniknęła za zakrętem. Kiedy weszli do gabinetu – Astrid podała Perowi najpierw znieczulenie na miejsca, które wymagały szycia a potem podała mu delikatne leki uspokajające w formie specjalnego płynu.
- Co to za ohydztwo? – spytał, próbując odrobiny gęstego, przeraźliwie słodkiego leku.
- Nie bój się, to zwykły lek uspokajający. Jest delikatny ale różne organizmy różnie na niego reagują. Najczęstszymi objawami są zawroty głowy i senność. Zdarzają się też wymioty. Jeśli coś takiego zacząłbyś odczuwać – natychmiast jedź do siebie zanim lek nie zadziała w pełni – objaśniała Astrid, jednocześnie zszywając nadgarstek Pera. Chłopak nawet nie zwrócił uwagi na to, że zabieg minął tak szybko – tak bardzo był skupiony na wyjaśnieniach Astrid.
- Zabieg skończony – powiedziała po chwili – Jeśli jeszcze czujesz się na siłach – idź do Marie, chciała cię zobaczyć zaraz po napadzie – Astrid przekazała wcześniejszą prośbę dziewczyny
- Dobrze, pójdę tam. Jeszcze na razie palma mi nie odbiła – spróbował zażartować Per, chcąc rozładować lekko napiętą atmosferę. Próba udała się, bo zarówno Per jak i Astrid zaczęli się śmiać. Trwało to dość długą chwilę po czym chłopak wyszedł. Liczył, że porozmawia z Marie, podniesie ją na duchu. Niestety nic z tych planów nie wypaliło, bo Per przechodząc obok sali przyjaciółki – zobaczył, że dziewczyna śpi. „Przepraszam, że to trwało tak długo…” – pomyślał ze skruchą. Po chwili wyrwał kartkę z notesu, który zawsze nosił przy sobie i napisał: „Przepraszam, że się mnie nie doczekałaś. Pogadamy jutro; kolorowych snów, będę rano, Per”. Ustawił ją delikatnie na szafce nocnej opierając o lampkę. Przed wyjściem z sali, chłopak delikatnie pocałował dziewczynę tym razem w dłoń. Następnego dnia spełnił obietnicę daną Marie we wczorajszej wiadomości. Był w szpitalu zaraz po obchodzie lekarskim. Wszedł cicho do sali Marie i usiadł obok niej, biorąc ją delikatnie za rękę i myśląc: „Śpij sobie spokojnie, zasnęłaś pewnie zaraz po obchodzie, nie dziwię się…” – kończąc myśl ziewnął lekko i zerknął na zegarek. Było wpół do ósmej.
- Nic dziwnego, że śpi, zawsze była śpiochem a ten obchód robiony był pewnie w okolicach szóstej… - szepnął do siebie. Czekał tak jeszcze jakieś kilka minut czy Marie obudzi się czy też nie. Na nic takiego się nie zanosiło więc chłopak ze sporym żalem – przykro mu było rozstawać się ze śpiącą przyjaciółką; nie mógł nasycić się jej widokiem, bo wyglądała naprawdę uroczo – wyszedł z sali Marie i skierował się do bufetu. W drodze zetknął się z Idą. Pielęgniarka spojrzała na niego tak jakby był winny jej jakichś porażek. Chłopak poczuł się z tym dziwnie ale minął ją bez słowa. W bufecie zrobił dość duże zakupy jak na nich dwoje. Kiedy wracał – zerknął tylko na wywieszkę dyżurów i widząc na niej napis „Astrid Alatalo” – odetchnął z ulgą. „Uff… już myślałem, że z naszego śniadanka wyjdą jedne wielkie nici” – pomyślał Per, szczególny nacisk kładąc na słowo „naszego”. Zrobił to, bo zdawał sobie sprawę jak okropne są posiłki szpitalne. Kiedy wszedł do sali – Marie nadal spała. „Co się dzieje, czemu ciągle śpi?” – zastanawiał się z coraz większym niepokojem Per. Zaczynał bać się, że coś z dziewczyną może dziać się nie tak, że to nie jest taki sobie zwykły sen. „Ale – nie ma mocnych żeby ten zapach jej nie obudził…” – pomyślał, wystawiając na szafkę nocną jej ulubioną białą kawę i delikatnie uchylając wieczko przykrywające kubek. Plan podziałał, bo dziewczyna po chwili obudziła się.
- Mmm… co tak… pachnie...? – spytała zaspana, rozglądając się za źródłami tych nęcących zapachów.
- Twoja ulubiona kawa – uśmiechnął się Per, dodając: - Mam też coś do niej. Coś co na pewno będzie ci smakowało – uśmiechnął się i wyciągnął torebkę z szarego papieru. Podając ją Marie powiedział tylko:
- Smacznego.
- Pączki z czekoladą, dziękuję! – ucieszyła się dziewczyna; uwielbiała tego typu słodkości. Chwilę później jednak – posmutniała i to bardzo.
- To wszystko musiało bardzo dużo kosztować a oszczędności nam się kończą, bo nie koncertujemy… Uważaj proszę na wydatki, zwłaszcza teraz, dobrze…? – mówiąc, Marie chciała nawet oddać Perowi pączki, które jeszcze zostały. On jednak zatrzymał jej rękę kiedy tylko zauważył, że ta kieruje się ku niemu.
- Co ty robisz? – spytał, łapiąc ją za nadgarstek – Dobrze, zrobię to o co prosisz, bo faktycznie pieniędzy jest coraz mniej ale nie wyrzucę tych pączków. Jeśli jakakolwiek pielęgniarka je zobaczy – jesteśmy ugotowani.
- Skąd ta pewność? – spytała zaciekawiona Marie. Ogólnie słowa Pera przekonały ją a ostatnie argumenty zaciekawiły, sprowokowały do zadania pytania.
- Stąd, że jest jedna taka, która od początku jest na nas cięta. Kiedy się dziś spotkaliśmy – spojrzała na mnie jakbym coś jej zrobił czy jakbym był winien jakichś jej porażek, strat… Dlatego pewny jestem, że dobrze zrobiłem, powstrzymując cię.
- Zgodzę się z tobą, że ta pielęgniarka jest dziwna, na mnie przy obchodzie patrzyła też jakoś dziwacznie… Czułam się strasznie nieswojo. Szkoda, że nie było cię wtedy przy mnie – ten jej wzrok…
Per i Marie mieli rację ale niestety niczego nie byli świadomi: po jednym z koncertów w Sztokholmie córka Idy wracając została zaatakowana i zabita. Ida dobrze zapamiętała, że to był koncert Roxette i teraz widząc walczącą o życie Marie i Pera przebywającego przy niej – skojarzyła ich z tamtym wydarzeniem, unikała a kiedy została poproszona o pomoc przy napadzie bólu Marie – zignorowała to, mówiąc, że dziewczyna udaje, zgrywa się. Potem przyjaciele zaczęli rozmawiać „o wszystkim i o niczym”, planować przyszłe koncerty. Per nawet zaczął coś wspominać o piosenkach, które komponował w hoteliku. Po tym jak zaśpiewał Marie kilka z nich – wzruszona dziewczyna szepnęła:
- Są… piękne… Zachowaj je dla siebie, na swoją solową płytę. Te teksty to twoje przeżycia związane z moją chorobą, moim wypadkiem… - po tych słowach dziewczyna rozpłakała się, nie miała już sił na powstrzymywanie emocji. Słysząc jej płacz – Per delikatnie przytulił so siebie łkającą Marie. Zobaczyła ich tak Astrid i na początku wystraszyła się, chciała ich rozdzielić ale Per szepnął do niej, robiąc przy tym gest, którym chciał ją zatrzymać co na szczęście się udało:
- Nie, poradzę sobie. Zaufaj mi, wiem jak podtrzymywać Marie i jak później ułożyć ją żeby nie sprawić jej bólu, naprawdę nie musisz się bać.
- Skoro tak – już mnie tu nie ma. Przepraszam za tą reakcję ale jestem tu nowa, pod opieką Sonii a ona nie wyjaśniła mi waszych sposobów na wzajemną pomoc. Zajrzę za jakiś czas gdy Marie poczuje się lepiej.
- Dobrze – zgodził się Per, uśmiechając się do nadal lekko onieśmielonej Astrid.
- Kto to był…? – spytała cichutko Marie, lekko unosząc głowę z ramienia przyjaciela.
- Spokojnie, to tylko Astrid. Wystraszyła się, kiedy zobaczyła, że cię obejmuję, bo dopóki jej tego nie wyjaśniłem – była przekonana, że nie wolno mi tego robić. I jeszcze coś: te piosenki nagramy jako Roxette, rozumiesz? Ty i ja to Roxette, pamiętaj – mimo, że Per mówił delikatnie – w jego głosie dało się wyczuć stanowczość, z którą Marie nie miała sensu walczyć, wiedziała o tym. Żeby pokazać, że zgadza się z Perem, nie będzie walczyć – uśmiechnęła się delikatnie i skinęła głową, szepcząc:
- Zgadzam się.
- Świetnie. Jak tylko stąd wyjdziesz – zaczniemy przydzielać sobie piosenki i pracować nad całą tą resztą – powiedział Per, układając delikatnie Marie w łóżku i całując w czoło. Kładł dziewczynę wyjątkowo delikatnie, bo zdawał sobie sprawę, że jest obolała a i mięśnie rąk chłopaka też powoli odmawiały posłuszeństwa; żadne z nich nie chciało przyznać się przed drugim, że czuje ból, dyskomfort. Szczególnie Marie, której tak bardzo potrzebna była bliskość Pera.
- Czy masz przy sobie jakąś naszą fotografię i coś do pisania? – spytała Marie, przypominając sobie o obietnicy złożonej Astrid.
- Kilka zdjęć powinno się znaleźć ale… z długopisem będzie gorzej… - mruknął Per, dodając po chwili:
- Czemu pytasz?
- Pamiętasz dzień mojego napadu?
- Tak… - mruknął, zerkając na nadgarstek.
- Och – machnęła ręką dziewczyna, okazując swoje lekkie zniecierpliwienie czy nawet rozzłoszczenie, po czym ze skruchą wróciła do sedna:
- Przepraszam, nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje. Ale – zmierzam do czegoś innego: kiedy po ataku dziewczyna pomagała mi – zakładała kroplówkę – była strasznie speszona, onieśmielona, zupełnie jak fani, którym udaje się spotkać z nami choćby przez chwilę w cztery oczy. Wtedy obiecałam jej niespodziankę od nas.
- Autografy byłyby faktycznie niezłym pomysłem – zgodził się Per – Jednak mam długopis przy sobie, całe szczęście… Wypiszesz jakąś dedykację i podpiszesz się pierwsza? – dodał, wyciągając fotografię i długopis i podając je przyjaciółce.
- Coś wymyślimy… - mruknęła z zastanowieniem, prosząc: - Podaj mi proszę swój notes, użyję go jako podkładki.
- Jasne, nie ma to jak skleroza – zaśmiał się Per, spełniając prośbę przyjaciółki. Marie nie miała pojęcia, że ten autograf jest przedostatnim jaki składa w swoim krótkim, bo zaledwie dwudziestoośmioletnim życiu. Po niej podpisał się Per. Kiedy to zrobił, powiedział:
- No, gotowe. A dedykacja jest piękna – uśmiechnął się – Idę jej to zanieść, wstąpię to bufetu po coś słodkiego i wrócę tu.
- Czekam niecierpliwie, zarówno na jej reakcję jak i na to co przyniesiesz.
Kiedy Per wszedł do dyżurki – na swoje nieszczęście zastał tam Idę a nie Astrid.
- Gdzie mógłbym znaleźć Astrid? Mam coś dla niej – odezwał się chcąc, żeby Ida zareagowała, spojrzała na niego. Ona jednak nie odwracając wzroku w stronę chłopaka, powiedziała chłodno i nieprzyjemnie:
- Zajmuje się tym czym powinna czyli pracą a nie tak jak pan, ciągłym bezsensownym przesiadywaniem przy tej małej… dziwaczce. Pan też jest dziwaczny – zakończyła z niechęcią, obrzucając Pera krótkim spojrzeniem.
- Ta… - chciał zacytować pielęgniarkę ale nie miał sumienia nazwać Marie „dziwaczką”, więc akcentując jej imię – powiedział:
- Marie oprócz mnie nie ma nikogo, proszę jej nie obrażać!
Po tych słowach ustawił autograf na biurku Astrid a na małej karteczce dopisał: „Mamy nadzieję, że niespodzianka sprawi ci przyjemność, Per i Marie”. Dopisek skończył serduszkiem i uśmieszkiem.
- Jeszcze pan tu jest? – usłyszał nagle pytanie Idy. W środku wszystko w nim wrzało ale żeby tego nie pokazać zacisnął pięści praktycznie do bólu i wyszedł w stronę bufetu. „Jak ona mogła tak obrazić Marie? – myślał – Czy my jesteśmy jej coś winni?”. Potem zrobił zakupy a z bufetu wracał okrężną drogą a wszystko dlatego, że nie chciał widzieć Idy. Tu zrobił duży błąd, bo gdyby szedł normalną drogą – zobaczyłby jak Ida niszczy zdjęcie z ich podpisami i karteczkę dołączoną do prezentu przez Pera, Robiła to z wielką satysfakcją. Kiedy usłyszała, że Astrid wraca do dyżurki – przybrała ostry wyraz twarzy i od razu, od progu naskoczyła na to
- Posprzątaj ten bajzel na swoim biurku! Tyle razy powtarzam ci żebyś pilnowała porządku a ty co?! Bierz się za te zbędne papiery i to migiem! – wołała Ida.
- Ale ja przecież… - próbowała bronić się wystraszona Astrid.
- Jeśli chcesz się bronić – rób to głośno a nie mrucząc coś pod nosem!
Na te słowa dziewczyna nie odpowiedziała, bo skupiła się na blokowaniu emocji; pojawiły się one, bo Astrid po karteczce napisanej przez Pera – domyśliła się czym był prezent. Próbowała robić wszystko, żeby nie płakać ale nie udało jej się to. Emocje wygrały walkę o palmę pierwszeństwa z rozsądkiem kiedy weszła do sali Marie, którą zostawiła specjalnie na koniec. Młoda pielęgniarka obiecała zresztą Marie, że zajrzy do Marie kiedy ta poczuje się lepiej.
- Co się stało, skąd ten smutek? – spytała Marie, widząc Astrid.
- Autografy i dedykacja nie podobały ci się? – dorzucił Per.
- Nie miałam okazji nawet ich zobaczyć, popatrzcie co z nich zostało – szepnęła, zaczynając płakać i wysypując przy tym kawałki kartki i zdjęcia na łóżko Marie.
- Kto to mógł zrobić…? – zastanawiała się głośno wokalistka, biorąc co jakiś czas jakąś odrobinę fotografii lub kartki do ręki.
- Ida! – zawołała stanowczo Astrid.
- Ida?! – wykrzyknęli jednocześnie zaskoczeni Marie i Per – Chociaż…- mruknął z zastanowieniem, przypominając sobie całą tą historię kiedy zostawiał dziewczynie zdjęcie – Obraziła nas więc nie zdziwiłbym się gdyby to była jednak ona.
- Obraziła?! – zawołały jednocześnie dziewczyny – Jak to robiła? – pytały a Marie miała prawie łzy w oczach.
- Ciebie nazwała „małą dziwaczką” a o mnie też powiedziała, że jestem dziwaczny.
- Jak ona tak mogła! – zawołała wściekła Marie.
- Wiem czemu tak jest – powiedziała Astrid po czym opowiedziała dramat Idy.
- Rozumiem jej ból po stracie córki, bo ja też traciłam bliskich bardzo wcześnie ale to nie znaczy, że ma się na nas za to wyżywać tylko dlatego, że to stało się po naszym koncercie – skwitowała sprawę Marie a Per powiedział tylko:
- W pełni zgadzam się z Marie choć ja na szczęście mam pełną rodzinę, poszerzoną o jedną osobę – tu wymownie spojrzał na przyjaciółkę. Ona od razu wiedziała o co mu chodzi, bo z racji tego, że nie miała ani rodziców ani rodzeństwa – była traktowana przez rodzinę Pera jak jej członek. Po chwili rozmowy przyjaciele podpisali się na kolejnym – takim samym oczywiście – zdjęciu dla Astrid (Marie pamiętała tą dedykację z pierwszego ale dorzuciła do niej coś jeszcze) Tym razem składała swój ostatni w życiu autograf czego żadne z nich nie było świadome a już w szczególności sama Marie. W podziękowaniu uściskała tylko Pera; żałowała, że nie może objąć Marie. Zrekompensowała to sobie delikatnym, nieśmiałym całusem w policzek dziewczyny i cichutkim „Dziękuję”.
- To drobiazg. Największą przyjemnością jest dla nas patrzenie w oczy i twarze rozradowanych fanów – powiedziała Marie, uśmiechając się.
- Dokładnie tak, serca aż rosną nam wtedy z dumy – Jesteśmy dumni, że docieramy swoimi tekstami i muzyką do tak dużej liczby osób – dodał Per – Często zdarza się, że po koncercie zdarza się, że słyszymy: „Gracie naprawdę pięknie, te piosenki potrafią wyciągnąć z dołka, oby tak dalej” albo: „Utożsamiam się z bohaterką „It must have been love”, bo też dostałam kosza”. Marie często wzrusza się słysząc te wypowiedzi fanów – zakończył chłopak patrząc wymownie na przyjaciółkę.
- Och ty… - mruknęła rozglądając się za czymś czym mogłaby rzucić w Pera ale na szczęście dla chłopaka nie znalazła niczego takiego, za to powiedziała:
- Tak to prawda, wzruszam się ale nie tylko ja… Bardzo często jest tak, że Per blokuje emocje w trakcie rozdawania autografów ale potem wzruszenie kompletnie bierze nad nim górę, biedaczek…
- Zdarza się – mruknął zawstydzony.
- Masz rację, nikt nie ma ci tego za złe – powiedziała Astrid. Porozmawiali tak jeszcze jakąś chwilę, po czym Astrid pożegnała się i wyszła, obiecując, że będzie tu zaglądać. Dziewczyna faktycznie kilka razy w ciągu dyżuru zaglądała do Marie. Zarówno wzywana przez dziewczynę dzwonkiem jak i po prostu sama z siebie. Zawsze wtedy rozmawiały czy to same czy też z Perem (zdarzyło się nawet, że przez kilka minut w odwiedzinach u Marie przebywali Magnus i Helena więc Astrid miała okazję poznać kolejnych członków swojego ukochanego zespołu. Była dokładnie tak onieśmielona jak przy pierwszym spotkaniu z Marie i Perem). Kilka dni później stało się coś czego nie spodziewał się nikt. Tym bardziej, że Marie niedługo miała być wypisana do domu. Tego dnia jak zawsze przy dziewczynie czuwał Per. Rozmawiali, żartowali, planowali najbliższe koncerty, spotkania z fanami. W pewnym jednak momencie Marie poczuła nadchodzący ból. Na początku był delikatny i dziewczyna nie dawała po sobie niczego poznać licząc, że wszystko szybko minie. Niestety, po kilku minutach Marie dała za wygraną, bo ból wzrósł bardzo nagle i niespodziewanie.
- Czemu nie powiedziałaś, że coś jest nie tak? – spytał wystraszony Per, widząc jak jego przyjaciółka zaczyna zwijać się z bólu.
- Bo nie chciałam cię martwić i… i sądziłam, że… że to za chwilę minie… - wyszeptała z trudem dziewczyna, ściskając przyjaciela z całych sił za rękę.
- Bądź silna, wytrzymaj, ktoś za chwilę na pewno ci pomoże – mówił Per, jednocześnie podtrzymując Marie i wciskając wolną ręką przycisk dzwonka. Mimo tego, że chłopak był wystraszony, starał się mówić do przyjaciółki najspokojniej jak to tylko możliwe. Łatwe to niestety nie było, bo nikt nie przychodził mimo, że Per wciskał przycisk dzwonka systematycznie od dobrych kilku minut. Działo się tak dlatego, że w dyżurce pielęgniarek była tylko Ida a ona nie tolerowała dwójki młodych przyjaciół. Po upływie tego czasu rozzłoszczony i wystraszony jednocześnie Per zwolnił przycisk dzwonka, ułożył delikatnie Marie w łóżku i chciał wyjść z sali, żeby sprawdzić co się dzieje, dlaczego nikt nie przychodzi. Dziewczyna przez zamglone dość mocno oczy zobaczyła jednak co się dzieje i zatrzymała chłopaka, łapiąc go mocno za nadgarstek i szepcząc:
- Nie zostawiaj mnie… boję się…
- Idę po pomoc, będę za moment – odpowiedział również szeptem chłopak.
- Proszę, zostań… - Marie prawie płakała. Czuła już, że to jej ostatnie chwile życia. Per posłuchał przyjaciółki. Spełnił jej prośbę, bo też zaczął przeczuwać najgorsze. Przytulił dziewczynę do siebie i zaczął delikatnie masować jej kręgosłup. Liczył, że w ten sposób ulży jej w bólu, sprawi, że jej odejście będzie przynajmniej w jakimś stopniu mniej bolesne. Przez pewien czas chłopak miał wrażenie jakby dopiął swego, bo Marie lekko się uśmiechnęła, sprawiała wrażenie rozluźnionej. „Chyba już po wszystkim, chyba jednak baliśmy się niepotrzebnie” – myślał Per, pozwalając żeby jego czujność lekko „przysnęła”. Niestety, pozorny spokój trwał bardzo krótko, bo po kilku dosłownie minutach Marie znów napięła mięśnie; zrobiła to prawie do granic wytrzymałości. Takie napięcie trwało kolejnych kilkanaście minut. Po upływie tego czasu napięcie minęło.
- Ta łąka jest taka jasna, piękna… - szepnęła w pewnym momencie Marie.
- Łąka? O czym mówisz? – zdziwił się Per. Nie zorientował się, że dziewczyna opisuje ostatni obraz jaki rejestruje jej mózg.
- Do zobaczenia po drugiej stronie… - szepnęła dziewczyna. Zamykając powoli oczy, zaśpiewała bardzo cichutko pierwszą frazę „It must have been love”.
- Do zobaczenia… - odpowiedział również szeptem Per, ocierając ukradkiem łzę toczącą się po policzku. Po wyszeptaniu tych słów chłopak znów przytulił przyjaciółkę do siebie i zaczął delikatnie kołysać się z nią w przód i w tył. Nie potrafił dopuścić do siebie wiadomości, że stracił jedyną przyjaciółkę jaką miał. Trzymał ją tak w ramionach do momentu aż wreszcie do sali weszła Sonia. Na początku stojąc w drzwiach przyglądała się tylko dwójce przyjaciół. Potem, gdy weszła głębiej do sali – zobaczyła co się stało, zorientowała się, że Marie nie żyje. Kiedy minęła pierwsza fala szoku, dziewczyna kładąc delikatnie rękę na ramieniu Pera, szepnęła:
- Ona… odeszła…
Chłopak słysząc jej głos, odwrócił powoli głowę w jej stronę. Przez chwilę patrzył na dziewczynę w ciszy po czym szepnął drżącym głosem:
- Daj mi… jeszcze chwilę… proszę…
Słysząc jego prośbę dziewczyna skinęła bez słowa głową i cofnęła się o kilka kroków do tyłu, ocierając jednocześnie ukradkiem oczy. Po chwili, kiedy Per znów ułożył ciało Marie w łóżku i odszedł w stronę drzwi – Sonia podeszła najpierw do chłopaka i objęła go żeby pokazać, że wie co czuje po czym podeszła do łóżka Marie i zajęła się odłączaniem dziewczyny od aparatury.
- Moja mała Marie… - wyszeptał cicho Per, opierając się o framugę drzwi i przymykając oczy. Kiedy zamknął powieki – niczym film zaczęły mu się przewijać scenki z początku ich znajomości, pierwszych prób, koncertów, prac nad pierwszą płytą.
- Tam, po drugiej stronie na pewno będzie szczęśliwa – szepnęła Sonia. Na te słowa dziewczyny Per nie zareagował. Był zbyt mocno zatopiony w swoich myślach. Został z nich wyrwany kiedy usłyszał czyjeś kroki. Okazało się, że to Gunilla, Helena i Clarence. Kiedy Per zobaczył siostrę i dwójkę przyjaciół – szepnął tylko nieswoim głosem, patrząc gdzieś w dal:
- Odeszła… Umarła na moich rękach…
- Nie bądź taki sentymentalny. I tak od początku, od momentu jej upadku wiedziałam, że umrze – powiedziała lodowato Gunilla. Clarence nie odezwał się, natomiast pomyślał: „Ja też przeczuwałem od początku, że to się tak skończy”.
- Jak tak mogłaś! – zawołał Per, policzkując siostrę kiedy dotarł do niego sens jej wcześniejszych słów. Po wymierzeniu siostrze policzka (czego chłopak nie kontrolował) , rzucił się biegiem przed siebie. Helena, widząc całe zajście – zaczęła biec za Perem, wołając:
- Zaczekaj! Zaczekaj, proszę!
- Nasza naiwna Helenka… Każdemu chce ciągle pomagać, każdemu chciałaby przychylić nieba. Jakie to infantylne… - szydził Clarence. Dziewczyna na swoje szczęście nie usłyszała jego słów. Dogoniła Pera i szepnęła:
- Nie zwracaj na nią uwagi. Za jakiś czas pewnie zrobi się jej wstyd tego co powiedziała, przeprosi cię i wszystko wróci do normy.
- Byłoby cudownie ale nie mam co na to liczyć – szepnął smutno Per, ocierając oczy dłonią – Gunilla nie lubiła Marie. Problem tylko w tym, że nie wiem co spowodowało tą jej niechęć do dziewczyny… Najpierw obrażała i wyśmiewała Marie tylko kiedy byłem z nią sam na sam a potem… Zresztą – nieraz byłaś świadkiem tego jak Gunilla doprowadzała Marie do łez…
- Właśnie, przypominam sobie… - szepnęła Helena.
- Ona chyba… chyba mnie… kochała… - wyszeptał w pewnym momencie Per, przypominając sobie moment, w którym Marie zaśpiewała początek „It must have been love” i orientując się w znaczeniu słów składających się na zaśpiewaną przez dziewczynę pierwszą frazę piosenki.
- Co?! – zdziwiła się dość mocno Helena – Czemu tak myślisz? – spytała kiedy emocje opadły.
- Bo zanim jej serce się zatrzymało – zaśpiewała pierwszą frazę „It must have been love”… - szepnął w odpowiedzi chłopak, nadal mając w uszach cichutki śpiew przyjaciółki.
- „It must have been love, but it’s over now…” – zaśpiewała delikatnie Helena, po czym powiedziała:
- Czasem wspominała mi, że jej się podobasz ale boi się przyznać do tego, bo boi się dostać kosza.
- Ech ta jej nieśmiałość… Gdyby się przełamała – nie dostałaby kosza, bylibyśmy razem, z mojej strony nie spotkałoby ją nic złego. Nic…
Per mówił cicho, ostatkiem sił próbując powstrzymać napływające do oczu łzy.
- Nie powstrzymuj łez, nie warto – szepnęła Helena, obejmując Pera ramieniem – Zostawię cię samego, jeśli chcesz… - dodała również szeptem.
- Nie, zostań tutaj – poprosił chłopak. Helena na znak zgody skinęła tylko lekko głową.
- Dziękuję, że powiedziałaś mi o uczuciach jakie Marie żywiła do mnie – powiedział Per, dochodząc powoli do siebie.
- Żałuję tylko, że zrobiłam to dopiero teraz, że musiała odejść żebyś mógł poznać prawdę…
- Ważne, że w ogóle ją znam – Per uśmiechnął się blado.
Kilka dni później odbył się pogrzeb Marie. Uroczystość była bardzo cicha i skromna. Jedynymi osobami biorącymi w niej udział oprócz pozostałych członków zespołu były pozostałe cztery siostry Marie. Po uroczystości Per został przez jakieś kilka minut przy grobie przyjaciółki. „Czemu to musiało spotkać ciebie…? Żałuję, że tak mocno naciskałem, żebyś wybrała się ze mną na te łyżwy. To wszystko to moja wina” – rozmyślał smutno Per. Kiedy po upływie tych kilku minut chłopak miał już odchodzić – wydało mu się, że słyszy szept Marie. Zdawało mu się, że dziewczyna mówiła: „Nie rozwiązuj Roxette. Pozwól Helenie śpiewać na moim miejscu a na jej miejsce do chórków poszukajcie kogoś”. Chłopak tylko delikatnie skinął głową. Chciał powiedzieć na głos „Dobrze” albo „Zgadzam się” Alle zauważył, że pojawia się coraz więcej osób więc z tego zrezygnował, bo nie chciał żeby wzięto go za wariata. Wracając do domu natknął się na Helenę.
- Jak dobrze, że już wracasz. Zaczęłam się o ciebie martwić… - szepnęła lekko wystraszona dziewczyna. Po chwili spytała:
- Co teraz będzie z Roxette? Zastanawiałeś się już nad tym…? Przepraszam jeśli zadałam to pytanie zbyt szybko, jeśli cię nim zaskoczyłam – dodała niemal natychmiast, chcąc się usprawiedliwić.
- To nic, śmiało mogę powiedzieć, że zadałaś to pytanie zupełnie niepotrzebnie, bo wiem co będzie z zespołem. Roxette będzie koncertować i nagrywać nadal.
- Będziemy koncertować nadal? – Helena była w szoku – A co z miejscem po Marie? Kto je zajmie? Przecież…
- Tak, wiem co chcesz powiedzieć – wszedł jej w słowo Per – Zgadzam się, że nie ma i nie będzie nikogo drugiego z takim głosem. A miejsce Marie zajmiesz ty – zakończył chłopak, uśmiechając się.
- Ja? Ale…
- Tak, zajmiesz jej miejsce; nie sprzeciwiaj się, proszę. Zrób to dla Marie. Na pewno chciałaby tego a po drugie znasz dobrze jej piosenki czy jej partie w piosenkach, które śpiewaliśmy razem. I jeszcze coś: lepiej jest – przynajmniej moim zdaniem – kogoś nowego wziąć do chórków niż na miejsce głównego wokalu – wyjaśnił Per. Przez cały czas ani słowem nie wspomniał o swoich omamach słuchowych. Bał się, że zostanie wyśmiany przez dziewczynę.
- Gryzie cię coś jeszcze, przyznaj się, nie musisz się bać – powiedziała delikatnie Helena kiedy dochodzili już do domu.
- Może lepiej nie… - Perowi było strasznie wstyd przyznać się do tego, że wydawało mu się, że słyszał głos Marie. Slysząc jego sprzeciw, Helena spojrzała na niego tak, że mimo tego, że w spojrzeniu nie było nacisku, czegoś w stylu: „Musisz mi o tym powiedzieć” – chłopak zorientował się, że nie ma sensu już dłużej tego ukrywać.
- Przed powrotem z cmentarza wydało mi się, że… że słyszałem głos Marie – Per wypowiedział te słowa niemal na jednym wydechu.
- Co mówiła? – spytała Helena. Była lekko zaskoczona ale nie potraktowała Pera jak dziwaka słysząc jego słowa.
- Mówiła właśnie o tym co dalej zrobić z zespołem. Prosiła żeby Roxette istniało nadal.
- Rozumiem… A skoro taka była jej prośba – zajmę jej miejsce. Chociaż… trochę się tego boję… A co jeśli przez to stracimy fanów…?
nadziei. Kilka dni później odbył się pierwszy po wypadku i śmierci Marie koncert Roxette. Wszyscy członkowie zespołu mieli po lewej stronie przypięte do ubrań czarne wstążki. Jeszcze przed koncertem i później po nim fani prosząc o autografy – składali kondolencje Perowi i pozostałym członkom zespołu. Wszyscy oprócz Clarence’a dziękowali za te kondolencje szczerze. Po kilku miesiącach już tylko Per nosił wstążkę przy ubraniu. Magnus, Chris i Helena rozumieli go i nie wytykali mu tego co robi, nie naciskali żeby rozstał się ze wstążką. Tym bardziej nie robiła tego Helena, która poznała ze sobą Marie i Pera, widziała jak niewinna znajomość zmienia się w przyjaźń a potem w miłość, która już niestety rozkwitnąć nie zdążyła.
- A ty znów z tą wstążką… - mruknął zdegustowany Clarence pewnego dnia przed próbą w studiu, zauważając kawałek czarnego materiału przypiętego do bluzy dżinsowej, którą Per miał na sobie.
- Przeszkadza ci, że ją noszę? – spytał Per. Mało brakowało a wykrzyczałby to pytanie.
- Tak – odparł zimno Clarence – Marie nie ma już wśród nas od ponad pół roku a ty nadal nosisz tą wstążkę, mówisz o niej jakby była obok a na koncertach dedykujesz jej piosenki czy prosisz o minutę ciszy. To powoli robi się nudne a nawet denerwujące.
- Tak?! Sam przecież wpadłeś na pomysł minuty ciszy na koncertach! – złość zaczynała już powoli brać nad Perem górę.
- I teraz tego żałuję – Clarence mówił tak samo chłodno jak wcześniej.
- CO?! – zawołał Per – Nie chcę cię tu więcej widzieć! – krzyknął, policzkując Clarence’a – Nie należysz już do Roxette!
- I bardzo dobrze! Miałem odejść wcześniej. A o tym, że Marie nie przeżyje wiedziałem od początku. Prawdę powiedziawszy – chciałem żeby umarła.
Ostatnie słowa Clarence’a rozwścieczyły Pera tak, że ten pchnął faceta tak, że ten upadł uderzając czołem w dolną część drzwi studia. Kiedy chciał się podnieść – znów stracił równowagę. Stało się tak dlatego, że drzwi zostały otwarte przez Helenę, która chciała wejść do studia jako pierwsza.
- Co tu się… stało? – spytała lekko wystraszona, widząc w jakim stanie jest Per.
- Zaraz ci wszystko opowiem… - szepnął chłopak, oddychając głęboko żeby spróbować się uspokoić. Kiedy pierwsza fala wściekłości minęła – Per opowiedział pozostałej trójce przyjaciół całe zajście.
- Jak on mógł mówić ci takie rzeczy… Zwłaszcza to ostatnie zdanie… - mówiąc, Helena miała łzy w oczach, prawie płakała.
- Też się zastanawiam co nim kierowało. Przecież nigdy nie okazywał Marie niechęci…
- Właśnie…
Tego dnia nie było już żadnych prób. Czas, który normalnie spędziliby na próbie – spędzili na rozmowie, której głównym tematem byłą Marie i wspomnienia z nią związane. Do prób i koncertów wrócili kilka tygodni później kiedy znaleźli kogoś nowego na miejsce Clarence’a. Po całej tej historii cały zespół (łącznie z Bennym, który zajął miejsce Clarence’a) wspominał Marie, przyjaciele odwiedzali grób dziewczyny; zdarzało się nawet, że prosili dziewczynę o radę kiedy zmagali się z jakimś problemem bądź to kilkoro bądź jedno z nich. Natomiast Per przyrzekł sobie, że już zawsze będzie sam, że w nikim się już nie zakocha. Po odejściu Marie chłopak zerwał zupełnie kontakty nie tylko z Clarence’em ale też z Gunillą. Utrzymywał je już tylko z rodzicami, którzy wspierali go od samego początku, kiedy Marie zaczęła walczyć o życie.

Data:

 16.02.2013

Podpis:

 Fanka Roxette

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=74338

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl