DRUKUJ

 

Cienie przeszłości

Publikacja:

 13-04-03

Autor:

 czarna27
Nina z trudem otworzyła oczy. Od razu poczuła pulsujący ból rozsadzający jej czaszkę. Dookoła było ciemno. Blade światło sączyło się jedynie gdzieś znad jej głowy. Spróbowała się poruszyć, ale nie mogła. Ręce były czymś skrępowane. Nogi też. Chciała się wyszarpnąć, ale wtedy jej ciało przeszył spazm bólu. Zacisnęła powieki i zagryzła zęby. Czuła się, jak rażona prądem. Zamarła w bezruchu. Starała się uspokoić oddech.

Po kilku minutach znowu otworzyła oczy. Przyzwyczaiła je do ciemności. Dopiero teraz dotarło do niej, że jest w szpitalu. Ktoś drzemał na krześle przy łóżku. Nie widziała dokładnie rysów, ale była pewna, że to Marek. Jedyny człowiek, który jeszcze z nią wytrzymywał.

To oznaczało, że koszmar się już skończył. Znaleźli ją. Uratowali. Była bezpieczna. Tylko dlaczego nie mogła się ruszać? Skąd ten ból? Zaczęła odtwarzać w pamięci wydarzenia ostatnich kilkunastu dni. Pamiętała, że nie obchodzili się z nią delikatnie. Pod koniec zupełnie straciła kontakt z rzeczywistością. Czekała tylko na śmierć.

Jeszcze raz spróbowała się poruszyć, ale ból usztywnionych pleców przyprawił ją o brak tchu. Przymknęła powieki i powtarzając sobie, że jest już bezpieczna, zapadła w płytki, niespokojny sen.

* * *

Obudziły ją głosy. Zobaczyła nad sobą grupkę ubranych w białe kitle osób. Obchód.
- Jak długo tu jestem? – zapytała z trudem wypowiadając słowa. Własny głos brzmiał obco i jakby z oddali.
- Dzisiaj mija tydzień. Miała pani dużo szczęścia, jednak nie obeszło się bez poważnych obrażeń…
- Kiedy będę mogła wrócić do pracy? – przerwała lekarzowi. Czuła ból, wiedziała co jej zrobili i mogła sobie wyobrazić tego konsekwencje, jednak nie wiedziała, jak długo będą ją tu trzymać. Tylko to ją interesowało. Jedynym sensem jej życia była praca.
- Pani komisarz… – zaczął najstarszy z lekarzy, celowo zwracając się do niej stopniem, żeby nie mogła mu zarzucić, że nie ma pojęcia o wadze pracy, jaką wykonywała. – Nie wiem, kiedy wróci pani do pracy, nie wiem nawet, kiedy będę mógł panią wypisać, powiem więcej, nie wiem, czy uda się pani odzyskać całkowitą sprawność. Robimy wszystko, co w naszej mocy, jednak nie jesteśmy cudotwórcami. Ma pani bardzo poważane i rozległe uszkodzenia kręgosłupa. Na razie udało nam się je mechanicznie ustabilizować, jednak kiedy znikną obrzęki, czekają panią kolejne operacje. W tej chwili nie jesteśmy nawet w stanie ocenić dokładnego zasięgu szkód. Usztywniliśmy również tymczasowo odcinek szyjny. Przesunięcia kręgów C3 i C4 nie są poważne, ale pozwoli nam to na stabilizację całego kręgosłupa. Podobnie ma się sprawa z nogą. Kości są tak pokruszone, że czekają panią przynajmniej dwie operacje, zanim będziemy mogli założyć gips i pozwolić się im zrosnąć. Z pozostałymi obrażeniami już sobie poradziliśmy. Musi się pani uzbroić w cierpliwość. Leczenie i rehabilitacja potrwają długo. Przykro mi to stwierdzić, ale na najbliższe kilka tygodni jest pani całkowicie unieruchomiona.
- Ale to chyba nie jest konieczne? – zapytała poruszając skrępowanymi rękami.
- Oczywiście. Na razie nie.

Nie zapytała, co miało znaczyć to „na razie”. Wolała nie wiedzieć. Przemknęło jej przez myśl, że sama dla siebie może stanowić zagrożenie. Nie wsadzili jej całej w gips. Pewnie ześrubowali kręgosłup. Mogła się ruszać, ale nie powinna. Ale przecież była już przytomna, więc panowała nad sobą. Tak przynajmniej uważała.
Pielęgniarka zdjęła pasy krępujące nadgarstki. Wreszcie mogła poruszyć przynajmniej rękami. Niemal poczuła radość. Zawsze to coś. Dotknęła twarzy. Wyczuła sińce i szwy.
- Podać lusterko? – zapytała uczynnie ciemnowłosa pielęgniarka w nieskazitelnie białym fartuszku. Miała miłą twarz i ciepły uśmiech.

Nina skinęła głową, na ile pozwalała jej kołnierz ortopedyczny na szyi. Spojrzała na swoje odbicie. Zobaczyła pociętą, siną twarz i wszystkie ciosy, które otrzymała. Zacisnęła powieki.
- Przepraszam. Nie powinnam była. – Wystraszona pielęgniarka zabrała lusterko. – Zaraz dam pani środek przeciwbólowy. Poczuje się pani lepiej.
- Nie. Żadnych prochów – powiedziała zdecydowanym, szorstkim głosem. Jak za dawnych czasów. To ona decyduje i wydaje rozkazy.
- Ale…
- Żadnych prochów. Jest ze mną na tyle źle, że ani się obejrzę i nie będę mogła żyć bez magicznych zastrzyków. Dlatego nie.

Zmieszana pielęgniarka poprawiła kołdrę i wyszła. Przy tak poważnych obrażeniach nie dało się funkcjonować bez uśmierzaczy bólu. Poszła prosto do lekarza, ale i ten nic nie wskórał. Nina nie chciała się uzależnić. Spojrzał na nią z mieszaniną podziwu i niedowierzania i stwierdził, że prędzej czy później się złamie.

Marek odwiedził ją po południu. A potem reszta kolegów z pracy. Wysłuchała tego, jak trafili na ślad kryjówki, jak szybko i sprawie przeprowadzili akcję, a potem wszystkich odprawiła. Nie mogła znieść ich współczujących min. Litościwych spojrzeń. Była pewna, że w głębi duszy cieszą się, że mają ją z głowy na kilka miesięcy. Odetchną. Będą mieli spokój.

Nina była znakomitą policjantką. W pracy radziła sobie doskonale. Zawsze sumienna, zorganizowana. Oprócz wiedzy i umiejętności miała niebywałą intuicję. Zawsze stanowiła wzór dla współpracowników.
Niestety poza życiem zawodowym innego nie posiadała. Nie miała przyjaciół, znajomych, nawet rodziny. Z nikim nie umawiała się po pracy na piwo. Nawet jej partner, komisarz Wagner, był tylko współpracownikiem. Była oschła i despotyczna. Wydawała rozkazy i oczekiwała od każdego perfekcjonizmu. Żyła pracą i dla pracy.

Nigdy wcześniej nie przytrafiło się jej coś takiego. Dała się złapać. Nie rozumiała tego. Była pewna, że mają jakiś przeciek. Ludzie za nią nie przepadali. Przestępcy także. Potrafiła dopiec każdemu współpracownikowi i doprowadzić do aresztowania każdego podejrzanego. Wystawili ja na odstrzał.
Katowali ją prawie dwa tygodnie. Nie zdradziła żadnych informacji. Drwiła z nich. Byli dla niej nic nie wartymi szumowinami.

Czekały ją tygodnie leżenia, potem miesiące rehabilitacji. A potem? Czy wróci do pracy? Jedyną rzeczą jaką umiała było bycie policjantką. Co jeśli jej nie poskładają wystarczająco dobrze i nie będzie mogła pracować?

Była jeszcze na tyle słaba, że szybko zapadła w sen. Kiedy otwierała oczy długo nie mogła się przyzwyczaić do otaczających ją monitorów i kroplówek. Kroki na korytarzu. Szpitalne zapachy. Czasem płacz i krzyki. Ból.

Udało jej się przeżyć kolejny dzień. Nikt jej już nie odwiedzał. Wiedziała, że sama jest sobie winna. Większość czasu spędzała w półśnie, z którego wyrywał ją najdrobniejszy ruch powodujący przeszywający ból. Kiedy pielęgniarki z zatroskaniem w głosie pytały, czy do kogoś zadzwonić, krótkim „nie” ucinała rozmowę i odwracała wzrok. Nie miała zamiaru tłumaczyć się z własnego życia.

Z pewną ulga zauważyła, że personel i lekarze zachowują się bardzo profesjonalnie. Miała dobra opiekę. Kiedy jej twarzy nie wykrzywiał akurat grymas bólu, starała się uśmiechnąć do miłej, ciemnowłosej pielęgniarki, która w wolnej chwili przynosiła jej gazety i książki. Nie była potworem. Po prostu życie tak dało jej w kość, że zapomniała już, że nie każdy chce jej krzywdy.

* * *

Tego ranka powieki miała wyjątkowo ciężkie. Jakby budziła się z głębokiego snu. A przecież przez te kilka dni, odkąd odzyskała przytomność nie zdarzyło się jej spać głęboko. Coś było nie tak. Spojrzała na swoje ręce. Zauważyła opatrunki na nadgarstkach. Musieli ją znowu związać. Nic nie pamiętała.
- Czy coś się stało? – zapytała pielęgniarkę, która pojawiła się po porannym obchodzie.
- Ja… Wczoraj bardzo źle się pani poczuła. Lekarz stwierdził stan zapalny. Zaordynował też morfinę – dokończyła ledwie dosłyszalnym głosem.
- Mówiłam, że się nie zgadzam!
- Przyjechał pan Wagner, to on zdecydował. Podała pani jego numer telefonu, na wypadek, gdyby coś się działo.

Nina zamilkła. Marek? Rzeczywiście podała jego numer jako kontaktowy, bo nie miała nikogo bliższego, jednak nadal nic z tego nie rozumiała. Nie mogła kwestionować poczynań lekarzy. Miała ogromną nadzieję, że posklejają jakoś jej pogruchotane kości. Będzie im za to wdzięczna do końca życia. Ale Marek? Jakim prawem podjął za nią decyzję?

Pojawił się po południu. Przyjechał prosto z pracy. Nietrudno było zauważyć, że był niewyspany i zmęczony. A jednak przyjechał.
- Nie masz prawa za mnie decydować! – wykrzyczała mu na powitanie. Cały dzień aż się w niej gotowało, teraz mogła wreszcie dać ujście złości.
- Nina, pozwól, że ci coś wytłumaczę – zaczął szorstkim, podniesionym głosem. Też był wściekły. - O drugiej w nocy wywarł mnie ze snu telefon. Spanikowana pielęgniarka prosiła, żebym przyjechał do szpitala, bo coś się z tobą dzieje i nie wiedzą, co mają robić. Nawet się nie zastanawiając wsiadłem samochód i na złamanie karku przyjechałam tutaj. Uwierz mi, to nie był miły widok. Miałaś wysoką gorączkę, zwijałaś się z bólu, o ile coś takiego jest możliwe przy twoich poskręcanych śrubami kościach. Musieli cię związać, ale i tak wyglądało na to, że możesz zrobić sobie krzywdę. Co niby miałem zrobić?! Wiesz, gdzie miałem wtedy twoje durne postanowienia?! Jestem policjantem, nie pielęgniarzem. Po zastrzyku morfiny zasnęłaś.

Nina odwróciła wzrok. Często się spierali na temat kierunku prowadzenia śledztwa. Nie uważała się za nieomylną. Jeżeli nie miała racji, potrafiła się do tego przyznać. Jednak Marek jeszcze nigdy na nią nie nawrzeszczał. Do tego musiała mu przyznać rację. Ściągnęli go w środku nocy do szpitala. Jej wdzięczność każdego wyprowadziłaby z równowagi.

Marek, widząc, że Nina się uspokoiła, usiadł na krześle przy łóżku. W nocy, kiedy morfina i antybiotyki zaczęły działać, mógł rozwiązać jej ręce. Pielęgniarka przyniosła maść i opatrunki, bo otarcia były głębokie. Wtedy zobaczył blizny. Do tej pory ukrywała je po zegarkiem i bransoletkami. Zastanawiał się, czy ma prawo zapytać, dlaczego to zrobiła i stwierdził, że nie.

Na oddziale znowu zapanowała cisza, a on mógł przyjrzeć się Ninie. Bezbronnej, cierpiącej… Nie znał jej takiej. To był dla niego nowy widok. Całe przeżycie tej nocy było wstrząsające. Oddychała nierówno, wciąż dręczyły ją majaki. Przecierał wilgotnym ręcznikiem jej spocone, rozgrzane czoło. W końcu się uspokoiła i zapadła w głęboki sen. Niewiele o niej wiedział. Nie mówiła o sobie. Nie miała nikogo bliskiego, podobno wychowała się w rodzinie zastępczej. Nikomu nie pozwalała się do siebie zbliżyć. Była zimną suką i zachowywała się, jakby było jej z tym dobrze. Jednak teraz, zamiast bryły lodu, widział przed sobą ludzką istotę. Zrobiło mu się jej żal.

Wieczorem znowu miała gorączkę. Coraz wyższą. Lekarze zlokalizowali stan zapalny, jednak przy tej ilości leków, które już dostawała, nie mogli sobie na zbyt wiele pozwolić. Podawali antybiotyki w ograniczanym stopniu.
Marek siedział przy łóżku i ocierał jej gorące czoło. Szeptał uspokajające słowa, żeby odpędzić majaki. Była nieprzytomna, ale wierzył, że słyszy. Powtarzał, że jest bezpieczna, i że już nie zrobią jej krzywdy. Kiedy było już bardzo źle poprosił pielęgniarkę o kolejny zastrzyk. Podziałał.

Nina przebudziła się w nocy. Było cicho i ciemno. Marek spał z głową opartą na łóżku. Ściskał jej rękę. Nie czuła bólu. Szybko zapadła w sen. Rano już go nie było. Pojawiał się i znikał jak duch. Osobisty anioł stróż.

Pojawił się wieczorem.
- Powinieneś się przespać. Ja mam tu zastęp lekarzy, poradzę sobie.
- Ta, i żaden nie jest na tyle odważny, żeby dać ci głupi zastrzyk. Dobra, dobra – zaczął się śmiać. Nina też się uśmiechnęła. – A tak na poważnie, to wpadłem tylko na chwilę. Wracam zaraz na komendę. Dzisiaj był ciężki dzień i jeszcze się nie skończył. Wiem, że chciałabyś przeleżeć te kilka tygodni, ale praca nie poczeka. Mamy braki, Januszowi urodziło się dziecko, złożyłem mu w twoim imieniu gratulacje, a Marta jest na urlopie. Mam nadzieję, że chociaż ta obrożę ci ściągną w miarę szybko, bo ciężko ci będzie akta czytać. Chociaż z drugiej strony… Może akurat tobie się przyda.

Nina wiedziała, że sobie z niej żartuje i to bezkarnie. Nawet nie miała czym w niego rzucić. Była przykuta do łóżka, a on sobie z niej kpił.
- No już dobrze. Odegrasz się na mnie, jak tylko będziesz mogła. Muszę uciekać, ale postaram się wpaść jutro i zorganizować ci jakieś zajęcie, żebyś tu nie zwariowała zanim cię wypuszczą.
Pielęgniarce pełniącej dyżur powiedział, żeby dzwoniła, jak tylko coś się będzie działo, bo i tak prawdopodobnie większość nocy spędzi na nogach. Miał jednak nadzieję, że Nina przetrwa tę noc sama. Marzył o tym, żeby wreszcie się wyspać albo przynajmniej położyć się we własnym łóżku, chociaż na kilka godzin.

Zostawił ją z myślą o rozpoczętym śledztwie i brakach kadrowych. Nie był pewien, czy podziała to na nią dobrze, czy źle. W ostateczności, nie istniała możliwość, że wypisze się ze szpitala na własne żądanie, do czego była zdolna. Taka ewentualność nie wchodziła jednak w grę przez najbliższe kilka tygodni.
Nina od razu zaczęła się zastanawiać, co zatrzymało Marka w komendzie na tak długo. To musiała być poważna sprawa. A ona musiała leżeć bezczynnie. Nie mogła tego nawet potraktować, jako dawno niewykorzystanego urlopu, bo raczej z odpoczynkiem nie miało to zbyt wiele wspólnego.

Przez całą noc męczyła ją gorączka, ból kręgosłupa i wspomnienia minionych tygodni. Nad ranem zasnęła z wyczerpania. Niestety, nie na długo. Półprzytomna, ledwie rejestrowała zmiany pór dnia.
Po południu pojawił się Marek. Wysoki, szczupły, z ciemnymi, krótko ostrzyżonymi włosami. Rozpinana koszula z krótkim rękawem odsłaniała doskonale umięśnione ramiona. Błękitne oczy spoglądały na nią z troską.
- Załatwiłem ci telewizor, zaraz go podłączę, więc będzie ci weselej.

Nawet nie miała siły odpowiedzieć. Przyglądała się, jak ustawia sprzęt i rejestrowała kolejne elementy jego wyglądu. Nigdy wcześniej nie zwróciła uwagi na bliznę na ramieniu. Ani na znamię na policzku. Rzadko w ogóle zwracała uwagę na to, jak ludzie wyglądają. Marek był przystojny. Po siedmiu latach wspólnej pracy, musiała trafić w ciężkim stanie do szpitala, żeby to zauważyć.

Kiedy uporał się z ustawieniem telewizora i sprawdził, czy wszystko działa, położył jej pilota pod ręką i usiał. Na jego twarzy nie było śladu po wczorajszym zmęczeniu.
- Przywiozę ci twojego laptopa, ale to później, jak już będziesz mogła się ruszać. Na razie masz tu akta dwóch wczorajszych spraw. Dwa trupy, na pewno cię zainteresują.

Marek widział, że jest w kiepskim stanie, ale zauważył też błysk w oku, kiedy powiedział o trupach. Postanowił udać, że nie widzi bólu i wyczerpania malującego się na jej twarzy. Nie mógł się nad nią litować, bo wtedy kazałaby mu iść do diabła.
- Trochę niewygodnie będzie ci czytać w tej obroży, więc zreferuję ci, co na razie ustaliliśmy. Ciekawsze zostawię na koniec. Pierwsza ofiara to dwudziestotrzyletni chłopak zamordowany we własnym mieszkaniu. To była egzekucja. Przywiązany do krzesła, przestrzelone kolana. Przyczyna śmierci – strzał z bliska w głowę. Zabezpieczyliśmy kule i łuski z trzydziestki ósemki. Broń nie figurowała w bazie. Co ciekawe, z tego co na razie ustaliliśmy wynika, że chłopak nie miał żadnych powiązań, więc ciężko będzie o motyw. Nie wiemy, komu mógł się narazić. W mieszkaniu nie było żadnych śladów. Sprawcy, prawdopodobnie było ich dwóch, mieli rękawiczki. Czysta i szybka robota. Sąsiedzi nie słyszeli strzałów.

Spojrzał na Ninę. Zasnęła. Niewyjaśnione morderstwo działało na nią prawie tak dobrze jak morfina. Zostawił akta na stoliku i pojechał na komendę. Do szpitala wrócił późnym wieczorem. Coraz bardziej uzależniał się od tego miejsca. A może od niej… Zawsze chciał ratować świat. Dlatego został policjantem.

Nina była atrakcyjną kobietą. Niewiele niższa od niego, zgrabna, zawsze elegancko ubrana i perfekcyjnie umalowana. Ciemne włosy miała krótko obcięte, pewnie dla wygody, ale zawsze ufarbowane i idealnie ułożone. Nawet wyciągnięta z łóżka w środku nocy wyglądała nienagannie. Do tego stopnia, że zdawała się sztuczna. Jej oczy zawsze były zimne, rzadko się uśmiechała. Między nią, a resztą społeczeństwa był niewidzialny mur. Każdemu dawała to odczuć. Marek w swojej niemal dziecięcej naiwności wierzył, że teraz ma okazję, bo spróbować go przebić.
Pośród kabli i rurek, przykuta do łóżka, wijąca się z bólu, była inną osobą. I te blizny. Usiłowała popełnić samobójstwo. Nikt ze współpracowników by w to nie uwierzył. Od pielęgniarki, która opatrzyła jej nadgarstki usłyszał, ze na plecach Nina ma wiele blizn, które na pewno nie pochodzą od postrzałów. Nie rozumiał tego, chociaż paradoksalnie coraz bardziej rozumiał ją.

Obudziła się z krzykiem, zlana potem, roztrzęsiona. Uspokoił ją. Chciał przywołać pielęgniarkę, ale spojrzała na niego trzeźwym wzorkiem i pokręciła głową. Przymknęła oczy.
- Nie musisz odpowiadać, ale siedzę tu już kolejną noc… w gorączce cały czas męczą cię wspomnienia, strach… czy poza tym wszystkim, co ci zrobili, skrzywdzili cię jeszcze w inny sposób? – Jąkał się i nie wiedział, jakich słów użyć. Z Niną najlepiej rozmawiało się wprost, jednak nie przeszłoby mu przez gardło pytanie „Czy oni cię zgwałcili?”. W końcu to nie była jego sprawa. Chciał jednak wiedzieć, co ją tak dręczy.
- Nie – odpowiedziała spoglądając na jego zatroskaną twarz, a potem odwróciła wzrok. Bili ją, ale nic poza tym. Nie odważyli się. Te wspomnienia męczyły ja chyba dlatego, że przywoływały inne, o wiele gorsze, które wyparła ze swojej pamięci dawno temu. – Opowiedz mi drugim trupie – poprosiła.
- Druga ofiara to zastępca prokuratora okręgowego Artur Maciejczyk. Na pierwszy rzut oka to był wypadek. Samochód wpadł w poślizg, wypadł z drogi, uderzył w drzewo i stanął w płomieniach. Czekamy na wyniki ekspertyz, żeby stwierdzić, czy mamy do czynienia z morderstwem. Jeśli tak, to podejrzanych będziemy mieli na pęczki. Maciejczyk miał więcej wrogów niż przyjaciół. Ta sprawa ma priorytet. Nie co dzień w niewyjaśnionych okolicznościach umiera taka osobistość. – Skrzywił się wypowiadając ostatnie zdanie.

Nie lubił takich dochodzeń. Politycznych. Zbyt wiele osób się mieszało od śledztwa, zbyt wiele informacji było pilnie strzeżonych i zbyt duży nacisk odczuwali ze strony przełożonych. Potrzebował intuicji Niny, żeby rozwiązać te sprawy. Śmierć prokuratora i chłopaka z dobrego domu. W pierwszym przypadku będą mieć bardzo długa listę podejrzanych, której nawet nie będą mogli skrócić o tych, którzy jeszcze siedzą, bo przecież zawsze znajdzie się jakaś życzliwa dusza na wolności, która pociągnie za odpowiednie sznurki. Druga sprawa była równie trudna, bo nie było żadnych podejrzanych ani motywów.

Znowu uśpił Ninę swoim gadaniem. W szpitalnej ciszy łatwiej było mu pozbierać myśli. W komendzie ciężko było o chwilę spokoju. Zastanawiał się, kiedy go wreszcie wyproszą z oddziału, na którym przesiadywał w zupełnie nieprzepisowych godzinach.
Wyszedł zanim się obudziła. Pocałował ją w czoło i wymknął się jak złodziej. Szybki prysznic w domu i do pracy. Czekał go ciężki dzień.

Nina czuła się odrobinę lepiej, antybiotyki zadziałały. Włączyła telewizor i sięgnęła po akta. Polityczne morderstwa też nie należały do jej ulubionych. Miała nadzieję, że Marek otrzymał już wyniki ekspertyz i będzie wiedział, czy to na pewno nie był wypadek. Przeczytała zeznania świadków. Nie było tego wiele. Maciejczyk jechał do pracy. Miał willę pod miastem, wypadek miał miejsce na odcinku rzadko uczęszczanym, zwłaszcza około siódmej rano. W pobliżu nie było żadnych domów. Policję i służby ratownicze zawiadomił kierowca innego samochodu. Jeżeli istniały jakieś dowody popełnienia przestępstwa, to zniszczył je ogień, a potem strażacy. Z analizy śladów na jezdni wynikało, że pan prokurator stracił panowanie nad samochodem jakieś sto metrów od miejsca wypadku i ostatecznie uderzył w drzewo. Samochód natychmiast stanął w płomieniach. Brak śladów, że jakiś inny pojazd uczestniczył w zdarzeniu.

Z zeznań żony wynika, że nie był pod wpływem alkoholu ani silnego stresu. Nie prowadził w ciągu ostatnich tygodni sprawy na tyle poważnej, ze ktoś chciałby go uciszyć. Nie dostawał też listów ani telefonów z pogróżkami. Dwudziestoletnia córka doznała takiego szoku na wiadomość o śmierci ojca, że nie była w stanie odpowiedzieć składnie na żadne pytanie.

Nina chciała zająć przejrzeć akta drugiej sprawy, ale teczka wypadła jej z ręki i kartki rozsypały się po podłodze. Zaklęła pod nosem i zadzwoniła po pielęgniarkę, która na widok zdjęć zwłok wydała krótki okrzyk i z obrzydzeniem odłożyła akta na stolik. No cóż, w sterylnych, szpitalnych warunkach, nawet śmierć jest bardziej przystępna. Nina tylko się uśmiechnęła i zaczęła przełączać kanały w poszukiwaniu czegoś strawnego do oglądania. Akta musiały poczekać. Nie była w stanie ich sama ułożyć.

Nawet nie zdążyła zasnąć na wiadomościach, ponieważ pojawił się lekarz w towarzystwie pielęgniarki. Zmiana opatrunków przyprowadziła ją na skraj wytrzymałości. Nie wiedziała, ile jeszcze zdoła wytrzymać, a przecież od razu nie będzie lepiej, czekały ją kolejne operacje. Bała się, że zanim nastąpi poprawa, w najlepszym wypadku zwariuje. Nie widziała sensu w całym tym cierpieniu. Nie miała nikogo, nikt by po niej nie płakał. Zaczęła żałować, że ją znaleźli i uratowali.

Marek zastał ją z mokrymi od łez oczami. Płakała nie tylko z bólu, płakała nad sobą.
- Mam dla ciebie kopie ekspertyz techników, którzy zajmowali się samochodem i zespołu zajmującego się mieszkaniem chłopaka. Mam też wyniki sekcji. Gdyby komendant zobaczył, że wynoszę akta, chyba byś mnie nie zastała przy biurku, po powrocie ze zwolnienia.

Nina uśmiechnęła się przez łzy. Gdyby nie on, poddałaby się od razu.
- Zrób porządek w tych teczkach, bo mi się wszystko rozsypało. Wolałam nie nadużywać wyrozumiałości pielęgniarki. Zwęglone zwłoki raczej nie wywarły na niej pozytywnego wrażenia. Czego dogrzebali się twoi ludzie? – zwątpienie zniknęło jak ręką odjął.
- To nie był wypadek. Przecięte przewody hamulcowe. Mam kopie listów z pogróżkami, które dostawał Maciejczyk oraz listę najniebezpieczniejszych osób, które wsadził. Jest w czym wybierać.
- Żonę wykluczyłeś?
- To raczej nie było morderstwo w kobiecym stylu. Pani Maciejczyk nie ma pojęcia o mechanice samochodowej, prowadzi prywatny gabinet dermatologiczny.
- Ale mimo wszystko miała dostęp do samochodu. Trudno będzie stwierdzić kto, więc trzeba zacząć od tego – jak? Na strzeżonym sądowym parkingu raczej nikt nie grzebałby w samochodzie prokuratora. Przypadkowe miejsca, jak supermarket, możemy sobie od razu darować. Zostaje garaż. Prawdopodobnie zabezpieczony alarmem. Były jakieś lądy włamania? Ochrona nie odebrała jakichś podejrzanych sygnałów?
- Sprawdzimy. Z sekcji wynika, że nie był pod wpływem alkoholu ani innych środków odurzających. Jego współpracownicy wskazali kilka nazwisk, które musimy sprawdzić w pierwszej kolejności.

- Powodzenia. Co z drugą sprawą?
- Potwierdzają się wstępne ustalenia. W mieszkaniu nie było żadnego śladu osób trzecich. Mamy do czynienia z zawodowcami. Nadal jednak brak motywu. Chłopak studiował budownictwo na politechnice. Piątkowy uczeń, dostawał stypendium naukowe. Mieszkał sam w mieszkaniu po babci. Rodzice mają dom pod miastem i prowadzą małą firmę ogrodniczą, nieźle się im powodzi. Mówią, że miał kogoś, ale nie znają nazwiska, nie widzieli jej nigdy. Zresztą bardziej się domyślają, że ktoś był w jego życiu niż wiedzą. Przepytaliśmy jego znajomych. Nie dilował, nie kradł, nikomu się nie naraził. Zaczynam uważać, że ktoś się pomylił i kazał wykończyć nie tego człowieka.
- Hmm, to też jest wyjaśnienie, ale nie wydaje mi się, żeby cię gdzieś zaprowadziło. Znajdź jego dziewczynę. Skoro nie ćpał, nie kradł, nie obracał się w podejrzanym towarzystwie, a jej istnienie zachował przed rodzicami w tajemnicy, to coś musi być na rzeczy.
- Może po prostu chciał im ją oficjalnie przedstawić, jak będzie pewien, że to ta jedyna? Odniosłem wrażenie, że jego rodzice to tradycjonaliści. Wiesz, wspólne mieszkanie dopiero po ślubie i te sprawy.
- Nie musiał podzielać ich poglądów. Mamy więc kryształowego chłopca zamordowanego w brutalny sposób we własnym mieszkaniu. Ślady włamania, walki?
- Nie.
- Więc wpuścił sprawców. Musiał ich znać, albo wiedzieć, że przyjdą. Znajdź dziewczynę.
- Chłopaki zajmują się jego komputerem, może na coś trafią. W mieszkaniu nie ma żadnych zdjęć. W telefonie też nic nie znaleźliśmy.
- To szukajcie dalej. I następnym razem przemyć mi colę. Mam dosyć tej ich kranówy i lurowatej herbaty. I tak nic innego nie mogę. Zjadłabym pizze. I piwo do tego. – Spojrzała n zdziwionego Marka i roześmiała się. – Nic o mnie nie wiesz.
- To mi coś o sobie powiedz.

Odwróciła wzrok i przestała się uśmiechać. Udało się jej opanować przemożną chęć podzielenia się swoją przeszłością. Wpatrzyła się w niebo za oknem. W końcu zasnęła.
Następnego dnia Marek przemycił na oiom colę.
- Prawie czuję, że żyję. Ja tego nawet na co dzień nie piję, nie lubię. Jednak wegetacja tutaj mnie dobija. Mam nadzieję, że z nikim z komendy nie dzielisz się tym, co się tu dzieje? – Napomknęła o tym jakby mimochodem, ale miała nadzieję, że wydarzenia ostatnich dni nie upuszczają szpitalnych murów. Nigdy by tego Markowi nie darowała. - Ustaliliście coś nowego?

Przełomu w śledztwie nie było. U Maciejczyków nie było żadnych śladów włamania, ale na posadzce w garażu technicy znaleźli ślady płynu hamulcowego. Przesłuchiwali obecnie potencjalnych wrogów pana prokuratora. Tajemniczej dziewczyny też nie udało się namierzyć. Udało im się jedynie ustalić, że chłopak dorabiał w weekendy w biurze projektowym.
- Po co? Miał stypendium i kasę od rodziców.
- Może dla niej? Próbujemy skontaktować się z jego siostrą. To trochę trudne, bo jest w Australii, ale w końcu z nią porozmawiamy. Mam nadzieję, że się jej zwierzał.

Śledztwo wreszcie ruszyło z miejsca. Siostra denata opowiedziała im o tajemniczej dziewczynie, która była córką jakiegoś wysoko postawionego człowieka. Planowali razem ucieczkę, bo wiedzieli, że jej ojciec nigdy nie zgodzi się na takie małżeństwo. Dlatego chłopak weekendami dorabiał.

Sąsiedzi Maciejczyków rozpoznali też jednego z przestępców, którego pan prokurator wsadził za kratki i który już od pół roku przebywał na wolności. Według zeznań pojawił się kiedyś w pobliżu domu prokuratora.
- A teraz najlepsza wiadomość, słuchaj uważnie. W telefonie chłopaka znaleźliśmy numer Sonii Maciejczyk. Coś ci to mówi?
- Tajemnicza dziewczyna? Warto spróbować.
- Podobno przechodzi załamanie nerwowe. Matka nie zgadza się na rozmowę.
- Po śmierci narzeczonego rzeczywiście mogła się załamać. Jest już pełnoletnia, przesłuchajcie ją, możecie zabrać psychologa. Jedźcie tam, jak będą stwarzać problemy postraszcie, że wezwiecie ją na komendą i dodatkowo oskarżycie o utrudnianie śledztwa. I przyciśnijcie matkę. Tylko za jej pośrednictwem mogli się dostać do Maciejczyka. Obstawiam, że miała romans.

Na efekty przesłuchań nie trzeba było długo czekać. Córka prokuratora więcej płakała niż mówiła, ale przyznała się do związku z zamordowanym chłopakiem i planowania ucieczki. Mieli wyjechać i wziąć ślub. Nie wiedziała, kto mógł chcieć go zabić, nikt nie wiedział o ich związku.

Matka było dużo mniej rozmowna. Zaprzeczała wszystkiemu i w końcu wyprosiła ich z domu.
Dużo bardziej przydatny okazał się Daniel Rosiak. Zwolniony pięć miesięcy wcześniej po dwunastu latach odsiadki. Przyznał się, że był w domu Maciejczyka i sypiał z jego żoną. Romans z nią miał być formą zemsty. Nie planował morderstwa i nie manipulował przy samochodzie. Zdawało się, że mówi prawdę.

- Wezwijcie panią Maciejczyk na komendę i przesłuchujcie do skutku.
- Nina, ona jest żoną prokuratora okręgowego, nie możemy jej ot tak przetrzymywać.
- Macie podstawy, żeby ją zatrzymać na czterdzieści osiem godzin. Tylko ona miała dostęp do samochodu. Cholera, przyciśnijcie ją. Jeśli uwierzy, że podejrzewacie córkę, zrobi wszystko, żeby ją chronić.
- A podejrzewamy córkę?
- Czy jak mnie zabrakło, to was dopadła pomroczność jasna? Idź do domu, wyśpij się i weź się za to śledztwo wreszcie porządnie. Poszukajcie powiązań pana prokuratora ze światem przestępczym. Może traficie na coś ciekawego.
- Ty już chyba rozwiązałaś tą sprawę?
- Brakuje mi jednego motywu.
- Coś ci przemycić następnym razem?
- Nic mi już nie pomoże. – Skrzywiła się i włączyła telewizor. – Niech cię nie widzę, dopóki nie zamkniesz winnych.

Wezwali panią Maciejczyk na komendę. Kazali czekać w pokoju przesłuchań przez godzinę. Potem wmówili jej, że mają dowody, że córka zabiła ojca, ponieważ nie godził się na związek z chłopakiem „bez nazwiska”.
- To wszystko bzdury! Nic nie wiecie. Sonia nienawidziła tego potwora, ale go nie zabiła. Ja to zrobiłam. Był na tyle pewny siebie, że powiedział jej, że jej narzeczony przeniósł się do lepszego świata. A potem ją zgwałcił. Tak jak to robił przez ostatnie dziesięć lat. Czy to wam wystarczy jako motyw? Moja córka jest wrakiem człowieka, bo nie potrafiłam jej uratować. Ja też byłam kimś „bez nazwiska”, przez wszystkie lata małżeństwa wmawiał mi, że wystarczy jedno skinięcie palcem i pozbawi mnie wszystkiego i będę się musiała sprzedawać, żeby zarobić na chleb.
- Skąd pani wiedziała, jak uszkodzić hamulce?
- Mój ojciec miał warsztat samochodowy, poza tym miałam trzech braci. Przewody hamulcowe, to dla mnie żadna tajemnica.

* * *

Marek pojechał do szpitala, ale nie zastał Niny. Sala był pusta. Pobiegł do pokoju pielęgniarek, usiłując się dowiedzieć, co się stało.
- Pani Szymańska jest na badaniach. Na jutro ma zaplanowaną operację.
Odetchnął z ulgą, usiadł i czekał. W końcu ją przywieźli. Zaczął referować zamkniętą sprawę. W pewnym momencie zreflektował się jednak, że Nina patrzy niewidzącym wzrokiem w ścianę.
- Nie słuchasz mnie…
Odwróciła głowę w jego stronę.
- Jutro będę mnie kroić. Nie ma gwarancji, że po operacji będzie lepiej…

Data:

 28.03.2013

Podpis:

 czarrna

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=74738

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl