DRUKUJ

 

48 godzin

Publikacja:

 13-05-05

Autor:

 belladonna
Tomasz od dwóch dni był jak w amoku. Wracał do akademika wykończony, a jednak nie udawało mu się spać dłużej niż dwie, trzy godziny. Potem znowu szedł na ulice. Gnał go gniew i niepokój, jaki towarzyszy człowiekowi, który buduje nowe.
Majówka od kilkudziesięciu godzin miała dla niego inny wymiar. Dwa dni temu, pierwszego, zaraz po kazaniu Bogdanowicza poszli tłumem pod pomnik Trzech Krzyży. Szli śpiewając. Pieprzeni milicjanci zagrodzili drogę, otoczyli plac. Nie chcieli pozwolić na oddanie czci poległym. Tłum wygrał. Przedarli się przez kordony milicji. Doszli do pomnika. Na to wspomnienie krew zatętniła żywiej w żyłach. Euforia zaraz przemieniła się w gorzkie wyrzuty. Czemu pozwolił Ance brać w tym udział? Była przecież w piątym miesiącu ciąży! Uparła się, że pójdzie jak wszyscy. Nie powstrzymał jej. Było oczywiste, że tamci użyją gazu i armatek, a jednak zgłupiał, uległ jej nastrojom. Sukinsyny celowo polewali ciężarną. Mieli niesamowite szczęście, że udało im się uciec, że nie oberwała pałką. Mogło być naprawdę źle.
Szary świt dopiero rozganiał nocną mgłę nad miastem, kiedy Tomasz naciągał sweter. Anka, zaspana otworzyła oczy.
- Znowu tam idziesz?
- Ania, dla niego – dotknął brzucha dziewczyny
- Ojciec będzie mu tak samo potrzebny, jak wolność – od chwili zamieszek pod pomnikiem zaczęła się bać.
- Śpij – Nie chciał się z nią żegnać. Wiedział, że się niepokoi, że za wszelką cenę będzie próbowała go powstrzymać, a on chciał zbudować nowy porządek. Dla dziecka, żeby kiedyś mogło żyć w normalnym kraju. Kto wie, może przyjdzie taki czas, że i ziemię ojca odwiedzi bez strachu?
Tomasz nie był Polakiem. Przyjechał do Gdańska z Ukrainy na studia. Tutaj odnalazł to, czego brakowało w jego ojczyźnie. Gniew zaklęty w Narodzie, buzujący coraz wyraźniej niezgodą wobec rzeczywistości.
Zatrzasnął drzwi i zatrzymał się na chwilę. Andrzej też już wychodził z pokoju.
- Potańczymy z gnojami! – rozciągnął usta w szerokim, perlistym uśmiechu.
Tłum gęstniał powoli w szarości poranka. Z Wrzeszcza poszli małą grupką w kierunku Centrum. Szli bocznymi ulicami. Jak najdalej od głównych arterii. Planowali dołączyć do demonstracji. Obejdą po swojemu rocznicę ustanowienia Konstytucji.
Byli już przy Targu Drzewnym, kiedy w ślimaczym tempie na ulice wyjechało kilka SKOTów i zomoskich ciężarówek, każda zaopatrzona w armatkę wodną. Leniwie rozjeżdżały się po mieście, szukać demonstrantów. Tomasz zauważył, że w ciężarówce siedzą trzy osoby. Kierowca, facet od obsługi armatki i trzeci, którego zadaniem będzie pewnie rzucanie gazu w tłum.
Przypomniał sobie, jak dwa dni temu ten od wody z uśmiechem satysfakcji celował prosto w Ankę, jak wyszukiwał ją i częstował kolejnymi porcjami lodowatych strumieni. Bydlaki! Samochód zatrzymał się kilka metrów od nich. Na ulicę wybiegła spora grupa młodych. Wykrzykiwali inwektywy pod adresem ZOMO. Obrzucili ciężarówkę kamieniami. Ten od armatki odpalił sprzęt. Ludzie rozbiegali się z krzykiem. Armatka zatrzymała się, strumień wody leciał tylko w jednym kierunku. Operator wyskoczył i usiłował poruszyć zacięty sprzęt. Coś w Tomaszu pękło. Chwycił leżący opodal kawałek brukowca i cisnął nim w Stara. Trafił prosto w szybę kierowcy. Kamień odbił się tylko od zamontowanej siatki. Wściekły chwycił kolejny odłamek chodnika. Wycelował w armatkę, ale trafił w operatora. Głowa zomowca opadła. Tomasz zobaczył, że ze skroni sączy się krew.
- Stary, aleś rzucił!- Andrzej wyszczerzył się do przyjaciela. Facet „od gazu” wychylił się z szoferki. Za plecami dało się słyszeć chrzęst ciężkich butów. Nadciągały piesze oddziały.
- Tomek, spieprzamy!- Andrzej szarpał go za ramię. Tomasz stał otępiały. Nie mógł uwierzyć, że tak łatwo zranić człowieka. Stróżka krwi na głowie zomowca, stawała się coraz szersza.
- Zabiłem go! –wykrzyknął. Andrzej popatrzył na samochód
- Tomek do cholery!- usiłował popchnąć go i zmusić do biegu. Palące uderzenie w kolana rzuciło go na ziemię. Kolejne razy spuszczone na plecy odebrały dech. Chwilę potem razem z Andrzejem wylądowali w milicyjnej suce.
- Pięknie, kurwa! – przyjaciel uderzył pięścią w metalowy bok samochodu. Razem z nimi na pace było jeszcze dziesięć innych osób. Nie było możliwości wyjrzeć przez okno i zobaczyć, dokąd jadą. Domyślali się tylko, że za chwilę trafią w jedno z tych „przyjaznych” miejsc, gdzie państwo spotyka się ze zbuntowanym obywatelem.
Milicjant z długą bronią otworzył drzwi
- Wyłazić! – wszyscy poderwali się z miejsc. Nikt nie ośmielił się sprzeciwić rozkazowi.
- W rzędzie się ustawić! – popychał ich pałką, żeby wychodzili według zaplanowanego przez niego klucza – W rzędzie, kurwa, mówię!
Dziewczyna przed Tomaszem szła płacząc. Wychyliła się z szeregu i podeszła do poganiającego.
- Panie, ja nic z tym nie mam wspólnego!- wykrzyczała – Do roboty szłam!
W odpowiedzi dostała porządny cios pałką w plecy. Tomasz spojrzał przed siebie. W dwuszeregu, zwróceni do siebie twarzami stali milicjanci. „Ścieżka zdrowia”, myśl niemal go sparaliżowała.
- Ruszać się! Biegiem! – Konsekwentnie posuwali się w stronę oprawców. Pierwsza osoba weszła między szeregi. Spadł na nią grad uderzeń. Tomasz zacisnął pięści. „ Przejść jak najszybciej. Byle się nie przewrócić” Dziewczyna przed nim łkała już głośno. Oglądała się co chwilę za siebie, jakby skądś miała nadciągnąć pomoc. Weszła między bijących. Od razu otrzymała cios. Zachwiała się. Spróbowała cofnąć. Pierwszy z milicjantów wepchnął ją brutalnie z powrotem.
- Do przodu się idzie!
Uszła parę kroków. Tomasz też już był między bijącymi. Starał się nie myśleć skąd spadnie kolejny cios. Do przodu, byle do przodu. Dziewczyna przed nim upadła. Milicjanci jakby tylko na to czekali. Ze zdwojoną siłą zaczęli okładać ją pałkami. „ Zabiją ją zaraz”. Schylił się. Spróbował podać jej rękę. Milicyjna pałka trafiła w nadgarstek.
- Wstawaj! - wrzasnął do dziewczyny,równocześnie czując mdłości wywołane uderzeniami, ale ona tylko zasłaniała głowę rękami.
- Wstawaj! – niemal błagał żeby usłuchała. Ludzie idący za nim zaczęli napierać mu na plecy. Popychali go. Jeśli nie ruszy, za chwilę sam upadnie i podzieli los dziewczyny.
- Wstań – powtórzył bez nadziei ostatni raz. Nie miał już szansy obejrzeć się za siebie, żeby sprawdzić, czy się podniosła. Razy padały wszędzie, na głowę, plecy, klatkę piersiową. Ostatni milicjant uderzył go z całej siły w brzuch. Zwymiotował. Za nim ze szpaleru wypadł Andrzej. Krew ciekła mu z ust. Stracił właśnie dwa górne siekacze.
Zaprowadzono ich do celi. Za metalowymi drzwiami, na kilku metrach kwadratowych było chyba ze czterdziestu mężczyzn. Teraz przybyli kolejni. Nie było szansy, żeby się położyć. Nie było nawet jak usiąść. Pobici i wycieńczeni, stali w tłoku i zaduchu. Tomasz popadł w otępienie. Co chwila wyrywały go z niego myśli, że tamci wiedzą, że skażą go za zabójstwo. Drzwi otwierały się nieustannie. Wywoływano nazwiska.
- Nizarenko! Jaszczyk! – po jakimś czasie wezwano jego i Andrzeja. Wyszli. Milicjanci przejęli ich. Ruszyli w stronę schodów.
- To co chłopak, na dół czy na górę? – milicjant patrzył na Tomasza z rozbawieniem
- Słucham? – cios pięścią w brzuch zgiął go w pół.
- Pytam cię skurwysynu, czy mamy cię przesłuchiwać na dole, czy na górze!
- Nie wiem!- instynktownie usiłował zasłonić się przed kolejnymi ciosami. Milicjant pociągnął go za włosy. Rzucił na ziemię. Zaczął kopać.
- Demonstrować umiesz, a prostej decyzji podjąć nie możesz! – wykrzykiwał między kopniakami. Tomasz usiłował chronić głowę.
- Na dole! – wrzasnął – Na dole!
- No widzisz. Potrafisz. – Szarpnięciem podniósł go z podłogi. Zeszli schodami.
W pokoju było ciemno. Tylko na biurku paliła się lampka. Jej światło skierowano w stronę drzwi. Z tego powodu postać siedząca z drugiej strony, jawiła się jako ciemny kształt.
-Skujcie go.
Wykręcono mu ręce do tyłu i założono kajdanki. Potem milicjant popchnął go na krzesło.
- Nizarenko…- głos zza biurka zdawał się być spokojny – Z ZSRR, Ukraina?
- Tak
- Przyjeżdżacie do obcego kraju. Studiujecie na nasz koszt i jeszcze rozruchy robicie? – mężczyzna mówił z ociąganiem. Tomasz uznał, że najlepiej, jeżeli będzie milczał.
- Imię matki?
Podał bez oporów dane rodziców, adres zamieszkania. Mężczyzna wydawał się być zadowolony.
- To co robiliście na tej ulicy?
- Szedłem na uczelnię – starał się być w swoim kłamstwie przekonujący.
- Ty kurwa szedłeś na uczelnię, jak ja do kościoła!- Niespodziewanie wyskoczył zza biurka i kopniakiem przewrócił krzesło, na którym siedział Tomasz.
Przesłuchanie trwało w nieskończoność. Wciąż zadawano mu te same pytania. Po co szedł, do kogo. Z kim był. Uparł się, żeby opowiadać wersję o uczelni. Nie pytali o kamień i zomowca, czyli chyba nie wiedzą. Każda odpowiedź, niezależnie, co zawierała łączyła się z biciem. Kiedy usiłował nie odpowiadać bili go tym bardziej. W końcu podsunęli papier, na którym było napisane, że spiskował przeciwko państwu polskiemu, że jest działaczem podziemia. Poniżej widniały nazwiska, które rzekomo podał przesłuchującym. Krew zalewała mu oczy. Nie mógł odczytać żadnego z nich.
-Podpisz – mężczyzna wyciągnął w jego kierunku długopis. Drżącą ręką chwycił go i złożył autograf. Wrócił do celi. Znowu musiał stać w ścisku. Andrzeja nie było. „Zatłukli go na śmierć”, Tomasz podskakiwał przy każdym skrzypnięciu drzwi. Niepokój o przyjaciela mieszał się z obawą o własne życie. A co jeśli wśród tych nazwisk był Andrzej? Może nieświadomie wydał na niego wyrok? Przyjaciel wrócił w końcu. Sińce głębokim granatem odcinały się od trupiej bladości zmęczonej twarzy. Podszedł do Tomasza. Podali sobie dłonie. Nagle Andrzej głośno zaczął odmawiać „Ojcze nasz”. Ten sam Andrzej, który przez cztery lata studiów był w kościele, poza rozruchami, raz, dla żartu. Tomasz podjął modlitwę.
Przesłuchiwali go jeszcze dwa razy. Za każdym wyglądało to tak samo. Za każdym kończyło się podsunięciem świstka do podpisu.
- No to skończyliśmy z tobą gnoju – usłyszał po złożeniu ostatniego autografu. Milicjant poderwał go i wyprowadził za drzwi. Nie kierowali się do celi. Wyszli na dziedziniec. Ruszyli na tyły budynku. Tomasz obejrzał się na prowadzącego go milicjanta. Spostrzegł, że ma broń. „Koniec. Zabiją mnie”, był przekonany, że tuż za rogiem czeka go kula w łeb. „ Nawet Ania się nie dowie”
Na placu stał mały bus. Milicjant popchnął go w tamtym kierunku.
- Jesteś deportowany.
- Co takiego?
- Deportowany. Wracasz na Ukrainę.
- Ale ja tu będę miał dziecko niedługo – próbował stawić opór.
- Chuj mnie to obchodzi! Do autobusu! – popchnął go w taki sposób, że Tomasz upadł na cement podwórka
- Panie, toż go żywego nie dowiozę – kierowca z wyraźnie wschodnim akcentem, usiłował przyjść mu z pomocą
- Ty się nie wpierdalaj!- zbliżył twarz do Tomasza – My wiemy. – wyszeptał – Odsyłamy cię, bo tu nie możemy za dużo, ale tam zrobią z tobą porządek.
Kolejne lata spędził na Ukrainie, ciągle obawiając się wizyty służb. Tylko nieliczne głosy z Polski docierały do niego. Prasa nie drukowała żadnych informacji. Dopiero w '89 podano notkę, że Polska odłączyła się od Bloku Wschodniego.
Tomasz nie miał prawa wstępu do Rzeczpospolitej. Nie udało mu się wyjaśnić Ance, co się stało. Nie zobaczył swojego dziecka. Spróbował napisać do nich list, ale papier wrócił z adnotacją, że nie odnaleziono adresata. Niemożliwe, przecież zaadresował do domu jej rodziców. Bywał tam, dom istniał. Dopiero potem zdał sobie sprawę, że na kopercie widnieją wyłącznie pokryte cyrylicą pieczęcie.
Po przewrocie chciał wyjechać, odnaleźć Ankę. Jak teraz wygląda ich dziecko? Nawet nie wiedział, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Bał się. Wydawało mu się, że w Polsce ciąży na nim wyrok za zabójstwo.
Zdecydował się w 97 roku. Był zaskoczony, kiedy na granicy, poza rutynową niekończącą sie kontrolą, nie spotkało go nic więcej. Nikt go nie zatrzymywał, nie przyjechała policja, żeby postawić mu zarzut zabójstwa. Miał niemal pewność, że wprost z odprawy trafi do więzienia. Odnalazł Ankę, nadal mieszkała w Gdańsku.
Wszedł do jej mieszkania. Na półkach stały zdjęcia. Zbudowała nową rodzinę. Spostrzegł wśród fotografii nastoletnią dziewczynę i dużo młodszego chłopca. Jej mężem został ktoś, kogo nigdy wcześniej nie widział. Usiedli przy kawie. Nie umieli już ze sobą rozmawiać, po czternastu latach bez kontaktu byli jak obcy ludzie.
- Masz córkę – Anka rzuciła wśród krępującej ciszy. Zauważył, że na stole leży zeszyt opisany nastoletnim, strzelistym pismem „ Justyna Polszakiewicz” głosił napis na okładce. No tak. Jak mógł przypuszczać, że będzie nosiła jego nazwisko? Przecież nie zdążył jej uznać. W drzwiach stanęła chuda nastolatka z plecakiem. Właśnie wróciła ze szkoły.
- Justyna. Mamy gościa – Anka zagadnęła córkę – Usiądziesz z nami?
Dziewczyna w odpowiedzi tylko skrzyżowała ręce na piersiach i oparła się o ścianę. Z wyczekiwaniem spoglądała na Ankę. Miała oczy matki Tomasza. Jasne włosy spięte w kucyk i wyraz buntu na twarzy. Uśmiechnął się do niej. Nie odwzajemniła gestu.
- Justynko, to jest twój prawdziwy ojciec – Anka wskazała na niego
- Prawdziwy? – ironia nieładnie wygięła usta dziewczyny – Jakby był prawdziwy, to by przyjechał wcześniej, no nie?
Odwróciła się i weszła do swojego pokoju, zatrzaskując drzwi.
Tomasz pod stołem zacisnął palce. Jak nigdy czuł ciężar tamtego kamienia.

Data:

 2013

Podpis:

 Belladonna

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=74952

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl