DRUKUJ

 

Nie zadawaj się z nim, rozumiesz

Publikacja:

 13-06-18

Autor:

 Lew
Nie zadawaj się z nim, nie chodź tam i nie pij tyle – rozumiesz?

W trosce o nasze zbawienie niektórzy są bardzo radykalni.

- I trzymaj ręce na kołdrze – bo to grzech.

Mogą straszyć nawet piekłem

A potem przychodzi ranek, idziesz do łazienki spuszczając swoją świętoszkowatość do kanalizacji. Nieprawda?
Dziś siedzę na balkonie, patrzę w niebo, które szykuje się do snu i wygląda ponętnie, a na ścianie w pokoju zawiesiłem nowe plakaty Jima i Marylin. Nie mam pojęcia za co będę jutro żył i nawet mnie to nie dziwi.

Jadę na wycieczkę rowerową po zachód słońca, wymyślonych przeze mnie w myśl ducha letnich rejsów statkami po morzu. Pierwszy przystanek przy teatrze, na skwerze wśród fontann i rolek rolek rolek, wirujących między tryskającą radośnie wodą. Stawiam rower na stopce, siadam na ławeczce i jem suchą bułkę, popijając wodą. Naprzeciwko mnie niestara jeszcze kobieta o krótkich blond włosach rozmawia przez komórkę. Zadarta miniówka przekroczyła rubikon cofając się i zatrzymując grubo przed linią połowy ud. Patrzę w jej krocze. Liczę na to, że jest tego nieświadoma. Po prostu gada sobie i ściąga uwagę zupełnie przypadkowo. Zajęta psychicznie, zostawia ciało, niechcący akurat mnie. Dalej, rozmowy, rozmowy, głaskanie po głowie, od czasu do czasu na placu przed teatrem wpadają na siebie samotnicy. Oni też schodzą tu na kolację. Poznaję wśród nich tych dziwaków, którzy nawiedzają bibliotekę. Szukają w niej nie tylko towarzystwa książek. Podobnie jak większość z nas, łakną ludzi tylko ich sztuczki przestały działać.

- Wszystko wypływa na wierzch i w końcu nie udaje – takie odnoszę wrażenie. Właściwie, chciałbym, żeby tak było.

Zakładam słuchawki na uszy, włączam psychodelicznego Trickiego, płytę Anioły o brudnych twarzach i grzeję dalej, po wiąchę zachodzącego światła życia. Najgorzej jak trzeba się wykłócać o miejsce na ścieżce rowerowej. Muszę powiedzieć, że nie zwracam uwagi ani na znaki, ani na światła, ani na pieszych. Pędzę, rzutem oka sprawdzając tylko sytuację na ulicach, aby nie wpaść pod samochód. A kiedy kilka osób zagraca mi przejazd na ścieżce rowerowej swoim ciałem, swoim zdechłym spacerem i tępo gapiąc się gdy w końcu nie wytrzymuję i ich rugam, to jest mi wstyd. Na szczęście sam się nie słyszę, gdyż mam słuchawki i cały jestem nieogarnionym pędem. Z nikim się jak dotąd nie pobiłem, nie oberwałem po łbie i nie dostałem mandatu. Bo tak jest sprawiedliwie; wina musi leżeć po obu stronach. A ja muszę uważać, naprawdę nie mam ani grosza.

Podobizny Jima i Marylin z pobłażaniem patrzą na to ze swojej ściany. Oni już nie muszą pamiętać – jak to jest. Dwie odpływające gwiazdy. Pozbyły się już wszelkich form.
I tak wdychając resztką płuc rześkie powietrze zmierzchu, patrząc na różowe chmurki, przychodzą mi na myśl wnioski końcowe.

Zbawienie to płynąć, unikać form i układów; to najdalej posunięta naturalność. Stać się jednym pośród miliarda.

Data:

 wczoraj

Podpis:

 Lew

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=75246

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl