DRUKUJ

 

Czarodziej snów cz. 6

Publikacja:

 13-07-14

Autor:

 balianna
Bała się pierwszej nocy na oddziale, jednocześnie wyczekując jej niemal z utęsknieniem. Zapatrzyła się w krętą linię horyzontu i pomyślała o ojcu. O tym, że pewnie płynie z transportem do odległego kraju. On bardziej rozumiał ją niż matka. Pamiętała jego oczy wpatrzone w nią z niepokojem, gdy uwięziona w koszmarze, nie mogła się sama uwolnić. Przecinał bez wahania, a jednak cierpliwie krępujące ją więzy. Sny oplatały dziewczynę zdradliwym kokonem. Walczyła i poddawała się. Czasem chciała zawędrować dalej aż po mrok swojej duszy. Poczuła na szyi czyjś cuchnący oddech. Zasłoniła usta dłonią. Odsunęła się w stronę okna. Przynajmniej miała taki mały kącik . Zamknęła oczy i próbowała wyobrazić sobie rośliny na parapecie i jakiś drobiazg, pamiątkę na szafce. Wchłonęła wyimaginowany zapach dzikich róż, begonii czy bukietu konwalii. Jednak odór wkradł się jak złodziej do cudownego ogrodu. Lepkie palce leśnej wiedźmy wodziły po jej ramieniu. W krótkiej chwili zostawiły śliską maź. Naturalny krzyk obrzydzenia rozniósł się echem po sali. Leśna wiedźma odsunęła się jak oparzona, jakby to ona była ofiarą. Ernestyna wyparła obrzydzenie i strach komicznym śmiechem i szła w stronę leśnej wiedźmy. Wyglądała całkiem zwyczajnie, co nie znaczy, że sympatycznie. Nieświeży oddech dochodził na znaczną odległość. W pomieszczeniu znajdowały się jeszcze dwie inne osoby. Kobieta w średnim wieku, nienaturalnie wychudzona i jakby... nieobecna. Uwagę Ernestyny przykuła jedna śliczna rudowłosa dziewczyna o delikatnych rysach. Patrzyła orzechowymi oczami spod długich firanek rzęs na rozgrywającą się scenę z wyrazem zalęknionej sarny. Ernestyna teraz w zaczepnym nastroju zbliżyła się. Łaknęła przyjaźni jak spragniony wody. Chciała stać się ważna dla kogoś. Pragnęła, aby tamta śniła jej sny. Stałyby się siostrami snów. Mogłaby patrzeć jak stopniowo w jej oczach gaśnie niewinność. Dziewczyna zapytała samym tylko spojrzeniem o co ci chodzi nowa? Ernestyna palcami lekko dotknęła otwartych oczu dziewczyny. Przestraszyła ją. Wcale tego nie chciała, a może... Dziewczyna nie wytrzymała napięcia i wyszła. Po drodze salowa skarciła ją za przechodzenie po mokrej podłodze. Ernestyna wyszła za nią trącając niby niechcący wiadro z płynem myjącym.
Och. Bardzo przepraszam – udała skruszoną – zmyję to szybko
Nie. Sama to zrobię. Nie przeszkadzaj. Jeszcze przyjdzie twoja kolej – odrzekła tajemniczo.
Ernestyna oddaliła się w stronę łazienki. Kątem oka dostrzegła mściwe oczy salowej. Musiała przejść przez długość kilku sal. Przechodzący pacjenci wyglądali na odurzonych. Niektórzy pousypiali w fotelach. Przyspieszyła kroku chcąc prześcignąć podążającą za nią melancholię. Ta jednak ukłuła dziewczynę w okolicę serca. Zacisnęła dłonie w pięści i szła dalej. Melancholia ścisnęła za gardło. Wtedy musiała przystanąć, aby przegonić słony piasek spod powiek. Otworzyła drzwi łazienki. Na parapecie okna przysiadł kolorowy ptak. Wolny i radosny tworzył kontrast z zakratowaną rzeczywistością. Napotkał na jej łzawe spojrzenie. Zdążyła zobaczyć jeszcze zlewające się ze sobą spłoszone i gotowe do odlotu rdzawe skrzydła i wtedy pojawiła się rudowłosa. Bujne włosy spływały jej po plecach.
Od kiedy tu jesteś? – zapytała w sposób jakby znały się od lat Ernestyna
Od niedawna, a może od zawsze...
Taka jesteś elokwentna? Wydaje ci się, że kim jesteś? Niedostępna księżniczka pożal się Boże! Pamiętaj, że leżymy na tej samej sali – ubrała swój głos w groźny ton
Nie uda ci się to – rzekła z płynącym w niej źródle spokoju
Co mi się nie uda? - Mów konkretnie dziewczyno
To co zamierzasz – odpowiedziała kpiąco
Widzę, że nie dojdziemy do porozumienia. Szkoda – Ernestyna zamknęła za sobą drzwi.
Na korytarzu było już nieco ciszej. Nie miała ochoty wracać na salę chorych. Chciała poszukać czegoś godnego uwagi, jakiś podniet. Zawsze czegoś szukała. Czegoś, czemu mogłaby się oddać bez reszty. Nie przymuszana prze nikogo. Bez rygoru. Pochlebstw, nudnych lekcji. Mimo przeżyć i wesołych chwil z koleżankami, wielkich balów i wygłupów, tliła się w niej pustka. Otwierała nerwowo na całą szerokość wszystkie okiennice w całym domu. „Panienka ma znowu te swoje humory” – mawiano w takich chwilach. „Gdyby tylko wiedzieli co naprawdę czuła” Gdyby...
Energiczny stukot butów zainteresował ją na tyle, aby powiodła wzrokiem w ich kierunku. Wysoki mężczyzna w białym kitlu momentami falującym za sprawą wiatru dobywającego się nie wiadomo skąd. Widziała tylko smukłą sylwetkę i jasne włosy. Wszedł na salę po lewej. Dostrzegła lekki zarost na twarzy.
Jak pan się teraz czuje po lekarstwach. Nadal boli? - zapytał ciepło
- Boli panie doktorze, ale mniej
- Efekty będą.. Proszę tylko tak jak dotąd brać lekarstwa i chodzić na terapię, a będzie poprawa. Tylko cierpliwości.
Uśmiechał się. Nie widziała jego uśmiechu, jednak poznała po zmianie barwy głosu.
„Co ty wyprawiasz” – upomniała sama siebie. „ Nie będziesz przecież uganiać się za jakimś tam lekarzem. Wpatrzyła się w ścianę obwieszoną gotyckimi obrazami. Nie pasowały do szpitala psychiatrycznego. Postać w kapturze, węże oplatające drzewo, wilki, jednorożce, ale zupełnie inne niż te w bajkach dla dzieci. Miały skołtunione grzywy i wielkie kły. Jeden obraz wyglądał zupełnie niegroźnie. Przedstawiał las skąpany w poświacie księżyca. Powiedzieć, że jej się spodobał to za mało. Stała tak dość długo, aż przyjemny zapach sprowadził ją z powrotem. Skurcz żołądka przypomniał jej jak była głodna. Przed przybyciem do Kliniki niewiele zjadła. Grzecznie udała się na swoją salę i pomogła salowej wydawać obiad – Dziękuję kochanie – kobieta w koku o matczynym spojrzeniu była pod wrażeniem.
Ernestyna zanim zaczęła jeść obdarzyła rudowłosą spojrzeniem zapowiadającym wyzwanie. Patrzyła jak dziewczyna długimi palcami obejmuje delikatnie zwykły pieprzony kubek z kompotem, jakby był cennym eliksirem. Jak unosi do ust napój i bezszelestnie odstawia na stolik. Unosi nieładną łyżkę jak muzyk skrzypce. Zastanawiała się jaka ona była naprawdę. Kim była i co tu robiła. Patrzyła jeszcze krótki moment z fascynacją po czym wzięła się za pałaszowanie drugiego dania. Zupę zostawiała zazwyczaj na koniec. Podczas jedzenia często zapominała o dobrym wychowaniu. Wcześniej lubiła robić na złość rodzicom mlaskając przy obiedzie. Wyrosła z tego, ale pewne nawyki pozostały. Tam jednak mimo jej psot i trudnego charakteru, wszyscy ją lubili, rodzina, służba. Tutaj nie mogło być inaczej. Zjadła z apetytem, ale nie najadła się. Kobiety zaczęły rozmawiać. Zupełnie naturalnie. Nie wtrącała się chwilowo. Może dowie się czegoś ciekawego.. Leśna wiedźma mówiła najwięcej i dużo gestykulowała. Wcale nie była wstrętną, złą staruchą o lepkich dłoniach. A jednak... musiała zapaść w krótki sen. Nic dziwnego. Na ogół źle sypiała, więc takie epizody jej się zdarzały. Powie o tym lekarzowi na wizycie, albo nie, teraz do niego pójdzie, będzie zadawać dużo pytań.
- Poczęstuj się – na pulchnej dłoni mościł się duży ordynarny cukierek - ”Czy ta kobieta nie wie, że nie częstuje się prosto z ręki” Słodycze były jedną z jej słabości, więc podziękowała i poszła w stronę gabinetu lekarza jak zamierzała.

Data:

 Kilka dni temu

Podpis:

 balianna

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=75395

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl