DRUKUJ

 

Zima

Publikacja:

 13-08-02

Autor:

 belladonna
Buty zapadały się w śliską ziarnistość mieszanki piasku i śniegu, mającej kolor zimnej, gorzkiej kawy z mlekiem.. Powietrze pachniało charakterystycznym kwaśnym dymem węgla drzewnego, ulubionego opału właścicieli pobliskich domów. Jego kłęby zasnuwały przestrzeń, tworząc wrażenie duszącej mgły.
Głośny, metaliczny pisk hamującego pociągu gwałtem rozciął eter, na kilka sekund zagłuszając powszedni gwar ulicy. Zaniknął równy, szumiący odgłos samochodowych silników, jakby wszystko przystanęło zaskoczone tym dźwiękowym aktem przemocy.
Spojrzałam w kierunku źródła zamieszania. Wyblakła, zielona maszyna z rudymi plamami rdzy, wtoczyła się na peron, desperacko usiłując zachować choć cień dawnej świetności. Sylwetką przesłoniła szare ludzkie postacie, stłoczone grupkami na betonowej płycie, na której w równych odstępach usypano brudnoszare górki śniegu.
Obok mnie przez śniegowe błoto brnęła Basia. Butelkowo-zielona, wełniana czapka, co chwilę zsuwała się jej na oczy. Poprawiała ją szybkim nerwowym ruchem. Na rękach trzymała moją córkę. Zaczepny róż dziecięcej kurtki odcinał się kontrastem od melancholijnej szarzyzny. Cienki radosny głos tchnął życiem w mechanicznej martwocie poranka. Basia z wyraźną przyjemnością słuchała dziecięcej opowieści.
Doszłyśmy do okrytego przezroczystą-mleczną kopułą pleksi wejścia do tunelu. Zalegający na niej śnieg sprawiał, że przestrzeń przed nami wydawała się ciemniejsza niż zwykle. Kamienne, wąskie schody były zbyt śliskie, aby spróbować zejść nimi bez pomocy poręczy.
Przez chwilę skupiłam uwagę na czarno-czerwonej podróżnej torbie, którą niosłam w ręku. Jak to możliwe, że moja przyjaciółka w tak niewielkiej kubaturze brezentu zdołała zamknąć całe życie? Torba nawet nie jest ciężka. Nie cięższa, niż te, które zazwyczaj zabierałyśmy na wakacje, a przecież jest w niej nieodwracalność podjętych decyzji.
Wyszłyśmy na peron, taki sam jak ten widziany z drugiej strony tunelu, z równomiernie rozmieszczonymi górkami smutnie szarego śniegu i rozmiękłą powłoką pokrywającą beton, rozdeptaną dziesiątkami stóp.
Basia zdecydowanie podążyła w kierunku lekko zdezelowanego składu, którym miała rozpocząć podróż do nowego świata. Oczami wyobraźni wybiegłam w przyszłość i zobaczyłam ją w obcym mieście przemieszczającą się z niecierpliwością, aby zamienić dworzec na terminal lotniska, z którego już tylko krok będzie ją dzielił od wymarzonego życia. Zacznie je na innym kontynencie u boku tego, który jest sprawcą całego niepokoju. Już od jutra będą nas dzielić nie tylko kilometry, ale też czternaście godzin różnicy w czasie. Z naiwnym uporem szukałam w myślach pory dnia, która pozwoli nam rozmawiać.
Basia ucałowała Anię i z czułym ociąganiem podała mi dziecko. Jeszcze raz zważyłam w ręku jej podróżną torbę, objęłam wzrokiem okolicę, jakbym chciała wyryć w pamięci każdy szczegół. Przyjaciółka chwyciła bagaż i wyjęła mi z dłoni. Szybko wymieniłyśmy uścisk. Uśmiechnęłam się, ale brak w tym geście wesołości, Nie patrzyłyśmy na siebie usiłując uniknąć niepotrzebnej czułostkowości. Wiedziałam równie dobrze jak ona, że musi wyjechać.
- Zadzwonię – jej głos rwał się nienaturalnie. Wzięła głęboki oddech – Zobaczymy się rano – żegna mnie naszym pozdrowieniem z dziecięcych lat. Przed oczami stają mi wszystkie wspólne wiosny, lata i jesienie.
- Zobaczymy się rano, Basia – gwizd pociągu jak cięcie ostrza kończy nasze „razem”.

Data:

 2013

Podpis:

 Belladonna

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=75475

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl