DRUKUJ

 

Nokturn 1/4

Publikacja:

 14-09-29

Autor:

 Kern
*** pokład Syzyfa – 6 ***

Za oknem rozciągała się ogromna żółtopomarańczowa kula. Gdzieniegdzie pstrzyły się niebieskawe plamy, podobno huragany. Nieopodal majaczyła zaś Stacja Przesiadkowa. Mimo braku wrażenia ruchu jej kontur szybko rósł. Na orbicie wokół planety walały się symboliczne ilości śmieci a ruch statków był niewielki, więc ogromny dwukilometrowy twór przypominjący bączka prezentował się znakomicie. Satelita lśnił niczym mała gwiazda. Odruchowo szukałem liny łączącej Stację z wierzchołkiem Wieży, ale zarówno tytaniczna budowla jak i niby-włókno były niewidoczne. Odległość była jeszcze kolosalna. Wróciłem wzrokiem do planety. Przyglądając się dłużej można, podobno, rozpoznać pojedyncze kompleksy chmur rozciągające się tu na setki kilometrów. Mnie się nie udało.
-Nokturn – powiedziałem do siebie –złowieszcza nazwa.
-Prawda? – zgodziła się cicha do tej pory kobieta. Stała lekko za mną i nie zauważyłem jej wcześniej.
-Zresztą może to nie najlepsze określenie – odarłem, nie okazują zdziwienia, z lekkim wzruszeniem ramion. – Może pani zaproponuje lepsze?
-Groźna – rzuciła.
-Odstrzęczająca.
-Zła.
-Złowroga.
-Smutna.
-Nieprzychylna. O to mi chodziło. –Zmierzyłem ją spojrzeniem. Wyglądała dziwacznie, przynajmniej dla mnie. Pochodziła pewnie z odległej planety, może też odległej kultury. Była wysoka, musiała mieć, co najmniej dwa metry. Tylko raz widziałem tak wysokiego człowieka. Kobieta przy swoim wzroście zachowała dość muskularną sylwetkę.
-Spodobałam się? – bezczelnie skwitowała nieznajoma. Lekko się zdziwiłem, ale tylko lewa brew mnie zdradzała. Wątpię by ktoś to zauważył.
-Raczej średnio – odparłem zgodnie z prawdą – dobrym słowem byłoby tu zainteresowałam.
-Też dobrze – zgodziła się, ale zaraz jej twarz wykrzywił wściekły wyraz – Słowa, słowa, słowa… Skąd jesteś?
-Dobre pytanie. Urodziłem się i wychowałem na Kowadle, jeżeli o to ci chodzi.
-O to. Kowadło, nie znam. Pewnie jakaś dziura? – Nie wiedziałem czy chciała wyprowadzić mnie z równowagi czy po prostu obrazić. Zresztą może rzeczywiście tak to odbierała.
-Ja wiem? – odpowiedziałem dyplomatycznie. – Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Jednak, jeżeli cię to pocieszy prowincja, na której mieszkałem uchodziła za zadupie nawet na Kowadle – wyszczerzyłem zęby w quasi życzliwym uśmiechu.
-Bardzo zabawne – odpowiedziała skołowana kobieta. Szybko jej twarz przybrała ponury wyraz, który był jej chyba zwyczajową miną. – Od kiedy jesteśmy na ty?
-Jestem na ty z każdym, kto próbuje mnie obrazić. To ułatwia… - zawahałem się – perspektywę. –Kobieta spięła się, ale szybko się rozluźniła i zaszczyciła mnie czymś w rodzaju uśmiechu.
-Dziwny z ciebie mężczyzna. U nas takiego nie znajdziesz.
-Są inni? – spytałem z lekkim zdziwieniem.
-Tak. Mniej zniewieściali – dodała z zimnym uśmiechem i jakimś nieokreślonym, okrutnym błyskiem w oku. Nie odpowiedziałem, czekając aż się speszy. Stacja Przesiadkowa wypełniała już pół widnokręgu. Przypuszczałem, że teraz będziemy dokować, jednak komunikat z głośnika stwierdził, co innego.
-Weszliśmy na orbitę stacji. Rozpoczynamy proces hamowania, trwający trzy okrążenia planety. Pasażerowie są proszeni o zajęcie miejsc w kajutach. – Stacja błyskawicznie została za nami. Niemal jednocześnie poczułem siłę ciągnącą mnie do wizjeru. Drgnąłem nieprzygotowany. Moja towarzyszka porządnie się zaparła, więc nawet się nie zachwiała. Została chwilę i odwróciła się chcąc zapewne odejść do kajuty. Lekko musnąłem ją rękaw. Nie powinna tego nawet poczuć, jednak zatrzymała się i spojrzała z pytaniem i jakby oczekiwaniem.
-Czy Pani mnie przypadkiem nie podrywa? – spytałem, choć zanim to wypowiedziałem wyczułem błąd i jakby niestosowność mojego przypuszczania. Kobieta zdziwiła się i wybuchła śmiechem. Suchym i stłumionym. Potem odeszła. Wróciłem spojrzeniem do planety. Wypełniała cały wizjer. Z tej perspektywy była brzydka. Mój dalszy los wydał mi się w tej chwili niepewny.

***Stacja przesiadkowa ***

Syzyfem leciało czterdziestu pasażerów. Większość z nich to, jak ja, rozbitkowie na wodach życia. Często przestępcy i uciekinierzy. Zawsze desperaci. Nokturn rozdawał ziemię i maszyny, dawał prawa i ulgi, zachęcał, kusił, mamił. Jednak wygodne społeczeństwa zindustrializowanych planet nie chciały oddawać swoich równie wygodnych obywateli na żer morderczej planety. Tak rozmyślając czekałem w szybko topniejącej kolejce. Zero G. Do podłogi przyciągała mnie tylko elastyczna lina poruszająca się w specjalnych prowadnicach. Zauważyłem, że przeważająca większość moich współpasażerów po krótkiej rozmowie z urzędnikiem kieruje się wzdłuż niebieskiego śladu starannie wyrysowanego na podłodze. Kilku machnęło jakimś dokumentem i poszło w kierunku wyznaczonym przez zielony ślad. Dwie osoby podążyły czerwonym szlakiem. Lilipuci mężczyzna i kobieta, którą poznałem niedawno. Pobudziło to moją ciekawość. Fakt, że najprawdopodobniej już nigdy się nie spotkamy nie miał tu żadnego znaczenia.
-Witam. Młodszy intendent do spraw przepływu ludności. Można prosić pana godność? – nad wyraz grzecznie spytał urzędnik. Odpowiedziałem.
-Dziękuję teraz miejsce urodzenia. Planeta i jakaś nazwa własna. – Również odpowiedziałem ucieszony brakiem zainteresowania moją osobą.
-Dziękuję. To pana nowy dowód tożsamości. – Podał mi niewielką plastikową dyskietkę. – Założyłem panu konto w Zakładzie Świadczeń Socjalnych oraz Wydziale Kontroli Finansowej. Bank zaś właśnie otwiera panu konto. Proszę teraz przejść do działu migracji. Trafi pan tam podążając niebieskim wężykiem. – W międzyczasie przepiął moją linę do innej prowadnicy, podejrzewam, więc, że i tak nie dałbym rady dojść nigdzie indziej.
-Dziękuję – skwitowałem energiczny monolog. Już miałem się udać niebieskim szlakiem, gdy urzędnik wtrącił, jeszcze bardziej entuzjastycznie.
-I jeszcze jedno. Witamy na Nokturnie! – Nie miał chyba pojęcia jak paradoksalnie to brzmi. W wydziale migracji właściwie nic nowego się nie dowiedziałem, za to musiałem podzielić się z urzędnikami moją wiedzą, o mnie. Nie miałem znowu aż tak dużo do ukrycia, a tutejsze struktury były zadziwiająco taktowne, więc poszło nawet gładko. Podpisałem też kilka dokumentów, odbyłem kilka szkoleń i dostałem klucz magnetyczny do małej koi. Na zakończenie uśmiechnięta urzędniczka życzyła mi miłej nocy i wręczyła świstek będący podobno biletem na windę i skierowaniem do działu szkoleń w jednym. Bilet na windę, dobre sobie.
Sekcja była przygotowana na niedoświadczonych kosmicznych podróżników. Tak, miękkie ściany! Ba! Miękkie podłogi. Mogłem porzucić krępującą, lecz także równocześnie podtrzymująca mnie linę. Co zrobiłem natychmiast i co odpokutowałem niemal równie natychmiast guzem.
-Się masz podróżniku. – Słowa dosięgły mnie, gdy miałem schować się w moim pokoiku. Odwróciłem się spoglądając na rasowego trepa. Musiał pochodzić z dzikich planet. Albo sam był dziki. Albo jedno i drugie. W każdym razie w zero G radził sobie znakomicie.
-Witam. –Postanowiłem być miły, dla własnego bezpieczeństwa. Tyle się teraz słyszy o takich ludziach.
-Choć na drina. Nie lubię pić sam, a tobie przyda się towarzystwo i garść informacji. –W myślach przyznałem mu rację. Zgodziłem się skinieniem głowy, co wywołało parsknięcie. Następnie towarzysz skłonił się parodiując dworki ukłon, rewelacyjny widok w nieważkości. Powiódł mnie następnie do całkiem sporego baru. Zamiast oczekiwanych drzwi za wejście służył okrągły otwór metr nad podłogą. Bar był całkiem przestronny jednak klientów było niewielu. W większości pracownicy Stacji. Jeden podróżnik, którego widywałem na Syzyfie.
-Co cię tu sprowadza wędrowcze? – spytał wreszcie mój towarzysz dziwnie artykułując słowa. Nie czekał na moją odpowiedź.
-Sława, bogactwo, przygoda, czy może tylko uciekasz?
-Wszystkiego po trochu – odparłem dyplomatycznie, gdy zrobił pauzę kiwając na kelnerkę. Nieznajomy się roześmiał, tym razem życzliwie.
-To tak jak ja. W ogóle jestem Iwan. Mówią na mnie tez Stary Wariat, ale to nieprawda –przerwał na chwilę – nie jestem przecież taki stary. – Roześmiałem się, choć spodziewałem się takiej odpowiedzi. Podpłynęła do nas kelnerka.
-To, co zawsze –rzucił do niej Iwan – na koszt tego pana – dodał ze śmiechem. Widząc moją urażoną twarz roześmiał się. Chwilę trwało zanim się uspokoił.
-Nowi pierwszego dnia piją za darmo. –To dużo tłumaczyło. Iwan widać był starym chytrusem.
– Co chcesz wiedzieć? Nie będę pił za darmo – spytał. W międzyczasie kelnerka postawiła przed nami dwa małe kufle pełne złotozielonego pienistego napoju i spory dzbanek wypełniony tym samym trunkiem. Naczynia były zabezpieczone przed samoistnym wywędrowaniem napoju. W wieku czterdziestu lat piłem z kubka niekapka! Poprawiło mi to humor, więc spytałem o jedyną sensowną rzecz, którą mógł wiedzieć stary wyjadacz.
-Jak tu się żyje. –Twarz trepa wykrzywił zniesmaczony grymas. Widać nie zrozumiał mnie do końca. – Wiesz, kto, komu i co. –Mrugnąłem znacząco okiem i wykonałem znany gest placami.
-Ha. Takiś! Ale to dobrze. Niestety planeta jest mało skorumpowana. Nie ma, kto korumpować, że tak powiem. Na początek musisz się zakręcić u takiej cizi w zielonych włosach tam na dole. Przez całe szkolenie będzie z wami konwersowała, tak mawia, nie fulam. –Iwan podobał mi się coraz bardziej. Na zasadzie egzotycznego i krótkotrwałego, miejmy nadzieję, widowiska. Trep przerwał na chwilę i popił tęgo z kufelka osuszając go na raz. Zrobiłem tak samo. Alkohol był ledwo wyczuwalny, dominował gorzkawy, może ziołowy aromat. Iwan zasalutował i rozlał ponownie. Przyglądałem się tej, zdawałoby się prostej, czynności z niemałym zdumieniem.
-Cizia załatwi niezłą działkę. Nie proponuj jej łapówki, bo się obrazi. Komplementy, adoracja tego typu… Prawdopodobnie będziesz musiał ją przelecieć, ale nie jest zła. Wielki balkonik, duża dupa. Cud, miód, jak lubisz takie. –Iwan trochę się jeszcze poprodukował, ale szybko skończył się napitek a wraz z nim ochota rozmówcy. Pożegnałem go wylewnie, bo i tak byłem zmęczony, a na rewanż nie miałem raczej, co liczyć.

***Winda ***

Nic dziwnego, że nie udało mi się wcześniej zobaczyć niby-włókna. Nierozciągliwa i nierozrywalna, podobno, nić składała się głównie z niczego. Ogromne koło napędowe lśniło lekko w miejscu gdzie oplatała je ta cudowna lina. Nic więcej nie było widać. Sama winda zaś wyglądała na nieporadną i toporną. Serce podjechało mi do gardła. Wyjrzałem przez jeden z wizjerów. Osiemset kilometrów dzieliło nas od szczytu Wieży. Wieża przy wierzchołku miała kilometr średnicy a na pewno wystawała, co najmniej pół kilometra nad chmury, więc powinno dać się ją zobaczyć. Ja tam nic nie widziałem, z czego zresztą byłem dość szczęśliwy. Przypuszczam, że maleńki jak szpilka obiekt jeszcze bardziej straszyłby mnie skalą. Wchodząc na wysłużony pokład windy poczułem się lepiej, bo mimo wszystko wyglądała dość solidnie. Gdy usiadłem na wyznaczonym miejscu odzyskałem pokój ducha. Pomogły ćwiczenia mentalne. Pomógł mój wrodzony i nabyty fatalizm. Załadunek trwał około godziny. Z odrętwienia wyrwał mnie głos głośników.
-Witam załogę i pasażerów. Tu Iwan, wasz kapitan. – Tak, tak, ten sam. – Za chwilę opuścimy przytulną Stacje i spadniemy na Wieżę. – Słowo spadniemy wywołało lekki zamęt wśród pasażerów. – Osiemset kilometrów to nie tak dużo, powinno się udać. Oczywiście, jeżeli uda nam się trafić w Wieżę. – Znałem już Iwana, więc przyjąłem jego słowa za dobrą monetę. – Ale proszę się nie martwić, prawie zawsze się udaje. A gdyby nawet to Wieża ma zaledwie sto kilometrów wysokości. – Z oddali dobiegł mnie lekki stukot i winda powoli się podniosła. Niewidoczny siłownik przesunął ją pod ogromne koło napędowe. Dziesięciometrowy sześcian ponownie wydał się niestabilny.
– Uwaga podczepiamy się do niby-włókna. Proszę nie oddychać, bo włókno przetnie nas na pół. – Iwan najwyraźniej dobrze się bawił. Powoli mnie to nudziło, ale również odciągało uwagę. Niby-włókno jest na tyle eteryczne, że przecięłoby nie tylko windę, ale także koło napędowe i pewnie całą Stację. Fakt, że tak się nie działo świadczył jednak o kunszcie inżynierów, którzy zapewne sobie z tym poradzili. Winda lekko odepchnięta od stacji podążyła w dół.
-Rozpoczęliśmy swobodne spadanie. – Powiedział Iwan, co już zupełnie mijało się z prawdą, bo wisieliśmy przecież na nici a mechanizm windy utrzymywał stałą szybkość. Zresztą przejmując ruch obrotowy stacji również kręcilibyśmy się po orbicie. Poczułem przyciąganie do sufitu. Na szczęście ktoś wpadł na dobry pomysł i fotele były przykręcone do niego przykręcone. Zrobiłem błąd i spojrzałem do góry na podłogę. Planeta mknęła ku nam, czy może odwrotnie, z ogromną prędkością. Tym razem żołądek podjechał mi do gardła. Zamknąłem oczy i zacząłem liczyć tak samo jak robiłem to w dzieciństwie.
-Uwaga zmiana ciążenia. Proszę o nieheftowanie po mojej nowiutkiej bryczce. – Po dłuższym czasie zachrypiały głos Iwana brzmiał zbawczo. Przy okazji uświadomiłem sobie, że grawitacja, pseudo grawitacja, poprawiłem się w myślach, jest już prawie zerowa. Poczułem się jakbym pływał w nieważkiej wodzie. Po chwili przyspieszenie pociągło mnie ku sufitowi. Rozległ się przeciągły zgrzyt. Zaraz po nim ogólny jęk paniki i następnie fotele zaczęły powoli zmieniać swoje położenie. Trudny manewr dla żołądka. Sądząc po odgłosach śliczna bryczka Iwana jednak została zapaskudzona. Fotele jak się okazało były przymocowane do ramy, która swobodnie mogła się obracać. Już po chwili ciążenie było normalne, znaczy w dół. Tym razem chcąc spojrzeć na planetę musiałem się pochylić. Obecna sytuacja wydała mi się bardziej normalna, a mój żołądek był wręcz szczęśliwy. Szybkość spadania też wyraźnie malała. Po chwili zauważyłem Wieżę. Monumentalność budynku było widać nawet stąd. Wpadłem w zadumę, będącą przedstanem medytacji. Zostawiłem za sobą Windę, Stację i Syzyfa. Moją miesięczną podróż z obozu dla uchodźców. A nawet samo Kowadło. To już było i minęło. Moja dalsza droga wiodła na Nokturn, gdzie według kontraktu mam przepracować piętnaście lat. I gdzie, jak liczyli moi obecni pracodawcy zostanę już na zawsze, w takiej czy innej formie. Podróż była ciężką psychiczną przygodą. Teraz pozbywałem się nieprzyjemnych uczuć zostawiając jednak w pamięci powodujące je nieprzyjemne sytuacje. W końcu nauka to nauka, a hart ducha wykuwa się w kuźniach doświadczeń.
-Tymi słowy Iwan żegna się z Państwem. –Z oddali dochodził głos pilota. Otwarłem oczy i przeciągnąłem się udając pobudkę. Przede mną stała dziewczyna z obsługi Wieży. Jej szeroko otwarte oczy wyrażały podziw.
-Twardziel – szepnęła i puściła do mnie oko. Pobyt na Nokturnie zaczął się, więc nie najgorzej.

CDN pod linkiem
http://opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77611

Data:

 wrzesień 2014

Podpis:

 RL

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77447

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl