DRUKUJ

 

Jak pewien technolog poraził ich swoim geniuszem t

Publikacja:

 03-07-22

Autor:

 Maciek W.
„No i w pizdu z całym misternym planem” – pomyślał słowami z jednego z lepszych polskich filmów ostatniego czasu, odgaszając o parapet ostatniego już dziś papierosa. Minął kolejny monotonny,
nic nie wnoszący dzień mojego trzydziestoletniego życia.
No dobrze –jutro porazi was mój „geniusz the bestu” - westchnął zamykając drzwi na balkon
i udając się do rozgrzanego przez swoją „Królewnę” łóżka.
Nazajutrz jak zwykle odbył nudny cykl: podróż do pracy
i z powrotem zatłoczonym Ikarusem wśród znudzonych życiem ludzi, popracował osiem godzin nad wzrostem PKB w swojej „ulubionej” firmie przygotowując technologię pod jakieś nikomu nie potrzebne remonty i co? Nic….


Sama myśl spędzenia kolejnego nudnego popołudnia przed telewizorem w którym biegają ciągle w tym samym kierunku opowiadające jakieś farmazony wypudrowane postacie, napawała go frustracją powodującą tylko chęć przeniesienia się na stałe
do krainy wiecznie czynnych pubów
i niesamowicie uczynnych kelnerek...
Chciał robić coś wielkiego,
coś co dawało by wymierne korzyści, było zauważalne.
Chciał mieć dobry samochód, dom, dzieci i cieszyć się z życia. Po to przecież uczył się przez ostatnie trzydzieści lat!!! Zamiast tego jak do tej pory ma wynajęte za pól pensji mieszkanie na pierwszym piętrze z widokiem na garaże w jednej
z czynszowych dzielnic Szczecina, sieciówkę na trzęsące Ikarusy i ukochaną kobietę, której jedyne
co może zapewnić to napawające z reguły pesymizmem towarzystwo. Ale w tej całej monotonności ma coś jeszcze…
”geniusz the bestu” którym planuje w jakiś sposób „ich” porazić.



Cześć Mimi – rzuciła od progu „Królewna” wręczając mu jakąś ulotkę promującą kolejny konkurs. Byłam na „shopingu” to wzięłam – dodała. Zaczął czytać…projekty nadruków na ciuchy –paranoja! – pomyślał. Po paru minutach zmienił jednak swoje nastawienie do tematu ulotki, rzuconej bez zastanowienia przed chwilą w kąt. Przestań ryczeć – zaczął budować swoje ego – ja nie dam rady?....
Wieczorem miał już to co najważniejsze – pomysł. Schematy kinematyczne obrabiarek obrobione w corelu. Genialne – utwierdzał się w przekonaniu – Versace
to leszczyk – oszukiwał się dalej.
Teraz tylko zrobić, wysłać i po bólu.
Od razu wziął się do przeszukiwania pozostałości
po czasach studenckich, odnalazł parę książek, odpalił komputer i zabrał się do skanowania.
Od tego momentu każdą wolną chwilę poświęcał temu projektowi.


Po dobie pracy miał już pierwsze konstruktywne wnioski - nie mam bladego pojęcia o designerstwie (o corelu tak naprawdę też nie największe); ale to oczywiście nie ma żadnego znaczenia, w końcu kto jak nie ja!
Po kilku dniach niesamowitego „móżdżenia” plan został zrealizowany, siedem genialnych (w jego rozumieniu) wzorów, „niesamowicie” wkomponowanych w szkice bluzek było gotowe do wysłania.
Ale najpierw odbiór. O ile „Królewna” (bądź co bądź mająca pojęcie o wzornictwie) nie do końca skrytykowała to co zrobił, tak konfrontacji z ludźmi z pracy obawiał się bardzo.
I to nie dlatego, że byli znawcami obecnie panujących trendów w modzie, ale właśnie dlatego, że z ciuchami mają tyle wspólnego, że wiedzą która to jest lewa, która prawa strona bluzki i w ogóle nie zdołają ogarnąć porażającej koncepcji jego „geniuszu the bestu”.
Ale o dziwo!, zamiast jednozmianowego „brechtu”, otrzymał słowa (może nie uznania), ale chyba szczerej akceptacji.
Teraz już był gotowy. Zapakował co miał zapakować do koperty i wysłał. Wyniki za miesiąc...



Za tydzień szli do „Kwiatków” (dobrych znajomych jeszcze
od czasów studiów) na wesele. Obiecuję, że nie będę śpiewał – uroczyście oświadczył „Królewnie”, jak na trzeźwym początku każdej tego typu imprezy. Bawili się świetnie,
w końcu zebrała się tu cała elita imprezowych zawodowców.
No dobra, zaśpiewam – powiedział (tak jakby ktoś go o to prosił) wypijając osiemnasty toast za „Młodych”,. To było nie do uniknięcia – wtrąciła „Królewna”, tłumacząc jakby jego słowa.
Wiecie – jego „geniusz the bestu” – dodała.
Można się z wami napić? – rzucił do kapeli trzymając w ręku ulubiony tego wieczoru przedmiot – butelkę weselnej.
Po trzech integracyjnych kolejkach dopuścili go do mikrofonu. Chciałbym zaśpiewać dla Młodej Pary dołączając się do jak najlepszych życzeń – zaczął jak Krawczyk dziękujący wszystkim świętym za zdobycie kolejnego „Wiktora”.





Po trzech piosenkach zakończył tą nierówną walkę, schodząc
ze sceny z triumfalnym grymasem na twarzy.
Dzięki stary – powiedział „Kwiatek” podchodząc do niego
z przypiętym uśmiechem, wciąż klaszcząc w ręce. No to teraz możemy się napić – odparł „showman” jeszcze bardziej pewny swego.
Kiedy stężenie jego krwi
w alkoholu praktycznie się wyrównało, przysiadł się wyglądający na mocno „zarobionego” gość po czterdziestce
i zaproponował standartowo: no to
za młodych! Po dotarciu kolejnej dawki Smirnofa do wnętrza, „zarobiony” na swoje nieszczęście rozpoczął jego ulubiony temat.
Teraz już żadna propozycja tańca nie mogła przerwać tej dyskusji. Lubię śpiewać, kiedyś miałem kapelę i całkiem nieźle nam szło – zaczął historię - no ale wiesz jak to jest, każdy poszedł w swoją stronę.


Ja tak naprawdę chciałbym spędzić życie robiąc w muzyce – kontynuował dyskusję-monolog – kupić „graty”, robić aranże, czasem gdzieś zagrać. Nie, nie skończyłem żadnej szkoły - odpowiedział na pytanie którego i tak nikt mu nie zadał - jestem samoukiem – ciągnął dalej – ale dał bym sobie radę, a to jest to, co naprawdę mnie kręci...
„Zarobiony” zapełnił tylko jeszcze raz kieliszki, „wdzięczny” za konstruktywną wymianę zdań, zachęcił do wykonania standardowego przechyłu
i wyciągnął z kieszeni marynarki wizytówkę. Jestem producentem – powiedział jakby od niechcenia, szczęśliwy, że w ogóle mógł się wtrącić – podoba mi się twój zapał, zadzwoń do mnie w tygodniu.
Po kilku dniach zadzwonił…


Dzisiaj już nie wynajmuje mieszkania. Teraz on wynajmuje dwie kamienice podobnie zdesperowanym jak on niegdyś młodym ludziom. Ma swoją ulubioną czarną „S-class”
na „alumach”, piękny dom pod Szczecinem z basenem, kominkiem, małym studiem nagrań.
Dwójka jego dzieci wyjątkowo dobrze się uczy, mówią, że drzemie w nich ogromy potencjał. „Królewna” powadzi dwa butiki z włoskimi ciuchami, szkołę wizażystów i kilka salonów odnowy. On sam rzadko bywa w domu. Ale podoba mu się to. Projektuje ciuchy dla Versacego itp.. Robi aranże do co lepszych kampanii reklamowych, czasami ktoś poprosi go o napisanie muzyki do filmu. Czasami zje obiad w jakiejś podwarszawskiej knajpie z Czarkiem (tym od Pazurów). Ma to, co tak bardzo chciał osiągnąć. Spore konto, realizującą się w tym co robi piękną żonę, dwójkę udanych dzieciaków, pozycję. Bywa w świecie...
Jak to możliwe? Wielki przekręt? Fart? Iluzja?
A może zwyczajnie poraził ich wszystkich swoim
„geniuszem the bestu”.............................................................?

Data:

 15.05.2003

Podpis:

 Maciek Wysocki

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=779

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl