DRUKUJ

 

Kolorowa tęsknota

Publikacja:

 15-02-02

Autor:

 jolsokolowska079sok
Ewa obudziła się wcześniej niż zwykle. Tej, styczniowej nocy miała niedobry, dziwny sen.
Andrzej stał samotnie na skraju wielkiego, pustego pola, rozciągniętego pomiędzy postrzępioną wstęgą lasu a rzeką. Rękoma trzymał kurczowo samotne drzewo. Porywisty wiatr nagle je złamał. Upadające drzewo, ciężarem grubych konarów, przygniotło mężczyznę. Kłęby białej jak mleko mgły otuliły uwięzionego. Sprawiły, że nie mogła dojrzeć niczego więcej. Rozpaczliwy krzyk wypłynął z jej krtani. Wiatr ustał, mgła się podniosła; znów go zobaczyła. Szedł powoli, słaniając się na nogach. Podszedł do niej i wyciągał okrwawione ręce. Na jego brudnej, oklejonej mokrymi liśćmi, twarzy pojawił się nieoczekiwany, nikły uśmiech.
Ewa obudziła się gwałtownie.
- Jest tak jak zwykle. Ten sen to wytwór mojej wybujałej wyobraźni jest niczym warkocz spleciony z przeszłości i mojego obecnego życia. Taki nierealny, bzdurny świat istnieje tylko w koszmarach. To dla mnie to zbyteczny bagaż.- Bezładnie szeptała dygocząc.
Wszyscy jeszcze spali, tylko Ewa leżała wyciągnięta na szerokim łóżku, ze wzrokiem utkwionym w bieli sufitu. Wsłuchiwała się we własne myśli, jeszcze raz próbowała ułożyć swój świat. Samotność doskwierała jej jak nigdy, właśnie dziś zacisnęła swe szpony wyjątkowo mocno.
Przez okno pokoju zaglądał kawałek szarego, zimowego nieba. Blade słońce chowało się za białymi dachami miasta.
Ciszę niedzielnego poranka przerwał dochodzący z korytarza, trzask zamykanych drzwi windy, poderwał Ewę z posłania. W mieszkaniu nieoczekiwanie gościło przenikliwe zimno.
- Awaria za awarią.- Mruknęła ze złością w głosie, wślizgując się szybko do łazienki.
Gorący prysznic i tabletka aspiryny miały zrobić swoje. Pomogły tylko na chwilę, nadal drżała jak przysłowiowa trzcina. Tęsknota za Andrzejem bólem przenikała najdrobniejszy kawałek jej smukłego ciała, doskwierała bardziej niż wszechobecny chłód. Ewa była ściśnięta w sobie; przeszkadzał jej szlafrok, mokry ręcznik - wszystko. Potrzebna jej była tylko szparka, małe okienko, żeby mogła swobodnie oddychać. Do oczu dziewczyny napłynęły łzy bezsilności, zacisnęła ręce aż do bólu, odwróciła od lustra pobladłą, wilgotną twarz. Nie mogła na siebie patrzeć; ostatnio zbrzydła i posmutniała. Zacisnęła powieki. - Pomogło, uspokoiła się.
- Płacz pomaga - dopóki się płacze, ale w końcu, wcześniej czy później trzeba się zdecydować, co robić dalej. Muszę o nim zapomnieć. Wspomnienia dni spędzonych z Andrzejem mnie przygniotą, jeżeli pozwolę, aby wracały. - Powiedziała w zamyśleniu wracając do sypialni.

****

Przed rokiem szczęśliwy związek Ewy rozsypał się, rozstali się nagle, za obopólną zgodą. Puste i trudne dni przyszły potem. Ewie zdawało się, że Andrzej zaraz podejdzie, przytuli ją lub obejmie, powie coś miłego. Czuła ciepły dotyk jego cierpliwych, nieustępliwych rąk. Pamiętała grę spojrzeń, tonów, uśmiechów. Przywykła już do tego, a raczej uzależniła się. Miłość nie poszła w świat, wiernie się błąkała w każdym jej kroku, oddechu. Samotność rozrosła się w niej jak chwast, robiło coraz ciaśniej. Męczące uczucie tęsknoty nie słabło. Było jak duszący obłok lub daleki, ciągły dźwięk, który narasta, stając się coraz głośniejszy. Nie mogła schować się przed wspomnieniami, nie miała gdzie uciec. Bezpieczne wspomnienia, pomieszane z teraźniejszym bólem, walczyły o miejsce w jej świadomości. Męski demon, wysoki, postawny, o głębokim spojrzeniu szarych oczu, był z nią zawsze i wszędzie, w pracy i w kinie. Trzymał jej dłoń na spacerze po oliwskim parku, podzielał jej zachwyt detalami zabytkowego wnętrza białej katedry i muzyką starych organów. Przymierzali razem, wymarzony czarny żakiet. Bałwan, lepiony przez dzieci, w ogrodzie sąsiadów, miał jego oblicze. Każdej nocy, w poduszce odnajdowała słodkawy zapach jego ulubionej wody toaletowej, czuła muśnięcia jego siwiejących, skręconych w setki sprężyn włosów.
Wtedy cisza była ciszą, a słowa słowami. Teraz rozedrgane myśli, niczym natrętny owad, brzęczały w jej głowie. Szum stał się nie do wytrzymania. O swoim cierpieniu nie mówiła. Bo i po co? Miała po kobietach ze swego rodu naturę twardej Artemidy. Unikała jak ognia banału i śmieszności, było jej wstyd przed samą sobą.
- To już nie jest miłość, to koszmarna obsesja.- Powtarzała coraz częściej.

****
Wieczorami odpalała swojego laptopa. Na ekranie pojawiała się Mysz, wymyślona, mała bohaterka jej pierwszej opowieści dla dzieci. Zabawne małe, szare stworzonko z czerwonym pędzelkiem na końcu długiego, mięciutkiego ogona. W przedostatnim rozdziale, pędziło w tumanach śniegu, na szybkich, żółtych saniach. On w opowieści też miał ustalone miejsce, był inny, lepszy, wyrozumiały i odpowiedzialny, jako Biały Borsuk niezastąpiony, nie tylko w polowaniu na dziki. Miał wszystko, co w nim podziwiała i nienawidziła.
Jej Mysz żyła swoim niezależnym, dumnym mysim życiem. Była niepoprawną marzycielką. Mieszkała w małym, szarym domku, gdzieś na krańcu świata. Była szczęśliwa, o zmroku tęskniła wyłącznie za domową ciszą. Pisanie, dla Ewy stało się swoistym antidotum, podświadomą ucieczką przed utratą szacunku do samej siebie, przynosiło ukojenie, tłumiło kobiece pragnienia. Przez długie godziny oddychała pełną piersią, gapiąc się razem z swoją myszą w bezkresne, pogodne niebo. Wąchały razem liliowe fiołki w pustej Dolinie Duchów. Wzorem Myszy, zamykała ciche życzenia w puszystych, pędzących wysoko chmurach. Ze spontaniczną radością reagowała na niepowtarzalność kolorowych obłoków.
Nie wiadomo, kiedy, całkowicie zawładnęła nią nowa pasja. Pisanie, Ewie pomagało zapomnieć. Uparte sińce na twarzy stały się niemym świadectwem pracowitych nocy. To był ten moment. Wstała. Powrócił zaraźliwy optymizm i dawna pewność siebie, wtedy nauczyła się donośnie śmiać. Świat znowu za¬czął tań¬czyć. Kipiała dobrą energią, znalazła siebie w słowach.

****

Wiosna minęła Ewie niepostrzeżenie, dnie zlewały się z nocami, żyła w ciągłym biegu. Pisała, pisała siadając na ławkach w parkach, na przystankach autobusowych, na schodach lub na krawężnikach mniej ruchliwych ulic. W lipcu oddała do druku pierwszą część swojej "Opowieści o Myszy". Takie debiuty zdarzają się coraz rzadziej. Ewa weszła na małą scenę po cichutku, z właściwa sobie tremą, mnóstwem wątpliwości i doskwierającym bagażem codziennych spraw. Termin autorskiego wieczoru wyznaczyła skrzętnie. W pierwszy, jesienny czwartek wynajęta, niewielka sala nowej, miejskiej biblioteki była nabita po brzegi. Wyłowiła go wzrokiem. Była zaskoczona. Siedział wyprostowany jak struna, w drugim rzędzie czarnych krzeseł, tuż przy grubym filarze. Był z synkiem. Zdecydowanie posiwiał i niepokojąco zeszczuplał, uśmiech błąkał się po jego bladej twarzy, nie spuszczał z niej roziskrzonych oczu. - Może jeszcze mnie kocha? - Natychmiast odepchnęła tę myśl. Posłała mu bezwiednie, zranione spojrzenie. Spotkali się wzrokiem, przez moment patrzyli na siebie. Ewa ze zdumieniem i niedowierzaniem. Andrzej z dziwnym zakłopotaniem. Serce w piersi kobiety łopotało jak spętany ptak. W głowie czuła znajomy zamęt, ożyły wszystkie emocje, które w sobie dotąd więziła.
- Czemu wybrał akurat to miejsce na nasze spotkanie? Po co i dlaczego dopiero teraz? Za parę sekund stracę kolejną cząstkę siebie - myślała gorączkowo, czując się złapana w pułapkę emocjonalnego dramatu.
Ciszę sali biblioteki przerwał przytłumiony głos. Siedzący naprzeciwko młody chłopak, o coś ją pytał. Nie rozumiała znaczenia jego słów, nie mogła się skupić, wstała nerwowo z miejsca, pochyliła się, mocno oparła rękę o brzeg stołu. Rozbiegany wzrok Ewy przykuła cienka, kolorowa książka z wydrukowanym, czarnym konturem małej myszki, na okładce. Przesunęła odruchowo dłonią po chłodnej powierzchni obwoluty, oprzytomniała i spojrzała w głąb sali. Dwa miejsca w drugim rzędzie czarnych krzeseł były puste.
"Biały Borsuk nie wytrzymał napięcia i odjechał swoją karocą na zachód" - pomyślała, z nutą niespodziewanej satysfakcji. Na zadane przez chłopca pytanie odpowiadała trochę jeszcze nieobecna, potem wszystko poszło już gładko, szmer uznania przeleciał po sali. Wieczór dobiegał końca. Ewa przeczesała wzrokiem opuszczający salę tłum gości, już nie bała się, że ujrzy Andrzeja. Wszystko w niej umilkło, uśmiechnęła się.

Zamknęła wychodząc za sobą ciężkie, szklane drzwi biblioteki i lekko zbiegła po schodach.

Data:

 2014/2015

Podpis:

 Jolka

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77923

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl