DRUKUJ

 

RANO I WIECZÓR

Publikacja:

 03-07-22

Autor:

 bsol
1.
Lśniące, czarne BMW serii 5 pędziło przez most w kierunku lewobrzeżnej części miasta. Stalowa konstrukcja rzucała szybko zmieniające się, długie cienie na wyjątkowo czystej szybie pojazdu. Mężczyzna siedzący za kierownicą wertował obity w skórę notes, przystawiając go co chwilę do oczu i kiwając z dezaprobatą głową. W końcu odłożył go chwytając pewniej kierownicę. Samochód z piskiem opon skręcił w Rose Street mijając wyczekujących na zielone światło przechodniów.
Kiedy przejeżdżał obok reklamy domu towarowego Stowsa i Mellego wyjął ze schowka pistolet maszynowy UZI z zamontowanym tłumikiem i położył na pustym siedzeniu pasażera. Krótkie spojrzenie na zegarek spowodowało, że wdusił mocniej gaz i silnik zaryczał wyższym głosem pchając maszynę jeszcze szybciej do przodu.
Ulica skręcała lekko w prawo wrzynając się w zieleń parku miejskiego. BMW zawyło kiedy silnik przełączył się na niższy bieg. Samochód zwolnił. Kierowca spojrzał przez szybę i wcisnął przycisk opuszczania okien.
Na lewym poboczu drogi stał stary Ford Mustang, mocno nadgryziony rdzawym zębem czasu. Przed maską przestępował z nogi na nogę jakiś człowiek, ubrany w skórę ozdobioną we wszystkich możliwych miejscach ćwiekami, w butach z wysoką cholewą i na wydatnym obcasie. Cofał się powoli, aż w końcu oparł się rękami o maskę samochodu. Jakieś dziesięć metrów przed nim stało kilku czarnoskórych, ubranych w równie dziwne stroje. Jeden z nich miał na sobie długą, czarną koszulę w małe żółte ptaszki z wyhaftowanym napisem „Peace”. Zza paska spodni wystawała rękojeść Colta Cobry z 1950 roku. Drugi wyróżniał się podartymi w podłużne pasy dżinsami. Ostatni wymachiwał Berettą 92 kaliber dziewięć milimetrów.
Kiedy BMW pojawiło się na parkowej drodze właściciel Beretty zdjął z głowy kaptur brudnego kangurka i odbezpieczył broń.
Mężczyzna z samochodu przyglądał się scenie przez opuszczona szybę. Teraz samochód posuwał się bardzo powoli, ale żaden z uczestników zamieszania go nie zauważył. Mężczyzna chwycił rękojeść pistoletu maszynowego, przeładował i wysunął przez okno krótką lufę. Zaczął strzelać, kiedy przejeżdżał obok Mustanga. Kule odbijały się od asfaltu, cięły gałęzie drzew i rozpruwały liście okalających je krzewów. Mężczyzna w kangurku zauważył go, wymierzył i strzelił kilka razy. Jedna z kul świsnęła tuż nad lewym uchem kierowcy. Następna ze świstem odbiła się od czarnych drzwi. Dwie przeleciały nad dachem, a ostatnia trafiła w boczną szybę tworząc na niej gęstą siatkę cieniutkich pęknięć, niczym rozpiętą w oknie pajęczynę.
Człowiek w koszuli „Peace” chwycił się za lewe ramię i upadł na gęstą trawę porastającą pobocze drogi. Pozostali rzucili się do ucieczki wpadając w krzewy, w których oprócz kolców napotkali parzące jak ogień, bujne pokrzywy.
Stojący przed Mustangiem skorzystał z zamieszania, pochylił głowę i szybko dostał się do środka. Po chwili zapiszczały wytarte opony i samochód zostawił po sobie chmurkę duszącego, czarnego dymu.
BMW ruszyło równie gwałtownie i po chwili zniknęło w głębi parku.
Mężczyzna wrzucił UZI z powrotem do schowka i wypuścił z ulgą powietrze. Zatrzymał samochód dopiero, kiedy wyjechał z parku i dotarł do jasno oświetlonego parkingu McDonalda przy Down Street.
Silnik ucichł. Mężczyzna przystawił do ucha telefon komórkowy.
-Tu 3890. Zadanie wykonane.
-Potwierdzam – usłyszał przyciszony głos w słuchawce.
-Proszę podać obecny stan konta.
-Dwadzieścia pięć tysięcy sześćset dwanaście.
-Jak to sześćset dwanaście ? Miałem dostać za tę robotę dwieście !
-W międzyczasie wyniknął problem z Ralphem O’Harą.
Mężczyzna zmarszczył czoło, najwyraźniej szukał czegoś w pamięci.
-Przecież wykonałem zadanie.
-Grożenie nauczycielce bronią nie należy do standardowego trybu postępowania. Chłopak był już przesłuchiwany przez policję. W domu miał piekło – o ile mogę się tak wyrazić, a nauczycielka została na obserwacji w szpitalu. To wszystko kosztuje trzysta pięćdziesiąt punktów karnych. Jeżeli chłopakowi powinie się po tym noga, to kara jeszcze się zwiększy.
-Ale piątkę dostał, tak jak chciał – odpowiedział.
-Proszę nie brać zleceń, których nie może pan wykonać. Czy to wszystko ?
-Tak. Dziękuję – wdusił duży, owalny przycisk na obudowie i odłożył aparat.
Przez otwarte okno docierała rytmiczna muzyka z restauracji. Wziął do ręki notes i powtórnie zaczął go kartkować.
W tym momencie przez okno wsunęła się mocna ręka chroniona czarną, skórzaną rękawiczką. Dłoń chwyciła go za szyję i przycisnęła do fotela. Po ułamku sekundy do samochodu zajrzała twarz Jamesa Grolickiego z jego wiecznie zaropiałymi oczami.
-Tylko dlatego, że masz lepszy wóz ty gnojku... – nie dokończył, bo mężczyzna otworzył drzwi uderzając nimi napastnika.
-O co ci znowu chodzi Grolicki ? Czego się znowu czepiasz ?
-Postrzeliłeś mojego klienta ! – Grolicki zamachał rękami.
-Kiedy ? – mężczyzna wyszedł z samochodu i stanął naprzeciw Grolickiego, ubranego w welurową marynarkę, jasną, kremową koszulę i poplamiony keczupem krawat.
-Przed kwadransem w parku. Doniosę na ciebie, jak mi Bóg miły, zrobię to.
-Nie wzywaj na daremno James. Czy to ten fajans w czarnej koszuli ? Miłośnik pokoju ?- przez twarz przemknął lekki uśmiech. -Chcieli zarąbać mojego klienta ! – dodał.
-Robertsonowie nie mają broni !
-Coś nie tak ? – stanął przed nimi strażnik centrum handlowego ubrany w jeden z tych klaunowatych uniformów stylizowanych na mundury policji lub wojska.
-Nie, wszystko OK.
-Tak, w porządku – potwierdził Grolicki.
Strażnik popatrzał na nich długą chwilę, napawając się swoją przewagą stróża porządku, którą potwierdzał przywieszony do paska rewolwer. Poprawił go znacząco na odchodne i skierował się w stronę restauracji.
-Przepraszam cię James, ale to był wypadek – mężczyzna rozłożył bezradnie ręce.
-Spierdalaj – rzucił Grolicki, odwrócił się na pięcie i odszedł szybko w kierunku swojego ciemno-brązowego citroena BX z 1987 roku. Kiedy był już przy nim krzyknął jeszcze w kierunku BMW:
-Gdybyś miał tylko inny samochód ! Byłbym tam prędzej od ciebie, sukinsynu !
Powiedział to trochę do siebie, bo mężczyzna już tego nie usłyszał.



2.
Jerry Huge urodził się w White Road w stanie Tenesse jako czwarte dziecko zdegenerowanej, pijackiej rodziny. Jego poczęcie odbyło się tyleż przypadkowo co pechowo. Tego bowiem dnia jego matka Marry Huge wypiła zwykłą dawkę taniej whisky i zasnęła na starej i rozpadającej się kanapie w przyczepie ustawionej na czterech słupkach cegieł.
Ojciec zaś wziął ją pewnie za jedną z najniższych lotów profesjonalistek, które po pracowitym dniu oddawały się staremu Huge’owi w cenie, nazwijmy to – promocyjnej.
Jerry pojawił się więc na tym świecie jako efekt zbiegu wypadków, ściśle jednak powiązanych ze spożywaniem różnego rodzaju alkoholi, jednak zawsze w nadmiernych ilościach.
Ludzie, których start życiowy naznaczony jest tak podle, zwykle trzymają się wyznaczonego przez los drogowskazu, pakując się z jednego szamba w drugie, jeszcze gorsze, żeby po jakimś czasie znaleźć cały ocean gówna, który będzie ich ostatnim złym pomysłem.
Tak też było z Jerrym Hugem. Dzieciństwo spędził na bieganiu po butelki dla mamy lub ojca - w zależności, które akurat było w domu. Wieczorami zaś włóczył się po okolicy, wynajdując takich jak on, żeby razem nie rozmawiać na temat ich rodzin i śmierdzącego życia. Jedyną w miarę normalną osobą była babcia Emma mieszkająca w najstarszej części miasteczka New Tweek w małym, zapadającym się domku z czerwonej cegły. Dach budynku był tak nierówny, że można by urządzić na nim wyścigi krosowe. Babcia nie wychodziła z domu, a jedyny kontakt ze światem zapewniał jej wnuk Jerry, który przynosił prowiant w każdy wtorek i piątek.
-Przyniosłem mięcho – krzyczał od progu, a babcia kwitowała to pomrukami w stylu „no, no, dobrze, dobrze”.
W ciemnym pokoju, przecinanym bladymi smużkami światła padającego przez zakurzone firany stało duże, obudowane drewnem radio, które codziennie nadawało przebieg mszy jedynego w okolicy katolickiego kościoła pod wezwaniem Ducha Świętego. Babcia słuchała mszy zawsze o dziesiątej rano, a później radio brzęczało piosenkami lokalnej rozgłośni.
To dzięki niej Jerry nauczył się „Ojcze nasz” i „Aniele, stróżu mój”, jedynej odmiany od jarczmarnej mowy rodziców i wymyślnych przekleństw jego kolegów.
Pierwszy kontakt z przestępstwem przyszedł dość szybko za sprawą jego kolegi z okolic Green Road - upstrzonego odrapanymi przyczepami wzniesienia, rozwijającego miasto w kierunku Bufflo.
-Skąd masz Marsa ? – zapytał Jerry na widok długiego batona, roztaczającego przyjemny zapach mlecznej czekolady.
Kirk Kostakov uśmiechnął się tylko tajemniczo i wyjął z kieszeni dwa następne, z żółtym napisem „25% więcej”.
Rzucił je na trawę obok Jerrego.
-Zapierdzieliłem w sklepie Floodsona – ugryzł potężny kęs ciągnąc za nim cienkie, karmelowe nitki. -Ten staruch tyle gada, że mógłbym wynieść ich całą szafę, a ten bełkotałby z każdym po kolei.
„Za darmo”, stanowiło bardzo atrakcyjną cenę dla kogoś, kto nigdy nie widział dwudziestu dolarów dłużej niż trwała droga do monopolowego.
Wynoszenie słodyczy było tylko wstępem – ponurą przygrywką i rodzajem praktyki przed kradzieżami tego, co stoi na piedestale pożądań – forsy.
Na początku tylko drobnej, podbieranej ukradkiem ze sklepowych kas, małych sklepików, w których właściciel był jedynym sprzedawcą i nie mógł być w dwóch miejscach jednocześnie. Później przyszła kolej, na wymuszenia wśród dzieciarni z młodszych klas. Miało to jednak i słabe strony, bowiem dwa razy w ciągu jednego semestru okazało się, że szczeniak, który musiał pożyczyć kilka baksów ma dużo starszego brata z dużo większymi pięściami.
Kirkowi udało się uratować nos, który po wprawnym ciosie (ten bydlak chyba walczył zawodowo) napuchł jak wielki burak przybierając podobny kolor. Ciekło z niego przez prawie dwie godziny, zanim Kirk zdecydował się wrócić cichaczem do domu. Miał w swym życiowym nieszczęściu i ten fart, że rodzice pogrążeni byli w nienaturalnym śnie sprowadzonym przez trzy butelki najtańszego na świecie wina marki „wino owocowe”.

Brat Malcolma Brie’ego zaczaił się w wąskim przejściu miedzy rzędami gęstych krzaków, ciągnących się przez większą część Green Road. Jerry nie próbował nawet uciekać.
Stał z pobladłą twarzą, którą strach przyozdobił w parę wielkich oczu i opuszczoną szczękę.
Wtedy po raz pierwszy spróbował się modlić bez nakazu babci Emmy. Kiedy większy i zbudowany na podobieństwo bizona napastnik zbliżył się z zaciśniętymi pięściami powtórzył w myślach modlitwę i zobaczył jasny blask wirujących wokoło gwiazd.
Po solidnym ciosie w głowę nigdy się nie wie jak długo trwa otępienie i ten beznamiętny, nieobecny wzrok. Jerry też nie wiedział. Ustał chwilę, która trwała dwie sekundy, a może cztery dni i obraz wrócił. Stał na ścieżce i wpatrywał się w brata tego gnojka Brie’go i czekał na kolejny cios. Wtedy właśnie uświadomił sobie, że brat Malcolma jest trochę stuknięty i odpuścił Kirkowi dopiero kiedy zobaczył krew. Jeżeli będzie bił po brzuchu, to krew wypłynie dopiero razem z flakami.
Następne dwa ciosy spadły na klatkę piersiową i gdzieś w okolicy splotu słonecznego. Dziwna nazwa zważywszy ciemność jaka nastaje zaraz po otrzymaniu w to miejsce uderzenia.
Kiedy Jerry upadł, wielkie, wojskowe buciory zaczęły okładać jego skulone ciało trafiając w złożone ręce, nerki oraz w głowę i krocze. Czarne plamy wirujące niczym tłuste, powolne muchy zakryły ciasną dróżkę pośród ciemnozielonych zarośli, tego żłoba Brie’ego i jego cholernie szpanerskie buty.
Wtedy właśnie nadszedł ten facet.
Ubrany w długi i wyświechtany stary płaszcz, zamszowe buty i czarny kapelusz. Wyglądał jak kataryniarz na opuszczonym podwórzu. Podszedł do starszego z braci Brie zapytał czy ma ognia.
Brie zamrugał oczami jakby analizował to zdanie i czekał na odpowiedź swojego malutkiego komputerka w głowie. Wiadomość chyba nadeszła, bo mruknął coś w stylu ”spierdalaj facet”.
Przybysz nie zrażony chłodnym przyjęciem wskazał na Jerrego i zapytał:
-To jeden z tych gnojków, co kradną pieniądze ?
-No.
-Należało mu się – powiedział z uznaniem i pochylił się nad Jerrym, z którego - ku jego nieszczęściu - nie poleciała ani jedna kropla krwi. –Zobaczę czy już mu starczy – dorzucił dość rzeczowym tonem i ujął głowę chłopca w ręce. Popatrzał chwilę i położył ją delikatnie, spuchniętą twarzą do góry. Przedtem jednak przeciął mu policzek jakimś ostrym przedmiotem trzymanym w ręce. Jakoś dziwnie zimnej ręce.
-Ma dość – wskazał na pokrywającą się czerwienią twarz Jerrego – Zalał się krwią jak zarzynany prosiak – dodał, czekając na reakcję Brie’go.
Ten jak to miał widać w zwyczaju zamrugał ślepkami i po przeanalizowaniu informacji zgodził się już więcej go nie lać.
Dziwnym trafem chwilę po zniknięciu obu mężczyzn nadjechała karetka i uratowała poobijane ciało Jerrego od niechybnego śmiertelnego zejścia.
To zdarzenie i pięści starszych braci (największego z nich szczególnie) spowodowały, że przyjaciele porzucili plany wzbogacenia się na kieszonkowym młodszych kolegów.
Skończyli szkolę, z czym Kirk miał małe kłopoty, przedłużające jego z góry skazaną na niepowodzenie karierę naukową o dwa długie lata. Jako, że był właśnie o te dwa lata starszy od Jerrego, wyszli ze szkoły razem.
Żaden z nich nie miał ani przykładu prostolinijnie żyjących rodziców, ani pieniędzy na inne życie. Postanowili więc rozkręcić interes z Marsami na większą skalę, celując w towary cenniejsze od batonów.
Ich bandycka kariera była równie żałosna co całe życie. Udało im się okraść kilkadziesiąt samochodów sprzedając Benowi Normanowi co lepsze radia samochodowe i zawartość schowków. Okradli dwa sklepy w sąsiednich miastach zamaskowani pończochami, które Kirk zatrzymał po nocnych igraszkach z rudą Lisą.
Wszystko to starczało na mętną whisky, do której niejako w linii rodzinnej tradycji czuli nieodparty afekt, a także na wizyty w brudnej izbie Lisy i jej przyjaciółki po fachu o artystycznym pseudonimie Samantha.
Ale to nie były ich marzenia. Chcieli zrobić coś większego, co dałoby im ładniejsze dziewczyny i dużo mocnej wódki, z bardziej wymyślnymi naklejkami na butelkach.



3.
Mężczyzna wszedł do McDonalda i usiadł przy oknie. Za jedynego towarzysza obrał bujne drzewko Beniamina, oczywiście - całkowicie sztuczne.
Po chwili przypomniał sobie, że nie kupił żadnego jedzenia, więc wstał i poprosił pryszczatą kelnerkę w nieodłącznej czapeczce z daszkiem, o zestaw McChickena. Wrócił do swojego zielonego przylądka i zaczął powoli siorbać zimną Coca-Colę. Drugim wejściem weszła jakaś dzieciarnia, wyglądająca na szkolną wycieczkę. W ogólnym hałasie i ścisku okazało się, że jego stolik jest jedynym wolnym w całej restauracji.
-Czy mogę się przysiąść ? – dość młoda dziewczyna z brązowo-czarnymi włosami, luźno spiętymi w koński ogon uniosła pytająco brwi.
-Oczywiście. Straszny tłok przez te dzieciaki – odsunął krzesło od ich małego stolika, który w każdej restauracji na świecie wygląda podobnie.
Usiadła naprzeciwko niego i zdjęła dżinsową kurtkę. Obcisły jasnobrązowy sweter opinał kształtne, małe piersi i skręcał wciętą talią na szeroką wyżynę bioder.
Widząc jego wzrok, który wracał właśnie z krótkiej podróży po krainie wzniesień i łagodnie opadających krągłości uśmiechnęła się lekko, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów, które błyszczały na tle brązowych oczu. Brązowych, chociaż w sztucznym świetle jarzeniówek wyglądały na całkiem czarne.
Odwzajemnił uśmiech i skoncentrował się na jednostajnym wciąganiu zimnego płynu z czerwonego kubka Coca-Coli.
Jadła z niesłychanym apetytem i jego wzrok odrywał się od reklamy nowej kanapki, żeby napawać się jej naturalnością i zapałem z jakim lekko przyrumienione frytki trafiały do wąskich, ciemnych ust, naznaczonych w kącikach jasnym majonezem.
Było to proste i naturalne. Jadła, bo była głodna, tym rodzajem pożądania, za którym nie kryje się wyuzdanie, brud, intrygi i zło. To było czyste i piękne. Tak jak ona.
-Czyżby ktoś przypalił frytki ? – wskazała wzrokiem nie ruszoną paczkę. –To się podobno tu nie zdarza – dodała.
-A tak. To znaczy nie. Nie są przypalone. Właściwie nie wiem – sięgnął po frytkę i włożył ja do ust, kryjąc zmieszanie. Nie miała żadnego smaku, tak jak inne, nawet najlepsze potrawy świata. Nie były ani słone, ani kwaśne, ani gorzkie. Nie były żadne.
-Bardzo dobre – powiedział.
-Nie rozumiem dlaczego ktoś protestuje przed tymi knajpami. Jadłam już w życiu dużo gorsze świństwa.
-Myśli pani, że to zdrowe ?
-Nie, nie myślę. Ale całe życie to jedna wielka, śmiertelna trucizna. Tyle, że dawkowana w małych ilościach.
-I przyzwyczajamy się to podtruwania ?
-Właśnie. Na końcu ktoś jednak przegnie, i jeden z tych zwykłych codziennych arszeników odbierze nam oddech. To tak jakby karmić kota całe życie syntetyczna karmą, która pewnego dnia stanie mu w gardle.
-Całe szczęście, że te trucizny są całkiem smaczne.
-Tak – odpowiedziała tłumiąc bąbel powietrza oddany przez żołądek. –Rasputin jadł arszenik w ciastkach. I to przyzwyczajenie dało mu jakąś odporność.
-Ale, gdyby podać to człowiekowi z jaskini padłby trupem – mężczyzna uśmiechnął się do niej, do siebie i do swoich myśli.
Nastąpiła chwila milczenia, w której oboje patrzeli przez wielką szybę restauracji na otaczający ją parking, przyozdobiony rozłożystymi klonami i żywą zielenią trawników.
-Przepraszam, nie przedstawiłam się – przerwała ciszę. – Nazywam się Suzanne Callan – podała rękę ponad stołem – To tak jak Susan, tylko pisze się i mówi trochę inaczej. To po francusku – wydęła policzki.
-Marc Grain – uścisnął wyciągnięta dłoń i chwilę napawał się jej ciepłem i suchością.
-Muszę już iść. Miło się z panem rozmawiało Marc.
-Mnie również. Do widzenia.
Marc siedział jeszcze chwilę patrząc na nową i jeszcze ciepłą kanapkę. Spojrzał na zegarek i wstał podnosząc brązową tackę z rozsypanymi frytkami. Wyrzucił zawartość do pojemnika i wyszedł na nagrzany słońcem asfalt parkingu.
Czarny lakier BMW serii 5 odbijał padające światło tworząc latarnię wskazującą mu drogę.
Ominął kilka samochodów zgłodniałych kierowców i był już całkiem blisko, kiedy coś wydało mu się dziwne. Samochód był niższy.
Przyśpieszył krok, żeby rozwiać omamy i kiedy stanął przy nim wiedział już co się stało. Wszystkie opony leżały na asfalcie jak zwiotczałe mięśnie położone na felgach kół. Chwilę stał i myślał co robić. Spojrzał na zegarek i powiedział coś cicho. Tak cicho, że nie słyszał go przechodzący obok człowiek, ani James Grolicki, który odjechał stamtąd pół godziny wcześniej.
Kiedy stał tak bezradnie, drogą wyjazdową z parkingu restauracji toczył się powoli żółty Volkswagen garbus. Spojrzał na siedzącą za kierownicą postać.
Samochód zatrzymał się a przez opuszczoną szybę wyjrzała twarz Suzanne.
-Coś się stało ?
-Chyba tak – wskazał na spłaszczone opony.
-Mogę w czymś pomóc ?
-Ma pani przypadkiem cztery opony do BMW. I może je pani założyć w.. – spojrzał na zegarek – w pół godziny ?
-Nie, ale mogę pana podwieźć.
Popatrzał na BMW, na Volkswagena i powiedział:
-Ale musimy się śpieszyć. I to trochę daleko.
-W porządku. Niech pan wsiada. I proszę mówić mi Suzanne.
Wnętrze garbusa okazało się mniejsze niż wyglądało z zewnątrz. Archaiczna tablica rozdzielcza, niewygodne, wąskie siedzenia i warkot tłumaczył różnicę ceny miedzy jego czarnym potworem i tym cudacznym urządzeniem.
Suzanne wciskała mocno pedał gazu, co jednak nie zdołało rozpędzić pojazdu do prędkości większej niż siedemdziesiąt mil na godzinę. Marc spoglądał na zegarek i na jasną twarz telefonu komórkowego.
-To tutaj ? – spytała kiedy zbliżali się do zjazdu z autostrady.
-Zwolnij trochę, zaraz ci powiem – nie przestawał wpatrywać się w zmieniające się na ekranie napisy. -Tak, skręcaj !
Samochód zjechał z głównej drogi przypominającej rwący strumień żelaza i gumy.
-Czy możesz mi powiedzieć po co tu jedziemy ? To trochę daleko od miasta i....
-Pokryję koszty – przerwał Marc.
-Nie chodzi mi o koszty. Nawet nie o czas, bo tak się składa, że dzisiaj mam wolny dzień, który miałam zamiar przesiedzieć u Betty. Chcę tylko wiedzieć, czy nie jesteś zboczeńcem, który wypatroszy mnie przy następnym skręcie do lasu – uśmiechnęła się.
-Jestem łagodny jak baranek, ale nie mogę ci powiedzieć co tam zastaniemy, bo jeszcze sam dobrze nie wiem. Jeśli będzie to wypruwanie flaków to obiecuję, że nie twoich, a jeżeli gwałty, to że będziesz coś z tego miała – odwzajemnił uśmiech.
-Brzmi nieźle.
Słońce rozgrzało wnętrze samochodu wyciskając z niego jakieś stare zapachy potu, smarów i przewożonych warzyw. Dziwnie kontrastowały ze słodką wonią perfum Suzanne, pobudzonych tym samym ciepłem słonecznego dnia i z niezauważalną mgiełką potu parującego z zaciśniętych na kierownicy dłoni.
Dojechali do niewielkiej osady, która zdawała się być tylko zapleczem dla stacji benzynowej nęcącej klientów super promocyjną ceną spryskiwacza do szyb i darmowym batonem do każdego, piątego galona benzyny.
Przed dystrybutorem stał młody człowiek o ostrych rysach twarzy w przybrudzonym kombinezonie z czarną od smarów szmatą wystającą z kieszeni, niczym flaga klanu brudasów.
-Na pewno na imię ma John, albo Jack – pomyślał otwierając szerzej szybę samochodu.
-Gdzie tu jest dom Brasentów ?
Młodzieniec zmienił uśmiech zachęcający do tankowania na kwaśną minę zatytułowaną „Czego tu chcecie miejskie głupki ?”. Popatrzał na nich przeciągle tak, aby mogli zrozumieć wyraz jego twarzy i powiedział:
-Musicie jechać do krzyżówki. Skręcicie w prawo w polną drogę. Jakieś pięćset metrów dalej będzie ten dom.
-Dzięki – rzucił Marc.
-Ale nikogo tam teraz nie ma. Brasentowie wyjechali do rodziny w Kolorado – dodał nie patrząc już na nich, tylko szukając sylwetki domu, którego z tego miejsca w żaden sposób nie było można zobaczyć.
Marc nie zareagował. Podniósł wyżej szybę na znak, że zakończył konwersację. Suzanne pchnęła żółtego rumaka na przód.
Kiedy wjechali na wyschnięty pas drogi prowadzącej do domu Brasentów poczuli lepki zapach hodowanych zwierząt i poczuli w ustach wszędobylski pył unoszący się teraz za ich samochodem na podobieństwo ogona komety.
Dom Brasentów stał samotny na małym wzniesieniu. Wyglądał jak przykucnięty olbrzym, patrzący na przyjeżdżających parą wielkich okien.
-To tutaj. Znasz Brasentów ? – zapytała Suzanne.
-Nie. Zatrzymajmy wóz po tamtym drzewem – wskazał rozłożystą lipę rzucającą spory cień na jasnej tafli pola otaczającego dom.
-Chyba będzie lepiej, jeżeli pójdę tam sam.
Marc wysiadł z samochodu i udał się wąską ścieżką na tyły domu.



4.
Pomysł był prosty i żałowali, że wcześniej nie przyszedł im do głowy. Pieniądze w większych ilościach niż w sklepowych kasach były w banku. Wystarczyło do niego wejść, wziąć tyle ile uda się unieść i to wszystko.
Pończochy pozostały po skokach na sklepy. Jerry kupił rozpadającego się Forda Mustanga, a Kirk obiecał załatwić pistolet maszynowy, który w razie czego pokryje ogniem cały pieprzony świat, tak jak to widzieli w kinie w Currenbury. Film nazywał się „Gorączka”. To było coś - dwóch facetów grzało z automatów po wszystkim: samochodach, policjantach, znakach drogowych i witrynach sklepowych tak, że żaden z gliniarzy nie wychylił nawet czubka nosa zza samochodu. Kirk miał nadzieję, że chociaż kilku z nich posrało się wtedy ze strachu.
Wprawdzie jeden pistolet maszynowy nie zrobi takiej rozpierduchy jak tamte armaty, ale przecież bank, który mieli obrobić nie znajdował się w Nowym Jorku, tylko w Currenbury i nie przyjedzie tu cały oddział gliniarzy tylko kilku zafajdanych podwładnych tego tłuściocha MacAllistera. Będą wyglądali jak rosołowa kwoka i biegające wokół niej, głupkowate pisklaki.
Oczywiście jeżeli w ogóle zdążą tu przyjechać.
Tego dnia Jerry wstał wcześnie mimo lekkiego kaca, który był w tym czasie już równie nieodłącznym towarzyszem każdego świtu, jak dla innych własne odbicie w łazienkowym lustrze.
Przetarł dłonią po zarośniętej twarzy po czym uznał, że kilkudniowy zarost nie jest niczym złym, a czasem wygląda seksownie. Tak przynajmniej twierdzi Lisa. Chociaż nie wiadomo czy ta dziwka nie mówi tego każdemu facetowi na północ od Green River.
Jeszcze kilka godzin i będą mieli lepsze panienki niż ta ruda zdzira i jej koleżanki. Dlatego też wstał tak wcześnie. Należało trochę się przygotować.
-Po pierwsze trzeba się ubrać – pomyślał uśmiechając się pod nosem. Założył wytarte dżinsy z naszywką Blood Rangers, czarną koszulę z wyraźnymi śladami odbarwień pod pachami (przezornie jej nie wąchał) oraz ulubioną, skórzaną kurtkę z niewyobrażalną ilością ćwieków – od małych, ozdobnych, z czerwonymi główkami, przez zwykłe, krawieckie, aż do przemysłowych, kanciastych, brzydkich nitów.
Na koniec wciągnął jeszcze buty, wyglądające na zdjęte z martwego kowboja. Wychodząc zapalił papierosa i zaciągnął się mocno pozwalając kłębom dymu dotrzeć do najodleglejszych zakamarków płuc.
Przerdzewiałe nadkole Forda zastukało rozpaczliwie kiedy samochód ruszył, a opony piszczały jakby oparzone rozgrzanym asfaltem.
Włączył radio. Zatrzeszczało i wypluło z nie obudowanego głośnika zamontowanego na desce rozdzielczej rytmiczne dźwięki „Sympathy for the devil” zmuszając Jerrego do miarowych uderzeń dłonią w kierownicę. Droga prowadziła do oddalonych od miasta zabudowań farmy starego Hudsona.
Hudson nie miał ręki do rolnictwa albo po prostu był zbyt rozkojarzony, żeby posiać kiedy trzeba i zebrać, gdy wszyscy zbierają. Więc albo mu nie urosło albo zgniło na polu. Sam Hudson nie przejmował się tymi agrarnymi porażkami, a jako że świnie są bardzo wytrzymałe i niezbyt wybredne, zawsze było co do garnka włożyć.
Hudson miał dwóch synów, którzy podobnie jak on, nie przejawiali ani ochoty, ani zdolności do tak wyczerpujących zajęć jak oranie, sianie i zbieranie. Prawdę powiedziawszy samo zrozumienie następstw tych działań przysparzało im pewne problemy, dlatego postanowili zająć się jakimś bardziej intratnym i mniej intelektualnym zajęciem.
Założyli sklep.
Nie taki zwykły oczywiście, ale specjalny. Można było w nim kupić wszystko to, czego nie było w innych miejscach. Jak mówił Ted Hudson „było to trochę nielegalne”, ale przynosiło zyski pozwalające chłopakom Hudsona nie zajmować się gospodarstwem.
Ted Hudson albo się mylił, albo kłamał, ponieważ zajęcie polegające na rozprowadzaniu narkotyków i sprzedaży broni jest całkowicie nielegalne, ale bez tej drobnej różnicy mieliby wokół dużą konkurencję.
Czasami pojawiała się u nich policja, ale nigdy z nakazem rewizji. Wszystko przez to że młodszy syn przesiedział niecały rok w więzieniu. Siedział tak krótko tylko dlatego, że do adwokata zgłosił się jakiś blady facet w starym płaszczu i zeznawał na korzyć młodego Hudsona.
Ted usłyszał kaszlenie Mustanga kiedy połykał pierwsze kawałki gorącej, porannej jajecznicy z sześciu jaj z dużą ilością krojonej kiełbasy. Podniósł się na krześle tak aby zobaczyć samochód, po czym odłożył widelec, przetarł otłuszczone usta wierzchem dłoni i wyszedł z pokoju.
-Cześć Ted – Jerry stał już obok samochodu, który w końcu udławił się którymś zbyt dużym łykiem benzyny.
Ted mruknął w odpowiedzi coś, co mogłoby być zinterpretowane przez pewien północnoamerykański szczep Indian Nawaho, jako „idzie deszcz”, ale w narzeczu Hudsonów oznaczało tylko grzeczne „czego ?”.
-Potrzebuję gnata. Gnata i trochę naboi.
Ted pokiwał ze zrozumieniem głową i ruchem ręki kazał mu iść za sobą. Obeszli dom obrośnięty gęstymi krzewami i wybujałą trawą. Za domem rozciągał się żenujący rezultat prac rolniczych starego Hudsona: częściowo zorane pole, zarośnięte gdzieniegdzie trawą, która w dalszej części wyglądała na regularną uprawę, później fragment zboża, które przełamując wszystkie przeciwności wyrosło jednak wśród wszędobylskiego zielska. Zboże to nie zostało zebrane i pewnie już nigdy nie będzie, ale dopóki nie zbutwiało i nie stało się całkowicie brązowe, ozdabia ten poligon falującą żółcią i złotem.
Za domem stała stodoła i kilka nieużywanych zabudowań. Wszystkie zwierzęta znajdowały się w długim budynku stojącym przy wjeździe na teren Hudsonów zaraz przy domu.
Ted otworzył solidne drzwi stodoły i weszli do środka. Ku zdumieniu Jerrego, stodoła wypełniona była sianem. –Pewnie kupują to u sąsiadów - przemknęło mu przez głowę.
Ted podszedł do ściany i odgarnął słomę przykrywającą dwie podłużne skrzynie. Włożył rękę do kieszeni i przewracał jej zawartość w poszukiwaniu klucza do masywnej kłódki, która zamykała dostęp do skrzyni.
Po chwili kłódka puściła i Jerry zobaczył arsenał Hudsonów. Rzucił okiem na skrzynie obok domyślając się, że to co widzi, to tylko fragment kolekcji.
-Co chcesz ? – powiedział Ted spoglądając na Jerrego.
-Pistolet z dużym magazynkiem i ze dwieście nabojów.
Ted pochylił się nad skrzynią przekładając broń dającą o sobie znać głuchymi stukami. Po chwili wyjął owiniętego w brudną szmatę SIG Sauera P226 i podał go Jerremu.
Ten najpierw patrzał na broń, potem wymierzył nią gdzieś w bezbronne i rzadkie kępy zboża, żeby jeszcze raz zważyć ją w dłoni i kilkukrotnie przeładować.
-Masz magazynek ?– zapytał Teda.
-Pewnie, że mam. Ale tutaj nie strzelaj. Chcesz to bierz, ale sprawdzisz sobie gdzie indziej. A jak się nie podoba to nie – dodał.
-Dobra, biorę go. Ile ?
-Trzy stówy.
-Trzy ? Ale ja, to tylko stówę mam – Jerry wyciągnął dłoń z kilkoma zmiętymi zielonymi banknotami.
-To se kup na wodę – Ted odebrał pistolet, zawinął go szczelnie i odłożył do skrzyni.
-No a za stówę, to co będzie ?
Ted spojrzał na niego z pogardą i znowu schylił się, zanurzając rękę w ciemnościach swojego arsenału.
-Mógłbym cię kopnąć w tę grubą dupę – pomyślał Jerry patrząc na wypiętego Hudsona.
-Za stówę to możesz wziąć to – rzekł podając mu starego Colta Cobrę. –I dorzucę jeszcze z garść naboi.
Jerry powtórzył operację z oglądaniem i celowaniem.
-Takiego samego sprzedałem wczoraj Robertsonom. Oni zapłacili za niego sto pięćdziesiąt, więc dla ciebie to okazja.
-Po co Robertsonom broń ?
-Chyba coś szykują, ale ja tam nic nie wiem. Tobie też nie mówiłem.
Jerry pokiwał głową i wyciągnął rękę z pieniędzmi.



5.
Marc szedł wąską dróżką omijając dom Brasentów. Za domem płynął szeroki na metr, obłożony kamieniami po bokach wartki strumyk. Szum wody zagłuszał jego kroki.
Zresztą człowiek pochylony nad strumieniem i tak by go nie usłyszał, bo mocował się z czymś we wodzie.
-Może szarpie się z rybą ? – pomyślał. Wyszedł zza krzaków i wtedy mężczyzna odwrócił się.
Spojrzał na niego dzikim wzrokiem i puścił swoją ofiarę. Nie była to ryba tylko młody chłopak, który nie łapał już oddechu. Leżał na kamienistym brzegu z zanurzoną we wodzie głową.
Mężczyzna chwycił leżący na trawie rewolwer i wymierzył w Marca.
-Nie rób tego ! – Marc wyciągnął przed siebie ręce w uspakajającym geście.
Mężczyzna spojrzał na nieruchome ciało we wodzie i z powrotem na Marca po czym wystrzelił. Kula przeleciała przez lewe ramię Marca przecinając skórę i wyrywając ze sobą kawałek mięśnia. Marc syknął i chwycił się za krwawiące miejsce.
Mężczyzna strzelił ponownie i jeszcze raz. Obie kule przeleciały nad głową Marca i odbijając się od ściany domu Brasentów z głośnym dźwiękiem zostawiły na jego tynku dwie nieregularne dziury.
Późniejsze wciskanie spustu dawało już tylko metaliczne zgrzyty obracającego się pustego bębenka rewolweru. Akt desperacji osiągnął swoje apogeum – mężczyzna rzucił się w kierunku klęczącego Marca, cały czas trzymając bezużyteczną broń. Kiedy był blisko zaczął okładać klęczącego rewolwerem z taką wściekłością jakby bił się ze stadem wygłodniałych wilków. Marc był jednak większy i młodszy, dlatego skutecznie zasłaniał głowę przed spadającymi ciosami.
-Co pan robi ?! – na ścieżce pojawiła się Suzanne blada z przerażenia.
Mężczyzna na jej widok znieruchomiał, poczym zostawił Marca i rzucił się do ucieczki. Po kilkunastu krokach upuścił zakrwawiony rewolwer i biegł dalej kierując się w stronę widocznego w oddali lasu.
Suzanne podbiegła do Marca, który podniósł się na równe rogi. Po skroni sączyła się cienka strużka krwi wypływająca z rozciętej głowy. W tym miejscu włosy były mokre i posklejane.
Marc był trochę zamroczony, ale wskazał na leżące we wodzie ciało:
-Wyciągnij go, proszę.
Suzanne dopiero teraz zobaczyła, że to okropne przedstawienie ma jeszcze jednego aktora.
Podbiegła do leżącego i wyciągnęła go na brzeg. Marc pomógł jej przesunąć go na równe, trawiaste podłoże. Topielec nie oddychał. Wyglądał jak rzucona bezładnie szmaciana lalka nasiąknięta brudną wodą.
Marc uklęknął przy nim i ścisnął mu nos; drugą ręką odchylił podbródek i po wciągnięciu do płuc wielkiego haustu powietrza wpuścił go do ciała chłopca.
-Pomogę ci – powiedziała Suzanne opierając się na mostku ofiary i uciskając go rytmicznie.
Pracowali na przemian – pompowanie i oddychanie, jak para robotników przy taśmie produkcyjnej – dmuchniecie, kilka przyciśnięć zwiotczałego serca, znowu dmuchnięcie, i tak w kółko. Wreszcie chłopiec zacharczał i wypuścił z siebie głośny świst, po czym zaczerpnął powietrze tak łakomie jakby się bał, że jest go na niebie za mało dla nich trzech.
Zaczął oddychać i lekko otworzył oczy.
Dopiero teraz zobaczyli, że jego bok jest cały mokry nie od wody ze strumienia, jak myśleli poprzednio, ale od krwi, która teraz nienaturalnie ubarwiła trawę wokoło.
-Trzeba zawiadomić policję i pogotowie. Zadzwoń ze swojej komórki. Ja poszukam czy ma jakieś dokumenty.
Marc wystukał kilka numerów na klawiaturze telefonu.
-Kirk Kostakov – Suzanne przeczytała nazwisko wytłoczone na plastykowym blankiecie prawa jazdy.
-Kirk Kostakov – powtórzył Marc do telefonu. –Dziękuję – dodał po chwili.
-Jadą już ?
Marc nie odpowiedział. Wpisał nowy numer i wdusił duży przycisk.
-Cześć James. To ja, Marc. Nie mam ci za złe tych opon. Zdaje się, że Kirk Kostakov to twój klient ?
-A gdzie jesteś ? Bo Kirk leży w kałuży własnej krwi obok domu Brasentów i.... – Marc spojrzał na torbę, którą otwarła Suzanne - ...i ma przy sobie ze dwieście tysięcy w używanych banknotach.
-Wiesz gdzie jest dom Brasentów ? Tak, to tam. Biedny Gregor musiał pojechać za nimi aż do Kolorado.
-Tak, myślę, że pół godziny wytrzyma. To cześć James. Między nami zgoda ? OK. Na razie.
Suzanne wstała i spojrzała na niego ze zdziwieniem.
-Wytłumacz mi zaraz o co tu chodzi ? Kim ty jesteś ? Jesteś z FBI ? CIA ? Mafii ? Co to znaczy ? Ten człowiek ledwo żyje, a ty dzwonisz do jakiegoś kolegi i ucinasz sobie pogaduszki ? – Suzanne krzyczała, a na jej czole pojawił się blask potu.
-Wszystko ci wyjaśnię. Ale najpierw się nim trochę zajmę.
Marc podniósł worek, wysypał z niego paczki banknotów, które utworzyły niedużą stertę i rozdarł go na dwa długie paski płótna. Jeden zwinął w kulkę, którą przyłożył do rany chłopca, a drugim owinął ją mocno, tamując krew.
-Chodźmy stąd – powiedział.
-Zaraz, a policja ? A jeśli pomyślą, że to ja go zabiłam. A te pieniądze ? Pewnie je ukradł.
-Grolicki już tu jedzie. On go z tego wyciągnie.
-To chociaż opatrzę ci to – wskazała na poszarpane ramię, cały czas wolno broczące krwią.
-Nie mamy czym.
-Mamy. Ale się odwróć – patrzała na trawę za nim.
Marc odwrócił się potulnie. Suzanne zdjęła cienki sweterek i białą podkoszulkę. Piersi wypadły z niej, nie powstrzymywane biustonoszem. Zraz potem założyła sweter ponownie.
Podarła koszulkę na pasy, podobnie jak Marc zrobił to z workiem.
-Pochyl się i zdejmij marynarkę.
-Masz broń ? – wskazała wzrokiem czarny pistolet, który wysiał na podtrzymujących go paskach.
-A, tak – powiedział Marc, jakby właśnie przed chwilą go zauważył.
-To dlaczego nie strzelałeś do tego wariata, który chciał cię zatłuc ?
-Nie mogłem. W tym przypadku musiałem być pacyfistą. To ma związek z całym tym zamieszaniem.
Suzanne już się nie odezwała. Skończyła zakładanie opatrunku i poszli w kierunku starej lipy, która trzymała w swym cieniu żółtego garbusa.
-Wyrzuć mnie jak najbliżej tego McDonalda, przy którym stoi mój samochód – powiedział.
-Mowy nie ma. Najpierw muszę założyć ci prawdziwy opatrunek. Po za tym powinieneś się umyć. Wyglądasz jak po wyjściu z rzeźni – wskazała wzrokiem brunatne ślady na ubraniu Marca.
-Zresztą, ja też – spojrzała na swoje naznaczone zakrzepłą krwią ręce. –Pojedziemy do domu mojej koleżanki.
-Myślałem, że do ciebie – Marc uśmiechnął się.
-Nie, do mnie nie. Ze mną nie idzie to tak szybko. Najpierw trzeba pochodzić parę miesięcy. Musisz zaprowadzić mnie do swoich rodziców, przyjaciół, muszę poznać twojego psa, no i muszę wiedzieć czym się zajmujesz. Dopiero wtedy możesz liczyć na coś więcej niż zestaw McDrive. -Po za tym w moim mieszkaniu może ktoś być.
-Rozumiem – powiedział Marc.
Milczeli chwilę wpatrując się w niknącą pod kołami samochodu drogę. Powietrze wdzierało się do wnętrza rozrzucając im włosy i powodując jednostajny szum. Suzanne przerwała milczenie:
-Wprawdzie nie zabiera mnie na podmiejskie strzelaniny i nie jeździ BMW, ale jest bardzo miły i nie chciałabym mu tłumaczyć, że nie uczestniczyłam z tobą w jakiś obrzędach voo-doo ze składaniem ofiar ze zwierząt i dziewic.
-Dziewic ?
-A co, nie składają w ofierze dziewic ?
-Chyba nie.
-No to może jacyś inni – zgodziła się
Samochód toczył się po gładkiej powierzchni drogi, zostawiając za sobą rzadką chmurkę niebieskich spalin.



6.
Fred Tomphson był listonoszem. To najbardziej globalny zawód jaki może przytrafić się komuś ze Salt Peak. Codziennie mógł przecież trafić na list z Kanady, Europy, Chin lub nawet z Madagaskaru.
A na Madagaskarze dzień się nigdy nie kończy, słońce praży w plecy, które wystawiłeś do promieni, bo właśnie zachciało ci się odwrócić na brzuch. I gorący piasek przykleja się wtedy do rąk, brody, policzka. I nie ma tam poczty, bo nikt nie pisze listów. Nie ma takiej potrzeby, tutaj nikt do nikogo nie tęskni – wszyscy są na miejscu. Młode, ciemnoskóre piękności przechadzają się plażą i możesz je mieć tak łatwo jak łatwo zerwać z drzewa słodkie pomarańcza.
Fred kiedyś tam pojedzie. Zbiera pieniądze, gra w loterię państwową i czeka. Na ten dzień kończący jego amerykański sen, który zazwyczaj jest jakimś koszmarem albo erotyczną tragikomedią i rozpocznie nowe życie na jawie - pełną piersią.
No i wyjedzie w końcu Salt Peak gdzie zna już każdy obsikany przez psy kamień, gdzie każdy sklep wygląda tak samo jak przed jego urodzeniem i gdzie każdy go zna i wie, że mieszka z mamą i nigdy z nikim nie chodził.
Jedynym miejscem, które widział było Currenbury. To trochę jak ta praca na poczcie – przedsmak tego co go czeka. Nalewał benzynę na stacji benzynowej Johna Britnea spoglądając na tablice rejestracyjne zatrzymujących się samochodów i wymyślał jak wyglądają domy tych ludzi, których rejestracje zdradzały pochodzenie z odległych stanów. Dwa razy podjechał ktoś, kto wprawdzie miał zwykłe numery, bo pewnie wypożyczył samochód, ale za to prawie w ogóle nie mówił po angielsku. Fred chciał się wtedy dowiedzieć, skąd pochodzi, ale ten podał mu tylko pieniądze i odjechał razem ze swoim życiem, tak dalekim od stacji benzynowej w Currenbury jak daleko znajduje się Madagaskar od Stanów.
Niektórzy mówili mu skąd przyjechali i dokąd zmierzają. Wyobrażał sobie wtedy ich domy, trawniki, drzewa, które dają im cień, może inne od tych tutaj z Salt Peak, co jedzą i czy mają widok na ocean. Na Madagaskarze zawsze jest widok na ocean, bo to w końcu wyspa więc jakbyś na niej nie stał, to i tak zawsze będziesz widział wodę. A to jest ciepła woda i można się w niej kąpać cały, okrągły rok.
Praca na stacji była znośna, mimo smrodu paliwa i ciągle brudnych rąk. Oprócz opowieści i rejestracji samochodowych miała też tę zaletę, że można było poznać ciekawych ludzi. Właściwie tylko raz udało mu się spotkać kogoś naprawdę ciekawego. Był to ten znany pisarz Sthepen King, który wracał do domu. Mieszka w stanie Maine a przez Salt Peak przejeżdżał tylko po to żeby na chwilę odsapnąć od ruchu na autostradzie. King wypił poprzedniego dnia chyba trochę za dużo, bo blady był jak ściana i miał strasznie zimne ręce. I siedział w samochodzie w płaszczu. Kto jeździ w płaszczu ?
Fred opowiedział mu wtedy historię jednego z pracowników stacji. Oczywiście tak cicho, żeby tamten nie słyszał, bo to cholernie porywczy gość.
Więc zanim odsiedział swoje i zanim zaczął pracować na tej zapomnianej przez ludzi stacji był domokrążcą sprzedającym Biblie. Najwięcej kłopotów miał z psami, które nigdy nie ułatwiały mu życia. Nawet kiedy właściciel wyszedł przed dom albo otwarł furtkę, te wredne stworzenia zawsze go gryzły. I kiedy pewnego razu prawie zdarł sobie gardło krzycząc zza płotu do mieszkańców jednego z domów zorientował się, że jednak nikogo w środku nie ma.
No i go trochę poniosło. Wziął kij i walił nim w psa zza płotu aż ten trochę osłabł. Wtedy przeszedł przez płot i wykończył bydlaka. I na tym koniec. Tak przynajmniej mówi Walter, a przecież on to zrobił to wie. No a ten pisarz potem wszystko przekręcił i napisał, że Walter, to znaczy ten jego bohater, to zabił psa, żeby okraść dom. Przecież Walter nie jest złodziejem, tylko strasznie nie lubi jak go gryzą psy. No bo kto lubi ?
Fred też nie lubi - za to przepada za wędkowaniem. Potrafi godzinami wpatrywać się w unoszący się na falach Green River spławik i czekać aż jedna z błyszczących, małych ryb skosztuje tego smakowitego kąska, aż nie będzie miała siły, żeby powstrzymać to pragnienie i połknie go razem z ostrym haczykiem.
Teraz tylko Green River, a później ciepłe morza i egzotyczne ryby wybrzeży Madagaskaru.

Tego dnia Fred Tomphson wracał ze stacji idąc wzdłuż potoku, który spływa podobno aż z gór, przez całą okolicę - posiadłość Brasentów, Meldsonów i Polańskich, żeby w końcu skończyć swój bieg w mętnych wodach Green River.
To było niedaleko domu Brasentów. Ten człowiek leżał przy brzegu. Siadał, żeby za chwilę znowu się położyć. Kiedy Fred podszedł do niego, leżał już bez ruchu.
Trochę go poszturchał, zapytał kim jest ale nie otrzymał odpowiedzi. Zobaczył za to spory, płócienny worek, który leżał przy chłopaku.
Fred wsunął do niego rękę i namacał grube pliki banknotów. To były bilety na samolot, rachunki w restauracji i drogich hotelach, tymczasowo wydrukowane zieloną farbą na czerpanym papierze. Otworzył szerzej worek i zobaczył jakieś sto, może sto dwadzieścia tysięcy dolarów w używanych banknotach.
Rozejrzał się wokoło. Nikogo, jak okiem sięgnąć. Nikt go nie widział.
Człowiek leżący na kamieniach poruszył się, jego bok był cały czerwony od częściowo zakrzepłej, a częściowo świeżej krwi.
Wziąć i uciec. Przecież to bandyta – będzie na niego. Po prostu wziąć te pieniądze i jutro pojechać do miasta, kupić bilet na samolot i już jutro być na Madagaskarze. Tak - zrobi to. To proste.
Matki chyba nie weźmie. Nie, ona i tak źle znosi upały. Po za tym stale by mu wygadywała, że patrzy za spódniczkami. A on właśnie chce patrzeć za spódniczkami. I nie tylko patrzeć, a na plażach Madagaskaru jest wiele młodych dziewczyn, a on wtedy może trochę schudnie, zacznie o siebie dbać i będą chciały z nim rozmawiać, umawiać się i tańczyć. I wtedy może się ożeni.
A jak go nie będą chciały, to ma tyle pieniędzy, że kupi sobie jakąś czarną kobietę i będzie z nią żył jak z żoną. Albo kupi sobie dwie, przecież to Afryka, tam można mieć wiele kobiet, a on teraz może mieć ich ile tylko będzie chciał.
-Oddaj to –chłopak odzyskał świadomość i wziął skądś rewolwer, którego czarny otwór lufy skierował dokładnie między oczy Freda.
Nie, nie może mi wziąć Madagaskaru, tych kobiet, słońca, plaży. Ja chcę na Madagaskar.
-Ja chcę na Madagaskar – Fred rzucił się na chłopaka, któremu rewolwer wyleciał z wiotkiej jak więdnąca roślina ręki.
Chwycił jego głowę i zanurzył w zimnej wodzie potoku. Czuł pod sobą niemrawe ruchy i widział przez płynącą wodę szeroko otwarte oczy i usta daremnie próbujące pochwycić odrobinę powietrza.
Jeszcze chwila, jeszcze trochę i będzie mógł lecieć. Madagaskar czeka.
Usłyszał za plecami szelest, odwrócił się i zobaczył jakiegoś faceta. Puścił bezwładne ciało i podniósł rewolwer. Był już za daleko żeby się cofnąć. Nie teraz, teraz nikt mu już tego nie zabierze.
W rewolwerze były tylko trzy kule. Trzy pieprzone, niecelne kule.
Zabije go rękojeścią. Rozbije mu głowę, przegryzie gardło, jeśli będzie trzeba. Tam czekają już cztery żony. Cztery, piękne, czarne, smukłe żony i plaża.
Nie, chyba nie da rady - ten facet jest za duży. Brakuje już sił. Może jeszcze raz ? Nie, chyba nie da rady. I jeszcze ta kobieta. Skąd oni się wszyscy tu wzięli ?
Nie !!!!!
Mój Madagaskar !!!!! Dlaczego mi go wzięli ?
Nie!!!!
Trzeba stąd uciekać. Biec.
Mamo !!!!!



7.
Ford Mustang zatrzymał się na parkingu przed sklepem samoobsługowym Charliego Mensona wzniecając chmurkę pyłu i dymu z nadtopionych opon.
-Jestem gotowy – Jerry wyszedł ze samochodu.. –Masz automat ?
-Jasne, że mam – Kirk odsłonił brzeg płaszcza eksponując Sterlinga L2A3 ze złożona kolbą.
-Dobra schowaj to. -Mają kasę ?
-Mają. Rebeka Shirley tam pracuje. Zawsze o tym opowiada jakby była prezydentem Stanów Zjednoczonych, czy co ? Przecież ona tam tylko liczy pieniądze. Mam rację ?
-No, ale mówiła, że będą pieniądze czy nie ?
-Będą. Ja nie słyszałem, ale ona zawsze gada z moją starą, że piętnastego ma tyle roboty, że zostaje dłużej w pracy, bo muszą odliczyć pieniądze na wypłaty do największych firm w okolicy. No a piętnasty to dzisiaj. Mam rację ? – Kirk uniósł rękę z dymiącym papierosem i przyłożył ją do ust.
-No tak, a z firm przyjeżdżają dopiero po pierwszej. Więc mamy ponad godzinę – Jerry mówił ni to do siebie, ni to do Kirka. - Pieniądze już są, ale jeszcze ich nie odebrali. Dobra. Podjedziemy na parking i wchodzimy.
-Będziemy bogaci, kurwa, będziemy bogaci. Mam rację ? – zapytał Kirk, kiedy siedzieli już w samochodzie.
-Słuchaj, a ta Shirley cię nie pozna ?
-Widziała mnie może ze dwa razy. W dodatku będziemy mieli maski, nie ?
-No tak – zgodził się Jerry.
Ruszyli, wolno zbliżając się do celu. Zrobili dwa kółka wokół banku przyglądając się dokładnie, czy nie ma czegoś niepokojącego. Za trzecim nawrotem Jerry skierował samochód na parking dla klientów.
-Jesteśmy klientami – pomyślał – idziemy pobrać gotówkę.
Wyłączył silnik. Kluczyki zostawił w samochodzie.
Kirk załadował rozpylacz i odbezpieczył go. Jerry włożył pięć naboi do magazynka.
Oboje naciągnęli na twarze pończochy, co sprawiło, że wyglądali jak nieudane podróbki zabawek z serii Barbie i Ken. Właściwie Ken i Ken w tym przypadku.
Jerry kiwnął głową i obaj wyszli szybko z samochodu wchodząc przez frontowe drzwi do banku.
Pomieszczenie nie było duże. Mieściło dwa prostokątne stoły z podwójnymi miejscami dla oczekujących klientów i po prawej stronie trzy okienka dla wpłat i wypłat gotówkowych. Na końcu stał, lub częściej siedział, strażnik bankowy, który dorabiał tutaj do emerytury.
Tego dnia przy każdym okienku stało kilku ludzi, a cztery osoby czekały siedząc na fotelach.
Mimo ciepłego dnia, w środku panował przyjemny chłód i pachniało cytrynowym zapachem płynu do mycia podłóg. Jerry strzelił dwa razy w sufit. Jakaś kobieta zapiszczała.
-To napad ! – krzyknął i wymierzył w strażnika, który bezradnie uniósł ręce. Jerry podbiegł do niego i wyciągnął z kabury rewolwer. Widać pomyślał, że ten wygląda lepiej, więc swój włożył za pasek spodni. Kirk wskoczył na metalowe zakończenia boksów kasowych celując do siedzących kasjerek.
-Ręce na blat ! Ręce na blat ! Niech nikt się nie rusza. –A wy na ziemię – krzyknął do klientów, którzy posłusznie ułożyli się na zimnej posadzce. Założył karabin na plecy i zaczął ładować pieniądze do worka z otwartych kaset.
Jerry dreptał nerwowo, spoglądając na poczynania Kirka i na otwarte drzwi banku. Nie pomyśleli co zrobić, jeśli ktoś wejdzie. A jeżeli będzie to policjant ? Zastrzelić, czy kazać się poddać ? Cholera jasna, że też nie pomyśleli o tym wcześniej.
Kirk kończył już trzecie okienko kiedy w drzwiach banku pojawiło się kilku ludzi w czarnych maskach na twarzach i z bronią w dłoniach.
-To napad ! – krzyknął, ten który stał najbliżej kas.
Zdziwieni klienci spojrzeli na nich z ziemi. Kirk przestał ładować płócienny worek i zdjął karabin z pleców.
Mimo, że maski zakrywały ich czarne twarze, to Jerry rozpoznał ich od razu.
-Robertson ? Jack Robertson ? – powtórzył Jerry.
Na dźwięk swojego nazwiska Jack Robertson zaczął strzelać ze swego starego Colta, za którego przepłacił przynajmniej pięćdziesiąt dolarów. Jerry odpowiedział ogniem, kuląc się na ziemi. Kirk wskoczył na rusztowanie boksu i otworzył ogień z automatu.
Kule świszczały, odbijając się od metalowych zakończeń konstrukcji i wybiły dwie szyby w oknie banku, które rozleciały się na małe kawałki niczym zbite lustro wróżące nadejście tysięcy nieszczęść. Ktoś na ziemi krzyknął, prawdopodobnie trafiony rykoszetem. Ktoś inny – ubrany w szary płaszcz - popchnął grubą kobietę tak, że upadła na ziemię.
Robertsonowie uciekli, a Kirk przeszedł przez obudowę boksów i stanął niepewnie na podłodze.
-Zwijamy się – krzyknął i upadł. Automat gorący od wystrzałów, z dymiącą jeszcze lufą upadł obok niego.
Jerry podbiegł do niego i chwycił go za ramię.
-W porządku – rzucił Kirk i razem wybiegli na oświetlony południowym słońcem parking. Robertsonowie zapadli się pod ziemię. Dopadli Mustanga. Jerry wepchnął Kirka do środka ale broń strażnika wpadła mu pod samochód.
-Spokojnie, mam drugi – odpowiedział na pytający wzrok Kirka.
Ruszyli z piskiem opon.
-Udało się, nie. Mam rację ?
-Tak. Co z tobą ? Mocno dostałeś ?
-Gdzie tam – Kirk machnął ręką.
Jerry spojrzał w lusterko. Za nimi jechał Brązowy pickup Robertsonów.
-O kurwa, to Robertsonowie.
Jerry przyśpieszył zmuszając swojego Forda do nadmiernego wysiłku.
-Skręć w Melrose, a później wyjedź z miasta. Wyskoczę koło drogi do Brasentów. Znam te okolice. Ukryję się i przeczekam a później się spotkamy u Lisy. A ty nie daj się zabić tym śmierdzielom. To my jesteśmy lepsi. Mam rację ?
-Dasz sobie radę ?
-Tak, skręcaj już.
Samochód zjechał na pobocze i Kirk wyszedł z niego zabierając worek.
-Masz gnata ? – rzucił do Jerrego.
-Weź mojego – wyjął rewolwer zza paska spodni i podał koledze.
Kirk zniknął w gęstwinie zarośli. Kiedy przeszedł przez krzaki i wspiął się po łagodnym zboczu widział w oddali dom Brasentów i prowadzącą do niego nić strumyczka.
Jerry odjechał najszybciej jak mógł.
Nie szybciej jednak niż pickup Robertsonów, który zrównał się z nim na wysokości wjazdu do parku miejskiego Salt Peak. Jack wysunął rewolwer i strzelił rozbijając dwie boczne szyby Mustanga. Jerry skręcił gwałtownie zatrzymując samochód na lewym poboczu. Dwadzieścia metrów dalej stanął także pickup i Robertsonowie wyszli z wozu.
Jerry wyskoczył z auta i spróbował ucieczki, ale gęste zarośla, i krzewy z ostrymi jak igły kolcami skutecznie go odgrodziły od tej części parku, w której miałby jakieś szanse. Przynajmniej teoretyczne.
Stanął przed Fordem i rozłożył ręce. Robertsonowie podeszli bliżej. Najstarszy wyjął Berettę i powiedział:
-Dawaj forsę zasrany gnoju. To był nasz bank.
-Skąd mogłem wiedzieć Boris ? Przecież gdybyś powiedział, że chcecie zrobić ten bank to byśmy się tam nie pakowali.
-A co ja mam ci kurwa mówić jakie skoki zaplanowałem ?
-Powiedział jak się nazywam. Słyszysz Boris, ten gnój powiedział jak się nazywam, teraz nawet MacAllister mnie znajdzie, a co dopiero federalni. Zabij gnoja – Jack szarpał brata za ramię.
-Dawaj kasę – powtórzył Boris.
-Rozwal go, mówię ci – podpowiadał Jack.
-Rozwalę – odrzekł Boris i przeładował broń.
Rozległy się ciche puknięcia, jakby nagle zaczął padać deszcz. Jack nawet spojrzał w niebo, żeby przekonać się o tak nagłej zmianie pogody, kiedy zobaczyli czarne BMW i tego gościa, który grzał do nich z automatu.
Jerry widząc zamieszanie wpakował się do forda i ruszył przed siebie. Robertsonowie rozbiegli się w popłochu nie mogąc nawet odpowiedzieć skutecznym ogniem. Tylko Boris oddał kilka strzałów, ale za to sam oberwał.
-Kto to był do cholery – stęknął, kiedy bracia pakowali go do pickupa



8.
Weszli do jasnego salonu, z kremowymi ścianami i wiklinowymi meblami. Słońce wpadało do niego przez wielkie okno, otwierane na oścież i prowadzące na wyłożony piaskowcem taras.
Teraz, kiedy dzień zbliżał się do końca, krzewy rosnące wzdłuż tarasu rzucały długie cienie.
-Nalej sobie czegoś mocniejszego, a ja pójdę się umyć – Suzanne zniknęła za drzwiami łazienki, a Marc rozejrzał się po salonie. Jego wzrok trafił na stolik zastawiony różnymi trunkami. Wybrał ten, który kiedyś najbardziej mu smakował – gin „Old Island” i nalał do szklanki. Usiadł w wiklinowym fotelu pogrążając się w myślach.
Wyrwała go z nich Suzanne, która szybko wzięła prysznic i podeszła do niego ze sprzętem potrzebnym całemu batalionowi sanitariuszek.
-To nie będzie potrzebne. Wystarczy tylko obmyć wodą.
-Widziałam, że kula wyrwała ci prawie cal ciała. Powinieneś iść z tym do lekarza.
Zdjęła mu koszulę i odwiązywała własny podkoszulek, przesiąknięty krwią, która wymalowała na nim brązowe plamy.
-Ale wtedy zainteresowałaby się tobą policja, prawda ?
-Kiedy ? – Marc wyrwał się z natrętnych myśli.
-No, kiedy lekarz zadzwoniłby, że ma ranę postrzałową. To normalna procedura, oni muszą tak robić, bo inaczej sami trafiliby to paki.
Przestała rozwiązywać opatrunek i spojrzała mu w oczy.
-Kim ty jesteś ? – powiedziała i przysunęła się bliżej. Jej ciało osłonięte było tylko cienką koszulką i płóciennymi szortami z rysunkiem palm kokosowych i desek do serfowania.
Była tak blisko, że czuł jej oddech, ciepły i pachnący miętową pastą do zębów. Patrzeli na siebie i nie ruszali się. Marc zrobił to, co w takiej chwili trzeba zrobić. Pocałował ją delikatnie a ona nie uciekła, tylko odwzajemniła pocałunek zbliżając się jeszcze bardziej do jego chłodnego ciała.
Trwali tak długą chwilę, rozkoszując się czuciem warg i łaskotaniem oddechów. Usta Marca wydały się jej zimne, ale nic nie powiedziała. Wystarczyło, że był przystojny i taki dziwny. Dziwność zawsze ją intrygowała, a ten mężczyzna o był najbardziej zagadkowym człowiekiem jakiego spotkała.
-Najpierw cię opatrzę – powiedziała z uśmiechem, który mógł kryć albo zmieszanie, albo podniecającą obietnicę.
-Nic z tego nie będzie – powiedział Marc.
-Z czego ? – uśmiechnęła się. -I dlaczego ? – dodała po chwili.
-Bo ja nie jestem taki zwykły.
-Wiem. Każdy dzień z tobą to jak film akcji.
-Nie, nie o to chodzi. Ta komórka, to co się zdarzyło dzisiaj. Ja,...
Suzanne rozwiązała już cały poprzedni opatrunek i przemyła mu ranę wilgotną gazą.
W miarę jak zakrzepła krew odchodziła od skóry ramienia oczom Suzanne ukazał się obraz lekkiego zadrapania, z którego w żaden sposób nie mogło wypłynąć tyle krwi.
Spojrzała na Marca pytająco.
-No właśnie. To jedna z tych rzeczy. Na prawdę trudno mi coś zrobić. A nawet wtedy,...... Ja i tak będę taki sam – zamilkł szukając przez chwilę odpowiednich słów, ale tylko jedne oznaczały to co chciał powiedzieć. –Bo widzisz, ja już nie żyję – powiedział patrząc jej w oczy.
-Ta kula tylko cię zraniła Marc, przestań bredzić.
-Ta, tak, oczywiście, ale ja umarłem dużo wcześniej. Teraz jestem czymś w rodzaju ochrony i, no dobrze powiem ci, chociaż nie powinienem i zapłacę za to niezłą karę. –Jestem aniołem.
-Kacperkiem ?
-Nie, Kacperek to był duszek, ja jestem aniołem. Aniołem stróżem.
-Moim aniołem stróżem ?– uniosła brwi.
-Właśnie o to chodzi, że nie. Prawdziwych aniołów jest bardzo mało, a w dzisiejszych czasach niewielu ma tę sposobność, żeby po śmierci od razu się nim stać. Dlatego ci co, no wiesz, umarli, ale nie są, że tak powiem, to znaczy, nie byli,...
-Dobrzy ?
-No właśnie, nie byli wystarczająco dobrzy trafiają do Czyśćca. I to właśnie moje zadanie. Jestem aniołem stróżem do wynajęcia. Biorę zadania i prowadzę stałych klientów.
-Czy ten dzisiaj w rzece to był twój klient ?
-Ten drugi. Właśnie dlatego nie mogłem do niego strzelać. A on chciał tamtego utopić i zabrać mu pieniądze. Przed grzechem śmiertelnym chronię tak samo jak przed śmiercią. Tak naprawdę to nie jestem dobrym aniołem stróżem. Widzisz, muszę zebrać sto tysięcy punktów, żeby w końcu skończyć z tym wszystkim, tu na ziemi. Ja mam ciągle wpadki i płacę kary. Wydaje mi się, że nigdy nie osiągnę tej kwoty.
-To może będziesz moim aniołem stróżem ? Nie chodziłam jeszcze nigdy z aniołem – dodała.
-Ale ja już nie mam nic z mężczyzny, i prawie nic z człowieka. Jedzenie nie ma smaku, tak jak kobiety są tylko odległym majaczeniem, bez szans i bez chęci. To jest Czyściec. To jest kara.
-A czy ja mam anioła ?
-Najlepsi mają prawdziwych aniołów. Łachudry, co najwyżej takich jak ja.
Siedzieli jeszcze kilka minut, a cisza była miękka jak poduchy z chmur, na których śpią prawdziwe anioły. I było spokojnie, jakby nic się wcześniej nie stało i tylko słońce kryło się coraz bardziej za linią widnokręgu, żeby nastała noc i jak najszybciej minęła, bo czym prędzej przeminie, tym prędzej przyjdzie nowy dzień.
Marc pożegnał się i wyszedł. Na ulicy złapał taksówkę i kazał się zawieźć do hotelu Risott, gdzie mieszkał. Polecił też taksówkarzowi zadzwonić do warsztatu samochodowego Louisa Trepera, żeby zholowali jego czarne BMW bo będzie mu jutro potrzebne.
Kiedy był w pokoju hotelowym zadzwonił jego dziwny telefon komórkowy.
Centrala oświadczyła, że to jego ostatni dzień na ziemi. Osiągnął sto tysięcy. Według centrali, tego dnia Suzanne Callan zostałaby porwana i bestialsko zamordowana przez seryjnego mordercę nazwiskiem Tallbot. Wyjazd z nim uratował jej życie. I jemu – dostał premię.
Taka była oficjalna wersja, ale Marc wiedział, że uratowało go coś innego.
To coś, co poczuła także Suzanne, klęcząca teraz na miękkim dywaniku w pokoju nad przestronnym salonem z wiklinowymi meblami i powtarzająca:
„...rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy...”

KONIEC

Data:

 Styczeń 2002

Podpis:

 Bernard Sol

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=782

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl