DRUKUJ

 

Zastąp mnie Zstąp

Publikacja:

 16-01-06

Autor:

 Lew
- Zrobisz coś jeszcze dla mnie? – zapytała, stawiając stopę w drzwiach.

- Nie – uśmiechnął się i zdjął okulary, patrząc na byłą już pracownicę, z perspektywy biurka oblanego światłem słońca, wpadającego przez okna.

Kobieta cofnęła stopę, rozmyśliła się i nagle nic już nie było takie jak do tej chwili, w której poprosiła go o przysługę. W jednej sekundzie stała się jakby radośniejsza, poprawiła błękitną apaszkę, zawinęła ogon, popchnęła drzwi do futryny i wyszła na rozległy, chłodny holl. W pośpiechu, bez mierzenia, bezbłędnie trafiła w obrotowe drzwi, które wypluły ją po drugiej stronie.

Na zewnątrz utworzył się ogromny korek z samochodów i autobusów, autobusów i tramwajów, niczym korale nanizanych na nitkę ulicy. Gorące miasto. Samo południe w skwar.
Nieopodal mieścił się bar, który przyjęło się nazywać „Chłodnią”. Czasem nieznane drzwi otwierają dostęp do zupełnie nowych i niespodziewanych światów. – Pukaj no, nie bójże się, wejdźże.

Weszła do środka. Wnętrze było ciemne i puste, wybrała krzesło przy barze. Gruby i na oko sympatyczny barman obsłużył ją wdzięcznie i z gracją, jednak nie odzywał się i nie naruszał jej niewidzialnego terytorium. Podziękowała za drinka i umoczyła usta w szklaneczce. Zdjęła torebkę, i powiesiła ją na oparciu.
Dokładnie wszystko widziałem siedząc w kącie sali. A byłem duchem, który za sprawą chorób, ani nie dotarł do tamtego życia obfitującego w raje po śmierci, ani wciąż nie wrócił do żywych. Stałem się coś jakby przeźroczystą ćmą barową.


Odebrała telefon, mówiąc po niemiecku i po polsku, na przemian. Wydawało się, że rozmawia z kimś bliskim. Łagodnie lecz stanowczo starała się wytłumaczyć komuś, z drugą słuchawką przy uchu, stojącym lub siedzącym w nieznanym miejscu planety, że absolutnie nie może liczyć na nią w tej sprawie, ponieważ ma odmienne zdanie i to byłoby wbrew jej zasadom. Kiedy wyrażała własne zdanie była bardzo przekonywująca, nie wahała się i nie dopuszczała do zmiany swojego stanowiska. – Zaczekaj, powiedziała na koniec ciepłym tonem. – Czy będę mogła cię prosić, żebyś … Nie? W porządku, trzymaj się. Kliknęła czerwoną słuchawkę, włożyła telefon do torebki i sięgnęła po szklaneczkę z alkoholem.
Wypiła drinka i zamówiła drugiego. Po kolejnej porcji milczenia i alkoholu, pod wpływem lekkiego rauszu, odezwała się do kelnera.

- Czy mógłbyś coś dla mnie zrobić?
Barman zajęty przecieraniem naczyń, nie zwrócił na nią uwagi.

- Przepraszam, czy mógłbyś coś dla mnie zrobić do cholery?! – powiedziała zdecydowanie głośniej, ostrym i gwałtownym tonem.

Nie udało się jej wpłynąć na zmianę postawy grubaska stojącego za barem, wzniecić choćby cień zainteresowania sobą, swoim nienagannym wyglądem, swoją prośbą. Barman za sprawą przyjemnego wrażenia które sprawiał, przez co ludzie zwierzali mu się ze swoich dewiacji, w przeszłości podjął decyzję, że zamknie się na wszelkie prośby i nie będzie ingerował w cudze życie. Pod żadnym pretekstem nie ugnie się. Drugi raz poczuła ukłucie w sercu, które było wynikiem zwątpienia. Owo uczucie wbiło się w jej serce jak zatruta strzała i w kilka sekund przedostało się do krwioobiegu. Sprawiała wrażenie pacynki, której nagle ktoś podciął sznurki i porzucił w kąt. Choć zranienie najpierw silnie pobudziło jej nerwy, podniosło poziom adrenaliny to jednak chwilę potem zaczęło ustępować przemożnemu poczuciu zmęczenia. Wstała i zapominając o torebce, zrobiła kilka kroków za bar, do schowanych w ścianie drzwi toalety. Otworzyła je i zniknęła.

Do „Chłodni” weszło dwóch młodzieńców, w czapeczkach baseballówkach i krótkich spodniach. Byli ożywieni, pełni młodzieńczego wigoru i śmiałości, od których znikały przeszkody stawiane na ich drodze. Z dwóch par oczu co prawda nie tryskał ani spryt, ani inteligencja, a co najwyżej złodziejska buta i choć oddaleni od ideału, o którym pisał Balzac, zafascynowany złodziejską osobowością, mieli w sobie jednak dość uroku, żeby sprawiać sympatyczne wrażenie.

To nie było trudne, nie, wręcz przeciwnie, to było zbyt łatwe, wręcz prostackie; - ukraść wiszącą na krześle torebkę. Chłopaki byli już dziś po pracy, w trakcie której jeden z nich zagadywał ekspedientkę, a drugi buszował w maleńkiej kanciapie zaplecza, w której sprzedawczyni sklepu z akcesoriami do drukarek trzymała swoją torebkę i płaszcz. Udało im się wynieść portfel, wyjąć pieniądze, a zbędną resztę wcisnąć w hałdę piachu na pobliskiej budowie. Teraz chcieli odprężyć się, odetchnąć, chowając się przed tłumem wybierając na tę okazję „Chłodnię”.

- A może byśmy ją jednak skroili? – rzucił jeden, nie obezwładniony jeszcze całkowitym poczuciem ulgi po przekroczeniu progów.

- Rzucimy tylko okiem, czy warto i zdecydujemy – odrzekł drugi.

- Ej, krzyknęli do barmana. - Nie miałbyś nic przeciwko temu, żebyśmy się tu trochę rozejrzeli?

Barman nie reagował. Jak zwykle stał nieruchomo, lekko się uśmiechając. Od kilkunastu lat był wystygły, miał tylko tę minimalną porcję życia w sobie, która pozwalała mu stać za barem, nalewać drinki i robić swoje. A robić swoje oznaczało nie mieszać się w cudze. Czasem nie widzieć, częściej, nie słyszeć. Podnosił właśnie szklankę pod światło, skupiając na niej całą swoją uwagę. Dojrzawszy tłustą plamę uniósł ściereczkę i dotknął zaplamionego miejsca.

Złodzieje zwinnym krokiem podeszli do krzesła, nawet nie rozejrzeli się, czy nie ma nikogo i wsadzili łapę do torebki.
Zerwałem się z miejsca, lecąc cicho i zdecydowanie, jak duch, jak barowa ćma. Najpierw przeniknąłem jednego z młodzieńców, widziałem w nim agresję oraz pewność siebie. Następnie przeniknąłem przez drugiego, wyczułem brawurę oraz ponadprzeciętny choć rozmyty intelekt. Poczuli, że coś przeszywa ich z zewnątrz i przenika do środka. W jednej chwili obaj odskoczyli od krzesła, nie wiedząc co dzieje się z ich ciałem. Zaczęli drapać się i cmokać.

Byłem zbyt słaby, żeby powtórzyć swój przelot i przeniknąć ich ponownie, zdołałem jeszcze wytrącić szklankę z ręki barmana. Szklanka upadła na podłogę. Brzdęk tłuczonego szkła rozbudził huk. W jednej sekundzie lokal stał się świadkiem huku, chwilowej paniki młodzianów oraz mojego powrotu na miejsce w kącie knajpy.
Kobieta wyszła z toalety niczego się nie domyślając. Zostawiła pieniądze na kontuarze, chwyciła torebkę i wyszła z lokalu.


Jej krok zdawał się decydować za nią, bo nie zastanawiała się dokąd idzie. Niosła w sobie
ogromny żal do tych, którzy nie chcieli jej pomóc i jeszcze większą, dojmującą tęsknotę za domem i życiem w małym uroczym południowym miasteczku, z którego pochodziła.
Natomiast to miasto, obcy język i masa ludzi, z której nie wyróżniał się nikt zaczynało jej brzydnąć. Wszystkim wolno było zachowywać się na swój sposób, przez co nikt już nikogo nie dziwił, nie był odstępstwem od reguły poprzez ich brak. Kilkumilionowa aglomeracja pieniądza wsysała każdego i jak ogromna machina, przerabiała żywe istoty w Gastarbeiterów na służbie wolnego lecz zachłannego rynku. Można było być nagim, można było być starym i nagim, wystawiać obwisłe piersi do słońca, bo piękno lub brzydota, tak subiektywne i nie mierzalne również nie miały większego znaczenia. Zresztą słońce stało się powszechną rozrywką tych, którzy wciąż chcieli żyć i zachowywać witalność. Zazwyczaj chodziło jednak o coś zupełnie innego. Szukało się uwolnienia, tak żeby będąc w pułapce przechytrzyć innych i znaleźć jakiś sposób na przedłużenie życia. Wystawiało się głowę na ożywczy wiatr towarzyszący planowaniu wakacji, podróżowało za miasto i przedłużało, w nieskończoność przedłużało powrót. Celem było wyrwanie się stamtąd na jak najdłużej.
Nie pamiętała jak wróciła do domu, otworzyła drzwi i weszła do środka. Ściągnęła buty, ubranie, które rozrzuciła po podłodze, jakby znacząc ślady od wejścia do łazienki i dalej, aż do wanny. Odkręciła kurki. Szum przeszył ciszę. Ocknęła się z zamyślenia i wyrwana z wyimaginowanego świata, znów poczuła ukłucie. Woda zapełniała wannę pieniąc się w miejscu pod kranem. Włączyła laptop spodziewając się przeczytać wiadomość od znajomego. Ze zdziwieniem odkryła, że również on nie odpowiedział na wysłaną przez nią prośbę. Był to bliski kolega, który na każdej firmowej czy domowej imprezie nieustannie ją adorował, czekał na jej dotyk, czekał na jej gest, którym powiedziałaby: - drzwi otwarte, możesz wejść. Nigdy się owego gestu nie doczekał. Nigdy też nie naciskał, w swoim naturalnym stanie czekał z pogodą ducha, wiernością, wytrwałością. Zawsze skłonny do pomocy o cokolwiek go nie poprosiła. Tym razem prośba pozostała bez odpowiedzi, nastąpiło długie i nieznośne milczenie. Nie znalazła nawet wytłumaczenia, z jakiego powodu, i co takiego się stało?

Nie znalazła się ani kruszyna nadziei, którą mogłaby się nakarmić i uspokoić. Zajrzała jeszcze do bloga. Jej najnowszy post czytało wiele osób i nikt nie komentował. Jej wyważony, umiarkowany, czasem wręcz chłodny styl, stanowił dystans między tym, kim była gdy pisała, a czytelnikiem. Droga dwukierunkowa była dobrze zbudowana, szeroka, z wyraźną przerywaną linią pośrodku, jednak to co wyjeżdżało od niej, spokój i pewna doza kłamstwa, którą starała się zaciemnić wyraz swojej dezaprobaty dla innych, nie była widoczna, lecz wyczuwalna. Pasażerowie – czytelnicy, jadący autobusem z przeciwnej strony, siedzieli za szybą, patrzyli na nią i milczeli, nie podejmując prób otworzenia okna i zakrzyknięcia:
- Hej, ja znam cię!

Usłyszała przelewającą się wodę z wanny. Zakręciła kurki i weszła do środka. Woda występowała z brzegów niczym kaskada wodospadów chlapiąc podłogę. Zanurzyła się po szyję. Jej ciało leżało bezwładnie, skóra falowała wraz z wirującą wodą, przynoszącą odpływy i odpływy, przypływy i odpływy. Piersi sprawiały wrażenie większych niż w rzeczywistości, delikatnie unosiły się i powracały w stanie nieważkości. Letnia woda pomogła złagodzić cały jej dotychczasowy ból. W rogu sufitu dostrzegła zaczernienie, rój maleńkich muszek kłębiący się wokół swoich spraw.
Zamknęła oczy.

Nawiedziło ją wspomnienie cudownego popołudnia spędzonego w restauracji pod parasolami. Siedziała z mnóstwem znajomych, stukała się kieliszkami od wina, goście przemawiali toastami. Na stole leżały białe obrusy pełne okruchów, a pod nimi panował zamęt krzyżujących się stóp. Wszyscy jedli jakąś rybę, delikatnie odrywając mięso od ości. Metalowe widelce połyskiwały w słońcu, krople cytryny skapywały na talerz, a fale włosów wzbierały od wiatru. Godziny maszerowały tuż obok, przystojni kelnerzy w czarnych fartuchach stali na wprost, a humor stał się zbiorowym popisem.
Wizja ta, próbowała odnaleźć choć maleńkie zadraśnięcie w gałce ocznej, o które mogłaby się zaczepić. Nie odnalazłszy jednak takiego miejsca, spróbowała się jeszcze przykleić, lecz również bezskutecznie. W końcu zrezygnowana, skapnęła łzą do wanny, i ostatnie wspomnienie „dobrych czasów” rozpuściło się ostatecznie.

Data:

 teraz

Podpis:

 Lew

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79067

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl