|
|||||||||
|
ZBERKOWANY |
|||||||||
|
|||||||||
| ZBERKOWANY Robasowi - Berek - walnęło we mnie niczym grom z jasnego nieba. I tak wyrwany z głębokiej zadumy poczułem równocześnie dotknięcie ręki pod lewą łopatką. Odruchowo odwróciłem się i zobaczyłem plecy odbiegającego mężczyzny. Sunął wzdłuż kamienic niczym myśliwiec Stealth. Poły jego czarnego, drelichowego płaszcza rozłożyły się za nim na wietrze, szumiąc i łopocąc. Wariat przemknęło mi przez głowę, lecz w tym samym momencie, nie bez odrobiny zdziwienia, zalśniły mi, odbiwszy się w promieniach kwietniowego słońca, jego nowiusieńkie, wykwintne, sznurowane lakierki. Cóż za zagadka?! Dzień był umiarkowanie pochmurny. Po niebie wędrowały ciężkie, leniwe chmurzyska. Między tymi plamami sporo miejsca i pewność, iż od czasu do czasu wysunie się słońce, radując wiosennym światłem i ciepłem. Po nocnym deszczu, gdzieniegdzie, połyskiwały tafle kałuż. Przede mną pomost przejścia dla pieszych i wyjątkowo długie czerwone światło. Spojrzałem na zegarek. Mogłem odetchnąć, nie byłem jeszcze spóźniony. Wtem, odczułem wokół siebie działanie jakiejś dziwnej atmosfery. Ludzie trzymali w stosunku do mnie jakiś dziwny dystans, omijali łukiem, jakbym, co najmniej trzymał w ręku niebezpieczne narzędzie. Za rogiem, gdzie nikt nie mógł mnie zobaczyć, dokładnie obejrzałem ubranie. Było czyste. Potem obwąchałem się, ale i tu nie poczułem nic nieprzyjemnego. A jednak coś było nie tak. W autobusie, mimo sporego tłoku, wokół mnie utworzył się pusty okrąg. Na twarzach otaczających mnie ludzi odmalowywał się ni to niepokój, ni to podniecenie, uśmieszki. Gdy wysiadałem, dwóch młodych ludzi, którzy stali mi na drodze zareagowało tak nerwowo, iż przewracając ludzi wyskoczyło z autobusu po to, aby po chwili doń wskoczyć drugimi drzwiami. O jakże nieswojo zacząłem się czuć. Coś było ze mną nie tak, i wszyscy o tym wiedzieli oprócz mnie. W swoim gabinecie lekarskim jeszcze raz obejrzałem ubranie, spojrzałem w lustro, powąchałem pod pachami, chuchnąłem w dłoń. Nie zauważyłem jednak w sobie niczego szczególnego. Zaparzyłem herbatę, wypiłem pierwszą, drugą..., trzecią! Przeczytałem gazetę. I nic. Nikt nie wszedł, nie zapukał, zadzwonił. Wyszedłem na korytarz. Żadnego pacjenta. Po typowych tłumach ani śladu. Zrezygnowany usiadłem za biurkiem. Nerwowo kręciłem tylko w palcach plikiem recept. Czy byłem obiektem jakiegoś niestosownego żartu? Ogarniało mnie niewysłowione zdenerwowanie spowodowane poczuciem wystawienia poza nawias społeczny, czułem się jak wyrzutek. Zadzwoniłem do rejestracji. Wszystkie wizyty odwołane!? Konsternacja i dreszcze. Wybiegłem z przychodni. Ludzie mijali mnie, jak trędowatego. I nagle zobaczyłem go. Byłem już zdesperowany i postawiłem wszystko na jedną kartę. Niczego nieświadomy stał do mnie odwrócony, całkowicie pochłonięty oglądaniem sklepowej wystawy. Ruszyłem w jego kierunku, coraz szybciej i szybciej, lecz zarazem starłem się delikatnie stąpać, by jakiś niepotrzebny szmer nie spłoszył go. Gdy byłem już przy nim zawahanie przełamałem dającą się odczuć wokół tą chwilą napięcia i zawieszenia. Wszystko jakby zwolniło w oczekiwaniu na ten jeden, jedyny gest. - Berek !!! - ryknąłem mu do ucha, klepnąłem w ramię i obróciwszy się wyrwałem przed siebie. Kątem oka tylko odnotowałem jak zareagował. Cały drgnął, niemal wyskoczył z butów. I nic więcej już nie widziałem, tylko biegłem i biegłem, aż w końcu, nie wiem po jakim czasie, opadłem z sił. Słońce wyszło zza chmur przepięknie oświetlając soczystą, wiosenną zieleń. Jakiś szalony rowerzysta o mało co mnie nie rozjechał. Uf, a więc znów nikt już na mnie nie zwracał uwagi. Ochoczo wróciłem do przychodni. Na korytarzu znów, jak co dzień, przywitała mnie kolejka pacjentów. Robert Wójcik |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||