DRUKUJ

 

Ucieczka Niezłomnego

Publikacja:

 16-06-02

Autor:

 Dzik13
Major siedział na trawie nad stawem. Wpatrywał się w wodę, w której widział piękne odbicie młyna stojącego w pobliżu. Major westchnął.
Nazywał się Zygmunt Szendzielarz, ale kompani nazywali go panem majorem lub majorem "Łupaszką". Wojna już się skończyła, lecz on i jego oddział nie zaznał pokoju. Władzę w państwie przejęli komuniści, tak naprawdę Polska była częścią ZSRR. Tylko że pod inną nazwą. Nie złożył broni, razem z oddziałem toczył walkę z Sowietami, najpierw na czele 5 Brygady Wileńskiej, jednak została ona rozwiązana w puszczy Grodzieńskiej. Następnie objął dowództwo nad 6 Wileńską Brygadą AK.
Teraz jednak, zmęczony ciągłą partyzantką, zamierzał powrócić do cywilnego życia. Przekazał dowództwo nad brygadą kapitanowi Władysławowi Łukasiukowi "Młotowi", jednemu z najbardziej zaufanych podopiecznych i wraz z kilkoma kompanami udał się na Śląsk, na Ziemię Głubczycką. Zamieszkał w młynie, nieopodal wioski Królowe. Komuniści, jak dotąd nie wywęszyli jego kryjówki.
Odwrócił się i popatrzył na sylwetki swoich towarzyszy. Miecio – jeden z najmłodszych w jego Brygadzie, był niewysokim brunetem o miłej twarzy i brązowych oczach. Nie był ani trochę podobny do "Orszaka" – Wacława Beynara, wachmistrza po trzydziestce. Orszak był wysokim brunetem, o zielonych oczach, rzadko się uśmiechał, mało mówił. Miecio zaś był towarzyski, gadatliwy i zawsze uśmiechnięty.
Oprócz nich, w młynie przebywała żona "Orszaka". Ta wysoka blondynka, zawsze nosiła dwa warkocze i była sanitariuszką. Chętnie służyła wszystkim pomocą, choć podobnie jak jej mąż – była małomówna. Ale była to niezwykle piękna kobieta
Jednak dla majora piękniejsza była druga sanitariuszka – Lidia Lwow "Lala". Była ona zaręczona z „Łupaszką“
"Lala" była niska, chuda. Miała krótkie, brązowe włosy oraz niebieskie oczy. Major zamierzał się z nią ożenić.
Taka właśnie gromadka przebywała w podgłubczyckim młynie. Orszak kupił prosiaki, kurczaki, gęsi i kozy. Zajmował się prowadzeniem młyna, a reszta innymi pracami w gospodarstwie. Czasami przyjeżdżali tu przełożeni majora, m.i.n podpułkownik Anatol Olechnowicz "Pohorecki", ( proponowano mu nawet zakończenie działalności 6 Brygady, lecz się nie zgodził )
Major wstał i ruszył w stronę młyna. Roześmiał się, gdy cap ubódł "Miecia", a kogut dziobnął "Orszaka" w kolano.
"Łupaszko" wszedł do wnętrza młyna, usiadł przy stole i zaczął spożywać śniadanie. Kury znosiły jajka, od kóz mieli ser, od czasu do czasu zabierali prosiaka do rzeźni w Lisięcicach – większej wiosce, w której mieszkało gdzieś pół tysiąca osób. Major brzydził się zabijaniem zwierząt, lecz wiedział, że to konieczne, jeżeli chcą jeść mięso, a nie wyobrażał sobie choć tygodnia bez mięsa.
Po śniadaniu wyszedł z młyna i udał się w stronę wsi. Była ona jakieś piętnaście minut drogi od młyna, chłopów mieszkało tam z trzystu. Major zostawił mundur w młynie. Bał się, że któryś z wieśniaków, kiedy go zobaczy, pobiegnie na posterunek UB w Głubczycach.
UB było komunistyczną policją, ścigającą partyzantów i AK-owców, zabijali ich lub chwytali i zabierali do więzień, gdzie torturowli ich i katowali, a po jakimś czasie mordowali. Zwykle strzałem katyńskim w tył głowy
Najgorsze było jednak to, iż rozpuszczali plotki, świadczące o partyzantach jako bandytach, mordercach, gwałcicielach i jeszcze gorszych szumowinach. Dlatego podziemie antykomunistyczne było znane jako Żołnierze Wyklęci lub Żołnierze Przeklęci.
Kiedy Major doszedł do wsi, zobaczył jakiegoś chłopa, który bił cepem chłopca, może dwunastoletniego. Nie spodobało mu się to i podszedł do wieśniaka.
Zostaw pan tego szkraba! - rozkazał. - Co on panu zrobił?
A co ci do tego? - odparł chłop. - Nie mieszaj się w nie swoje sprawy, bo zawołam milicję.
Jak ktoś miałby wzywać milicję, to ja! - odparł "Łupaszko". - Nie możesz pan znęcać się nad tym chłopcem!
W rzeczywistości major nie wezwałby milicji. Jeszcze by wpadł, złapaliby go, a wraz z nim wszystkich mieszkańców młyna.
To dawaj, tchórzu! - warknął chłop. - Zawołaj milicjanta, to obaj oberwiecie cepem w ...............
Major nie dowiedział się, w co oberwałby cepem, gdyby wezwał milicjanta. Zręcznie wytrącił wieśniakowi cep z dłoni. Zdziwiony wieśniak rzucił się na "Łupaszkę", lecz ten zrobił unik i wykręcił chłopu rękę. Ten ryknął, próbował się wyrwać, lecz major przewrócił go w błoto.
Nie patrz, mały – powiedział do chłopca, który przestraszony leżał na trawie. - Idź do rodziców, już dobrze.
Chłopiec wstał i pobiegł scieżką w kierunku niewielkiego gospodarstwa. Major pochylił się nad chłopem.
Słuchaj pan! - mruknął. - Jeżeli jeszcze raz przyłapię pana, na jakimś niecnym postępku, to to będzie pana ostatni postępek.
Nie rozumiem! - odparł chłop.
Trafi pan do sądu!
Tak, na pewno! Za co? Za nauczenie smarkacza rozumu, aby nie kradł kukurydzy z mojego pola? Ja się milicji nie boję, w dodatku znam dobrze miejscowego sędziego.
Trafi pan pod sąd – rzekł major. - Ale Boski.
Pan mi grozi? - warknął wieśniak.
Tylko ostrzegam - mruknął major. Po czym wstał i odszedł. Wolał wrócić do młyna. Przeszedł już ze sto metrów, kiedy usłyszał krzyk chłopa:
Doigra się pan! Wiem, że mieszka pan w tym młynie za wsią z czterema innymi tajemniczymi osobami! Pójdę na milicję do Lisięcic, złapią pana i aresztują! Dostanie pan z 50 batów!
Major nie zwrócił uwagi i szedł dalej. Nie przejmował się wieśniackimi pogróżkami. Co zrobi milicja, jak jakiś chłop przybiegnie do nich i powie, że pewien człowiek, który mieszka w młynie za wioską, groził mu. Milicjanci nawet go nie wysłuchają.
Kiedy wrócił do młyna, podszedł do niego "Orszak".
Panie majorze – powiedział. - Prosiaki uciekły! - Jak to się stało? - zdziwił się Szendzielarz.
"Miecio" je wypuścił, a one wywaliły go w błoto i uciekły do lasku.
Żartujesz!
Tak, panie majorze! To żart!
Major poklepał wachmistrza po plecach.
Skąd się wzięło u ciebie takie poczucie humoru? – spytał.
Ach, sam nie wiem! - odparł "Orszak".
Szendzielarz roześmiał się i poszedł nad staw. Znów usiadł, patrzył w toń. Siedział tak chyba godzinę, później poszedł do pracy.
Około piątej po południu "Miecio" krzyknął, że ktoś biegnie w stronę młyna od strony Lisięcic. Major szybko zarządził wzięcie karabinów z piwniczki i kazał ustawić się przed młynem. Po chwili dobiegł do nich jakiś człowiek. Major rozpoznał w nim znajomego milicjanta z Lisięcic.
Milicjant był dość tęgi, łysy, miał wąsa. Znał mieszkańców młyna, choć nie znał ich tożsamości.
Proszę pana! - krzyknął do majora. - Za chwilę tu będą! Obława! Obława! Chcą przeszukać młyn i aresztować wszystkich mieszkańców. Musi pan uciekać, pana towarzysze również. Jesteście z podziemia, zgaduję?! Zabiją was na mękach! Zorganizowałem ze szwagrem wóz, pojedziecie do Racławic, na stację! Szybko. Piętnastu milicjantów i z dziesięciu ubeków za niedługo się tu zjawi!
Skąd to wiesz!? - wykrzyknął Szendzielarz.
Na posterunku mi powiedzieli! Szybko, do Lisięcic niech pan ze swoimi towarzyszami biegnie!
Za ile minut będzie tu bezpieka?! - zapytał "Miecio".
Za czterdzieści minut, może trzydzieści!
- Szybko, zabierać manele i w ciągu piętnastu minut wszyscy mają stanąć pod młynem! - zarządził major.
Wszyscy biegali po młynie, zbierali swoje rzeczy. Po dwudziestu minutach cały oddział był przed młynem, z plecakami wojskowymi, w cywilnych ubraniach.
Za mną – powiedział milicjant. - Szybko, bo bezpieka może tu się dostać wcześniej niż myślimy!
- A co ze zwierzętami?! - zapytała "Lala". - I ze zbożem, z mąką!?
- Zboże pewnie UB zabierze i odda jakimś współpracującym z nimi chłopom – odparł milicjant. - Zwierzęta mogą zastrzelić, ale raczej zabiorą je. Nie można na to nic poradzić! Ruchy! W nogi! Bezpieka może być tu za kilka minut!
Nie zostawimy zwierząt bezpiece! - wykrzyknęła "Lala". - Nie możemy pozwolić, aby te ubeckie świnie zabrały nasze prosiaki!
Albo one, albo my! - odparł major. - Szybko, ten milicjant dobrze mówi!!!
"Lala" chciała protestować, ale wiedziała, że major ma rację. Nie odezwała się ani słowem. Wszyscy pobiegli za milicjantem ścieżką w stronę Lisięcic. Po piętnastu minutach usłyszeli strzały. Widocznie bezpieka z milicją dostała się do młyna. Tylko czemu ci idioci strzelali? Myśleli, że przestraszą partyzantów, a ci złożą im broń? Lepiej byłoby cicho zakraść się do młyna i wyskoczyć na mieszkańców. Poza tym komuniści myśleli, że mieszkańcy nie spodziewają się ataku i zaskoczą ich.
Przyspieszyli kroku. Kilku milicjantów mogło ruszyć w ich kierunku, kiedy domyślą się, że ktoś ich ostrzegł. Ich przypuszczenia okazały się słuszne. Ścieżka do Lisięcic biegła mocno pod górę, była bardzo zarośnięta, kamienista. "Orszak" zauważył w oddali kilku milicjantów wspinających się pod górę. Całe szczęście, że ich nie zobaczyli. Plecaki partyzantów zlewały się z otoczeniem, poza tym lał deszcz. Nagle major przypomniał sobie o błocku, po którym szli
Do kaduka! Major uśmiechnął się krzywo. Zobaczą ślady w błocku, jak jeszcze nie zobaczyli, przyspieszą i zaraz nas dogonią. Zarządził bieg. Wiedział, że z ciężkimi plecakami będzie to trudne, ale inaczej milicja ich dogoni. Wywiąże się strzelanina, a reszta milicjantów i ubeków usłyszy strzały i pobiegną w tą stronę A Lisięcice były niedaleko, jeszcze z piętnaście minut drogi! Chłopi też usłyszą strzały, a we wsi może jeszcze być kilku milicjantów czy ubeków! Do licha!
Po chwili żona "Orszaka" potknęła się i runęła w błoto. Major zdenerwowany pomógł jej wstać. Pobiegli dalej.
Milicjanci byli już niedaleko! Lisięcice również. Muszą zdążyć, inaczej wywiąże się strzelanina i zmniejszą się szanse ucieczki. Ubecy będą czekać na drodze do Racławic. Domyślą się, że tam chcą dostać się partyzanci!
Na szczęście dobiegli do Lisięcic, zanim milicjanci pojawili się na horyzoncie. Prowadzący ich milicjant – Wojtek miał na imię, zaprowadził ich do niewielkiego gospodarstwa, przy drodze na Biernatów. Czekała tam furmanka.
Zawieź ich do Racławic! - nakazał woźnicy. - Jak się dowiem, że ubecy was złapali, albo że jesteś ich wspólnikiem, to policzymy się.
Jeżeli jestem ich wspólnikiem, to dlaczego UB nie czeka tutaj? - spytał woźnica.
Ach, dobra, wierzę ci! Jedźcie!
Jeżeli nawet byłbym wspólnikiem i ubecy zatrzymaliby ich w Racławicach, to nie dowiedziałbyś się tego, byłbyś już na posterunku UB w Głubczycach albo w syrence UB.
Cicho siedź! Wsiadajcie!
Partyzanci weszli na wóz. Woźnica strzelił batem. Furmanka zaczęła jechać. Milicjant kiwnął głową, po czym odwrócił się i zaczął iść w stronę kościoła.
Furmanka dojechała do wsi Biernatów w pół godziny. Było na niej ciasno i cuchnęło. "Orszak" cały czas rozglądał się, w dłoniach trzymał karabin. Bał się, że UB zorientuje się, że jadą do Racławic.
Kiedy dojechali do Biernatowa, schował karabin.
Biernatów był niewielki. Stało tam z dwadzieścia parę domów, mieszkało tam ze sto osób. Wioska znajdowała się w lesie, nie było tam ani UB, ani milicji. "Miecio", "Orszak" i jego żona byli już tu kilka razy.
Po chwili wyjechali z Biernatowa. Pod górę, przez las jechali do Kietlic – większej wioski na drodze do Racławic.
W Kietlicach schowali karabiny. We wsi był posterunek MO. Furman powiedział, że nie pojadą główną drogą, żeby nie budzić podejrzeń, tylko pojadą na około.
Jechali więc przez wieś Ściborzyce, dużą i niebezpieczną. Koło kościoła natknęli się na dwóch milicjantów. Jeden z nich, grubas, podszedł do furmanki.
A dokąd to jedziecie, obywatele? - spytał. - Co robi pięć osób u chłopa w furmance, w dodatku z bagażem?
"Miecio" już chciał odpowiedzieć mu coś niemiłego, ale uprzedził go furman.
Zawożę ich do Pomorzowic, dobrze zapłacili! – powiedział.
A po co obywatele jadą do Pomorzowic? - zdziwił się milicjant. - To taka dziura...
Z Biernatowa jedziemy – odparł major. - Jakiś problem, obywatelu milicjancie? Na pogrzeb jedziemy.
A kogo? - mruknął milicjant.
Księdza... - odpalił "Miecio".
A no, obywatel ksiądz umarł ostatnio – odparł milicjant. – Jedźcie.
Jechali dalej.
Masz szczęście, że naprawdę ksiądz umarł! - fuknął Szendzielarz do "Miecia". - Inaczej byśmy mieli kłopoty!
Po piętnastu minutach byli w Pomorzowicach, wsi liczącej z dwustu mieszkańców. Skręcili w polną drogę. Gawędzili trochę z furmanem, ale wciąż byli ostrożni. Co jeśli furman naprawdę był szpiclem i w Racławicach czekają ubecy?
Ale ich oczom ukazały się Racławice. Piękne miasteczko, może wieś? Sami nie wiedzieli. Widzieli wieżę kościoła i piękny most kolejowy. Rzeka Osobłoga przepływała nieopodal miejscowości.
Przejechali przez most i po chwili byli na stacji kolejowej. Tam wysiedli. Nagle furman zapytał:
A pieniądze?
- Jakie pieniądze?! - oburzył się major. - Nie było mowy o zapłacie...
Nie było – zgodził się furman. - Ale rozmyśliłem się. Dostanę zapłatę, idziecie na pociąg, nie dostanę, wzywam tych obywateli.
Wskazał na dwóch milicjantów stojących jakieś sto metrów od furmanki.
KRWIOPIJCO! - nie wytrzymał "Orszak". - ZDRAJCO! OSZUŚCIE!
Obywatele Milicjanci! - krzyknął woźnica. W tej samej chwili otrzymał cios lufą karabinu w głowę. Partyzanci zaczęli biec, Milicjanci za nimi
Partyzanci dotarli na stację. "Orszak" prędko podbiegł do okienka, szybko zamówił pięć biletów na najbliższy pociąg, a w tym czasie "Miecio" odpędził milicjantów.
Major z sanitariuszkami wbiegli do pociągu, który akurat przyjechał na stację. "Orszak" dołączył do nich z biletami. "Miecio" biegnąc dotarł do pociągu w ostatniej chwili. Milicjanci nie mieli już takiego szczęścia. Pociąg zaczął odjeżdżać, nim wpadli do środka. Wściekli, klnąc podeszli do nieprzytomnego furmana i próbowali go ocucić.
Tymczasem partyzanci siedzieli bezpiecznie w pociągu, który jechał, jak się okazało, do Prudnika. Stamtąd mogli wsiąść do pociągu w góry, gdzie byliby bezpieczniejsi, a później dołączyć do 6 Brygady. Major usmiechnął się zadowolony.
Po raz pierwszy od dawien dawna się uśmiechnął. Udało mu się uciec.

Data:

 29.04.2016

Podpis:

 Dominik Skibiński

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79642

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl