DRUKUJ

 

Przez mgłę też widać piękno

Publikacja:

 16-07-03

Autor:

 jolsokolowska079sok
Zastałam Hanię w kuchni,snuła się bez większego entuzjazmu. W promieniach popołudniowego słońca wyglądała świetnie. Miałam ochotę podejść, objąć ją i przytulić. Dawno tu nie byłam, stęskniłam się za nią i za jej cudownym ogrodem.

- Ta rozmowa będzie dla ciebie trudna, może ją jednak przełożymy?

Pokręciła przecząco głową.

- Wszystko dobre, co pozwoli mi na chwilę odpocząć. Może przejdźmy do rzeczy - powiedziała ściszonym głosem. Zwinęła się w kłębek w fotelu i okryła się szczelnie kocem.

- Tamtego dnia moje dotychczasowe życie kończyło się bezpowrotnie - zaczęła - wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, nic nie rozumiałam, gdzieś pod moim rozciągniętym swetrem ciągle tliła się iskra nadziei. Wchodziłam do poczekalni kliniki zataczając się ze zmęczenia, przeszło pół dnia tłukłam się pociągiem, normalnie nie byłoby o tym mowy. Pulchna rejestratorka spojrzała na mnie krytycznie, jeszcze przez następne pół godziny jej oczy świdrowały zza filara w moją stronę jak laser.

- Dlaczego o tym mówisz? Czyżby ten babsztyl cię dotknął, przecież nie jesteś małostkowa.

- Cóż, było mi przykro, byłam rozdrażniona, miałam żal do losu, do wszystkich, rozum zaczął powoli wyciekać mi uszami. Po krótkiej chwili znalazłam strategiczne miejsce i wiedziałam, że nikt nie miał szansy oglądać mojej twarzy. Chciałam zniknąć, schować się przed całym światem. Niestety wielkie lustro atakowało mnie wizerunkiem przerażonej kobiety w wytartych dżinsach, o włosach rozrzuconych w totalnym nieładzie. Koszmar, ale nie to było najważniejsze - nie mogłam odczytać nawet wielkiego napisu widniejącego na wielkim plakacie wiszącym na przeciwległej ścianie. Kolory i litery zlewały mi się w wielką, szarą plamę. Spowijała je mgła. Trwało to od niedawna, podniosłam alarm dopiero, gdy odkryłam, że górną część tęczówki mojego oka spowija niepokojąca błonka w kształcie księżyca. Od tego momentu zaczęłam się bać. Strach mnie paraliżował, bałam się wszystkiego, a najbardziej tego, co może nastąpić niedługo; przemijania, pustki rozumianej najdosłowniej, choroby i upokorzeń z nią związanych, przechodzenia urody w nieodwołalną brzydotę i fizycznego i intelektualnego unieruchomienia. Nocami śniła mi się starucha z oczami białymi jak mleko. Poranki nie były lepsze. Przerażało mnie, że nie będę mogła już wziąć do ręki pędzla, nie będę rozpoznawać koloru farb, nie zbuduję karmnika dla ptaków i nie zobaczę jak dorasta moja córka. Bałam się tego jak diabła, dużo bardziej niż śmierci. Może, dlatego, że śmierć mnie zawsze uwodziła. Myśląc o niej zawsze pocieszałam się, że śmierć to jeszcze jedna moja życiowa przygoda, która w przeciwieństwie do wielu innych nie rozczaruje mnie.

Słuchając Hani odżywały we mnie wszystkie nasze dobre i złe chwile, ale nie chciałam jej przerywać, nie umiałam nic mądrego powiedzieć.

- Szamocząc się w przemyśleniach nie zauważyłam, że nieodwołalnie nadeszła moja kolej. Weszłam zaciskając dłonie. Za wysokim oknem gabinetu lekarskiego też panowała ta sama szara mgła, zasłaniała sobą świat - mówiła dalej odwracając twarz do ściany.
-Infekcja, nie da się jej zatrzymać, w jednym oku na pewno straci pani wzrok. Pogorszy się też stan prawego oka. Za kilka lat prawdopodobnie całkowicie pani oślepnie - tymi słowami okulista zakończył naszą rozmowę i wysłał mnie na dalsze badania.
Diagnoza była jednoznaczna. Zamarłam. Ciemność jest bezlitosna - ta okrutna świadomość.
Wróciłam do domu i rzuciłam się na łóżko. Płakałam tydzień. Chciałam tylko spać i spać. W koszmarach sennych widziałam tylko kolory, które straciłam na zawsze i twarze bliskich, które nieuchronnie stracę, sytuacje, których nigdy nie zobaczę. Nie byłam pewna czy coś mi się należy od świata. Nie mogłam się uspokoić. Budziłam się w ciemności i krzyczałam. Mijały dnie i noce. Świat dookoła wariował. Ludzie gubili się w lesie, gonili króliczka, spieszyli się narzekając na brak czasu, podejmowali rozmaite wyzwania, kończyli remont. U mnie nie działo się nic. W końcu przemogłam pokusę ucieczki w sen i bezruch - wstałam z łóżka. Czułam się bezradna jak wieloryb wyrzucony na plażę pytający całokształtem swego przerażonego istnienia - „CO DALEJ". Podeszłam do okna, był zwykły letni poranek, prawdopodobnie podobny do poprzednich. Nie będę myśleć o bólu, nie poddam się chandrze, jestem wolna i to jest coś - pomyślałam wbijając wychudzone nogi w gumowe klapki. Wyczołgałam się do ogrodu - pachniał rosą.
O, Boże! Jak dawno tu nie byłam, a tak kocham ten mały kawałek ziemi wyrwanej z trudem z paszczy zachłannego zagajnika? Otulała mnie wilgotna cisza. Przyroda powoli budziła się do życia, ciepłe słońce leniwie wspinało się po podniebnej drabinie. Mrużąc zapuchnięte oczy, instynktownie podniosłam głowę ku niebu, powietrze było jak źródlana woda. To jest mi potrzebne i niezbędne!- Wykrztusiłam przez łzy. - To ja przestanę widzieć, ale świat nadal widzi mnie! Zapewne uschły wszystkie rośliny, gdy płakałam nie było, komu ich podlać! Nie mogę tak stać! Szybko wymacałam konewkę - stała w tym samym miejscu, co zwykle. Byłam sztywna ze strachu, ciarki biegały mi po plecach jak armia czerwonych mrówek. Szamotałam się po omacku, momentami nie widząc nawet mojej dłoni wyciągniętej na długość ramienia. Poruszałam się dokonując nadludzkiego wysiłku, w końcu pojawiła się w moich oczach zielonkawa poświata, moje światełko nadziei. Po kilku godzinach , zamiast przegranej staruchy, ciągnącej za sobą ogon smutku, znowu poczułam w sobie młodą kobietę. Wyprostowałam się, uczyłam się życia na nowo, inaczej pojmując świat i ludzi, nie prosząc o litość.
Dziś dbam o każdy szczegół, o to, co kiedyś wydawało mi się nieistotne i nieważne. Nie tłukę już szklanek, dotąd biorąc je z półki zgniatałam je w dłoni. Nadal maluję paznokcie u manikiurzystki, chodzę do fryzjera, czasem w szpilkach, robię zakupy, nie tracę orientacji w terenie i w domu, zapisałam się do Związku Niewidomych - po prostu żyję. Samotne wyjścia już nie przynoszą mi wstydu, długo ćwiczyłam chodzenie z białą laską. Już nie uciekam przed uwagami i kpinami gapiów. Mówią ślepa, ślepa. Ślepa - udaje. Kocię może być ślepe, uliczka może być ślepa, a człowiek - niewidomy lub ociemniały - odgryzam się w duchu. Ulica szybko ukazała mi swoje okrucieństwo i pychę. Z początku było mi ciężko, ale trzeba się przełamać, długo się zmagałam z losem, aż dopięłam swego. Są takie chwile samotności, kiedy przemawia do ciebie każdy listek, każdy kamyk, kiedy muśnięcie wiatru nabiera szczególnego znaczenia, staje się symbolem, znakiem. Większość ludzi ma jedno życie, a mi dane jest przeżyć dwa. Pierwsze, gdy widziałam i drugie, gdy przestałam widzieć. Przed chorobą mało wiedziałam o sobie. Nie chciałabym, abyś gloryfikowała mój wizerunek, po tym co usłyszałaś. Dobrze wiesz, że cieszę się z tego co mam i, że odnalazłam swoją drogę. - Skończyła mówić, wstała z fotela, stanęła w kącie pod oknem, opierając się całym ciężarem o parapet.

Zapadła cisza. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Twarz miała rozmazaną, bladą, wzrok jej ślizgał się po ścianach pokoju.

- Nie dobrze ci? - W końcu zapytałam.

- Skądże - zaprzeczyła. - Nigdy nie czułam się lepiej. Chyba zbliża się wieczór, bo nie słyszę szelest tańczących na wietrze liści.

Przerwałam pisanie, popatrzyłam badawczo na skupioną twarz przyjaciółki. Byłyśmy zmęczone, wielogodzinnym zmaganiem się z literami. Zadbany, przydomowy ogród kusił obietnicą odpoczynku przy filiżance herbaty. Po paru minutach schodziłyśmy po wąskich, kamiennych schodkach, powoli, krok za krokiem. Hania zapomniała swojej laski, kurczowo trzymała mnie za rękę.

- Szybko zamiotłaś swój ból pod dywan.

- Nie, nieprawda! To nie tak! Nie było mi łatwo, musiałam się zmierzyć z nowym życiem. Wygrałam, znowu maluję, zamieniłam farby na kwiaty. Zdaję się głównie na instynkt i wyobraźnię. Samo nic nie przychodzi, wszystko trzeba zdobywać, musiałam zaciskać zęby i wierzyć w siebie. Nie opowiadam tego wszystkiego, by kogokolwiek pocieszyć. To byłby marny powód. Mam wrażenie, że jak ci wszystko opowiem jeszcze raz to osiągnę tak potrzebny mi spokój. - Wyrzuciła z siebie jednym tchem.
Na twarzy Hani rozlał się błogi spokój. - Przez mgłę też widać piękno - dodała po chwili i uśmiechnęła się od ucha do ucha. To frajda, tak na nią patrzeć, krzątającą się po swoim niewielkim raju, zasłuchaną, szczęśliwą i spełnioną. Kolorowe, kwiatowe rabaty jawiły mi się w zachodzącym słońcu, jak misterne, żywe obrazy. Ostatnio przyprawiła je wesołym różem drobnych, pachnących goździków i dali. Zdałam sobie sprawę, że potrafię bezbłędnie odróżnić grządkę, na której posiała smutek od rabaty świeżo obsadzonej jej radością.

- Powiedz mi jak to robisz? - zapytałam, gdy wracałyśmy do domu.

- Powiedziałabym, że śpiewająco. Tego wszystkiego pragnęłam, a pewne tajemnice potrafię zachować dla siebie.

- Ładnie to ujęłaś. Na pewno, nie jesteś pierwszą, która spełnia swoje marzenie.

- Jasne! Postaram się, aby i tym razem było niezapomniane. Położyła rękę na sercu i roześmiała się.

Nie mam wątpliwości, Hania otworzyła przede mną drzwi do świata, którego wcześniej nie znałam, o którym nie miałam zielonego pojęcia. Odkąd ją zobaczyłam chciałam być taka jak ona, krucha, delikatna, jak przesyłka z napisem "Uwaga szkło". Pragnienie dokonania rzeczy wielkich i rozsądek odziedziczyła po matce. Można kochać maskę,b o maska to w przypadku mojej Hani ambicje i marzenia, to boleści wywinięte na drugą stronę. Ze spotkaniem obcego człowieka jest tak, żeby się czegoś o nim dowiedzieć, trzeba włożyć dużo energii w zdejmowanie maski. Jego i swojej, bo jeżeli będziemy się chować za intelektualną blazą, albo za programowym współczuciem, to nic nie uda się nam dowiedzieć. To rozbieranie poszło nam gładko, czasem myślę, że jej choroba to wręczony przez los prezent z dwóch żyć.

Data:

 lipiec 2016

Podpis:

 Jolka

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79715

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl