DRUKUJ

 

F A D O

Publikacja:

 17-01-02

Autor:

 aft
Poprawił szalik i usiadł wygodnie. Ten szalik zawsze był oznaką przynależności do klanu arty-stów, tych powyżej codziennej szarości, otaczającej go, kiedy jechał samochodem do studia. Wyjął kartkę z kieszeni spodni i rozprostował zagniecenia.
- Corina Lamgou – powiedział półgłosem - jak to się czyta?
Sięgnął do rozłożystej torby. Pogrzebał wyciągając słownik. Przewrócił kilka stron.
- Cześć Kris – dobiegło od uchylonych drzwi. Spojrzał zaskoczony.
- Cześć Irek – odpowiedział z wyczuwalną niechęcią. W końcu znalazł w słowniku podobnie zakończone słowo, jak nazwiska piosenkarki.
- Czyta się Lamgi- powiedział do siebie. - Długie „ i”, Lamgi, Lamgi… - powtórzył dla zapa-miętania.
- Co mówisz Kris?
- Lamgi. O co chodzi Irku? Za chwilę mam antenę!

Poruszył się nerwowo na krześle. Zebrał papiery rozłożone na kolanach.
- Czy możesz przyjść po audycji? – zapytał i wyczuł we własnym głosie nutkę beznadziej-ności.
Papiery wyślizgiwały się i część upadła na podłogę.
- Przeszkadzasz mi Irek – powiedział.
- Czy możesz potem ze mną pogadać Kris?
- Irek, przecież wiesz, że dotrzymuję słowa.
- Kris, nie zawsze.
- Arek – skierował to do realizatora - wchodzę.
Zapaliła się czerwona lampka. Po chwili z odbiornika radiowego poleciał ciepły głos.
- Dobry wieczór państwu. Przyznam się, że podczas ostatniego pobytu w Lizbonie, zgro-madziłem kilka wartościowych płyt. Jedna z nich, to płyta wspaniałej Coriny Lambou , prze-praszam Lambii, która oczarowała mnie interpretacją fado. Pochwalę się, że nagrałem z nią
rozmowę, którą przedstawię państwu w dalszej części audycji. Teraz , na początek pio-
senka o tytule dosyć zawiłym, czyli „El curanollej”. Zapraszam.
Wcisnął brązowy przycisk wyłączający mikrofon, nabrał powietrza i by wypuścić powoli, jak rasowy joga.
- Kris – doleciało z interkomu. – Czujesz się dobrze w Polsce?
- Jest fajnie – odpowiedział bez przekonania ściągając słuchawkę z jednego ucha.
- Kupiłeś jej płyty Kris?
- Chyba oszalałeś - powiedział to z nieukrywana złością. – Przecież wiesz, że nienawidzę fado.
Milczał słuchając śpiewu artystki.
- Uwaga – realizator zawołał do słuchawek – już się kończy, wchodzisz.
Zapaliła się czerwona lampka.
- Kris – doleciał szept.
- Zapraszam państwa do wysłuchania kolejnej piosenki. Corina Lambou jest obecnie uważana w Portugalii za najlepszą wykonawczynię fado. Ja osobiście oszalałem na jej punkcie …
- Kris – znowu rozległ się szept.
Rozejrzał się ze złością.
- Zamknij się .. – syknął.
– I nie mogłem zapomnieć brzmienia i nastroju, jakie wywoływała śpiewem. Odwiedziłem ją w Lizbonie, podziwiając skromne mieszkanie i gustowny wystrój.

Chwilę rozglądał się szukając natręta.
-Siadaj i milcz – wyświstał szeptem. Odwrócił się do mikrofonu uśmiechając do siebie. Pio-senka kończyła się więc machnął w kierunku szyby reżyserki. Zapaliło się czerwone światełko uprzedzające o otwartym mikrofonie.
- Cieszę się razem z państwem, że już w maju nie tylko usłyszymy, ale i zobaczymy piękną
wykonawczynię fado w Polsce. Zaśpiewa dla nas podczas wieczoru w Gdańsku na
Ołowiance. Oczywiście, ja też tam będę i już na samą myśl, ogromnie się cieszę. Dla zao-strzenia apetytu, jeszcze jedna piosenka z jej ostatniej płyty zatytułowanej „ Sofrer por amor”, czyli - „Cierpieć z miłości”. Słuchamy.

Machnął ręką i w słuchawkach usłyszał dźwięki piosenki. Zdjął słuchawki.
- Czego ty chcesz Irek? – zaczął płaczliwym głosem, ale zaraz spoważniał. – Przeszkadzasz mi, nie widzisz, że pracuję?
Tamten z zakłopotaniem chrząknął i założył nogę na nogę.
- Muszę z tobą porozmawiać – powiedział zdecydowanie.
- Teraz? Właśnie teraz?
- Tak, właśnie teraz. Muszę.
- Boże, co za upór – jęknął zakładając na chwilę słuchawki. Zatopił się na chwilę w muzyce, ale już po chwili zdjął zrezygnowany.
- Pasuje mi ten podkład – zaczął Irek – właśnie do tej rozmowy.
- Fado ci pasuje?
- A co, przecież ciągle puszczasz to w radio. Zapewne bardzo lubisz.
- Ja? Irek, nienawidzę fado. Nie mogę tego słuchać, wkurza mnie to żałosne zawodzenie do
akompaniamentu gitary. Można przy tym się jedynie powiesić.
- To po co to puszczasz i opowiadasz bzdety?
- Muszę cos robić – machnął ręką z rezygnacją – inni puszczają muzykę poważną, albo mu-
zykę gitarową, wrzaski, heavy metale i ty myślisz, że oni to lubią?

Czekaj chwilę - przerwał i machnął do reżyserki. Uśmiechając się do srebrzystego mikrofonu, ciepłym głosem zapowiedział krótko następny utwór. Po wystartowaniu zsunął słuchawki.
- No, możesz teraz mówić – powiedział spokojnie.
Irek chrząknął, jakby dla kurażu i otworzył usta.

- Czekaj, Irek nic nie mów – Kris podniósł dłoń – ciiii…
Szybko założył słuchawki.
- Oto jaka krótka piosenka, drodzy państwo, ale jaka piękna – dodał głosem miękkim z uśmiechem. Spojrzał na Irka i puścił oko. – Przyznam się, że w Lizbonie gdzie ostatnio by-łem, spotkałem przemiłych ludzi o podobnych do moich zainteresowaniach. Czas spędzony podczas wieczornych spacerów, wąskimi uliczkami Lizbony, pozostał w pamięci jako żywe i powracające wspomnienie. A jeszcze – tu głos mu jeszcze bardziej zmiękł – czarują-ca rozmowa z Coriną, przy kieliszkach napełnionych portugalskim winem, ciepłym wieczorem nasyconym zapachem oceanu, pozostawiła w moim sercu nie zagojone wspomnienia. Posłuchajmy wiec czarującej wykonawczyni w jeszcze jednej piosence.
Machnął dłonią w kierunku szyby reżyserki. Przez chwilę poruszał głową w rytmie rozpoczy-nającej się piosenki, potem sciągnął słuchawki.
- Irek, pomyśl tylko jaki świat jest piękny i ile jeszcze jest do zobaczenia. – powiedział z lekkim drżeniem głosu. Oczy zwrócił w kierunku sufitu studia, oblepionego materiałem wygłuszającym – Mów więc o co ci chodzi, Irek, mów – zachęcił.

Chwile trwali w milczeniu. Dziwna cisza panowała w studio, taka jak by sucha, pozbawiona barw i odbić wsiąkających w wytłumiający materiał pokrywający ściany. Nawet ich własne głosy wydawały się pozbawione naturalnej wolności przestrzennej, były stłumione i jakieś nieswoje.
- Zawsze żyłeś inaczej niż wszyscy Kris, pociągało cię wszystko co dalekie, ale nie to jest blisko. – zaczął Irek, oczywiście na początek chrząkając.
- Wiesz, my – po tych słowach Kris poprawił szalik owijający szyję wymyślnym węzłem – tak powiem, artyści, ludzie inni, często nazywani przez was, żyjących codziennością, dziwny-mi, zauważamy inne strony życia, inne kolory i inne potrzeby. Czy kiedykolwiek pociągało cię fado, a może Lizbona?
- No nie – z wahaniem odpowiedział Irek. Poprawił się na siedzisku strzepując jakiś pyłek ze spodni.
- Właśnie – Kris podniósł palec.
W tym momencie zachrypiał interkom.
- Kris, mam wyciszać ? - odezwał się głos z reżyserki.
- Nie, nie – Kris podskoczył nerwowo – nie wyciszaj. Palec podniosłem tu, do Irka, nie do ciebie. Niech śpiewa dalej. Daleko do końca?
- Jakieś półtorej minuty – zachrypiał interkom.
Kris odwrócił się do Irka, który wstał i zrobił kilka kroków.
- Wychodzisz? – zapytał zaskoczony.
- Nie, zesztywniały mi nogi. Nie umiem tak długo siedzieć.
- A widzisz. Ja musze w studio, w samochodzie, w samolocie i tam w tej, ach słuchaj, jaka to była kawiarenka. Stoliki na tarasie, w dali ocean, zachodzące słońce, zapach orchidei i naprzeciwko ona, cudowna – tu Kris wzniósł oczy ku niebu, właściwie ku wytłumionemu sufitowi – ona, cudowna, 26 letnia Corina. To jej oczywiście artystyczne imię. Wiesz jak się naprawdę nazywa?
- Nie wiem – mruknął Irek.
- Tak myślałem – Kris uderzył się w czoło otwarta dłonią – nazywa się nie artystycznie i za długo, Catarina Aimedia Santa Rita Ahreu. Jak to wymawiać na scenie? Sam widzisz, że niezbędne są pseudonimy. O cholera - spojrzał na szybę reżyserki i włożył słuchawki.

I nagle jego twarz zmieniła się całkowicie, a na ustach zakwitł uśmiech. Mówił do słuchaczy inaczej niż przed chwilą do kolegi, łasił się, przymilał, pomrukiwał i z czułością dotykał mikro-fonu.
- Przemiła wykonawczyni, którą właśnie państwo poznają, opowiadała mi o swoich zainte-resowaniach. I wyobraźcie państwo sobie, że ta urocza 26 latka, przepraszam, nie wypomina się kobiecie wieku, uroczo niezwykle potrafiła wypowiedzieć kilka słów po polsku, słowa które poznała słuchając rozmowy polskich turystów. Na całe szczęście, cha, cha .. – tu zaśmiał się serdecznie - nie były to te słowa, które Polacy używają jako wypełniacze..

Po chwili uspokoił się, ale mówił dalej z uśmiechem na ustach.
- Teraz przedstawię państwu kolejne, urokliwe, wspaniałe fado w wykonaniu Coriny, właściwie pieśń o życiu, o nieuniknionym losie i przeznaczeniu. To tragiczna , poetycka pieśń o zdradzie, o tym jak on ją rzucił, pozostawił samą, płaczącą, kobietę o rozerwanym sercu. Proszę …

Ściągnął słuchawki i obejrzał się. Kolega znowu usiadł, patrząc obojętni w jego stronę. Był trochę pochylony i twarz nabrała ziemistego koloru.
- Naprawdę nie lubisz tego co robisz? - zapytał spokojnym głosem.
Kris jak by chwilę się wahał z odpowiedzią, potem spojrzał w kierunku szyby do reżyserki i przechylił się w stronę Irka.
- Nie znoszę tych głupich audycji, w których robię z siebie idiotę. Uśmiecham się to tego
palanta – tu wskazał na srebrzysty mikrofon, osłonięty okrągłą zastawką, pokryta drobna siateczką.
- Wszystko robią, bym go nie zapluł – dodał pukając palcem w siateczkę.

Wstał, wyciągając w górę ręce. Zatrzeszczały kości.
- Zasiedziałem się – dodał usprawiedliwiająco – zauważyłem też, że przez to siedzenie sta-łem się niższy o 6 cm. Musze dbać o siebie, bo w naszym gronie - znowu poprawił szalik - w naszym gronie, wygląd ma takie same znaczenie, jak umiejętności, może i nawet większe. Czy wiesz, co ja muszę wyprawiać przed każdym wyjazdem? Tylko się nie śmiej - dodał kiwając wyciągniętym palcem. Zrobił kilka kroków po studiu. Spojrzał na szybę do reżyserki. Reali-zator pokazał mu wzniesiony kciuk.
- No, mam jeszcze czas. Co ja mówiłem?
Zrobił kilka kroków, potem przysiadł, ale ledwie wstał, łapiąc się mebla.
- Widzisz? To zasiedzenie – podskoczył. – Powinienem chodzić na siłownię, ale stary, ja po prostu nie mam czasu. Tu czeka Gdańsk, te głupie audycje co czwartek, potem Lublin, Kra-ków. Coś tam bąkali o Lizbonie. Boże, jaka wspaniała jest ta Corina. Ciemne, piwne oczy, twarz dzieciątka, takie słodkie pysio … - podskoczył i nagle – O kurwa…

Zaklął skacząc po słuchawki. Na szybie szalał przyklejony realizator machając i krzycząc bez-głośnie.
- Państwo zapewne są pod urokiem wspaniałej odtwórczyni, ale tu wszystkich zaskoczę. Czas na oddech, na coś zupełnie innego. Kilka lat temu, kiedy odwiedziłem Londyn, natknąłem się na płytkę nieznanego wykonawcy. Kupiłem więc zaciekawiony i oto on, Marden Gibson, wokalista, multiinstrumentalista i propagator czego? Posłuchajcie uważnie – mówił z uśmiechem na twarzy czyniąc przy tym dziwne i czasem śmieszne miny. Dodatkowo machał do szyby i realizatora.
Opadł na krzesło.

- Uff – jęknął.- ledwo zdążyłem, ale jest wszystko ok. O czym mówiłem? – spojrzał na Irka, siedzącego z posępną miną, lekko pochylonego. Potarł podbródek i kaszlnął. Kilka razy do-datkowo odchrząknął.
- Zbiera mi się flegma, a przecież to moje gardło to cały mój majątek. Muszę je szanować.
A tak a propos – nagle zmienił temat. - Nie myślałeś czasem o wyjeździe, gdzieś przed siebie, byle gdzie by dalej od tego chłamu?
Spojrzał na siedzącego, ale po chwili wzruszył ramionami. Zrobił kilka kroków i usiadł znowu na krześle przed wiszącym mikrofonem. Złapał nagle za srebrny walec z sitkiem na koniuszku i przytulił twarz zamykając oczy.
- Człowieku, umyka ci życie. Jutro obudzisz się stary, pomarszczony, pierdzący do potęgi i łysy bez zębów. Bo takie jest życie, które ma swój początek, środek i koniec. Ja chce być ciągle w tym środku, we wnętrzu bulgocącego krateru, w oparach rozgrzanej lawy młodości i na-dziei. Człowieku, życie jest pełne dupeczek, pięknych i głupich zarazem, które są jedynie po to, by je przelecieć w każdym miejscu tego pierdolonego świata. Nie chcesz z tego skorzystać? – nagle wstał i złapał kolegę za ramię. – Obudź się stary! Rozepnij rozporek i ruszaj biegiem przed siebie! Już czas!
Usiadł dysząc , sięgnął po chustkę z kieszeni spodni. Przetarł czoło.

Rozległo się pukanie w szybę . Założył słuchawki i westchnął usadawiając się frontem do mikrofonu.
- Czy to nie było piękne nagranie? – zaczął z uśmiechem. Jego twarz nagle zmieniła się całkowicie. Zmieniał nastroje wypowiedzi, właściwie po każdym zdaniu
– Zawsze ceniłem wiosnę w ramach starych zasad, poszukiwanie czegoś innego w utartym świecie. Tu pojawiło się coś, czego nie znałem , co porwało mnie, fado klasyczne, pochodzące z Lizbony, śpiewane zarówno przez kobiety jak i mężczyzn, znalazło w moim sercu miejsce, wypełniając je bez-granicznie. Uważałem, że to już wszystko co dało życie ale pojawił się Gipson. Posłuchajcie męskiego fado, prosto z Coimbry.
Machnął dłonią w kierunku szyby i odwrócił się do siedzącego za nim Irka.
- Mów, co chciałeś. Nie pozwoliłem ci dojść do głosu. Przepraszam.

Irek chrząknął i wstał.
- Siedź stary. – Kris zareagował przeciągając dłoń po spodniach.
- Chciałem ci powiedzieć – mówiący podrapał się po czubku głowy – że chciałem porozmawiać o twojej żonie.
Kris nagle spoważniał, po chwili uśmiechnął się, jeszcze raz zrobił dziwną minę, taką że to wszystko to jakiś żart.
- O mojej żonie? O Magdzie ? Czy zachorowała i opiekujesz się nią? Ścielesz jej łózko? - Stary, prze-stań się wygłupiać . O co ci chodzi?
Irek wstał przestępując z nogi na nogę. Widać było, że kolejne zdania sprawiały mu trudność.
- Chcemy się pobrać – wykrztusił wreszcie.
Zaległa cisza, gęsta i jakaś nienaturalna.
Kris skoczył w kierunku mówiącego. Słuchawki leżące na stoliku przed mikrofonem zaczepiły się kablem za pasek od spodni i szarpnięte, spadły na podłogę.
- Ty idioto, czyś ty zwariował? Ty pasujesz do Magdy jak wół do karety.
Pokrzykiwał jeszcze, złapał kolegę za sweter i zamachnął się ściskając pięść. Tamten uchylił się ze spokojna miną. Zaciśnięta dłoń rozpruła powietrze uderzając w pustkę.

- Kurwa.. – Kris krzyknął wściekły pochylając się nad podłogą - Moja obrączka. Spadła mi z palca, przez ciebie ty podrywaczu, ty … szukał maksymalnie wulgarnych określeń. Wyprostował się dysząc.
- Ty pasujesz do niej jak, …. – znowu szukał słowa – do tej wspaniałej, mądrej i pięknej kobiety, ty tępak, prostak, fizol od zwijania kabli, …ty….

Dyszał , patrząc w twarz Irka, który stał ze spuszczona głową, przyjmując obelgi ze spokojem.
- Gdzie jest moja obrączka?
Klękając mówił łamiącym się głosem :
- Musiała gdzieś tu spaść. To przez ciebie draniu, a ja ci ufałem, opowiadałem wszystko jak bratu, traktowałem jak przyjaciela. A ty kradłeś mi uczucia, spokój i żonę. Czy Magda o tym wie? – zapytał podnosząc głowę . Klęczał nadal opierając się jedna dłonią o podłogę., pokryta miękkim dywanem.
- Magda spakowała się i czeka na mnie w samochodzie – padła spokojna odpowiedź.

Na szybie reżyserki znowu wisiał przyklejony i przestraszony realizator wymachują rękoma i własnym zegarkiem.
Kris zerwał się z kolan i podbiegł do stolika przed mikrofonem . Złapał słuchawki wciskając je na głowę. Pokazał w kierunku szyby, że nic w nich nie słyszy. Popukał się znacząco w uszy i wtedy zauważył zerwany kabel.
- Nic nie słyszę – wrzasnął do szyby.
Czekał na zapalenie się czerwonej lampki, ale z reżyserki dolatywały jakieś przytłumione słowa. Reali-zator wymachiwał rękoma, potem ruszył w kierunku drzwi. Po chwili wsunął głowę do studia.
- Puściłem następną piosenkę , masz 3 minuty – powiedział nerwowym głosem.
- Urwany – Kris pokazał kabel machając słuchawkami. – Nic nie słyszę. To przez niego – powiedział wskazując na Irka.
- Przeze mnie?
- Tak, to ty wszystko pourywałeś, nawet moje życie i ten kabel. To przez ciebie zgubiłem obrączkę – dodał żałosnym głosem.
- Weź moją – odezwał się Irek.
- Twoją? Przecież jesteś żonaty.
- Już nie, rozwiodłem się kiedy poznałem Magdę.
Położył obrączkę na stole przed mikrofonem.
- Mnie jest nie potrzebna – dodał i szybkim krokiem wyszedł omijając tkwiącego w drzwiach realizatora. Po chwili i ten zniknął zamykając drzwi.
Kris został w studio sam. Usiadł na krześle. Oddychał z rezygnacją, wolno i głęboko. Próbował się uspokoić. Dopiero teraz zauważył warstewkę kurzu na stole, a głębiej, tuż przy wytłumionej ścianie a bardzo nieśmiałą, pajęczynę.
- Co chce w tym studio złapać, ten biedny pająk? – pomyślał z żalem. – Przecież tu nie ma ani jednej muchy. Powinienem mu przynosić – zdecydował.

Usłyszał pukanie w szybę. Szybko odwrócił się do mikrofonu. Na jego twarzy zakwitł uśmiech i popłynął równy i zdecydowanie sympatyczny głos.
- No i tyle na dzisiaj. Spotkaliśmy się jak zwykle w czwartek, wspólnie spędzając czas na podziwianiu kunsztu portugalskich artystów. Oczywiście nie jestem w stanie przedstawić wszystkich, ale zapewniam z jest ich jeszcze wielu i nie mniej wspaniałych. – Uśmiech na twarzy mówiącego rozkwitał, kiedy mówił .
- Moje spotkania ze słuchaczami są najcudowniejszymi chwilami w życiu, pragnę więc następnych i obiecuję, że w przyszły czwartek pojawię się znowu przed mikrofonem, z nieukrywana przyjemnością. Dzisiaj już się musimy pożegnać, a wiec do usłyszenia. Żegna państwa Krzysztof Bilski.

Machnął dłonią w kierunku szyby sugerując ostateczne opuszczenie tłumika w mikserze dźwięku.
Zaległa cisza. Siedział nie ruszając się z zamkniętymi oczami.
– Dzięki – padło przez interkom z reżyserki.
Nie zareagował. Sięgnął po leżącą na stole obrączkę i przewrócił ja w palcach. Wydawał się lekko ciepła. Położył ją na otwartej dłoni i otworzył oczy. Wydała mu się szeroka, chociaż nigdy nie zauważył jej na palcu Irka. Czyżby nie nosił na co dzień, a włożył jedynie na ich ostatnia rozmowę?
Znowu przetoczył ją między palcami.
Usłyszał uchylające się drzwi do studia.
- Zostajesz? – doleciało od progu. Nie odwrócił się, poznając głos technika.
- Chwile, zaraz wychodzę.
Drzwi zamknęły się.
Ciekawe, czy słyszeli rozmowę z Irkiem? – pomyślał - A jeżeli słyszeli to co? Nie powinien się tym przejmować, chociaż zapewne już jutro całe radio będzie tętnić od plotek na jego temat. I jak sprzątaczka znajdzie jego obrączką.
Wstał i zaczął chodzić po studiu. Było zupełnie cicho, kroki tłumił dywan i chropowate ściany. Zaglądał w kolejne kąty, pod kaloryfer, obudowany drewnianymi klepkami, odsunął nawet krzesło, na którym siedział przed chwilą Irek.
- To skurwiel – szepnął dotykając oparcia – tak mu ufałem, a on dupcił mi żonę. Frajer pieprzony. Pewnie to robił j, jak wyjeżdżałem, miał sporo czasu. Ale nie wie co go czeka. Jeszcze zobaczy co to za baba, jak zacznie narzekać, a poganiać, a przypominać, a wymagać, kremiki, perfumki i to nie byle jakie, ale te z górnych pólek.

Podszedł do stołu przed mikrofonem. Przykucnął, potem oparł się dłońmi o podłogę spoglądając z tej pozycji na cała podłogę. Nagle zrobiło mu się żal.
- Magda, nie była taka zła, potrafiła okazać się milą i pociągającą kobietą, jak chciał była słodka i miła, właściwie miała wspaniałe ciało, lubił ją dotykać, obejmować, pieścić..
Machnął ręka. Koniec ! Nienawidzę kłamców!
Wstał. Pal diabli obrączkę. Niech ją znajdzie sprzątaczka i najlepiej sobie weźmie. Mnie jest nie potrzebna – zdecydował.
Znowu zrobiło mu się żal tych lat, które przeżył z Magdą, nie mieli dzieci, bo nie miał na nie czasu, a i ona nie chciała. Może powinien zatrzymać ją, chociaż spróbować? Może jest jeszcze szansa? A co odpowie, jak go zapyta o obrączkę? Ma pokazać tą od Irka, czy powiedzieć, że zgubił?
Wstał i poprawił szalik. Szybkim krokiem podszedł do wieszaka i zdjął kurtkę.
- Tak. Muszę powalczyć. – zdecydował zapinając guziki – Magda nie nadaje się dla tego tępaka od zwijania kabli. Trzeba mu ją natychmiast zabrać!
Zawahał się. Jechać do niego? Jeżeli siedziała w jego samochodzie , to pojechali do niego.
- Gdzie mieszka ten palant? – zadał sobie pytanie. – Gdzie mam jechać? Kogo zapytać? Wszyscy z reżyserki już wyszli.
Poczuł w kieszeni drżenie telefonu. Wyjął aparat z nieudawaną wściekłością.
- Czego jeszcze chcesz Irek? – krzyknął do słuchawki.
Chwilę trwała cisza, potem odezwał się nieśmiało, daleki, trochę niewyraźny głos. Ktoś mówił słabo po polsku.
- Ci to pan Kris Bajilski?
- Słucham, to ja.
- Ja być menażer miss Corina Langou. Ona wants pana widzieć , jutro, tomorrow in Lizbona.
- Mnie? - Kris czuł, jak go cos zatyka w gardle.
- Yes, tomorrow. She, ona kupic ticket,dla pana na jutro do Lizbona.
- Tomorrow?
- Yes.

Rozmówca rozłączył się. Kris stał chwile bez ruchu, potem chwycił obrączkę ze stołu i rzucił nią nie patrząc gdzie leci. Nawet nie słyszał jak upadła, stłumił wszystko miękki dywan i chropowate, tłumiące ściany.

KONIEC




Przepraszam za ewentualne błety wynikające zze złego odczytywania tekstu z programu Word

Data:

 2016

Podpis:

 WN

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80266

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl