DRUKUJ

 

Ucieczka

Publikacja:

 18-02-27

Autor:

 Dzik13
W obozie było ciemno. Dochodziła druga w nocy i wszyscy więźniowie spali w barakach, z których nie dobiegał nawet najcichszy odgłos. Wartownicy bowiem, gdy tylko usłyszeli jakiś szmer, to wchodzili do baraku i budzili wszystkich, po czym musztrowali na dworze przez kilkanaście minut. Była zima i wyjście w nocy w cienkim pasiaku mogło doprowadzić do śmierci z powodu jakiejś okropnej choroby. Już niejeden więzień tak zginął w męczarniach..
Lecz nie wszyscy więźniowie spali. Trójka mężczyzn ubranych w futra skradała się między za barakami ku ogrodzeniu kolczastemu. Szli bardzo cicho, skuleni i co chwilę zatrzymywali się. W jednym momencie wartownik prawie ich zauważył, lecz w ciemności nie było nic widać. Poświecił słabą latarką w zupełnie inne miejsce i odszedł. Mężczyźni byli już tuż obok drutu kolczastego, gdy nagle usłyszeli kroki i odgłos rozmowy. Natychmiast padli na śnieg i słyszeli, że odgłosy były coraz głośniejsze.. Obok nich przechodziło dwóch Rosjan z wyłączonymi latarkami. Gawędzili oni w sowim języku, lecz uciekinierzy dokładnie wiedzieli, co mówią.
- Powtarzam ci po raz kolejny, Igor, że mam już dość służby w tym parszywym miejscu. Najchętniej rzuciłbym to wszystko i stąd uciekł. Już dwa lata tu służę, biję więźniów, do których w zasadzie nic nie mam i ani razu nie dostałem przepustki. Jest zimno, ponuro i nieprzyjemnie. Marzeniem moim byłoby stąd się wydostać.
- Nikita, nie myśl nawet o takich głupstwach, ty taki owaki sukinsynu! – warknął drugi strażnik. – Nie wiem, czy nie powiedzieć komendantowi Iwanowowi, co ci chodzi po głowie. Zobaczysz, że lepiej głośno nie wygadywać takich bzdur!
- Nie powiesz tego Iwanowowi! – zatrzymał się Rosjanin Nikita. – On mnie zamorduje! Albo mnie wyznaczy do najgorszej służby i będę pilnowany nieustannie. Nie ma surowszego niż Iwanow. To między innymi z tego powodu zamierzam stąd się wydostać.
- Aa, zamierzasz! – odparł widocznie zadowolony Igor. – No, to miarka się przebrała, zdrajco. Nigdy cię nie lubiłem i teraz z przyjemnością powiem komendantowi o twoich planach. Stąd nie da się uciec, kiedy niby i jak chciałeś to zrobić.
- Powiedzieć ci, Igor? – Nikita zbliżył się do strażnika. – Ja też nigdy cię nie lubiłem. I zamierzam uciec właśnie teraz. Nie śmiej się, sabako, nie żartuję.
Mówiąc to dźgnął Sowieta w brzuch nożem. Tamten jęknął głośno i padł na kolana. Patrzył się z niezrozumieniem na Nikitę, który wyjął z szyderczym uśmieszkiem nóź z jego brzucha i poderżnął zdecydowanym ruchem gardło Igorowi. Ten cicho jęczał przez chwilę, po czym zaniemówił.
- Śmieć Białoruski – rzekł Nikita i rozgrzebał ciało zamordowanego, z którego wyciągnął potężne obcęgi i zbliżył się do drutu.
Więźniowie leżący na śniegu przyglądali się temu wszystkiemu, zdziwieni, że Nikita ich nie zauważył. Rozcinał on obcęgami drut powoli i cicho, by nie zaalarmować innych strażników. Raz rozejrzał się, jednak w ciemnościach nie zauważył leżących jak trupy więźniów. Po chwili udało się zrobić dużą dziurę w drucie, przez którą cichaczem wymknął się Sowiet. Więźniowie przeczekali chwilę i wstali, po czym zbliżyli się do ciała Igora.
- Co za kretyn! – parsknął najmasywniejszy z nich, kapitan AK Gracjan Klaudiusz Fróg zwany „Szczerbcem”. – Nie wziął nawet broni swej ofiary. Nie miałem pojęcia, że Rosjanie mogą być tak skłóceni. Poszczęściło się nam, panowie! To Bóg zesłał tych strażników! Ale najpierw się stąd wydostańmy, a później dziękujmy Bogu. Weźmy rzeczy tego trupa. Przydadzą się nam w dziczy, przez którą będziemy uciekać. Tylko szybko, zaraz mogą tu przyjść inni wartownicy.
Żołnierzy rozebrali martwego strażnika i zabrali jego rzeczy. Mundur i czapkę-uszankę założył kapitan Jan Mickunas, po czym nałożył na siebie futro. Broń wziął Fróg, zaś podręczne rzeczy, latarkę, zapałki, nóż i kilka innych drobiazgów zabrał podporucznik Leonard Stacewicz „Sęk”. Szybko wyszli przez drut i znaleźli się w dzikim lesie.
- Uciekajmy na zachód! – powiedział Mickunas. – Zmylimy pościg i skręcimy na wschód, dostaniemy się do Riazania, gdzie zatrzymamy się u moich znajomych. Później pociągami towarowymi do Polski!
- Pytam po raz piąty, ale czy masz pewność, że można im ufać? – spytał „Szczerbiec”. – Nie chcę dostać kulki w łeb od jakiegoś sowieckiego szeregowego, którego wezwą, jak tylko nas zobaczą.
- Spokojnie, Gracjan! – odparł Mickunas. – Ufam im wystarczająco. To w końcu AK-owcy. Nie wspominałem ci, ale jeden z nich służył u ciebie w 3 Brygadzie…
- A to ciekawe! – ucieszył się „Szczerbiec”. – Ruszamy! Szybko, w drodze porozmawiamy.
Szli ponad godzinę przez gęsty, zaśnieżony las, zapadając się co chwilę we śniegu, lecz wreszcie dotarli do jakiejś wioski. Obeszli ją, by nikt ich nie zauważył i ruszyli dalej.

Kapitan Iwanow uderzył pięścią w stół. Jego brodata twarz była cała purpurowa. Spojrzał się morderczym wzrokiem na porucznika Nitckiewsky’ego i wykrzyknął pełnym złości głosem:
- Uciekli i zamordowali strażnika?! Powtórz, bo chyba się przesłyszałem! Trzech więźniów uciekło, zamordowali jednego strażnika, później zabrali mu obcęgi i przecięli drut i porwali jeszcze jednego? Tamtego zadźgali nożem? Skąd, blat, oni wzięli nóż?
- Nie wiem, może ukradli? – wzruszył ramionami Nitckiewsky. – Strażnik Ambensky martwego strażnika Grobscowica, który miał obchód z Popowem. Nie miał munduru, broni, latarki i jakichś drobiazgów. Drut był przecięty, a obok leżały obcęgi. Po Popowie ani śladu… Natychmiast mnie zawiadomiono i kazałem obstawić wartą tą lukę. Zaraz sprawdzimy, kogo nie ma i wyślemy pościg.
- Wejdźcie najpierw do baraku, gdzie śpi Fróg, Mickunas i Stacewicz! Domyślam się, że to oni. Po śladach poprowadzę osobiście pościg z psami! Nie mogli uciec daleko! - wrzasnął Iwanow i wyszedł nakładając na siebie gruby płaszcz.

Żołnierze biegli przez całą noc. Świtało już i las powoli się rozjaśniał. Minęli trzy wioski i stwierdzili, że w następnej mogą już się na chwilę zatrzymać, by odsapnąć i odpocząć choć chwilę. Nie mogło to jednak trwać długo, gdyż pościg był zapewne niedaleko.
I gdy tak truchtali, nagle usłyszeli stanowczy, rosyjski głos.
- Stać! Jeden ruch a was wystrzelam! Polskie sabaki!
Żołnierze błyskawicznie odwrócili się w stronę, z której dochodził głos i zobaczyli Rosjanina w futrze z karabinem w dłoni, którym celował prosto na podporucznika Stacewicza...
„A więc jednak nas dopadli”, pomyślał Fróg, „Nie widzę jednak więcej Rosjan. Może uda się odwrócić jego uwagę i go zastrzelić. Choć odgłos strzału zawiadomi innych. Panie Boże, wesprzyj nas w tej trudnej chwili”
- Stójcie, jak stoicie! – warknął Sowiet. – Ostrzegam was, podziurawię was ołowiem, jeżeli nie posłuchacie. Uciekinierzy z obozu, proszę, proszę… Tak daleko zaszliście. Należą się wam gratulacje.
- Ty jesteś Nikita! – powiedział nagle Stacewicz. – Zabiłeś swojego towarzysza i uciekłeś…
- Skąd to wiesz, taki owaki?! – Nikita machnął karabinem. – Głośno o tym w obozie?! Wiedzą, że to ja?! Gadaj!
- Słyszeliśmy rozmowę i widzieliśmy morderstwo! – odpowiedział szczękając lekko zębami Stacewicz. – Nie wiem, czy wiedzą, że ty zabiłeś Igora.
- Nigdy się nie dowiedzą! – zaśmiał się Nikita. – Ale, dopóki żyją świadkowie, to prawda może wyjść na jaw! Cóż, może myślą, że wy zabiliście strażnika, porwaliście mnie i uciekliście. Wiecie co teraz zrobię? Zastrzelę was i opowiem historyjkę Iwanowowi, w której porwaliście mnie i gdy zatrzymaliście się na chwilę odpocząć, udało mi się zabrać leżący na śniegu karabin… Wrócę do łask komendanta i awansują mnie, odznaczą i przeniosą w inne miejsce, nie będę musiał uciekać! Jakieś ostatnie życzenia?
- Masz? – spytał Fróg i niewiarygodnie szybkim ruchem wyjął spod futra pistolet i strzelił do Nikity, który nawet nie zdążył się zorientować, co się dzieje. Padł na śnieg i wypuścił z rąk karabin. Z jego piersi wypływał strumień krwi.
- Nic nie masz do więźniów tak? – kapitan Gracjan Klaudiusz Fróg „Szczerbiec” pochylił się nad konającym strażnikiem. – Kłamca i idiota. Nikt by ci nie uwierzył, gdyby zobaczyli ślady na śniegu. Ośmieliłeś się nastawać na życie oficerów Armii Krajowej. Wiesz kim byłem, Nikita?
Umierający Rosjanin pokręcił lekko głową.
- Otóż ja, kapitan Gracjan Klaudiusz Fróg, byłem dowódcą 3 Brygady Wileńskiej AK. Praliśmy szkopów jak pranie i bali się nas jak ognia. Później przyszli Sowieci – kontynuował „Szczerbiec”. – Mieliście nam pomóc w walce z Niemcami, udawaliście przyjaciół. I po wspólnym wyzwoleniu Wilna aresztowaliście nasz sztab! I zesłaliście nas do obozów, gdzie mieliśmy umrzeć z zimna i chorób! Pieprzeni Ruscy! Nie spocznę, dopóki Polska nie będzie wolna od waszej okupacji! Niech Bóg cię teraz sądzi, Sowiecie przebrzydły!
Mówiąc to, Fróg wycelował w Nikitę pistolet i strzelił mu w nogę. Ten ryknął z bólu. Fróg strzelił drugi raz, w rękę. Nikita znów ryknął. Stacewicz podał mu karabin i Fróg strzelił mu prosto w czoło.
- Jeden cholerny Rusek mniej! – warknął. – Idziemy, obława mogła usłyszeć strzały. Bierzcie jego ekwipunek! Ruchy, bo zaraz tu mogą by te pieski stalinowskie… Tak nazywał czerwonych jeden z moich szwadronowych, „Bury”. Ruszamy panowie! Ku miastu!

Obława Rosjan pędziła przez las z psami. Na śniegu wciąż widniały ślady zbiegów, więc strażnicy wiedzieli gdzie iść. Na tyle szedł kapitan Iwanow, burcząc coś pod nosem.
- Wiedziałem, że to oni! – powiedział nagle. – Fróg, Mickunas i Stacewicz. Zawodowcy… Zwłaszcza ten Fróg. Biliśmy go, przesłuchiwaliśmy, a on nic. W końcu był dowódcą 3 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej, a to twarde sabaki były. Dał się schwytać jednak jak dziecko, na odprawie dowódców z naszymi. Znosił warunki w obozie jak gdyby nigdy nic. Niedźwiedź prawdziwy, niewiele brakuje bym zaczął go szanować. Ale to Polski śmieć, nic nie warty, jak inni z jego narodu. Podobnie jak ten cały Mickunas czy Stacewicz. Nie zwracałem na nich uwagi, nie wyróżniali się tak jak „Szczerbiec”, ale słyszałem o nich wiele ciekawych historii. Widać, że to zawodowcy, skoro udało im się uciec tak daleko.
- Niedługo ich dorwiemy, kapitanie! – odparł Nitckiewsky głaszcząc się po wąsie. – Lada chwila i będą nasi. Może nawet czekają na nas, zamarznięci i martwi…
- Skoro zorganizowali nóż, to futro też mogli! – parsknął kapitan Iwanow. – Nie są takimi idiotami, by uciekać na pewną śmierć. Coraz bardziej też wątpię w to, że ich złapiemy. Trzeba będzie nadać komunikat, by poszukiwano ich na całym obszarze kraju. Pewnie będą chcieli uciec do Polski. Ale głupi nie są, zapewne mają jakieś kontakty w mieście i ktoś może zorganizować im wywóz. No cóż, gonimy ich już ponad cztery godziny. Zaprzestaniemy tego w następnej wsi, to nie ma raczej sensu. A w tej wsi mogli się schować i odpocząć, w końcu żyjący w takich warunkach, jakie im dobrotliwie zapewniliśmy nie mogą się równać z nami, jeżeli chodzi o kondycję.
- Panie kapitanie! – krzyknął nagle jeden z żołnierzy. – Saszka coś znalazł.
- O, mówiłem! – wyszczerzył zęby Iwanow. – Nareszcie!
- Ależ pan mówił, że….
- Milcz, Nitckiewsky. Mówiłem to co ja mówię, że mówiłem. Co tam jest?
- Tam... Są zwłoki, kapitanie…
- Nagie? Mężczyzna? – Iwanow zbliżył się do prowadzącego psa żołnierza.
- Niech pan sam spojrzy.
Na śniegu leżało ciało ubranego bardzo cienko mężczyzny. Nie miał munduru, ani grubego ubrania. W jego ciele były cztery dziury od pocisków, w tym jedna na czole.
- To Popow, czy jak on tam miał! – warknął Iwanow. – Cholera, po co ci tacy owacy zabili go tu, skoro mogli to zrobić wcześniej? Przestał być potrzebny, jeżeli w ogóle był? Próbował uciec? To nieistotne. Idziemy, ciało zostawcie na śniegu. Niech się rozkłada, nie mamy czasu go chować, a poza tym nie zasłużył na to, dał się rozbroić trzem więźniom. Niedaleko będzie ta wieś.

Gdy zbiedzy doszli do wsi, skręcili na drogę leśną, która prowadziła na północny wschód. Początkowo zastanawiali się, czy by się nie zatrzymać, jednakże zrezygnowali, bojąc się nadciągającej obławy. Już niedaleko było miasto, przeszli jakąś połowę drogi. Tam mieli się spotkać ze znajomymi kapitana Mickunasa i wyruszyć do Polski pociągami towarowymi. Przeszli obok drogowskazu na Riazań i po pięciu godzinach nieustannego marszu zapukali do drzwi pana Pyratta Malinovsky’ego w Riazaniu. Otworzył im młody mężczyzna w okularach.
- Tak? – spytał. – Czego panowie chcą?
- Rufus, nie poznajesz mnie?! – jęknął Mickunas. – To ja, „Sterling”.
- Nie wierzę, uciekliście?! – krzyknął Rufus. – Czy was zwolnili? Chodźcie do środka, wszystko opowiecie mi i Zenonowi. Mieszkamy tu w mieszkaniu zmarłego rosyjskiego żołnierza, a w całej kamienicy mieszka jeszcze tylko jedna rodzina i to też Polacy. Będziecie tu bezpieczni, zapraszam, zapraszam! Pan to kapitan „Szczerbiec”, a pan podporucznik Stacewicz? Proszę wejść, śmiało.

Rosjanie przeszukali całą wieś i nic nie znaleźli. Kapitan Iwanow wściekły wezwał samochód z obozu, który odwiózł go i Nitckiewsky’ego na miejsce. Reszta żołnierza musiała wrócić piechotą wzdłuż leśnej drogi. Gdy tylko wóz z dowódcą odjechał, wkroczyli do jednej z chat i zażądali wódki…
Jadący Iwanow ciągle klął i wymachiwał pięścią. W głębi duszy był pewny, że w wiosce zastanie uciekinierów, mimo że nie okazywał tego przy podkomendnych. Okazało się jednak, że trzech polskich oficerów, wycieńczonych prawie dwuletnim pobytem w niewoli, uciekła wyszkolonym i sprawnym sowieckim żołnierzom. No cóż, może schwyta się ich gdzie indziej? Ktoś pewnie kiedyś ich aresztuje i pożałują swojej ucieczki. Ktoś twardy i okrutny…

Kapitan Gracjan Klaudiusz Fróg „Szczerbiec” został aresztowany w 1948 w Polsce, do której dotarł z towarzyszami pociągami towarowymi. Po męczarniach w ubeckich katowniach został skazany na śmierć. Wyrok wykonano 11 maja 1951 w Więzieniu Mokotowskim. Jego towarzysze przeżyli i zmarli z przyczyn naturalnych w okupowanej Polsce.

Data:

 27.02.2018

Podpis:

 Dominik Skibiński

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80920

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl