DRUKUJ

 

Trudna miłość

Publikacja:

 18-03-08

Autor:

 jolsokolowska079sok
Początkowo wszystkie myśli skupiają się na miłości. Później miłość skupia się na myślach.

Albert Einstein


****

Siódma. Pusto na hotelowych schodach, pustawo na ulicach Rzymu. Wyraźnie słyszę dźwięk komórki. Najpierw nieśmiały, jakby z przesłyszenia, ale narasta. To Natalie.

— Może to nie najlepszy czas dla ciebie na oglądanie kaplicy Sykstyńskiej? — odzywa się ostrożnie.

Nie mam wiele czasu na myślenie.

— Każdy jest dobry — odpowiadam zachwycona.

Po godzinie jesteśmy na miejscu. Jak okiem sięgnąć na ścianach, sufitach i plafonach wiją się freski Michała Anioła. Przeszło trzysta postaci przyprawia perfekcją rysunku o zawrót głowy. Obrazy nakładają się na siebie, sumują bez końca, oszałamiają kolorami. Zdaje się, że mówią językami ludzi i aniołów. Szukam mglistych porównań, wnikają do każdego zakątka duszy. Czas nie istnieje. Płynę gdzie indziej z innymi. Serce pika. Pożeram wzrokiem scenę z Księgi Rodzaju. To, co dotąd wydawało się wielkie, w jednej sekundzie okazuje się ogromne. Ogarnia fala gorąca, zaparowują szkła okularów, oczy pieką. Z masy ciał splątanych na freskach, z ich oczu, rąk emanuje jakaś niezwykła energia. Robi mi się błogo i ciepło, staram się nie zamknąć oczu, żaden sen nie był bardziej uroczy. To wielka sztuka, tak doskonale uchwycić ruch i mimikę twarzy! Talent i pasja... Coś świta w skołowanej głowie; próbuję odgrzebać w pamięci obrazy słynnych rzeźb mistrza. Jest ich tak wiele. Staje przed oczami Pieta Watykańska, jedyny wykończony przez genialnego rzeźbiarza pomnik. Jedni nazywają ją bóstwem, historycy sztuki mówią o nim elegancki. "Kto, nie widział Kaplicy Sykstyńskiej, ten nie może mieć pojęcia, do czego zdolny jest tylko jeden człowiek." Czy do tych słów Wolfganga von Goethego można dodać coś więcej?

Moje szczęście nie trwa długo. Zwiedzających kaplicę z każdą minutą przybywa. Czuję woń ludzkich ciał. Każdy zachowuje się, jakby był sam na świecie. Nabieram powietrza, gdy gruba jejmość pępkiem świata nazywa kaplicę jak również jakąś wyspę na Pacyfiku i jeszcze jedno miejsce, którego nazwę natychmiast zapominam, bo nigdy nie kojarzyłam jednego z drugim. Nawet, bym nie wpadła na taki pomysł, grzmię w duchu.

Mąż przytakuje oxfordzką angielszczyzną. Obok słów podziwu dla kunsztu mistrza wylewa z siebie oburzenie i dezaprobatę dla wielości nagich ciał widniejących na freskach. Oto życie. Czasem wyobraźnia przerasta świat, który nas otacza i w tym tkwi problem, przemyka. Duszno. Oczy łzawią. Chce mi się pić. Nastroju nie poprawia muzyka sącząca się z niewidzialnych głośników.

Rozluźnijcie mięśnie ud i pośladków, spójrzcie na ten cud inaczej, mam na końcu języka. Zniecierpliwienie z każdą chwilą kumuluje się, to zły znak. Widzę, jak Natalie toruje sobie drogę w tłumie. Jej wzrok szuka moich oczu. Nasze spojrzenia spotykają się.

— Papież Paweł IV polecił dwóm innym artystom, Daniele da Volterra, zwanemu później majtkarzem, oraz Girolamie da Fano, na miesiąc przed śmiercią Michała Anioła, zakrycie gorszącej nagości.

— Dobrze, że chociaż ty nie poddajesz. Tego arcydzieła za jednym razem nie da się obejrzeć, nawet po łebkach. Już dłużej nie mogę — stwierdzam i zrezygnowana przysiadam na jedynym, wolnym krześle.

Natalie nachyla się i mówi szeptem.

— Michał Anioł uwiecznił ją na fresku, o tam, widzisz? To ona, Vittoria Colonna. — Pokazuje ręką. — To niezwykłe wyróżnienie dla kobiety, z uwagi na czasy i miejsce. Wierz lub nie, ale dwaj badacze renesansu, Benjamin Blech i Roy Doliener, postawili tezę, że postać kobieca, na którą patrzy Madonna z fresku Sąd Ostateczny, ta ukryta nieco za rusztem św. Wawrzyńca, to właśnie ona. Z Michałem Aniołem łączył ją namiętny romans.

Kręcę głową z niedowierzaniem. Będę miała, co opowiadać w domu. Zapisuję na kartce, zaraz po powrocie do hotelu.


****

Z absolutną pewnością, już wtedy wiedziałam, że wrócę do tematu i coś napiszę. Na drugi dzień, rano, jeszcze w hotelu, wyjęłam kartkę. Piękno. Dobro. Prawda. O, fuck!6. To wszystko, czego mi potrzeba, będzie opowieść o miłości, związku tych dwojga, cała reszta to detale...

Prawie rok temu napisałam pierwsze zdanie, nie porzuciłam pomysłu, motywowała mnie ciekawość. Moja opowieść formowała się mozolnie, upadała regularnie, roztrzaskiwała się w miał, aby odżyć na nowo. Niczym upiorny feniks, niezadowolony ze swojego kształtu i wiecznie gotów do zmartwychwstania z niepoddających się spopieleniu plików5. Ale wcale nie byłam tym sfrustrowana, potrzebowałam czasu, żeby dojrzeć. W głowie dopiero kształtował się zarys opowieści. Wpadałam w ciemną otchłań domysłów. Może wystarczy zaufać słowom, pocieszałam się, ślęcząc nad laptopem. Pojawiły się i znikały pierwsze akapity, ciągle byłam niezadowolona, niespokojna, nic się nie kleiło. Chodziłam jak struta, najchętniej to moje pisanie wepchnęłabym na dno śmietnika. I wtedy stało się nieoczekiwane. Mój syn czasem przegląda nowo powstałe dokumenty na moim laptopie. Taki nawyk sobie wyrobił, a z tym akurat nie walczę. Zachwycił się moim pisaniem. Może ma rację, chociaż nie zawsze ją miewa, przemknęło. Słowo zaczęło stawać się ciałem. Skoro odważyłam się na A, trzeba powiedzieć M, postanowiłam ambitnie.

Nazajutrz o dziesiątej rano, kiedy weszłam do pokoju, znowu zastałam Zbyszka przy moim biurku. Popatrzył na mnie uważnie. Widziałam, że chce porozmawiać. Uśmiechnęłam się.

— Mogę ci zająć chwilkę? — spytał.

Przytaknęłam w milczeniu, wskazując kanapę. Usiedliśmy wygodnie. Od razu zaczął zasypywać mnie pytaniami. Po godzinie dyskusja się rozpaliła.

— Nie mam pomysłu na tytuł. Co sugerujesz?

— Proponuję, miłość. Jestem tego pewien. O Boże! Nie sądziłem, że to kiedyś powiem.

Kto by pomyślał? On i romanse. Ten zagorzały przeciwnik kobiecej literatury?

Zdziwiona wybałuszyłam oczy, śmiejąc się bezgłośnie. Podwinęłam nogi, byłam szczęśliwa. On się rozgadał jak nigdy. Wypiliśmy morze herbaty. Kolana miałam jak z waty, kosmyki włosów z przejęcia opadły na twarz. Na zewnątrz pełna entuzjazmu, wewnątrz byłam maksymalnie skupiona.

— Tak, za późno na odwrót, zaszłaś za daleko. Porzuć wątpliwości. Pisz, nie bój się trudu — przekonywał.

Byłam zaskoczona, popatrzyłam podejrzliwie zza okularów.

— Niepokoi mnie tylko, że miłość dojrzała nie jest najlepszym tematem, ponieważ może jej brakować intensywności charakterystycznej dla namiętności młodości.

— Nie zrażaj się. To chodzi o właśnie ten rodzaj miłości, czyli więź, która powstaje między partnerami w dojrzałym związku. Opiera się bardziej na kompletności i zaufaniu niż na intensywnych emocjach.

— Jasne, jasne...

Spojrzałam na syna z zainteresowaniem. Do niedawna był jeszcze dzieciakiem, kiedy dorósł — nie wiadomo. Takie rzeczy często umykają mojej uwadze.

— Właśnie wybieram się po pizzę, weźmiesz śródziemnomorską?

Skinęłam głową. Kiedy usłyszałam, że wychodzi, przemyłam oczy zimną wodą. Rozluźniłam się, czując niewymowną ulgę. Od tego momentu prace nabrały tempa. Wzięłam kilkanaście dni urlopu. Nagle stałam się lżejsza i wytrwalsza. Musieli się jakoś spotkać, wcześniej zakochać, po prostu byli z sobą szczęśliwi. Nie będzie to od razu opis splecionych ciał polewających się szampanem, powoli. Muszę się im przyjrzeć, odkryć prywatną legendę, pokopać w przekazach. Koniec końców na fragmencie fresku trudno zbudować fundament miłości. Potrzebuję więcej informacji! Zabrałam się za przeszukiwanie Internetu i archiwów. Szukałam po omacku, przekazy były skąpe, zdawkowe. Czasem brakowało sił, ogarniało zwątpienie, ale pracowałam bez wytchnienia. Skazywałam się na ciągłe próby z intuicją, jak z pilotem. Najtrudniejszą była lekcja cierpliwości i opanowania, bowiem pisanie nie polega jedynie na wyrażaniu myśli, to także głęboka zaduma nad każdym słowem i zdaniem. Z początku postacie Michała Anioła i Vittorii Collona były nieuformowane, całe, jakby z mgły i marzeń, prawie nie docierał do mnie ich głos. Chyba bohaterowie tego chcieli. Aż znalazłam wypowiedziane przez mistrza zdanie, to było tak, jakby dobra wróżka dotknęła ramienia różdżką: Miałem pecha zakochać się w najcudowniejszej kobiecie, jaką kiedykolwiek spotkałem. Ona była czystą poezją i geniuszem5.

Odkrycie dobrze wróżyło, wysiłek się opłacił, nawet bardzo. Przyszła myśl, że na wstępie przedstawię pokrótce moich bohaterów, potem przejdę do sedna.

Kim był, więc Michelangelo Buonarroti?

Niewątpliwie jednym z najwybitniejszych artystów wszech czasów. Nie mając dwudziestu lat, dokładnie wiedział, co jest jego powołaniem11, napisał jeden z biografów mistrza. Był człowiekiem ogromnie zamożnym, ale też niesłychanie pracowitym. Wszędzie, gdzie przebywał tworzył: rzeźbił, malował, pisał. Talentów miał znacznie więcej niż każdy inny człowiek. Tworzył w każdym materiale. Jeden z Medyceuszy w zimie roku 1493 zlecił mu wykonanie bałwana ze śniegu, no i ponoć go ulepił. Bałwan przetrwał całą zimę, z oczywistych powodów nie przetrwał do naszych czasów. Niestety podobny los spotkał wiele wczesnych dzieł Michała Anioła, które wykonał podczas pobytu na dworze Medyceuszów. Z kronik wiedziałam, że stworzył wtedy posąg Herkulesa, o wysokości 2,5 metra. Te arcydzieła, które pozostały, świadczą o absolutnej wielkości mistrza. Jednocześnie ci sami kronikarze bezlitośnie mu wytykali, że był odludkiem, mężczyzną o trudnym charakterze, nie miał daru zjednywania sobie przyjaciół. Brzydki, ze złamanym w młodości nosem, nikłej postury, chorowity, wybuchowy, opętany wyłącznie swoją sztuką, zrażający sobie wszystkich, także możnych mecenasów7. Neurotyczny geniusz renesansu. Swoją legendę tworzył już za życia, a lansowany przez niego przydomek był odzwierciedleniem jego narcyzmu i megalomanii, powiedział w wywiadzie dla Deutsche Welle, profesor Arnold Nesselrath.

Może opinie są tendencyjne, krzywdzące, rzucone mimochodem, czasem niejednoznaczne? Co stanowiło ich postawę? Męczyły pytania i odpowiedzi, zapadały w pamięć, przyprawiając o dreszcze. Nie tak sobie wyobrażałam mistrza. Wizerunek, opisywany przez poważanych historyków sztuki, całkowicie zaskoczył. Ponura zagadka. Być może, Michał Anioł był egoistyczny i próżny, ale niepozostawianie na geniuszu suchej nitki bolało, dostawałam fiksacji. Ale drążyłam dalej, klucząc po grząskim gruncie, wielokrotnie z twarzą czerwoną jak kapłańska stuła. Na szczęście, nikt nie widział łez bezradności. Wiedza nie puka do drzwi sama, trzeba się natrudzić... Liczą się marzenia, jutro ci przejdzie, niebo się jeszcze nie wali. Zrobisz z siebie pośmiewisko, zajmij się czymś innym..., tłukło się po głowie. Postanowiłam ukoić smutki w barze. Pomogło, już po jednym kieliszku wina.

— Nie było co wpadać w panikę, taką drogę wybrałam, to mam za swoje. Zapewne, byłoby łatwiej ze znużonym życiem amatorem whisky lub dystyngowaną Angielką o miękkich włosach — mruczałam, wracając do domu rozświetloną ulicą.

Za progiem pozostały rozterki, powrócił optymizm. Spojrzałam zza okularów na stertę papierów leżących na biurku, padał na nie snop światła. Uśmiechnęłam się szeroko. Czy krytyczne opinie przesądzają sprawę? Co się dzieje w głowie człowieka, który robi coś takiego? Kierując się logiką: czy wielki człowiek, gbur i co tam jeszcze, nie kocha, nie chce być kochany, nie ma pragnień, jest głuchy na prawa natury, nie cierpi, nie miewa przygód czy wreszcie nie ma odrobiny poczucia humoru?

Wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo lektury kształtują wyobraźnię.

A kim była, kochanka i muza Michała Anioła, Vittoria Colonna?

Ogromne połacie jej życia to białe plamy. Co czuła? Co myślała? Nurtowały pytania, pojawiały się i znikały obrazy. W głowie miałam istny mętlik. Nie wiedziałam czy pisać prawdę, czy puścić wodze fantazji. Decyzja zawsze należy do pisarza. Fikcja literacka, w tym przypadku, mogła być różnie odczytana. Nie wypada, będzie szum, a tego nikt nie chce. Stracić wiarygodność, to nie przystoi. Ale skoro on już za swojego życia był określany mianem, divino — boski, to jego muza nie mogła być córką rzeźnika czy stolarza.

Na pewno była kobietą niezwykłą: mądrą, błyskotliwą, wykształconą, dumną i piękną, mającą poczucie własnej wartości. Czysta i piękna, uczona w łacinie i wysoka na duchu, posiada wszystkie cnoty i zalety, jakimi szczycić się może niewiasta. Należała do rzędu najdostojniejszych i najsławniejszych niewiast w Italii i w Europie. Michała Anioła spotkała między rokiem 1536 a 1538 9. Michał Anioł pracował wówczas nad Sądem Ostatecznym 3, twierdzą badacze. Miała wtedy czterdzieści lat, była w kwiecie wieku. To jeszcze nie czas, by rezygnować z miłości. Młoda, bogata wdowa zaskarbiająca z łatwością względy i poparcie, mająca silnych, wpływowych sojuszników. Niewątpliwie musiała budzić pożądanie.

Tyle czasu spędził, czekając na nią? Tył, łysiał, tracił urok? Rok po roku? Musiała mieć również piękną duszę...

I nie myliłam się. Po śmierci męża Vittoria szukała pocieszenia w wierze, była wielce pobożną osobą, uważaną powszechnie za damę bez skazy, o odpowiednim, dobrym rodowodzie i rodzinnych koneksjach. Wspierała zakon Świętego Ignacego Loyoli. Spotykała się także z kilkoma przedstawicielami reformacji między innymi z Hiszpanem, Giovannim Valdesem. Vittoria nigdy nie odeszła od wiary katolickiej, ale uważała zmiany w Kościele za konieczność. Jej poglądy na reformację oraz ewangelickie wartości – prostotę, czystość oraz ubóstwo spowodowały, że Watykan stale ją szpiegował. Vittoria całe dnie spędzała w klasztorach. Zamieszkała nawet z mniszkami w klasztorze św. Katarzyny w Rzymie, przy Via dei Funari. Jej wykształcenie i twórczość poetycka skupiły w końcu wokół niej grono intelektualistów. Spotykali się przy klasztorze św. Sylwestra na Kwirynale, gdzie prowadzili dyskusje teologiczne, artystyczne, a nawet polityczne. Warto pamiętać, że trwała wówczas kontrreformacja, a przemiany w Kościele katolickim interesowały wówczas wielu intelektualistów. Jej wiersze i sonety były kopiowane i studiowane jeszcze za jej życia. Miała oddanych uczniów i wielbicieli swojego talentu4. Przetrwały anegdoty o podkochujących się w niej mnichach, których przed nieczystymi myślami ratowały wzmożone studia nad Pismem Świętym.

Czy Michał Anioł był jednym z nich? Może to był związek oparty tylko na intelektualnych dyskusjach? Musiał być bardziej intymny, bo przetrwał kilkanaście lat. Michelangelo był przy jej łóżku, gdy umierała. Wcześniej podarował w prezencie, dwa swoje cenne rysunki. We wzruszającym sonecie pamięci napisał: Natura, która nigdy nie miała tak pięknej twarzy, pozostała zawstydzona, a łzy były w oczach wszystkich8.

Byłam podekscytowana odkryciem. Ulżyło, wypuściłam powietrze.



****

Minęły dwa miesiące wytężonej pracy. Temu, co dotychczas napisałam przyglądałam się z dezaprobatą. Połowiczny sukces, ciągle jakiś niedosyt, mówiłam sama do siebie. Anemiczny tekst nie brzmiał dobrze, pomysł nie podobał się do końca. Absurd, bzdura, lepiej przejrzyj na oczy, cisnęło się na usta. Krążyłam wokoło laptopa bez celu, niczym błędny rycerz, który ratuje, co rusz komuś skórę. Wszystko poszło nie tak, zapaliło się czerwone światełko. Próbowałam się uśmiechać, ale w ciągu jednej nocy mój świat stanął na głowie.

— Opowieść o miłości nie powinna w pierwszym zdaniu zawierać słowa irytacja. Musiałaś upaść na głowę — dźwięczało w uszach, ledwo panowałam nad zniecierpliwieniem.

— Takie sprawy często się komplikują — tłumaczyłam się sama przed sobą.

— Morderstwo bohaterów jest łatwe. Lepiej opisałabyś nienawiść do świata. Zrób porządek w głowie — skrzeczał dalej wewnętrzny głos.

— Akurat, nie ma we mnie nienawiści do świata. To świat nienawidzi mnie. Proszę, jeszcze poczekaj, przyjdzie pora — uspakajałam, prostując mankiety bluzki. — Teraz przed laptopem siedzi już inna osoba, surowa w ocenach, inteligentna — dodawałam sobie otuchy.

— No dobrze, może na coś to ci jeszcze przyda.

Nie chciał odpuścić, zrezygnować. Wcześniej był mi potrzebny.

— Przestań na chwilę, bo mnie boli głowa — wysapałam, czując, że umieram dla świata. A on nic, powtarzał od nowa.

Moja twórcza blokada pogłębiała się. Zresztą tak jest zawsze, tylko dotąd nie zwracałam na to uwagi. Pisanie kosztowało mnie wiele wysiłku: siedzenia w jednej pozycji, wyciszania duszy, uświadomienia swoich zamiarów, uszanowania każdej litery w każdym słowie. Nauczyłam się tego wszystkiego, czego mogłam się nauczyć. Wybrałam temat ambitnie, ale i tak wszystko na próżno. No i co mam zrobić dalej z opowieścią, nie umiem się z nią pożegnać? Myśli przyprawiały o ból głowy, zostawiały pustkę, oczy kleiły się ze zmęczenia. — Może przyjdzie moment i staną się literą, tuszem papierem, słowem... i znużona usnęłam z rękami na klawiaturze.

****

Nie wiem, co powiedzieć. Brak słów. Na wspomnienie tego snu przechodzi mnie zimny dreszcz. Dałam się wciągnąć w jakieś diabelskie sztuczki, albo w końcu zwariowałam?

Oto, co mi się przyśniło:

Wszystko wokół mnie tętni życiem, znowu jestem w Rzymie, w kaplicy Sykstyńskiej. Widzę Michała Anioła. Maluje sklepienie kaplicy, leżąc na rusztowaniu, farba spływa mu na twarz. Na fresku, w scenie Sądu Ostatecznego przedstawia siebie, jako św. Bartłomieja, świętego cierpiącego, z obdartą skórą. Pojawia się papież. Buonarroti z trudem toleruje jego obecność. Na zniecierpliwione pytanie papieża, kiedy ma zamiar skończyć swe dzieło?

— Kiedy będę mógł — odpowiada.

Papież wychodzi, zapada cisza. Buonarroti wciąż jest zajęty, skupiony, prawie nie schodzi z rusztowania, jest maksymalnie skoncentrowany na pracy, na nic nie zwraca uwagi. Czuję się nieswojo, mięśnie mi sztywnieją. Nie przestaję myśleć, szukać powodu, dla którego się tu znalazłam. Jedno pytanie goni drugie. Moje milczenie jest nieprzyjemne i nic nie daje.

Wreszcie zainteresował się moją osobą. Wytrzymam i nie odwrócę wzroku. Pieprzony gburze, nie udowadniaj, że jesteś kimś lepszym. Patrz sobie, do woli! Czuję, że moja irytacja sięga zenitu, nie mogę się opanować.

— Myślę, że wiem. Czekałeś, latami czekałeś na nią, cierpliwie. Nie ponaglałeś, nie śniła ci się po nocach, nie pojawiała w lustrze, nie gładziłeś jej włosów, wystarczał ci tylko twój świat. Nie było, po co się spieszyć, tak? Wiedziałeś, że nie będzie chciała zasnąć z nikim innym. W końcu się doczekałeś! Powiedz, jak to było, kiedy przecięły się wasze ścieżki ? Zrobiło się cieplej? Przecież, tam gdzie była ona, zawsze było ciepło, prawda? Czy ona się nie bała? Ile gotów byłeś dla niej zrobić? Odeszła tak nagle! — wybucham.

— Gdziekolwiek była ona, tam był raj. Tylko nasz, własny — odzywa się, starannie artykułując każde słowo.

Głos zdaje się dochodzić ze wszystkich stron naraz, potem, gdzieś z głębi świadomości. Cichnie stopniowo, matowieje, roztapia się, aż wydaje się podobny do brzmienia własnych myśli.

Nie wierzę! Czemu mi to mówisz? Czy to chciałam usłyszeć? Jesteś smutnym facetem. Wychodząc z kaplicy, wpadam w drzwiach na dziwnie ubraną, nieznajomą kobietę. Na pewno nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie jej dłoń zaciśnięta w teatralnym geście, zupełnie, jakby chciała odpędzić wrogie widziadła lub dać odpór czemuś niewidzialnemu.

— Masz mnie opłakiwać... zawsze... aż sam umrzesz.

To są jedyne słowa nieznajomej. Brzmią jak komenda... Jakby rozkazywała, żeby Buonarroti podniósł głowę i ją zobaczył. Gałki jej na pół otwartych oczu zamierają w bezruchu, płytki oddech się urywa. Na mnie nawet nie spojrzy. Otrzepuje z kurzu szeleszczącą czarną suknię i rusza w stronę schodów. Nie budzi we mnie przerażenia ani strachu, raczej zachwyt. Z jej głowy spływają fale włosów w kolorze złota, uwagę zwraca blada, lśniąca cera. Postać promienieje niezwykłym światłem, aurą. Czuję, jakbym sięgała do jej wnętrza i trzepoczących się w nim myśli, mam ochotę przylgnąć do jej pleców, pocieszyć. Zupełnie jak Vittoria?, przemyka. Niesamowite! Mimowolnie wstrzymuję oddech, boję się poruszyć, stoję jak wmurowana w posadzkę. I co teraz?

****

Obudziłam się zdrętwiała — w pozycji, w jakiej siedziałam. Kość ogonowa boleśnie wciskała się w krzesło. Podniosłam się z trudem, w głowie się kręciło, ale byłam dostatecznie przytomna, by zrozumieć sytuację tych nieszczęśników, mimo że minęły dziesiątki lat. Sen wymył z głowy wątpliwości, wszystko przybrało inny kształt. Kochali się! Nawet błysk księżyca w ciemności nocy wydał się bardziej przyjazny. Nieprzewidywalność jest częścią życia, tak wiele w nim zależy od przypadku12. Miłość zawsze zwycięża, przemykało przez głowę. Wyprostowałam plecy, rozluźniłam mięśnie i zabrałam się do pisania. Nareszcie rzecz całą mogę uczciwie przekazać 2.

— Do zobaczenia w drugim życiu, Michale.



****

Ze spokojem przepływałam przez następne dni, jakbym żyła w chmurach. Nieustannie myślałam o moich bohaterach, szukałam nowych informacji, moje archiwum puchło w oczach.Jeżeli wierzyć kronikarzom, Michał Anioł zobaczył Vittorię, po raz pierwszy, z bliska, na uczcie u papieża. Była jej główną atrakcją. Gdy odezwała się momentalnie zapadła cisza. Widać było, że równie chętnie opowiadała, jak i z ochotą jej słuchano. Mówiła o nim, o jego ostatnim posągu, o jego sztuce. Zauważyła go w tłumie, przyglądała się z zainteresowaniem. Patrzyła, jakby usiłowała rozwikłać jakąś zagadkę, jakby chciała go poznać. Powiedziała coś, czego nie mógł puścić mimo uszu. Emanował z niej spokój — coś uspakajającego, dziwna mieszanka siły i kruchości. Każde słowo brzmiało w jej ustach inaczej, czuł, że oblewa się rumieńcem. Był oszołomiony. Wydała mu się rozważna, inteligentna i na pewno piękniejsza niż na obrazach, posiadająca wszystkie cnoty i zalety, jakimi szczycić się może niewiasta. Michał Anioł był Vittorią oczarowany. Wszystko wskazywało, że pokochał ją wtedy, od pierwszego wejrzenia, z iście młodzieńczym zapałem.

Ta krótka chwila, niewątpliwie, zaważyła na dalszych losach mistrza, zapewne była też momentem zwrotnym w życiu Vittorii.
Jeżeli to była tylko moja hipoteza, to słuszna, bliska prawdy. Potwierdzeniem było te kilka słów znalezionych w jego sonecie:

„Wszystko co widzę błaga i radzi
Abym cię kochał, i przystał do cię...”

Michał Anioł potrzebował silnego sojusznika, partnera, kogoś kto, by rozumiał jego ból i nieustanne twórcze rozterki. Vittoria potrzebowała Michała Anioła tak samo jak on jej. Mistrz był dla niej przepustką do innego świata, świata sztuki. Obcując z geniuszem w zaciszu komnat, przestała patrzeć na niego z dystansem, a mądrością i taktem potrafiła przekonać do każdego pomysłu. O dziwo, Michał Anioł nie bronił się, słuchał. Stworzyli więź, której nie umieli przerwać. Coś ich połączyło, od czego nie było odwrotu.
W następnych, naznaczonych imieniem Colonny i wprost do niej pisanych, sonetach, przebijała cześć i uszanowanie, złączone z pewnym namiętnym poddaniem się, jak gdyby mistrz wołał: strofuj mię, poprawiaj, zadawaj pokuty, depcz — ale mnie nie odpychaj od siebie.

Na ile dziś można stwierdzić, że związek Michała Anioła z Vittorią był naprawdę udany, szczęśliwy? O ich wzajemnych relacjach nie wspomina żaden dziejopisarz.
Nazwałam go trudną miłością, gdyż niełatwo mi było odnaleźć w poezji Michała Anioła radość zakochanego mężczyzny. To było przykre odkrycie. Nie chciałam go osądzać, pastwić się, ale uważam, że Michał Anioł skupiony przede wszystkim na sobie.Ten przekaz był czytelny. Sam, nasuwał się wniosek, że zgłaszał się do Vittorii głównie po pomoc, w momentach, gdy był nieszczęśliwy, miał powody do niepokoju lub przeżywał głęboki smutek.
Ona nie odmawiała mu uwagi, cierpliwie pocieszała, wskazywała słuszną drogę, pozostając duchem opatrznościowym Michała Anioła przez długie lata. Bo, w końcu, czego nie robi kobieta z miłości...
Znamiennym było, że prawie w każdym sonecie, Buonarroti na coś narzeka. Nawet na Amora, że go zaskoczył w późnej starości, że pastwi się niemiłosiernie nad biednym starcem.
Przy Vittorii mistrz nie musiał niczego udawać, mógł być sobą.

We wspomnieniach, już po śmierci ukochanej, nie idealizował ich związku, nic nie demonizował. Otoczył adresatkę i towarzyszkę ostatnich lat dyskrecją. Może, tak być musiało. Ale daleko mi o tego, żebym myślała o nim jako o poczciwym Michale. Z ciężkich, czarnych chmur wcale nie lunął deszcz łez rozpaczy. Niekwestionowaną prawdą był fakt, że gwałtownie odsunął się od aktywnego życia, mniej pracował i tworzył. — Czas i spokój nie leczą moich ran. Nie mogę tego przyjąć.

Dzisiaj nie jesteśmy w stanie pojąć takiej namiętności, oczyszczonej z wszelkiego zmysłowego pociągu. A jednak przetrwała przez wiele lat. Domniemam, że Michał Anioł niczego nie pozostawiał przypadkowi, doskonale wiedział, co robi. Spotkanie prawdziwego przyjaciela i zarazem oddanej kobiety pozwoliło mu lepiej poznać siebie.

Do mojego pisania, dodałam jeszcze kilka podobnych rozważań: o zrządzeniach losu, sensie życia, przemijaniu, zbieraniu krzywd, wreszcie roli pisarza. Opowieść stopniowo nabrała kształtów, stając się długim korytarzem do miłości i spełnienia, kończącym się drzwiami zamkniętymi na klucz.

Co kryje się za tymi drzwiami? Może kiedyś się dowiem, nie odpuszczę...

To, że skończyłam pisać, uznaję za cud. Tym, co zdołałam ustalić o tej miłości, jestem trochę rozczarowana. Pocieszam się, jeśli czytacie, to znaczy, że się coś udało, przynajmniej w części.





---------------------------------------------------------------------------------

1 - Wolfgang Geathe

2 - Ibid

3,4,9 - Wikipedia

5,6 - „Miłość”, Ignacy Karpowicz

7 - Z audycji z cyklu "Ludzie, epoki, obyczaje" nadanej 31 grudnia 1976 w Polskim Radio, Dariusz Aleksandrowicz

8 - „Poezye Michała - Anioła Buonarrotego”, przekład i wstęp: Lucjan Siemański

10 - artykuły i publikacje Fundacji " Niezła Sztuka"

11- You are here: Michał Anioł » Biografia » Michał Anioł

Data:

 marzec 2018

Podpis:

 Jolka

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80924

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl