DRUKUJ

 

czego nie zapisałem

Publikacja:

 18-07-26

Autor:

 Lew
Niezapisane wierszem myśli, które wiatr ścigał od słowa do słowa, lub prorok na górze, zatrzymany w pół zdania. Połowa szczęścia, połowa lat i połowa życia, ogrzane kłębkiem chmur, lub fioletową strzałą wyrzuconą przez niebo. Oto woda cicho przepływa szurając stopami o dno, a szybujące pod niebem ptaki, pluskają się w niej, odbite.
Pora obiadowa. Wielu jeszcze pracuje, a my przechodząc obok, nie omieszkaliśmy do niej zajrzeć. Knajpka usytuowana nieco w cieniu, ale przy najlepszej i dość ekskluzywnej, nawet jak na nasze warunki, ulicy. Wchodząc z upału do środka, witał nas półmrok w białej koszuli i całkiem niezłym wydaniu. Wraz z nim chłód, a to chyba drugi właściciel lokalu. Reszta jak na razie mniej istotna w postaci barmana, kelnerki i kilku współpasażerów, którzy jadąc po drodze do jutra, przez gorące, sierpniowe popołudnie dzisiaj, usadowili się wygodnie na okrągłych stołkach przy barze, piwem najczęściej skutecznie znieczulając niewygody taniej podróży życia.
Spokojnie zajęliśmy miejsce, po chwili otrzymując karty dań i uśmiech od zgrabnej i na pewno białoskórej, jednak przez kruczoczarne włosy i ogniste spojrzenie, nieco jaśniejszych tylko oczu, wydającej się czarną, kelnerki. Delikatnie rozejrzałem się. Delikatnie, bo emocjami kieruje jeszcze dystynkcja, i niewielki procent zaufania do nowego otoczenia, każe kontrolować każdy ruch i nie zachowywać się jak świnia, tuż po wejściu. Moja partnerka nie była cicha, raczej konkretna, o szlachetnej, wrażliwej urodzie i głowie odrobinie większej od większości osób jej płci. Jakiś czas przyglądałem się jej, ot po prostu, z upodobaniem.
- wiesz mam kumpla, zacząłem, wychylając pierwszy, dość spory łyk ze szklaneczki wódki z grejpfrutem, z apetycznie wyglądającymi kostkami lodu, który dziwnie okazuje swą grzeczność. Kiedy mnie spotyka, na przykład w knajpie, podchodzi, wita się po czym twierdzi, że nie chce przeszkadzać.
O rzesz kurwa, myślę, to ja mam ci specjalne zaproszenie do rozmowy wysyłać?
- Ma jakieś takie wystraszone oczy, a ja myślę, że to z poczucia niższości - kontynuowałem. Bo w sumie to koleś ma talent, jest błyskotliwy i mówi do rzeczy, mógłby się nawet nieźle ustawić, ale za dużo czasu i zdrowia marnuje przez wódę. Nie wie czego chce, a świat wydaje mu się idealnym syfem, co raczej nie zachęca, jak się domyślasz, do podejmowania rzuconej mu przez niego rękawicy. A w dodatku podrósł trochę, już przestaje go cieszyć wolna miłość. Przez jeden szczegół, wyklepaną formułkę, udowodnił, że brakuje mu stabilizacj. Solidnego oparcia z którego mógłby startować i wybijać w górę, chlejąc po drodze, ale tylko p-o d-r-o-d-z-e.
Na razie skończyłem. Odstawiłem szklaneczkę i zamówiłem następną. Rozejrzałem się po lokalu. Moja dziewczyna nie odpowiadała, bo też nie musiała nic mówić, wystarczyło, że wysłuchała. Lubiła słuchać, nawet gdy ktoś przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności, nie miał daru wymowy. Spojrzeliśmy przed siebie. Obiektywnie był to ten sam co przedtem, zanurzony w cieniu i chłodzie, z tą samą garstka osób, lokal, tylko wewnętrznie nabrałem pewności, że miejsce to na dziś jest dobre. To mi wystarczyło. Rozluźniłem się, chwyciłem rękę swojej towarzyszki i zamknąłem w swoich dłoniach.
- A teraz – patrząc jej prosto w oczy - muszę skoczyć do toalety. Rzekłem.
Uśmiechnęła się. Przechodząc między stolikami zauważyłem na podłodze niewielką, zgiętą w pół karteczkę. Przypadek? – Nie, nie ma przypadków. Podniosłem ją, ale nie zaglądając do środka, włożyłem do prawej kieszeni spodni, dalej spacerując w kierunku wcześniej obranego celu.
Nie lubię luster, zajmują czas i nic z tego, ani z nich w ogóle nie wychodzi. Dostrzegłem tylko to, że mam podkrążone oczy. Wytarłem ręce w papierowy ręcznik, po czym wyrzuciłem go do kosza i jeszcze raz rzuciłem okiem w stronę lustra. Nie lubię luster, wyszedłem.
Zamówiliśmy porządne danie o francusko brzmiącej nazwie, ale przed tym zupę, o swojsko brzmiącej, z gotowanym jajkiem. Nie wracałem już do poprzedniej uwagi na temat tego gościa. Ze słowami to tak już jest, że łatwo można przesadzić i wyjść na głupka. Nie chcesz przeszkadzać? – OK., pomyślałem, twoja sprawa – ja nie chcę przesadzać. Zamoczyłem usta,
- tak jest, twoje zdrowie chłopie. Tym razem dopiłem do dna. Znów spojrzałem na obecną przy moim boku Gosię. Czułem się wyróżniony, czułem się tak jakbym siedział wysoko na lekkiej, letniej chmurce, coraz bliżej nieba i z pobłażaniem obserwował ludzi, którzy z tego rzutu i tej perspektywy nie wyglądają lepiej od wijących się małych robaczków. Może nawet nie wyłączając mnie.
- A wiesz, kontynuowałem w podobnym do poprzedniego, niezbyt szybkim, ale równym tempie –dziś rano byłem świadkiem podobnej sceny. Szedłem na umówione spotkanie, spieszyłem się, ale przechodząc obok przystanku nie wsiadłem do podjeżdżającego autobusu. Po prostu wolałem trochę przyspieszyć, aby jednak w spokoju obserwować ulice i codzienność pełzających chodników. No wiesz tych wszystkich ludzi którzy idą do pracy, więc z widzenia ich znam, mijamy się dwa razy dziennie, pięć razy w tygodniu. Tylko, że ja idę do przodu, a oni szturmem wychodzą mi z naprzeciwka. Nie można się jednak poddawać i pamiętam o tym, żeby wymalować na twarzy lekki, prawie niewidoczny, ale zawsze uśmiech. Zresztą teraz to nie ważne, ponieważ w pewnym momencie na chodnik po którym sobie szedłem, z którejś z bocznych bram wyszedł zawiany gość. Za nim kobieta, była potargana i bosa. Biegła za nim, aby go za coś przeprosić i błagała, żeby wrócił. Nie było nawet ósmej, więc albo pili całą noc, albo zaczęli naprawdę szybko. Facet nie dał się jej podejść, to przyspieszał, to zwalniał, wymachując przy tym rękoma. Był wielki, a ona filigranowa, o tym typie kobiecej urody, którym życie daje ostro w kość i niestety widać to na twarzy. Biegła za nim, a mi wpadły w oko jej czarne pięty. Tak wygląda życie nie usłane płatkami róż - pomyśałem. W pewnym momencie potknęła się, trafiając dużym paluchem w krawężnik. To musiało boleć, a jednak, ta kobieta nie poddawała się.
- Mówię ci, babka musi mieć wielkie serce. Nie mogłem ich jednak dalej obserwować, ponieważ skręcałem, choć i tak nie chciałbym wiedzieć, czym to się skończyło, ale uwierz mi, kibicowałem jej.
- wierzę ci, to prawda, rzekła Gosia.
Zwolniliśmy. nie chcieliśmy rozgłosu, ani nawet jednego błysku z aparatu. Zatrzymaliśmy się, żeby to sobie przemyśleć.
Zamówiliśmy kolejne szklaneczki dobrze schłodzonej wódki z sokiem. I piliśmy, piliśmy, a picie po woli...stawało się. I biała łuna ześlizgnęła się z nieba, czołgając się przez autostrady, szosy, polne drogi, wdrapała się tu na stół i wpadła mi do oka. Dzięki niej dostrzegłem, że przez zakamarki z drewnianej podłogi knajpy, przezierały stare duchy, omijając barmana, ognistą kelnerkę i innych klientów, szamanów, czekając na mój ruch. Szykowałem się do skoku.
W tym momencie z kieszeni wydobył się jęk cudzej, lecz n-i-e p-r-z-y-p-a-d-k-o-w-o znalezionej, zgiętej w pół karteczki. Wyjąłem ją, otworzyłem, z łatwością odczytując, to co ktoś napisał:
- "choćbyś się wzbraniał, do celu swego i tak dojść będziesz musiał"
Tylko tyle. Uśmiechnąłem się, a karteczkę położyłem między stolikami, innym duchom.
-------------------------------
Za drzwiami czekała na nas ciemniejsza reszta z wieczoru, kilka rozrzuconych bezładnie gwiazd i długa podróż, myśląc o tym, tym razem z góry, jak prorok zatrzymany w pół zdania, spojrzałem na Gosię.

Data:

 dzisiaj

Podpis:

 Lew

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81027

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl