DRUKUJ

 

Jak zatrzymać cudowne chwile?

Publikacja:

 21-07-05

Autor:

 jolsokolowska079sok
— Jestem głodna! — wykrzykuję. — Ty nie?

— Też.

— Zjemy coś?

— Okej.

Pięćdziesiąt metrów dalej mała dziewczynka podąża za mną, podśpiewując i podskakując z nogi na nogę, jakby na chodniku prowadzącym do wejścia były narysowane kwadraty do gry w klasy. Takim samym krokiem przekracza podwójne drzwi. Witamy westchnieniem zatłoczone wnętrze PRZYSTANI, przypominającej brzęczący ul. O tej porze, latem lokal staje się pępkiem sopockiego świata — w każdym razie gastronomicznego. Triumfuje. Puszy się. Kolorowe plakaty naklejone na wielką tablicę reklamują specjalności zakładu z cenami wypisanymi ogromnymi cyframi. Oglądam je głodnym okiem. Woń podgrzewanego tłuszczu, oleju do smażenia i grillowanej ryby, uderza mi do głowy, torturuje żołądek.

— Babciu, aż ślinka leci.

— Doskonale, Zosiu

Siadamy na drewnianych taboretach. Dwa pod każdym blatem dają do zrozumienia, że jada się tu parami. Chudy jak tyka kelner, w różowej koszuli, przepasany szarym fartuchem, przestaje nas omijać. Podchodzi. Uśmiecha się. Przyglądam się owalnej twarzy: oczy jak guziki, błyszczą niczym dwa brylanty w bagnie. Rude włosy spięte w kucyk i ten długi nos... Korci mnie, aby rozwinąć tę kwestię.

Chłopak, jakby obudzony moim spojrzeniem, potrząsa głową. Zejdź na ziemię, nawet Zosia ci nie uwierzy! Sięgasz po odgrzewane kotlety, krzyczy wewnętrzny głos. Odpędzam myśli, wstyd mi za siebie. Przymykam oczy, czuję się zmęczona przedłużającym się oczekiwaniem.

— Przepraszam. Co podać?

Zwlekam z odpowiedzią. Chłopak zerka na mnie, jego długie, chude palce stukają w okładkę notesu.

— Co chcesz? — pytam Zosię

— To, co ty! — odpowiada zaczepnie.

I nie zaszczycając ani mnie, ani kelnera, spojrzeniem, pokazuje palcem, co chce tak naprawdę zjeść. Oczywiście muszą być duże frytki i grillowana ryba, najlepiej FLĄDRA. Dobry pomysł, chwalę, milcząc.

Moje milczenie kelner bierze za przyzwolenie.

— Ile masz lat, mała? — pyta, zapisując długopisem w notesie.

— Wkrótce osiem, a co?

Gdy mówi, jej głos robi się coraz bardziej miękki. Wyciąga podbródek, figlarnie mrużąc oczy. On się jej podoba, chyba ćwiczy ulubiony numer, rozjaśnia mi się w głowie. Chłopak uważnie przygląda się Zosi. Trudno mu się dziwić.

— Pozwól, że się przedstawię: Piotrek, młodszy kelner. Kumple wołają na mnie Pinokio.

— Zosia, z II a. Cudownie! No, teraz już wszyscy się znają.

I zaczyna rechotać. Kelner rozdziawia usta, ale nie poddaje się, dalej skrupulatnie wykonuje swoją pracę.

Wlepiam w niego wzrok. Istny Pinokio! Kończy gryzmolić w notesie, wytrzymuje moje spojrzenie utkwione w jego twarzy.

— Proszę wybaczyć, ale to trochę potrwa — uprzedza i znika w kuchni.



****

Mija kwadrans, potem drugi, czuję się bezsilna. W brzuchu coraz bardziej burczy. Mam ochotę zapalić, ale nie powinnam. Rzuciłam i tu to surowo wzbronione. Ludzi przybywa, atmosfera w lokalu robi się nerwowa, nie pomaga nawet muzyczka relaksacyjna sącząca się z głośników. Nareszcie! Mój Różowy Bohater stawia talerze i wodę mineralną w butelce na blacie stołu. Ograniczam się do kulturalnego dziękuję i atakuję swoją rybę widelcem.

— Mmm, wyborna, naprawdę bomba.

Rzadko trafia mi się taka uczta. Jestem uszczęśliwiona chrupiącą flądrą, teraz kocham cały świat. Tylko Zosi nie wraca energia. Widzę, że skupiona na stygnącej rybie krzywi się okropnie. Co za koszmarny niejadek!, ciśnie się na usta. Upuszczam gwałtownie widelec na posadzkę. Jakby w odpowiedzi uśmiecha się nieznacznie, wydaje się zadowolona z mojej irytacji. Tego już za dużo!

— Kochanie, czy masz mi coś do zakomunikowania?

Zosi trudno przełknąć pytanie. Przez kilka minut szuka właściwych słów, po chwili zrezygnowana odgryza mały kawałek zimnej flądry i zdecydowanym ruchem odsuwa talerz. Tłuste odciski paluszków plamią blat stołu. Marszczę brwi.

— Babciu, masz mi za złe?

Oczy mojej wnuczki wilgotnieją. Pytanie kołacze się w powietrzu. Czuję, że pąsowieję… Czy ta historia nie prowadzi do terroryzmu? Naprawdę tego chcę?

Zosia mierzy mnie szklistym wzrokiem, czekając na ostateczną reakcję. Przełykam nerwowo ślinę, ale milczę, bijąc się z myślami. Opalona buzia coraz bardziej ciemnieje, w końcu domyślam się, że uznaje się za pokonaną, gdyż robi gest wyrażający bezsilność.

Odpuść! Musisz jakoś zamaskować swoją wcześniejszą uwagę, przemyka mi przez głowę.

— Zosiu, jestem dorosła, ale gdy jest mi źle przenoszę się w magiczny świat bajki... — zaczynam niepewnym głosem.

— Słucham?

W kilka minut potem łezki z buzi znikają. Zosia mimowolnie wybucha śmiechem. Udało się, sprzedałam lód w zimie! Wiedziałam, że jej ciekawość jest większa niż strach!

— Mów dalej, proszę — niecierpliwi się, wpatrując się we mnie.

— Różowy Pinokio już nie stoi na białej półce w mojej sypialni...

— Wiem, wiem i co dalej?

Chyba się nie wywinę tak łatwo.

— Co dalej? Właśnie o tym próbuję pisać. Opowiem w skrócie, nic nie lukrując. Pinokio nadal wędruje po Krainie Niekończącej się Bajki, trzymając za łapkę pluszowego przyjaciela o czarnych oczach z guzików. Jest w ciągłym ruchu, blisko, prawie na wyciągnięcie ręki. Odkryłam to przypadkiem. Nie chcesz do nas wracać?, zapytałam. Jeszcze nie teraz, oświadczył tajemniczo. Zazdroszczę mu podszytych grozą przygód i mrocznych sekretów. Bawią mnie, czasem też smucą, ale gdy zachwycą, natychmiast pojawia się myśl, że chciałabym robić coś podobnego. Będziesz je wraz ze mną śledzić?

Zosia podejrzliwie mi się przygląda. Pracując, często czuję się onieśmielona, ponieważ wyobrażam sobie jej spojrzenie na pisanej stronie, jej surowość, z jaką tropi obrazy i fakty. Co to za radość i przyjemność, gdy wyciąga wnioski z moich wpadek, wystawia recenzję. Teraz też pochyla się w moją stronę z pokerową twarzyczką.

— Weź się w garść, Babciu! Ja też chciałabym go mocno przytulić, ale nie powinien zostawiać Misia samego. Przyjaźń jest warta najwięcej — rzuca, unosząc zatroskany wzrok do sufitu.

— Kochanie, trafiłaś w dziesiątkę — stwierdzam, pociągając nosem ze wzruszenia.

Wkrótce potem wyciągam portfel i płacę za kolację, jak za zboże. Napakowany olbrzym przy kasie odgarnia z czoła włosy i zagląda mi w dekolt, jakby miał stamtąd wyciągnąć kolejny banknot. Nerwowy pomruk kolejki nie przeszkadza w oczekiwaniu na resztę. Zosia niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę.

— Pędzę! Sama! — oznajmia.

Kiwam głową z aprobatą.

— To, do zobaczenia, Zosiu.

Z gracją popycha drzwi i wymyka się na zaplecze, nawet nie odwracając się. Mija minuta, dwie, trzy, cztery, pięć… Zaniepokojona kieruję się do toalety. Rozglądam się dookoła. PUSTO! Chwytam za klamkę kolejnej kabiny.

— Uff!

Po odruchowym ataku paniki odzyskuję oddech. Moja wnuczka siedzi na sedesie. Rumieni się, jej wzrok mnie unika.

— Ukrywasz się?

— On powiedział, że przy takich rzeczach trzeba być dyskretnym — ścisza głos.

— Kto?

Wzrusza ramionami, bo uważa, że to oczywiste. Ryzykuję:

— Pinokio?

Zosia przytakuje i rozsiada się wygodniej. Nerwowy tik unosi moje ramię.**)

— Babciu, to tylko moja fantazja — mówiąc, wzdycha beztrosko.

Robię wielkie oczy z osłupienia.



****

Na zewnątrz rozlega się dziewięć uderzeń zegara. Wtórują im dzwony kościoła św. Michała. Obserwuję nadmorski deptak. Mrok zmienił jego charakter. Oświetlają go rzęsiście: zadowolony z siebie księżyc, roześmiane gwiazdy i smukłe latarnie. Nadal jest zatłoczony. Obcasy miarowo stukają o płyty chodnika. Za plecami słyszę szum mknących po ścieżce rowerów. Tylko morze milczy, znużone odchodzącym gorącym dniem.

— Melodia sopockiego lata — mruczę, wydłużając krok.

Jasnowłosa wnusia mnie nie słyszy. Śmieje się hałaśliwie. Nagle pulchna rączka chwyta mnie za przedramię, domagając się pieszczot. Nasza rozmowa ożywa. Zostaję w nią wciągnięta. Toczy się w najlepsze, nieśpieszna, ulotna.*), bo i jest o czym rozmawiać.

Przechodzimy przez bramę. Dziurawi ceglany, porośnięty winoroślą mur. Nasz parking jest tuż, tuż. Słabnie ludzki zgiełk, zrywa się słony wiatr, potrząsa liśćmi. Najwyższa pora wracać do domu.

W samochodzie zapinamy starannie pasy. Ruszam rozpromieniona i szczęśliwa. Niedawne emocje zostają podporządkowane spokojnej kontemplacji:

Już jutro poniedziałek, a wraz z nim skończą się moje krótkie wakacje, nieuchronnie wróci redakcyjne szaleństwo... i jak tu zatrzymać te cudowne chwile?










----------------------------------------------------------------

*) ,**) „Człowiek, który widział więcej”, Eric-Emmanuel Schmitt

Data:

 2019

Podpis:

 Jolka

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81511

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl