DRUKUJ

 

Serwis

Publikacja:

 21-11-20

Autor:

 AllenKey
Znoszona koszula flanelowa, nieogolona twarz zapełniająca się powoli zmarszczkami, stare jeansy, powiększająca się powoli łysina w przerzedzonej, czarnej czuprynie, spojrzenie chłodne, przenikliwe, pełne spokoju. Orli nos właściciela tegoż miejsca daje oparcie odrapanym okularom, które były prowizorycznie łatane zbyt wiele razy, by to jakkolwiek zliczyć. Niezastąpiony człowiek, elektroniczna legenda osiedla, kumpel od dzieciństwa. Seweryn.

- Ja tego nie pojmę... Po co ty chcesz go naprawiać? - zapytał, poprawiając kołnierzyk swojego znoszonego ubrania roboczego.

- Nie pytaj dlaczego. Pytanie brzmi: za ile?

Stary znajomy spogląda się na mnie lekko spode łba. Zastanawia się, co odpowiedzieć... Z jednej strony to w końcu drobna i łatwa do załatania usterka, a z drugiej to przestarzały i słaby sprzęt, który ląduje na śmietnikach już od lat.

- Lubię ta maszynę. To powinno wystarczyć.

Z lekkim zrezygnowaniem ujął białego netbooka do ręki, otworzył ekran. Gruba, plastikowa ramka trzymająca w ryzach stary ekranik LCD, okraszona owianym legendami napisem „Eee PC”, miniaturowa klawiatura, czysta i zadbana, ale nosząca ślady zużycia, obudowa lekko pożółkła, nie pozbawiona rys i pęknięć, ale nadal trzymająca się całkiem nieźle... To jest z całą pewnością maszyna, która jako-tako przetrwała próbę czasu.

- Dobrze utrzymana... - mruknął, uruchamiając ją. Ekran powitalny zapłonął na dwie sekundy wskazując markę sprzętu, chwila czerni budzącego się do życia komputera, a następnie czarno-białe menu wyboru systemu operacyjnego - Dual-boot?

- Jak najbardziej... XP i Lubuntu osiemnaście.

Jegomość wybrał z panelu zabytkowy system będący u dołu listy. Niebawem naszym oczom ukazał się nostalgiczny, lekko rozpikselowany ekran ładowania leciwego oprogramowania.

- Kurde, w dwa tysiące siódmym ludzie musieli godzinami czekać na uruchomienie maszyny - burknął jegomość, drapiąc się delikatnie po policzku - Masochizm... Dziś wyjmujesz z kieszeni, odblokowujesz i jest, a tutaj za każdym razem taka sekwencja...

- Ma to swoje uroki. Uruchamiasz tylko wtedy, gdy chcesz posiedzieć dość długo, by to się opłacało. Człowiek nie wisi cały czas wlepiony nosem w ekran.

- Coś w tym jest...

Naszym oczom ukazała się Idylla i stary, dobry, niebieskozielony taskbar. Jegomość najechał kursorem na przycisk „Start” używając touchpada. Naciska lewy przycisk... Brak odpowiedzi.

- Tu jest problem - wtrąciłem, zerkając na serwisanta.

Po pomieszczeniu rozeszło się kilkunastokrotne klikanie. Bez skutku. Kursor przemieścił się na powrót w stronę pulpitu, prawy przycisk myszy... Lista możliwych operacji wyskoczyła natychmiast.

- Zauważyłem... Daj mi dziesięć minut. Przygotuj trzydzieści złotych. Pozbędę się starego gnojka i wlutuję nowego.

- Dziękuję bardzo.

Seweryn wyłączył laptop przyciskiem na obudowie. Zamknął go, zabrał pod ramię, po czym udał się niespiesznym krokiem na zaplecze.

Rozglądam się po warsztacie. Pełno tu elektroniki wszelkiej maści - każdy z komputerów, laptopów, telewizorów czy radioodbiorników posiada przyklejoną nań karteczkę z datą przyjęcia, krótkim opisem usterki i numerkiem w kolejce do naprawy. Wiele z tych urządzeń trapi zmora naszych czasów - sztuczne postarzanie produktów. Mrugający ekran? Kondensatory siadły. Sprzęt niemiłosiernie laguje? Pewnie oprogramowanie zostało sztucznie zepsute przez producenta. Bateria nie trzyma? Kwestia zhakowania dziadowsko wykonanego sterownika baterii, wymiany jednego, może dwóch z kilku ogniw i można śmigać dalej.

Pomieszczenie to swoją barwą, łuszczącą się farbą na ścianach, zapachem kurzu i obecnością postsystemowych mebli przypomina o latach dziewięćdziesiątych, gdy tego typu malutkie punkty napraw, sklepiki i hurtownie były powszechne i rosły jak grzyby po deszczu. Interes został założony przez ojca Seweryna w dziewięćdziesiątym pierwszym, a teraz on go kontynuuje. Pracownia ta jest ostatnią tego typu w okolicy. Autoryzowane punkty naprawy elektroniki nienawidzą tego miejsca - jest on ostatnią deską ratunku dla sprzętu, który w innym wypadku znalazłby się już na skupie elektrośmieci.

Zerkam za plecy. Nie dowierzam własnym oczom. Nad skatowanym, skórzanym fotelem wisi plakat nagiej, urodziwej dziewczyny z czarnymi, mokrymi włosami i rozchylonymi lekko wargami w niejednoznacznej pozie, który okraszony jest topornym kalendarzem, nazwą firmy zajmującej się elektroniką i rokiem wydania... Dwa tysiące drugi. Szaleństwo.

- Ten kalendarz to pamiątka? - zawołałem.

- Tak - usłyszałem z czeluści zaplecza - Wisi niemal od zawsze i będzie dalej wisieć.

Zerknąłem nad drzwi wejściowe. Utkwiłem wzrok na starej, zakurzonej, szarej skrzynce z dwiema charakterystycznymi, granatowymi literami T oraz P. Istny skansen. Od kiedy został założony tu telefon stacjonarny, sprzęt ten nadal pracuje i ma się świetnie... Teraz logo tegoż dostawcy oraz barwy wyglądają zupełnie inaczej - coś jakby są bardziej pomarańczowe. To przerażające, jak wiele się zmieniło w przeciągu dwudziestu lat.

- Wlutuję przycisk ze starego radia samochodowego, które mi tu leży... Może być?

- Nie ma sprawy, grunt by działało.

Usiadłem na fotelu. Gdy tylko spocząłem w bezruchu, dostrzegłem spore kłęby kurzu i pyłu, jaki wzbił się w powietrze pod wpływem mojego ruchu. Uśmiechnąłem się szeroko na widok skatowanych świetlówek wiszących nad moją głową. Dam sobie rękę uciąć, że to lampy ze zlikwidowanego warzywniaka, jaki znajdował się kilka bloków dalej... Przedtem wisiały tu owe toporne, przedpotopowe, bauhausowopodobne żyrandole z tworzywa sztucznego zasilane żarówkami czterdziestkami dla oszczędności prądu... Ba, nawet kable i haki jeszcze po nich tu zostały. Sufit również łuszczy się, gdzieniegdzie zwisające płaty farby przed upadkiem zabezpieczają tylko gęste pajęczyny.

- Dobra, już działa! Teraz tylko go poskręcam z powrotem do kupy... Jesteśmy kwita?

- Poza kolejką się tym zająłeś. To oczywiste.

Zdejmuję plecak. Wyjmuję portfel, ujmuję dwa banknoty do ręki...

Przyglądam się gablocie wiszącej za ladą. Znajduje się tam spora ilość produktów i gadżetów na sprzedaż, jakie niejednokrotnie widywałem w tego typu punktach serwisu. Ładowarki, baterie o przeróżnych rozmiarach, kilka tanich klawiatur, myszy, ba, nawet jakimś cudem nawinął się kontroler do gier komputerowych. Przesuwam wzrokiem po kolejnych opakowaniach... Kodak, Energizer, Tracer, Logitech. Utkwiłem wzrok na niewielkim pudełku z myszką komputerową z napisem „A4Tech X7”.

- Po ile ta iks siódemka?

- Nie na sprzedaż. Zabytek techniki, oryginalne opakowanie, nigdy nie otwierana, nigdy nie używana, stoi na wystawie od dwóch dekad i nigdzie się stąd nie rusza.

- Żartujesz? Teraz ten sprzęt będzie warty krocie!

- Nie takie zaraz krocie... Ale to pamiątka.

Seweryn wyłonił się z czeluści swojej pracowni. Dzierży dumnie moją małą maszynkę z uruchomionym ponownie, leciwym Windowsem. Kładzie go na ladę, jednym ruchem palca najeżdża kursorem na ikonkę Painta i uruchamia go przyjemnym dla ucha kliknięciem nowego przycisku na płycie głównej.

- Powinien wytrzymać znacznie dłużej. Lepszy, mocniejszy model. Nie to, co oryginalne komponenty tego budżetowca...

- Dziękuję.

Kładę pieniądze na blacie. Wyłączam komputer, delektując się jego cudowną pracą, wkładam go do oryginalnego futerału i chowam do plecaka.

- Trzymaj się. Co bym bez ciebie zrobił...?

- Przetrwałem pandemię, przetrwam kolejne dziesięciolecie - uśmiechnął się, poprawiając okulary.

Uścisnąłem rękę na do widzenia i wyszedłem przez stare, odrapane, drewniane drzwi.

Data:

 Lato 2021

Podpis:

 Allen Key

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81567

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl