DRUKUJ

 

Pi耩 Domen: Opowiadania - Przyjaciel: cz. 20

Publikacja:

 23-05-30

Autor:

 MKP
Odg這sy walki ucich造 we wszystkich ciemnych katedralnych korytarzach. Oddzia造 specjalne Hiltzal spacyfikowa造 resztkowy op鏎 zakonnic, kt鏎e zaatakowane z zaskoczenia, nie mia造 wi瘯szych szans na skuteczn obron. Do przegrupowanych jednostek Sungradczyk闚 zgromadzonych na dziedzi鎍u do陰czyli oswobodzeni je鎍y, w tym brodaty kapitan Tarres, znany w wojsku jako Rupion Garnefor, dow鏚ca Wulkir闚: kawalerii dosiadaj帷ej monstrualnych pasiastych nied德iedzi.

Nie bez powodu skrywa on swoje prawdziwe nazwisko. Chcia walczy na froncie i by traktowany tak jak, inni r闚ni mu stopniem, a nie jak brat Cesarza, kt鏎y zyska szacunek, strasz帷 wizj stryczka.

Teraz sta na placu, masuj帷 odr皻wia貫 oswobodzone nadgarstki. 安iat這 ksi篹yca zalewa這 martw przestrze podw鏎ca, uchylaj帷 przes這n z nocnej ciemno軼i. Widok masakry jakiej dopu軼ili si jego rodacy w pierwszej fazie szturmu, zagotowa mu krew w 篡豉ch. B喚kitne 鈍iat這 瘸這bnie g豉ska這 cia豉 m這dziutkich si鏀tr, kt鏎e przed atakiem kr璚i造 si po placu. Przy wtargni璚iu nie brano je鎍闚, a zadawane ciosy musia造 sprowadza szybk i cich 鄉ier.

Pod jednym z kru瞟ank闚 Rupion dostrzeg zw這ki adeptki, kt鏎a jeszcze kilka godzin wcze郾iej zmienia豉 mu opatrunek na g這wie i rumieni豉 si, gdy obdarzy j wdzi璚znym u鄉iechem.

Zacisn掖 pi窷ci. Ten widok wywo豉 gniew nawet w cz這wieku, kt鏎y widzia rozszarpywanych wojskowych, kwicz帷ych w ostatnim rozpaczliwym tchnieniu 篡cia… Nawet on, w obliczu bezsensownej 鄉ierci, czu si podle. To nie by造 oddzia造 wroga, z kt鏎ymi wygrywasz albo umierasz. Nie… To by造 dzieci uwik豉ne w konflikt; bezsensowne ofiary sk豉dane na o速arzu Wojny.

Schwytane wewn徠rz katedry siostry i ranne mistrzynie zap璠zono pod fontann i sp皻ano razem, pozostawiaj帷 pod obserwacj kilku stra積ik闚.

Do Rupiona podszed m篹czyzna, kt鏎y wygl康a jak personifikacja mroku: ciemna kamizela, zamaskowana w璕lowym barwnikiem twarz, czarne sk鏎zane r瘯awice i spodnie oraz specjalne buty na mi瘯kiej podeszwie, 瞠by porusza si mo磧iwie bezszelestnie po kamiennym pod這簑. Wszystko tworzy這 sp鎩n ca這嗆 bez 郵adu nawet skrawka cia豉.

– Wasza wysoko嗆 – pozdrowi go dowodz帷y natarciem.

– Publicznie zwracaj si do mnie: kapitanie Garnefor – upomina wojskowego w odpowiedzi.

– Oczywi軼ie, kapitanie. Ca貫 szcz窷cie, 瞠 jest pan ca造… ¬

– Melduj ¬– warkn掖 wulkir.

– Wi瘯szo嗆 cel闚 zosta豉 schwytana lub obezw豉dniona, a jedna z czarownic pope軟i豉 samob鎩stwo. Pozosta豉 jeszcze Matka Prze這穎na i cztery mistrzynie, w tym magiczka; reszta to zwyk貫 zakonnice.

Kapitan przytakn掖 i spojrza ponownie na zw這ki adeptki, kt鏎e wpatrywa造 si w niego m皻nymi oczyma.

– To nie mo瞠 si powt鏎zy – burkn掖. – To miasto b璠zie cz窷ci cesarstwa. Nie mo瞠my tworzy m璚zennik闚 i mordowa cywili.

– Tak jest, sir. To by豉 konieczno嗆, sir.

– Wierz. Wystarczy ju konieczno軼i, wygrali鄉y.

Z cienia rzucanego przez arkady wy這ni豉 si posta z uniesionymi r瘯oma prowadzona przez dw鏂h piechur闚. Jej widok wywo豉 poruszenie w鈔鏚 si鏀tr i sungardzkich 穎軟ierzy.

– Ale ja jestem popularna – parskn窸a pod nosem Tatiana i grzecznie da豉 si prowadzi przed oblicze dow鏚cy natarcia.

– Matko Sainik – pozdrowi j sier瘸nt Hiltzal.

– Morderco bezbronnych kobiet. – Pok這ni豉 si karykaturalnie i spojrza豉 na zw這ki pi皻nastoletniej Iris. – I dzieci – doda豉, zagryzaj帷 wargi z w軼iek這軼i.

Dow鏚ca natarcia chcia j uderzy, ale Garnefor go powstrzyma.

– Jakie s warunki kapitulacji?

– Pytasz jako jaki tam Garfor, czy Rupion Tarres?

– Tarres – rzuci stanowczo.

Przyw鏚ca oddzia堯w specjalnych sta cicho.

– Sk豉damy bro i oddajemy si w wasze r璚e w charakterze je鎍闚 wojennych. Ja i tylko ja, bior odpowiedzialno嗆 za udzia zakonu w walkach na froncie; pozosta貫 dziewczyny trafi do niewoli i w這s im z g這wy nie spadnie.

– Zgoda.

– Szybko posz這, a my郵a豉m, 瞠 b璠ziesz si targowa.

Rupion sta z niewzruszon min, kt鏎a upodabnia豉 jego twarz do ociosanego g豉zu z burym mchem na brodzie.

– Kto nas zdradzi? – Tatiana spr鏏owa豉 szcz窷cia.

– Nie wiem, ale si dowiem i poznasz jego imi przed wykonaniem wyroku – odpowiedzia surowo. – Sier瘸ncie.

– Tak, wasza wysoko嗆… znaczy tak, kapitanie?

– Matka Sainik podda swoje podopieczne. Prosz wzi望 oddzia i… Sier瘸ncie? – Dow鏚ca oddzia堯w specjalnych zastyg w miejscu z min bez wyrazu, zupe軟ie jak ludzkich rozmiar闚 kuk豉.

Tatiana poczu豉, 瞠 sztylety eskortuj帷ych j Sungardczyk闚, przestaj naciska na brygantyn. Obejrza豉 si. M篹czy幡i stali zamroczeni, jak pogr捫eni w transie czy lunatycy.

– Co jest u licha… – wysycza豉 zdezorientowana.

Jeden z cesarskich stoj帷ych w oddali uni鏀 sztylet i powoli, bez najmniejszego grymasu b鏊u, czy nawet wydanego j瘯u, poder積掖 sobie gard這. Towarzyszy這 temu jedynie ciche bulgotanie krwawych b帳li ulatuj帷ych przez rozp豉tan szyj.

Upad. Nikt z wojskowych nie zareagowa.

– Kurwa – przekl窸a Matka i odruchowo cofn窸a si w stron Garnefora. M篹czyzna nawet nie drgn掖, gdy uderzy豉 o niego plecami.

Obr鏂i豉 si gwa速ownie.

Mina ta sama co u reszty, oceni豉 w my郵ach.

Wyci庵n窸a miecz sparali穎wanemu dow鏚cy Hiltzal i przygotowa豉 si do obrony. Ca造 plac wype軟ia造 ludzkie pos庵i. Jedynie pojmane siostry wykazywa造 oznaki 篡cia – i strachu. Jeden z Czarnych rozstawionych przy bronie poruszy si nie酥iesznie, wyci庵n掖 egzotyczny sztylet i wbi sobie sai w trzewia, patrosz帷 bebechy w kompletnym spokoju. Upad, dopiero kiedy usz這 z niego ca貫 篡cie.

Z cienia wie篡 stra積iczej, wy這ni豉 si posta kobiety otulona seledynow po鈍iat, z kt鏎ej odchodzi造 ledwie widoczne wst璕i magii. Sz豉 lekko, jakby tylko muska豉 ziemi stopami z przyzwyczajenia. W jej u鄉iechu by這 co mrocznego, gro幡ego i pierwotnego…

– Mileno, co ty robisz, przecie…

– NIE POZWOL IM CI ZABI! – wygrzmia豉 mistyczka. Jej zniekszta販ony niski g這s przyprawi Matk o dreszcze. – Nie pozwol im zabi nikogo wi璚ej! – powt鏎zy豉 normalnie, aczkolwiek z t皻ni帷 w軼iek這軼i.

Roz這篡豉 r璚e. Dw鏂h sungardczyk闚, po obu stronach podw鏎ca, przebi這 si mieczami.

– ROBACTWO – sapn窸a z pogard i wskaza豉 palcem na Garnefora. – Nikogo ju nie skrzywdzisz, niewdzi璚zniku!

Rupion bezwolnie wyci庵n掖 sztylet dow鏚cy Hiltzal.

Matka Sainik oprzytomnia豉 i chwyci豉 go za r瘯 dzier膨c r瘯oje嗆, nim zd捫y rozp豉ta sobie podbrzusze.

– Mileno, przesta natychmiast! Co ty wyprawiasz!?

– ZABIJ ICH! WSZYTKICH!! – warcza豉 gard這wym g這sem Mistyczka. Bi豉 od niej nadzwyczajna aura, po鈍iata niesko鎍zonej witalno軼i. W oczach niczym poluj帷e stado wilk闚 czai造 si: pogarda, gniew, satysfakcja i okrucie雟two.

– Przyjd nast瘼ni i nie b璠 rozmawia! – Tatiana walczy豉 o jej uwag. – Ta wojna jest przegrana; by豉 od samego pocz徠ku! Tylko pycha nas za郵epi豉. Mnie… Mnie za郵epi豉! Z tak pot璕 nie da si wygra!

– NIECH PRZYJD!

Mi窷nie op皻anego Wulkira napi窸y si. Ostrze dobytego pugina逝 zacz窸o w璠rowa w miejsce przeznaczenia, pomimo oporu Tatiany.

– MY jeste鄉y 廝鏚貫m, MY jeste鄉y wol! 玆CIEM I JEGO WxDC! – G這s Mileny stawa si coraz bardziej obcy. Gdyby nie sta豉 tu przed Tatian, to Matka pomy郵a豉by, 瞠 to kreatura z najg喚bszych otch豉ni Ilteris.

– Nie b璠zie ko鎍a, rozumiesz! Wiesz, kim on jest!? – Milena milcza豉. – Jak go zabijesz, to z ca貫go miasta nie pozostanie kamie na kamieniu. – Nap鏎 ramienia wulkira nie zel瘸. – Widzia豉, co si sta這 z Jonem! – Tatiana postawi豉 wszystko na jedn kart: albo si w軼ieknie, albo oprzytomnieje.

Na d德i瘯 tego imienia spi皻e mi窷nie Rupiona odpu軼i造. Sztych przesta w璠rowa ku cia逝. Po policzkach Mileny sp造n窸y 透y.

– Wiesz, 瞠 mam racj!

– NIE!

Magia wybuch豉, roz鈍ietlaj帷 sie eterycznych wici wiod帷ych do ka盥ego Sungardczyka na palcu. Prze u豉mek sekundy, ledwie mrugni璚ie oka, przestrze ponad dziedzi鎍em wype軟i widok tysi璚y niewyrazistych magicznych lian zap皻lonych w niezliczon ilo嗆 wez堯w. Rami Rupiona znowu popchn窸o sztylet.

– Mileno! Opanuj si! – Nakaza豉 Tatiana.

Bezskutecznie. 畝l i gniew zaw豉dn窸y wol mistyczki. By這 co jeszcze: inna 鈍iadomo嗆, wroga 鈍iadomo嗆.

Matka Sainik desperackim mocnym szarpni璚iem odci庵n窸a ostrze od cia豉 wulkira i w郵izgn窸a si miedzy nie a jego tors.

– Wi璚 wpierw mnie zabij! Ja nie chc patrze, jak one wszystkie gin! Jedna po drugiej, zawisaj na stryczku!

Sztych przebi si przez sk鏎zany pancerz Tatiany. Po klindze sp造n窸a cienka stru磬a szkar豉tnej krwi.

– Nie… – Ostrze odpu軼i這. – Nie mo瞠sz. – G這s Mileny wr鏂i do swojej barwy. – MUSZ ZGIN﹉! Nie… wystarczy ju, nie chc… – szepta豉 mistyczka, walcz帷 o kontrol.

Upad豉 na kolana.

Aura energii implodowa豉, niszcz帷 eteryczne macki. Sztylet Rupiona uderzy z metalicznym trzaskiem o kamienn posadzk. Sungardzczy ockn瘭i si jak przebudzeni ze snu. Wulkir spojrza na opart o niego Matk, kt鏎 obejmowa ramieniem. Karminowe plamy zdobi造 jej brygantyn i kling pod stopami. Dw鏂h pobliskich zbrojnych dopad這 do 趾aj帷ej Mileny i sp皻a這 jej r璚e.

– Co tu si sta這? – spyta kapitan.

Dow鏚ca Hiltzal wt鏎owa mu zagubionym spojrzeniem, a na widok zabitych, kt鏎zy jeszcze przed chwil stali w pe軟i zdrowia, odruchowo obmaca tors.

– Czy umowa jest w mocy? – spyta豉 Tatiana i spojrza豉 k徠em oka na zabitych Sungardzcyk闚.

– Jest w mocy, ale czarownica idzie z nami.

Matka Sainik skin窸a g這w i podesz豉 do mistyczki. Wojskowi zast徙ili jej drog, ale na rzucony rozkaz odpu軼ili.

Milena unios豉 g這w.

– Musisz by silna, Matko Karevis – o鈍iadczy豉 Tatiana, pu軼i豉 jej oko i pomog豉 wsta z kolan.

– Nie chc, 瞠by odesz豉 – wyp豉ka豉.

– Musz…



******************************************



– To by豉 twarda sztuka – oznajmi豉 Sebil ospa造m g這sem.

– To prawda – przyzna豉 Matka Karevis i popi豉 doniesionej herbatki zaprawionej miodem i pigw – i rumem: g堯wnie rumem.

– Oczywi軼ie, nie ujmuj帷 nic tobie: z這bi豉 kawa dob貫j 這boty – doda豉 Bruka, d逝bi帷 sobie mi璠zy ostrymi jak brzytwy bielutkimi k豉mi. Nast瘼nie obejrza豉 pazur, obr鏂i豉 gi皻kie cia這 w stron Mileny i wlepi豉 w ni drapie積e oczy osadzone w smuk貫j twarzy. – A jak ty w og鏊e wygramoli豉 si z tej ca貫j kaba造?

– Mojemu przyjacielowi bardzo zale瘸這, 瞠by utrzyma mnie przy 篡ciu: poci庵n掖 za kilka magicznych sznurk闚 – odpowiedzia豉 tajemniczo Karevis i u鄉iechn窸a si z satysfakcj. – Po ni te wr鏂i豉m…



**************************************************

Tatiana przywi您ana do pala wewn徠rz niewielkiego namiotu czeka豉 cierpliwie na wyrok. Pono: praworz康ne, o鈍iecone, mi這軼iwe i przer騜nie epitetowe cesarstwo, mia這 j sprawiedliwie os康zi, ale wyzby豉 si z逝dze. Sungardzki Genera potrzebowa spektakularnej 鄉ierci, 瞠by zdusi resztki morale obro鎍闚 i rzuci jej cia這 przed bramy miasta.

Rupion Tarres odwiedzi j tylko raz i to na chwil. O鈍iadczy, i proces odb璠zie si nazajutrz, b璠zie kr鏒ki, a on do這篡 wszelkich stara, 瞠by egzekucja wyroku r闚nie tak by豉. Tatiana spyta豉 tylko o jedno: czy im nic nie grozi?

Wulkir potwierdzi: zakonnice si podda造 i s pilnowane na drugim ko鎍u obozu. Doda jeszcze od siebie, 瞠 nadal szukaj Mileny, kt鏎a zbieg豉 zesz貫j nocy z wi瞛ienia, po czym wyszed.

Matka Sainik u鄉iechn窸a si w duchu. „Moja dzielna wied幟a”, pomy郵a豉.

– Ehh… Mam nadziej, 瞠 nie narobisz wi璚ej ba豉ganu ni ja – westchn窸a, zamieniaj帷 my郵i w cichy szept.

Wej軼ie do jurty rozchyli這 si na p馧 szeroko軼i. Matka odruchowo spojrza豉 w kierunku ods這ni皻ej kapy, ale 鈍iat這 poparzy這 jej oczy od kilku dni nawyk貫 do p馧cienia. Szarpn窸a g這w i zacisn窸a powieki, lecz pr鏂z dra積i帷ych promieni, do wn皻rza wdar這 si co jeszcze. Tatiana poczu豉 nap造waj帷 wol 篡cia. Uderzy豉 w 鈍iadomo嗆 niczym fala witalno軼i, kt鏎a nakazywa豉 zerwa wi瞛y i walczy do ostatniego tchu, jak dziki, zwabiony w zasadzk zwierz. Chcia豉 篡 i wszystko inne odchodzi這 w cie. Uczucie by這 upajaj帷e, a do granic zatracenia.

– Mileno, przesta, prosz; nie mieszaj mi w g這wie – powiedzia豉 p馧szeptem.

Aura zel瘸豉, ale nie znikn窸a.

Magiczka zas這ni豉 za sob przes這n z pikowanego filcu, zdj窸a kaptur od p豉szcza i przykl瘯n窸a naprzeciw Tatiany.

– Wiesz, 瞠 nie musisz tego robi, nie jeste nikomu nic winna.

– Jestem. Przysi璕a豉m was broni, a moja 鄉ier sp豉ci d逝g wobec Cesarstwa i dadz wam 篡.

– Stawimy im czo豉!

– NIE! – warkn窸a Matka, a Milena rozwar豉 szeroko powieki, ukazuj帷 t璚z闚ki pe軟e poblask闚 zieleni. – Nie wiem, co to za nowa magia, ale wiem, 瞠 nie starczy ci jej na ca陰 armi.

– Ale…

– Pos逝chaj mnie uwa積ie, masz si ukry i strzec o速arza Arkturosa. Pilnuj, 瞠by nasze dziedzictwo nie zgin窸o. Pilnuj Sebil.

Milena si璕n窸a po ma貫 zawini徠ko przytroczone u pasa i odwi您awszy sznurek, wy這篡豉 na d這 niewielki oliwkowy kryszta.

– Co to jest?

– Je郵i nie dasz mi si st康 wyci庵n望, to pozw鏊 prosz, 瞠 chocia zabior tw鎩 b鏊. Po趾nij to, a ja b璠 mog豉 odebra ci 篡cie z du瞠j odleg這軼i: szybko i bezbole郾ie.

Matka spojrza豉 na mieni帷y si kryszta, a potem przenios豉 wzrok na C鏎k.

– Ale dopiero na koniec: oni musz odstawi ten sw鎩 pokaz publicznie. Przyrzekasz?

Milena zawaha豉 si, a podbr鏚ek zacz掖 jej dr瞠.

Prze趾n窸a 郵in.

– Przyrzekam.

– To daj mi to 鈍i雟two i m鏚l si, 瞠bym do jutra tego nie wysra豉.

Mistyczka za鄉ia豉 si smutno, w這篡豉 Matce kamie w usta i da豉 popi z pobliskiego dzbana.

– Id ju i…

– Tak?

– Powiedz Herbertowi, 瞠 go kocham.

Karevis rzuci豉 si jej na szyj i zacz窸a szlocha. Z zewn徠rz dobieg造 odg這sy ci篹kich krok闚.

– U篡j tych swoich sztuczek i uciekaj.

– Obiecuj i b璠 przy tobie do samego ko鎍a – o鈍iadczy豉 mistyczka, poca這wa豉 Matk w czo這, nasun窸a kaptur i wysz豉 z namiotu, jak gdyby nigdy nic.



****************************************************



– No tak… wtedy to ten tw鎩 paso篡t hula moc na lewo i prawo. Dobrze, 瞠 si w por przebudzi豉m, bo pewnie zamiast ciasta to jad豉by teraz serca m這dych dziewic, siedz帷 na ko軼ianym tronie.

Matka Karevis parskn窸a, oblewaj帷 si naparem.

– Mo瞠 tak, ale twoje serce by這by bezpieczne.

– Bardzo zabawne. Od tak dawna radz sobie sama w tych sprawach, 瞠…

– A pami皻asz, jak si przebudzi豉? – wtr帷i豉 Milena, nawracaj帷 temat z brukijskiej masturbacji na tory wspomink闚.

Data:

 2021-2022

Podpis:

 MKP

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=82074

 

Powy窺zy tekst zosta opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do tre軼i nale膨 do ich tw鏎cy. Wszelkie prawa zastrze穎ne.
Szczeg馧y na stronie opowiadania.pl