DRUKUJ

 

O szpadlu i morderstwie doskonałym

Publikacja:

 24-04-02

Autor:

 Hortensja
A więc postanowione!
Muszę zamordować szefa.
Nie, absolutnie, to nie jest spontaniczna decyzja. Myślę o tym już od jakiegoś czasu, ale dzisiaj czara goryczy przelała się definitywnie. Można powiedzieć, że tym poleceniem służbowym wydał na siebie wyrok. W sobotę od rana mamy pracować nad nowym projektem, na już, na wczoraj, na cito. Cholera zresztą wie na co. Dacie wiarę! W sobotę. Tę sobotę! Tę wyczekiwaną, od dawna zaplanowaną, jedyną. Mamy już ustawiony babski szoping, kosmeticzing, masażing, a tutaj nagle z czterech liter pojawia się hasło - projekt – i ty człowieku masz porzucić marzenia, żeby na łeb na szyję, najlepiej szpagatami, zapierdzielać w sobotę do pracy.
Nie! Po moim trupie!
I dlatego właśnie muszę zamordować szefa. Sami widzicie, że nie zostawił mi właściwie żadnego wyboru. Jeszcze czego! Może mam pozwolić, żeby moje trzy psiapsióły beze mnie nakupiły sobie ekstra ciuchów, doczepiły rzęsy, pomalowały szpony, wymasowały plecy na wysokości przedziałka i wzniosły toast za przyjaźń. Zresztą, nie kłóćmy się o pierdoły, należy mu się to już od dawna i cześć. On albo ja. Wybór jest prosty. Jestem za młoda i za piękna, żeby umierać.
Wracając z pracy zakupiłam więc w przydrożnym warzywniaku niezbędne akcesoria. Dacie wiarę, że w takim wiejskim sklepiku nie zawsze można kupić rzodkiewkę czy melona, ale szpadel, kominiarkę i sznurek do snopowiązałki już tak. Nic mi więcej nie potrzeba. Obłowiłam się jak rasowy morderca i przytargałam to wszystko do domu. Rano wrzucę do bagażnika jedwabny szalik i wyprawka killera gotowa. Zastanawiałam się jeszcze przez chwilę nad tym, jak moim mini samochodzikiem przewieźć do szkoły dywan, ale jak ktoś jest genialny, to i z tym sobie poradzi. Nie przewożę! Z zerówki wezmę, oni tam mają taki wielgaśny, dla dzieciaków rozłożony.
Plan jest taki.
1. W trakcie lekcji włączę uczniom słuchowisko, każę zamknąć oczy, włączę dyktafon z moimi komentarzami i wyjdę z klasy. Alibi doskonałe. (Nie, żaden dzieciak nie otworzy oczu, nie, jak pani Hortensja kazała.)
2. Zaczaję się na szefa w korytarzu (Zawsze o 10.00 schodzi do łazienki na siku, hehe.)
3. Zaatakuję od tyłu, założę mu na twarz kominiarkę i uduszę jedwabnym szalem. (Nie, no oczywiście, że nie dla mnie była ta kominiarka. A po grzyba mi kominiarka?! Jemu założę. W razie czego powiem, że jakiś bandyta mnie zaatakował i się broniłam. No co ooooo, co ooooo? Zdziwieni, hehe. Człowiek albo rodzi się mordercą, albo nie. Tyle w temacie.)
4. Odwłok obwiążę sznurkiem do snopowiązałki, żeby kończyny nie latały i nie przeszkadzały w dalszych czynnościach.
5. Denata zawinę w dywan.
6. Poproszę woźnego, żeby dywan wyniósł pod trzepak.
7. Szpadlem wykopię dół.
8. Tym samym szpadlem zakopię ten sam dół.
I uwaga! Tadaaaaaaaaaaaaaam:
9. W sobotę całkiem spokojnie wypiję poranną kawę, a następnie udam się na zaplanowany, całodniowy szoping.

...

„Podłość ludzka nie zna granic!” To święte słowa są. Jakim trzeba być padalcem złośliwym, żeby mnie tak w pole wyprowadzić. To się w głowie po prostu nie mieści! Tyle planów, przygotowań. I co? Psińco! Nie, nie zabiłam szefa! Fakt, że sam o mały włos się nie zabił, w ogóle mnie nie satysfakcjonuje. Prosiłam go czy jak? Ja bym to zrobiła estetycznie, a co najważniejsze skutecznie, a tak… Eeee, szkoda słów, aż się człowiekowi odechciewa cokolwiek planować. A przecież to mogła być taka piękna zbrodnia...
No co, co? Było tak:
Skoro świt, (czwarta piętnaście) zgodnie z planem, wrzuciłam do garbuska jedwabny szalik, żeby nie zapomnieć. (Dacie wiarę? Pół nocy przez to nie spałam, powtarzając w kółko: wrzucić szalik, wrzucić szalik. Dlaczego nie wpakowałam go tam już wczoraj, za cholerę pojąć nie mogę. Starzeję się czy co?) Zrobiłam się na bóstwo, wyżłopałam chyba ze trzy kawy, a i tak czasu miałam w nadmiarze. Jak nigdy. (Gdybym tak codziennie planowała jakieś morderstwo, to wreszcie przestałabym się spóźniać do szkoły, hehe). W nocy (bezsenność ma jednak swoje plusy) dotarło do mnie, że przecież muszę jeszcze jakoś niepostrzeżenie wnieść do klasy te moje narzędzia zbrodni. W tym celu, o drugiej piętnaście, przekopałam pół szafy, pawlacz i narożną wersalkę. Własny patrzył na mnie z niebotycznym zdziwieniem, aż wreszcie nie wytrzymał i wypalił:
- A tak poza tym to wszyscy zdrowi? Bo jeśli trzeba, ja w ramach rewanżu mogę pojechać z tobą na SOR. Może wariatów przyjmują poza kolejką.
Małpa.
- Nie! Dziękuję! A ty nie masz co w nocy robić, tylko zadawać głupie pytania? W nocy normalni ludzie śpią, "śpij, kochany, śpij".
No i zanim wyśpiewałam w duchu cały tekst Kayah, znalazłam, co trzeba.
Rano, w peruce po mojej babci, w okularach a`la Zbigniew Wodecki i w trenczu po dziadku Julianie niczym szpieg z krainy deszczowców przemykałem przez puste jeszcze, bezdzietne korytarze. Niestety, do czasu. Na drugim piętrze z impetem wpadłam na woźnego. Zderzyliśmy się plecami, gdy na palcach, zgarbiona jak bożonarodzeniowy dziad z jasełek (Co się dziwicie? Próbowaliście kiedyś przemycić pod przydużawym płaszczem dziadka: szpadel, kominiarkę i sznurek do snopowiązałki? Nie? To proszę mi tutaj, nie poddawać w wątpliwość racjonalności moich zachowań.) rozglądając się nerwowo wkoło, pokonywałam dosłownie już ostatnią prostą. Pech! Peruka zsunęła mi się na czoło, zasłaniając ogromniaste okulary, a trencz wręcz odwrotnie, odsłonił całą dziwną zawartość plus kieckę i niebotycznie zgrabne nogi.
- Pan do kogo? – zapytał. (Jak to dobrze, że jest ślepy jak kret. Ale z drugiej strony, żeby mnie po tych nogach nie poznać, to już szczyt złośliwości. Zazdrosny czy jak?)
- Nie do pana… - wyszeptałam, poprawiając nerwowo okulary na nosie. Może nie dosłyszy, głuchy też podobno jest. Tak przynajmniej twierdzą dzieciaki.
- Aaaa, to na prawo – odpowiedział. Czyli jest! Najdłuższym szpagatem, jaki udało mi się w życiu zrobić, dopadłam drzwi mojej klasy. Nie powiem, serducho biło mi szybciej niż zwykle. I nie, nie w rytmie cha-cha, raczej : "i co ja tutaj robię, uuuu, i co ty tutaj robisz, eeee". I wtedy dzięki bogu, to już ostatnia chwila była, odezwał się we mnie instynkt killera:
- "Spokój szamana, wszystko będzie dobrze"! Zdejmij perukę i płaszcz! Wrzuć wszystko do szafy! Oddychaj! Opanuj emocje!
Zrobiłam, co instynkt kazał. Usiadłam za biurkiem, zamknęłam oczy i... w stanie takiego właśnie całkowitego wyciszenia zastali mnie pierwsi uczniowie wchodzący do klasy...

...

Doprawdy nie wiem, co go tak wystraszyło. Miałam na sobie przecież świetną kieckę, na nogach rewelacyjne dziesięciocentymetrowe szpile, a na szyi cudny szalik kupiony nomen omen na „Księżniczki wiedeńskie”. Raczej powinien piać z zachwytu, a nie drzeć japę, jakby go ze skóry obdzierali. Musiało go jednak coś przestraszyć. No nie wiem. Może ta kominiarka albo szpadel? Ale królu papuciu, pierwszy raz widzi na oczy takie rzeczy czy co? Faceci doprawdy są czasem na maksa irracjonalni. Kiedy wreszcie zabrakło mu tchu, przestał co prawda ryczeć, ale za to drgnął i ruszył z impetem w moim kierunku. Przed oczyma stanęły mi dwa scenariusze: albo (o ironio losu) on udusi mnie, albo ja jego tą łopatą ubiję. I kiedy naprawdę był już dosłownie na wyciągnięcie sztycha, nagle trach. Wywinął takiego orła na ostatnim schodzie, że już od samego patrzenia szczęka mnie rozbolała. W międzyczasie na korytarzu zebrał się niezły tłum. Wszyscy wyleźli z klas. Wszyscy z wyjątkiem moich uczniów. Klasa IV a nadal siedziała z zamkniętymi oczami i ani drgnęła. (Naprawdę, chyba wpadnę w samozachwyt pedagogiczno-wychowawczy.) Uwierzcie mi, słowo daję, przez chwilę myślałam, że zabił się na śmierć. Już widziałam te nagłówki w gazetach: "Odszedł w pełnej chwale, na stanowisku pracy, wracając z siku - cześć jego pamięci!". Zrobił się kompletny galimatias. Uczniowie wrzeszczeli, nauczyciele na przemian krzyczeli: "Policja!" i "Pogotowie!", (Głowę daję sobie uciąć, że w pojedynczych głosach słyszałam również: "Dobrze mu tak!" oraz "Dobić dziada!"), a ja rzuciłam łopatę, ściągnęłam z głowy kominiarkę i już chciałam niepostrzeżenie wmieszać się w tłum, kiedy usłyszałam kolejny ryk:
- Na litość boską!!! Pani Hortensjo! To pani?! Cóż pani do diabła wyprawia!!!
A więc żyje. Spojrzałam na niego i zamarłam. Wyglądał jak podrzędnej klasy zawodnik MMA po walce z Francisą Ngannou. Rozkwaszony nos, rozcięty łuk brwiowy, obdarty policzek. Krwawił jak zaciukany wieprz.
- Ponawiam pytanie! Co pani tutaj do kroćset zdechłych szczurów wyczynia!!!! Żądam natychmiastowej odpowiedzi!
"Żądać to ty sobie możesz podwyżki u ministra Czarnka, hehe." - pomyślałam i robiąc minę niewiniątka, zapytałam:
- Ja? Ale dlaczego ja, panie dyrektorze?
- Czy pani się szaleju najadła?! Biega pani w kominiarce z łopatą po szkole i jeszcze teraz robi ze mnie durnia! Albo mi pani to natychmiast wytłumaczy, albo zwalniam panią w trybie natychmiastowym!
I wtedy zapadła taka krępująca, rzekłabym nawet, grobowa cisza. Trzysta oczu wpatrywało się we mnie, a biorąc pod uwagę, że nie wyglądałam najkorzystniej - włosy rozczochrane przez kominiarkę i rozmazany od ciepła makijaż- poczułam się nad wyraz niekomfortowo. W międzyczasie przemknęło mi jeszcze przez myśl, że za chu* nie ubiorę już nigdy kominiarki, ale postanowiłam odłożyć te dywagacje na później i wypaliłam:
- Właśnie przeprowadzam innowację pedagogiczną, panie dyrektorze.
Szczena opadła mu nienaturalnie nisko, nie wiem tylko czy z powodu urazu czy zdziwienia, wbił we mnie wzrok i wycharczał:
- Że co?!
- Innowację pedagogiczną. Omawiamy właśnie z dzieciakami "Powrót taty" A. Mickiewicza i ja, jak pan widzi, odgrywam rolę zbójcy. To chyba oczywiste. Jeśli nie ma pan do mnie więcej pytań, to pozwolę sobie oddalić się do klasy. Uczniowie czekają. A tak na marginesie, chociaż to oczywiście nie moja spraw jest, to w sumie dziwię się państwu bardzo. Naprawdę nie macie nic ciekawszego do roboty, niż stać na korytarzu i gapić się na ludzkie nieszczęście?
Po tych słowach spojrzałam wymownie na stojącego obok szefa, podniosłam z ziemi szpadel, naciągnęłam z powrotem na łeb kominiarkę i z dumnie podniesioną głową, kołysząc lekko biodrami, niespiesznym krokiem udałam się do sali lekcyjnej.

Data:

 2023 r.

Podpis:

 Hortensja

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=82372

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl