|
|||||||||
|
Granica |
|||||||||
|
|||||||||
| Albert rozmawiał w biurze z kolegami. - Wczasy zawsze spędzam bardzo blisko, w tutejszej okolicy. Pragnąłbym wyjechać gdzieś dalej, zobaczyć coś nowego, dalekiego, nieznanego. Chciałbym wyjechać za granicę. Koledzy poparli jego pomysł. - Masz rację, powinieneś poznać też to, co jest za granicą. Zwiedzisz, zobaczysz, później nam opowiesz o swych wrażeniach. Może my też się tam kiedyś wybierzemy, nigdy jeszcze nie byliśmy za granicą. Albert rozpoczął przygotowania do wyjazdu. Chodził po urzędach, odwiedzał doświadczonych znajomych, informował się jakie formalności musi załatwić, jakie warunki spełnić, by móc przekroczyć granicę. W pracy mówił do kolegów. - Nie każdego przepuszczają przez granicę. Chętnych jest wielu, kryteria są ostre, przechodzą nieliczni. Tylko ci najlepiej przygotowani, najbardziej uczciwi. Strażnicy są bezwzględni, do tego druty kolczaste, zasieki, wieże strażnicze. Granica jest bardzo dobrze pilnowana. Koledzy odpowiadali. - Ale ciebie przepuszczą. Jesteś przecież uczciwym i prawym człowiekiem. Spróbuj. Sprawdzisz jak to naprawdę wygląda. Następnym razem będziemy już uprzedzeni. Gdy zapragniemy wyjechać, to odpowiednio się wówczas przygotujemy. - Dobrze - powiedział Albert - spróbuję. Na kartce wypisał najważniejsze sprawy do załatwienia. Realizował je w kolejności. - Ubiór powinien być schludny i czysty. Żadna ekstrawagancka marynarka czy kolorowa koszula. Tak pstrokato ubranych odsyłają z powrotem. Najlepiej szary garnitur, jasna koszula i szary krawat. Koledzy odwiedzali go w domu, pomagali mu w przygotowaniach, czyścili spodnie, prasowali koszule. - Bagaż niezbyt duży. Pomyślą jeszcze, że coś przemycam. Tylko niezbędne przybory toaletowe, bielizna na zmianę, książka do czytania. Powinienem wyglądać jak turysta. Będę nim przecież naprawdę i nie muszę tego ukrywać. - A zapasowy garnitur, płaszcz na zmianę pogody, dodatkowe buty - koledzy doradzali. - Nie, nie, to za dużo - Albert odsuwał przygotowane rzeczy - to zbyt podejrzane, mogą mnie nie przepuścić. Opowiadano mi, że strażnicy są strasznie wścibscy, zadają dużo podchwytliwych pytań, zastawiają sprytne sieci. Nie chcę, by na mnie padł najmniejszy nawet cień podejrzenia. Koledzy szykowali prowiant, zapełniali paczki, kartony. Albert denerwował się. - Dlaczego aż tyle puszek, konserw, sucharów? Przesadzacie. Co sobie strażnicy pomyślą?! Że wybieram się za granicę w jakiś niecnych celach. Kilka kanapek wystarczy. I termos z herbatą. Będę stołował się w małych restauracyjkach i przydrożnych barach. Jak turysta. Gdy strażnicy znajdą konserwy to natychmiast mnie zawrócą, bez pytań, bez możliwości wyjaśnień. Oni mają psy wyszkolone. Psy zaraz wyczują, wyciągną, wydrapią. Nie mogę ryzykować - odpychał suchary, rozpakowywał kartony. Koledzy nie ustępowali. - Restauracje drogie, przydrożne bary przepełnione, a do bagażnika w samochodzie dużo się zmieści. Albert nie dał się przekonać. - Nie, bagażnik musi być pusty. Właśnie do niego zaglądają na początku. Gdy stwierdzą, że w nim tylko termos i kanapki to zaufają mi. Domyślą się, że jestem uczciwym człowiekiem i przepuszczą. Przeglądał portfel, liczył pieniądze, zastanawiał się. - Nie wiem ile wziąć ze sobą? Za mało niedobrze, powiedzą, że resztę kombinuję czerpać zza granicy. Za dużo jeszcze gorzej, pomyślą, że prowadzę nieuczciwe interesy. Nie wiem jaka ilość byłaby najodpowiedniejsza. Jeden z kolegów przeliczył pieniądze. - Na pierwszy dzień tyle, to na drugi dzień, to na trzeci i następne - odkładał banknoty - w sam raz wystarczy. Nie mogą mieć do ciebie żadnych zastrzeżeń. - No dobrze - twarz Alberta rozchmurzyła się - będę je też tak wydawał. Dokładnie tak. W powrotnej drodze na pewno zapytają mnie co zrobiłem z pieniędzmi. Następnym punktem na kartce były odpowiednie dokumenty. Albert wyciągnął paszport. - Kartki nie mogą być pogniecione, napisy muszą być czytelne, zdjęcie aktualne, podpis wyraźny. Dokumenty są najważniejsze. Podczas ich przeglądania strażnicy zadają najniebezpieczniejsze pytania. Gdzie i kiedy urodzony, imiona rodziców, miejsce zamieszkania, miejsce pracy, i wiele, wiele innych pytań. To są decydujące chwile. Należy odpowiadać pewnie, bez zająknięcia. Gdy wyczują drżenie w głosie, gdy ujrzą rumieniec na twarzy, to już po mnie, nie przepuszczą. Wtedy mogą nawet uderzyć. - Przecież znasz te wszystkie dane. Dlaczego się niepokoisz? - Czasami można zapomnieć. Gdy strażnicy będą mnie obchodzić, psy zaczną węszyć, to mogę stracić głowę. Albert uczył się na pamięć najważniejszych odpowiedzi. - A mój życiorys? - nagle sobie przypomniał - on też jest bardzo ważny. Każą mi mówić co, gdzie robiłem, kiedy? Jak się zachowywałem w przeróżnych sytuacjach. Dużo szczegółów już nie pamiętam. - To odpowiesz, że nie pamiętasz. Lecz z pewnością tak dokładnie nie przepytują. - Nawet nie wiecie jak dokładnie! Kłamców zaraz zawracają. Przepuszczają tylko takich, którzy mówią nieskazitelną prawdę. Muszę się tak przygotować, by w moich wypowiedziach nie stwierdzili najmniejszego kłamstewka - powtarzał na głos kolejne fragmenty swego życiorysu. Tuż przed mającym nastąpić wyjazdem Albert przeglądał nerwowo pozostałe dokumenty. - Zaświadczenie z zakładu pracy, że przebywam na regulaminowym urlopie, zaświadczenie lekarskie, że jestem zdrowy, zaświadczenie z banku, że nie posiadam długów, zaświadczenie od dzielnicowego, że nikt mnie nie poszukuje, z wojska, że odbyłem już obowiązkowe szkolenie, co jeszcze, co jeszcze? - spoglądał przestraszonym, pytającym wzrokiem na kolegów - Czego jeszcze mogą ode mnie wymagać, czego zażądać? - To wystarczające, by przekroczyć granicę. Możesz jechać - odpowiedzieli koledzy. Albert pożegnał się z przyjaciółmi. Wsiadł do samochodu i ruszył. Na drodze nie było żadnego ruchu, żadnego pojazdu, ani przed nim, ani za nim. Nikt nie podążał w tym samym co on kierunku. - Czyżbym to tylko ja odważył się przekroczyć granicę? - mówił pytając sam siebie. Po kilku godzinach samotnej, nużącej jazdy znalazł się na granicy. Szlaban był podniesiony, strzałka wskazywała teren znajdujący się po drugiej jego stronie, napis na tablicy życzył przyjemnej, dalszej podróży i miłego pobytu. Mimo to Albert zatrzymał samochód. Wysiadł. Patrzył niespokojnie na strzałkę, tablicę, podniesiony szlaban. Droga była wolna. Wolna. Otwarty teren rozciągał się hen, hen, daleko. Niezmierzone przestrzenie, promienie słońca je oświetlały, stado sarn pasło się spokojnie, zając przemknął obok, zatrzymał się, spojrzał na Alberta, zdawał się krzyczeć "chodź, biegnij za mną, dlaczego stoisz, na co czekasz?". Panującą ciszę przerywał śpiew ptaków unoszący się w powietrzu i rechot żab w pobliskim stawie. Albert poczuł się dziwnie, nienaturalnie. Podniecone serce niespokojnie stukotało, jakieś wspomnienia, jakaś tęsknota, nieznane uczucia. Rozglądał się bezradnie, bojaźliwie. Podszedł do budki strażniczej. Nacisnął klamkę, drzwi były zamknięte, okna przesłonięte okiennicami. Nieśmiało zapukał, nie usłyszał odzewu. Począł walić pięściami w drzwi i okiennice. Bez rezultatu. Obszedł budkę dookoła. Nikogo. Ani śladu po strażnikach. Albert kręcił głową, zafrasowany spoglądał to na bagażnik samochodu, to na podniesiony szlaban, to na stado sarn skubiących trawę w oddali. Nie wiedział co robić, jaki podjąć krok. Nie spodziewał się takiej sytuacji na granicy. Zastanawiał się czy nie wracać do domu. Na szczęście zjawił się strażnik. W podkoszulku, rozbudzony rozcierał zaspane oczy. Dotychczas spał na pobliskiej łące, głośne stuki Alberta przebudziły go. - Czy to pan spowodował tyle hałasu? - zapytał. Albert ucieszył się. - Oh! Jak dobrze, że pan przyszedł. Nie wiedziałem już co robić? Szlaban podniesiony, żadnych strażników, nikt nie kontroluje, chciałem nawet zawracać. - Jeśli szlaban podniesiony, to znaczy, że droga wolna, można jechać. Niepotrzebnie się pan tak głośno dobijał. - Można jechać? - Albert był zdumiony - Tyle przygotowań i nic? Gdzie kontrole, podchwytliwe pytania? Psy, zasieki, drut kolczasty? Przecież to jest granica. - Tak, to jest granica - potwierdził strażnik - ale granica otwarta, dla wolnych i niezależnych ludzi. I każdy może ją swobodnie przekroczyć. Pan też. - Jak to każdy? To niesprawiedliwe. Powinni tylko ci, co przejdą surową kontrolę. Ja się odpowiednio przygotowałem - Albert wyciągał dokumenty, papiery, pieniądze - proszę sprawdzić, oto moje zaświadczenia, wszystkie w porządku, autentyczne, nie sfałszowane, prawdziwe stemple i podpisy. Strażnik odsunął je, nie interesowały go. - Powtarzam panu, może pan przekroczyć granicę. Droga wolna - wskazał ręką rozległe przestrzenie. Albert nie poddawał się. Otworzył bagażnik. - Nic nie przemycam. Tylko termos i kanapki. Jestem turystą, jadę na wczasy. Strażnik zamknął bagażnik. - W porządku, wierzę panu. Proszę już jechać. Albert nie ustępował. - Nie, to niemożliwe. Zbyt łatwo, zbyt prosto. Gdzie pytania, gdzie psy? Gdzie spojrzenia ukradkowe? Znam dokładnie swój życiorys, proszę posłuchać - zaczął od miejsca i daty urodzenia. Strażnik przerwał mu. - Nie ciekawi mnie pański życiorys. Ufam panu. - Ależ pan tak nie może każdemu ufać?! Tyle łajdactwa na świecie, tylu okropnych ludzi kręci się po drogach i każdy mógłby przekroczyć granicę nawet nie zatrzymując się? Należy dokładnie sprawdzać i kontrolować. Domagam się tego. To jest fałszywa granica a pan jest fałszywym strażnikiem. Strażnik ustąpił. - Proponuję panu moją granicę. Może pan ją swobodnie przekroczyć, szlaban jest nieustannie u góry. I każdy, w każdej chwili, kiedy tylko zechce, może z niej skorzystać. Lecz nikogo nie zmuszam. Tam za drzewami - wskazał ręką pobliski las - jest inna granica. Granica zamknięta. Granica dla ludzi zniewolonych, ośmieszanych i poniżanych. Granica strachu, narzekań, płaczu. Rzadko kto ją przekracza. Tam kontrola jest bezwzględna, kryteria bardzo ostre. Niech pan wybiera. - Tam zadają pytania, kontrolują? Przepuszczają nielicznych? Tam psy szczekają? - upewniał się Albert. - Tak. Tam łzy, cierpienie i rozpacz. Ostrzegam pana. - To jadę tam - zdecydował Albert - dziękuję panu bardzo - potrząsnął ręką strażnika - dziękuję za wskazanie prawidłowej drogi. Strażnik wzruszył ramionami, odszedł na łąkę, położył się. Albert zawrócił, po pewnym czasie wjechał na wskazaną drogę. Ruch panował na niej duży, wiele samochodów podążało w tym samym co Albert kierunku. Wycie rozgrzanych silników, dźwięk klaksonów, ordynarne okrzyki przemęczonych kierowców i pasażerów. W oddali ujrzał opuszczone szlabany przegradzające drogę, wokół druty kolczaste, zasieki, wieże strażnicze. Nad ogólnie panującą wrzawą unosił się niecierpliwy skowyt psów. - Tak, to jest właściwa granica. To jest moja granica - szepnął Albert. Po cichu powtarzał wyuczone na pamięć fragmenty życiorysu. Nim dojechał do drutów kolczastych zatrzymali go wysocy strażnicy w mundurach. Miny mieli surowe, wścibskimi oczami lustrowali postać Alberta. - Gdzie i po co jedziesz?! - krzyknęli. On odpowiedział zgodnie z prawdą. - Za granicę, na wypoczynek. Chwycili go za krawat, wyciągnęli z samochodu, sprawnie rewidowali szarą marynarkę i szare spodnie. Albert posłusznie poddawał się tym zabiegom. Spodziewał się tak szczegółowej kontroli, przecież nie każdy przedostawał się na drugą stronę. Szarpnęli pokrywą bagażnika, psy rzuciły się do jego wnętrza, wyciągały kanapki, rozbiły termos z herbatą. Strażnicy zadawali podchwytliwe pytania, ukradkowe ich spojrzenia wydawały się prześwietlać postać Alberta. On odpowiadał wyuczonymi, gładkimi zdaniami, uśmiechał się coraz pewniej. Wszystko idzie dobrze, myślał. Strażnicy sprawdzali dokumenty, zaświadczenia, pod światłem badali ich autentyczność. Tego się Albert najmniej obawiał, były oryginalne. Zaczęli liczyć pieniądze, Albert trochę się zaniepokoił. Za dużo, za mało naliczyli? Jeden z strażników, najwyższy, o najsurowszej minie, o wąskich ustach, syknął mu do ucha. - Co robiłeś w tym miejscu i w tamtym czasie? Albert natychmiast przypomniał sobie odpowiedni fragment. Odpowiedział bez zająknięcia. Strażnicy kiwali głowami, wypytywali o następne zdarzenia, on odpowiadał bezbłędnie, szczególik po szczególiku, zdarzenie po zdarzeniu. Egzamin zdawał się zmierzać do pomyślnego zakończenia, Albert spoglądał na drgnięcia szlabanu. Najsurowszy strażnik syknął mu do drugiego ucha. - Dlaczego więc chcesz przekroczyć naszą granicę? Ufny wyraz znikł z twarzy Alberta. Zamyślił się, zakłopotany, nie wiedział co odpowiedzieć, otworzył już usta ale żadne słowo z nich się nie wydostało. Wtedy otrzymał pierwszy cios, w zęby. - Dlaczego naszą granicę? - powtórzył strażnik. - Bo żadnej innej nie znalazłem - odpowiedział Albert. - Kłamiesz! - krzyknął wysoki strażnik o wąskich ustach. Uderzył pięścią drugi raz, w twarz, potem jeszcze w brzuch i w nos. - Dlaczego właśnie tutaj?! Dlaczego przyjechałeś na naszą granicę?! - Bo to jest moja granica - zapłakał Albert, upadł na ziemię. Strażnicy podeszli, poczęli go kopać. Psy rzuciły się, kąsały boleśnie. Strażnicy kopniakami zapędzili Alberta do samochodu. - Rzadko kogo przepuszczamy. Zawracaj i ciesz się, że uszedłeś z życiem. Pobity, roztrzęsiony Albert z trudnością uruchamiał silnik, odjeżdżał. Strażnicy przygotowywali się do kontroli następnego pojazdu. Zrobili krótką przerwę, zapalili papierosy, spoglądali na długą kolumnę podjeżdżających pojazdów. - Wszyscy pchają się do nas - powiedział jeden z nich. Podkutymi podeszwami butów przydeptywali niedopałki papierosów. Chwytali już za krawat następnego osobnika w szarym garniturze. Albert wrócił do domu. W nocy przekładał się z boku na bok, ciało boleśnie uwierało. Następnego dnia poszedł do pracy. Zaskoczeni koledzy zobaczyli jego podbite oczy, zraniony nos, opuchnięte wargi. Albert zdejmował koszulę, rozpinał spodnie, pokazywał sińce i ślady po kopniakach. Żalił się. - Tak jak mówiłem. Granica jest silnie strzeżona, mało kogo przez nią przepuszczają. Jeden z kolegów zapytał. - I nie było żadnej innej? Albert zdziwiony spojrzał na niego. W myślach ujrzał stado swobodnych sarn i spłoszonego zająca umykającego po niezmierzonych, nie zaludnionych przestrzeniach. Znów jakieś nieznane uczucie spowodowało przyśpieszony rytm jego serca, tęsknota, żal, nieokreślony smutek. |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||