|
|||||||||
|
LAS |
|||||||||
|
|||||||||
| Był przepiękny letni dzień. Minęło już sobotnie południe a niestrudzone słońce w dalszym ciągu nie szczędziło sił, aby wydobyć z cienia każdy zakątek gęstego, wprost tętniącego życiem lasu. Szerokim duktem, raźnym krokiem szedł młody chłopak. Jaśko go wołali. Miał czternaście lat, ale wyglądał na starszego. Wyrośnięty, szeroki w barkach a jednocześnie wąski w talii. Dzień był upalny, toteż chłopak kroczył z koszulą przepasaną wokół pasa. Resztę odzienia dopełniały krótkawe portki, sięgające mu zaledwie do połowy łydek. Widać było na nich lata noszenia, bo to jakieś łatki przyszyte, jakieś dziury pocerowane. Butów nie miał żadnych, co też wcale na wsi dziwne nie było. Pod opaloną skórą na nagim torsie widać było pięknie wyrzeźbione mięśnie, co w tak młodym wieku budziło powszechne zdumienie. Zwłaszcza wielkości ramion mogło mu pozazdrościć wielu dorosłych mężczyzn. Tylko głowa jakoś nie pasowała do reszty ciała. Twarz miał bardzo delikatną, wręcz dziecięcą, bez śladu jakiegokolwiek zarostu. Długie, jasne włosy opadały mu gęstymi, niesfornymi lokami na ramiona. W twarzy chłopca wyróżniały się oczy. Duże i tak błękitne, jakby pogodne niebo się w nich odbijało. Matka, którą nazywał Matulą mówiła, że w tych oczach utopi się kiedyś jakaś dziewczyna. Jaśko mieszkał w niewielkiej chacie na skraju małej wsi, tuż pod lasem, z Matulą i młodszym o cztery lata bratem Maćkiem. Ojca nie było. Jakieś sześć lat temu poszedł do lasu i już nie wrócił. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Matula najpierw dwa dni czekała a później namówiła kuma Jendrzeja, żeby poszedł ojca szukać. Kum skrzyknął kilku młodych parobków i przez kilka dni szukali, ale bez powodzenia. – Jak kamień w wode – powiedział kum Jendrzej do Matuli. Zgłosili też zaginięcie do Stójkowego w pobliskiej wiosce, ale policji chyba nawet nie chciało się ojca szukać, bo Stójkowy tylko ze śmiechem powiedział: – Eee... tam. Znalos se pewnikiem śwarnom babe i jus nie wróci. I faktycznie, nie wrócił. Żyli odtąd we troje, chociaż nie było łatwo. Żaden kawaler, czy wdowiec, nawet o Matuli nie pomyślał. Bo to ani mężatka, ani wdowa. Chociaż ładna była i niestara. Jaśko ojca dobrze pamiętał. Wysoki był, postawny, silny. I to nie, że Jaśkowi tak się wydawało, bo był mały. Wszyscy tak go pamiętali. Może to po ojcu Jaśko taki wyrośnięty i silny był. A może przez to, że od roboty, nawet ciężkiej nie stronił. Trzeba było przecież Matuli pomóc. A przez to, że robotny był, to i gospodarze chętnie dawali mu jakieś zajęcie. Albo leśniczy robotę w lesie. Ojj, las to Jaśko lubił bardzo. Pewnie przez to, że rodzic często go tam zabierał. Ojciec też dużo w lesie pracował i głównie z zarobionych tam pieniędzy żyli. Poza tym las dawał drewno na opał, grzyby, jagody. Jak myśliwi najęli ojca do nagonki, to i mięso przyniósł. Sam nigdy nie polował a kłusowników nie lubił. Często przynosił do domu znalezione w lesie wnyki i potrzaski, żeby je zniszczyć. Opowiadał, jak cierpi zwierzę, które wpadnie w taką pułapkę. Czasami udawało mu się jakiegoś nieszczęśnika uratować z sideł i puścić wolno. Rzadko się to zdarzało, bo to jednak śmiertelne narzędzia były. I ta jego dobroć w domu też była. Nigdy głosu, ani tym bardziej ręki na dzieci nie podniósł. Podczas tych wędrówek z ojcem, Jaśko dość dobrze poznał i pokochał las. I to zarówno topografię okolicy, jak i naturę lasu. Uwielbiał obserwować toczące się tam życie. Tę krzątaninę, można powiedzieć jak u ludzi. Zabieganie o codzienną strawę dla siebie i rodziny, wychowanie potomstwa. A wcześniej przecież budowanie domu, tego gniazda rodzinnego. A jeszcze wcześniej szukanie partnerki, żeby ta krzątanina, to życie miało głębszy sens. Można powiedzieć, że Jaśko uczył się życia na przykładzie tego, co zobaczył w lesie. Przemoc wśród zwierząt rozumiał, ale pamiętał też nauki ojca, że nie wszystko można przenieść na życie ludzi. Zwierzęta zabijają, bo muszą a człowiek to robi ze złej woli. Te wędrówki po lasach tak weszły w krew Jaśkowi, że wykorzystywał na nie każdą wolną chwilę. Może też podświadomie miał nadzieję, że kiedyś uda mu się odnaleźć ojca? W każdym razie, jak tylko nie było roboty, Jaśko szedł w las. Matula początkowo była zła na te jego wędrówki. Z czasem przyzwyczaiła się i tylko napominała go, by uważał a i za dnia do domu wracał. Nie zawsze mu się to udawało. Z początku zjawiał się w domu tuż po zapadnięciu zmroku, później zdarzało się koło północy a pewnego dnia, zastukał do drzwi chaty jak kur zaczął piać. Oj, wtedy to Matula zdenerwowana była a i Jaśko skruszony. Ale las nocą nie tylko chłopaka nie przerażał, ale wręcz przyciągał. Chociaż pogrążony w ciemnościach, nabierał nowych, baśniowych kolorów. Las w nocy również był pełen życia. Tylko aktorzy na jego scenie byli trochę inni lub występowali w innych rolach. Jaśko uwielbiał dalekie wędrówki. Chciał poznawać nowe tereny, coś ciekawego zobaczyć. I nie chodziło o ludzi, bo tych, pomny ostrzeżeń ojca i Matuli unikał, ale o dziką, nieodkrytą przyrodę. Kiedy wracał po zmroku, przepraszał Matulę i obiecywał poprawę, ale... różnie z tym bywało. Przez to też migał się od chodzenia w niedzielę do kościoła, który był w sąsiedniej, większej wiosce. Trzeba było iść do niego pieszo pięć kilometrów. I tu Jaśko często miał wymówkę, a to zmęczony był bardzo po robocie, a to nogę sobie skaleczył. Wszystko, żeby nie iść z Matulą i Maćkiem do kościoła tylko, jak oni znikną za sąsiednimi domostwami, chyłkiem pobiec do lasu. Miał wtedy cały dzień, żeby penetrować najdalsze jego zakątki. Ale od pewnego czasu coś się zmieniło i Jaśko zaczął wręcz z pewną niecierpliwością oczekiwać niedzielnej wizyty w kościele. Chłopak, do tej pory nieczuły na piękno płci przeciwnej, nie dbający o to, czy naprawdę w jego modrych oczach utopi się jakaś dziewczyna, teraz stracił głowę. Podczas pewnej mszy świętej Jaśko nagle ją zauważył. Pewnie widywał ją wcześniej, tylko nie zwracał na nią żadnej uwagi. Ale w tej chwili został jakby rażony piorunem, jakby ktoś czar na niego rzucił. Sam nie umiał wytłumaczyć, co się stało? Co sprawiło, że ta dziewczyna owładnęła każdą jego myślą, jego oczami, słuchem. Stał przez całą mszę wpatrzony w nią, jak w święty obrazek, głuchy i ślepy na wszystko, co się dookoła działo. Powtarzał tylko bezwiednie jej gesty i ruchy, więc nikt się nie zorientował, że w sumie, to na mszy Jaśko był nieobecny. Miała śliczną twarzyczkę, którą ozdabiały przepiękne, niebieskie oczy i czarujący, niewinny uśmiech. Długie ciemne włosy, ozdobione wiankiem z jasnych, drobnych kwiatków, zaplecione były w dwa grube warkocze opadające na nieskazitelną biel pięknie haftowanej, świątecznej koszuli. Poniżej wianka, delikatne, drobniutkie uszy. Wszystko w jej wyglądzie, w jej postaci wydawało się chłopcu wręcz idealne. Od parobków z sąsiedniej wioski dowiedział się, że miała na imię Rózia i chyba też czternaście lat. Ale sam, mimo szczerych chęci i postanowień, że na następną niedzielę to zrobi, nigdy nie ośmielił się podejść do niej, by cokolwiek powiedzieć, chociaż przedstawić się. Ich spojrzenia spotykały się czasami, bo i dziewczyna zdaje się zauważyła Jaśka. Ale zaraz oboje spłoszeni opuszczali oczy a później spoglądali na siebie tylko ukradkiem. I tak wzdychał dniami i nocami, aż Matula zaczęła się o niego martwić: – Co ci Jaśko? Choryś? – Nie Matulo. Zdrowym – odpowiedział chłopak. – Przeca widze, że cosik ci je – drążyła mama. Ale matczyne, kobiece serce domyśliło się powodu zgryzoty syna. – Jaśko, a moze jako dziołcha wpodła ci w oko? – zapytała uważnie obserwując syna. Jego reakcja powiedziała jej wszystko. Chłopak zmieszał się i zaczerwienił. Matka poszła do komory i wyjęła ze skrzyni sznur korali. Zaniosła je chłopcu i powiedziała: – Na, weź. Dosz jej to. Jak weźmie, to znok, żeś tyż jej wpod w oko. Uśmiechnęła się wręczając synowi korale. Zmieszany Jaśko nie wiedział, co powiedzieć i tylko ucałował matczyne ręce a ona przytuliła go do siebie. Zatem Jaśko, ku radości Matuli, przykładnie chodził co niedzielę do kościoła nie szukając już żadnych wymówek a do lasu wybierał się w soboty. Oczywiście, jak nie miał żadnej innej roboty. Dzisiaj była właśnie sobota, piękna, słoneczna pogoda a Jaśko od rana był w wyśmienitym nastroju. Może to przez pogodę a może las coś miłego do niego szeptał, bo Jaśko umiał go słuchać. Ale najważniejszym powodem było to, że jutro niedziela i w końcu znowu Rózie zobaczy. Wydawało mu się, jakby rok, a co najmniej miesiąc upłynął od ostatniej niedzieli. Ciągle myślał o dziewczynie, planował to spotkanie, co jej powie kiedy wręczy jej podarek, korale od Matuli. I nagle przyszła mu do głowy myśl, że przecież zamiast chodzić do lasu, mógłby również w soboty Rózie odwiedzać. Tak był uszczęśliwiony tym pomysłem, że na głos powiedział: – Żegnej lesie! Bez jakiś cos nie bede cie nachodził. I zaraz wykrzyczał imię dziewczyny: – Rózia!!! Róziaaa!!! Zawsze skore do zabaw echo zaczęło go żartobliwie przedrzeźniać: – ...ziaaa!!!...ziaa!!...zia! A las nie wiadomo, czy zazdrosny o dziewczynę, czy też ucieszony szczęściem chłopaka, spontanicznie się rozszumiał. Wiatr wpadł z impetem w młodniki przyginając je prawie do ziemi, później w brzezinę szumiąc, szeleszcząc i zrzucając na głowę chłopca konfetti z zielonych i lekko żółtawych liści. W pędzie odwiedził zagajnik młodych świerków, z którymi trochę się poszamotał, bo zadziorne były i nie chciały łatwo mu się poddawać... Ptaki przez chwilę spłoszone krzykiem i nagłym powiewem wiatru, odzyskały głos i jakby udzielił im się Jaśkowy nastrój. Głośnym i radosnym trelom dochodzącym z różnych stron, zda się nie było końca. Chłopak z uczuciem bliskim euforii kroczył po porośniętym trawą piaszczystym dukcie, chłonąc całą piersią, całym sobą uroki lasu. Powietrze przesycone zapachem igliwia, żywicy, kwiatów lipy i akacji. Upajający oczy widok kwitnących roślin, marzanki, dzwonków, dziurawca. W lesie, ze swoimi planami i marzeniami Jaśko był bezgranicznie szczęśliwy. Wszystkie jego zmysły były jak zwykle wyostrzone, zatem usłyszał w oddali odgłosy ludzi i konnego zaprzęgu jadącego duktem. Nie chcąc spotkać ludzi zszedł więc z szerokiej drogi na zarośniętą ścieżkę, używaną widocznie tylko przez zwierzynę, może sporadycznie przez ludzi. Tutaj szedł wolniej, uważniej, żeby nie robić za dużo hałasu. W pewnym momencie usłyszał wyraźne szczekanie kozła. Nie raz już je słyszał, ale w tym głosie samca sarny była jakaś dziwna nuta. Zaczął powoli skradać się w stronę ukrytego za drzewami zwierzęcia. Las mu sprzyjał. Poszycie było na tyle gęste, że dobrze go maskowało a jednocześnie nie utrudniało podchodów. Dodatkowo ziemię pokrywała warstwa miękkich mchów, co doskonale tłumiło kroki. Las zaczął powoli rzednąć i oczom Jaśka ukazała się niewielka polana, porośnięta tylko trawą i niskim młodnikiem. Zobaczył sarnę po drugiej stronie polany, na skraju lasu. Była odwrócona do niego tyłem i Jaśkowi wydawało się, że to koza. Potwierdził swoje przypuszczenia, kiedy sarna podniosła głowę. Jej partner musiał być ukryty w lesie. Chłopak obserwował kozę przez dłuższą chwilę. Najpierw myślał, że po prostu się pasie. Ale nie. Stała na skraju lasu, jakby niepewnie, gotowa do ucieczki a jednocześnie, jakby na coś czekała. W pewnej chwili z krzaków na skraju lasu ponownie dało się słyszeć szczekanie kozła. Tym razem z wyraźną nutą ostrzeżenia. Samica rozejrzała się nerwowo i rzuciła do ucieczki w głąb lasu. Przez jakiś czas słychać jeszcze było uciekającą parę a później wszystko ucichło. Jaśko pomyślał, że pewnie sarny go zwietrzyły. Faktycznie, poczuł wiatr wiejący mu w plecy. Nie ukrywając się dłużej ruszył przez polankę w stronę miejsca, gdzie niedawno stała koza. Kiedy był już blisko zauważył koźlątko, które na szyi miało zaciśniętą pętlę wnyków. Biedactwo, już ledwo żyło. Widząc zbliżającego się człowieka, koźlątko ostatkiem sił zaczęło się rzucać. – Nie boj sie, zaroz cie uwolnie – powiedział Jaśko delikatnym głosem do coraz słabiej rzucającego się zwierzęcia. Podszedł do drzewa i zaczął rozplątywać przywiązany do niego koniec wnyków. Nagle do jego uszu dobiegł huk, który rozproszył się dalekim, coraz cichszym echem po całej okolicy. W tej samej chwili poczuł, że ktoś uderzył go bardzo mocno w plecy. Chciał się obejrzeć, ale jakoś dziwnie zabrakło mu sił. Osunął się na kolana a później, upadł bezwładnie twarzą na miękki kobierzec z zielonego mchu tuż obok głowy kozła. ,,Jakie un mo pikne, bronzowe, świconce łocy – pomyślał – Pikny koziełek." Jego myśl pobiegła teraz do domu. ,,Matula zaś bedzie zło, żem nie wrócił na cas do dom..." – westchnął. Poczuł w ustach jakiś słodkawy smak, tak jakby ugryzł się w język. Zdziwił się, bo nie pamiętał kiedy? Zobaczył jeszcze, jak oczy koziołka zaszły mgłą. ,,Pomer" – pomyślał z żalem. I nagle przyszła mu do głowy jakaś niedorzeczna, ale uparta myśl, że on też już do domu nie wróci, Matuli ani Maćka już nie zobaczy. Że darmo Matula będą dzisiaj w nocy nasłuchiwać jego kroków, żeby go puścić do izby. I taka go żałość wzięła, aż go w piersiach zabolało, aż tchu nie mógł złapać. A Rózia? Czy jej też już nie zobaczy? Stanęła mu przed oczami postać dziewczyny, radosnej, uśmiechniętej, takiej pięknej, pełnej życia. Wyciągała do niego ręce a on nie mógł się poruszyć. Chciał chociaż odezwać się do niej, powiedzieć jak bardzo ją... Ale tylko poruszył bezgłośnie ustami. Obraz Rózi rozmył się jakby we łzach, pociemniał, wszystko jakoś pociemniało... Las, który był przecież naocznym świadkiem niejednej tragedii - zamarł. Żadnych śpiewów, szelestów, tej codziennej krzątaniny, która nazywa się życiem. Nawet wiatr wstrzymał oddech a cisza w jakimś geście solidarności z tymi dwoma niewinnymi istotami, też stała się martwa. Po długim czasie dał się słyszeć trzask złamanej gałązki a później jakiś ruch w pobliskich zaroślach. Na skraju polany pojawiła się wysoka postać. Mężczyzna mógł mieć prawie dwa metry wzrostu, chociaż trochę się garbił, tak jakby wiecznie się czaił. Chudy, około pięćdziesięciu-sześćdziesięciu lat, ubrany w stare portki, przewiązane skórzanym pasem, płócienną koszulę i skórzany serdak. Spod wypłowiałej maciejówki wystawały mu długie, szpakowate włosy. Suchą twarz miał pokrytą głębokimi zmarszczkami i niechlujnym zarostem. I te dziwne oczy. Blado niebieskie, jakby wypłowiałe, nie z tego świata. Złe oczy, rozglądające się uważnie po okolicy. W prawej ręce trzymał obrzyna, zrobionego że starej strzelby kapiszonowej. Podszedł powoli do leżących ciał, trącił nogą chłopca, splunął i mruknął ze złością: – Smarkul, myśloł, ze sie dom ozłodzieić. Mo za swoje. Złapał chłopca żylastymi rękami jak szponami za nogi i powlókł w las, w znane sobie miejsce. W ogóle znał te lasy jak własną kieszeń. Kłusował tutaj już chyba z dwadzieścia lat. Wrzucił ciało chłopca do dużego wykrotu i starannie przykrył gałęziami. Zadowolony mruknął pod nosem: – No, tera niech wilcy z tobom tańcujom. Wrócił na skraj polany, wrzucił kozła do worka razem z wnykami i z godną podziwu wprawą pozacierał wszystkie ślady. Po godzinie jedynie bardzo wprawne oko mogło zauważyć, że coś się tutaj wydarzyło. Las też już zaczął zapominać o niedawnych wydarzeniach. Ptaki zaczęły swe radosne trele, wiatr zaczął z przekorą tarmosić gałęzie drzew i krzewów, szeleścić liśćmi. Jakby nic się nie stało. Życie toczy się dalej. Kłusownik zarzucił worek na plecy i zadowolony ruszył w las. Coś mu się przypomniało. Jakieś sześć lat temu też był taki jeden, który chciał mu ukraść zdobycz. Skrzywił się lekko, co było u niego jakąś formą uśmiechu, na myśl, że tamten też zniknął w leśnym wykrocie. |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||