DRUKUJ

 

Lorelai

Publikacja:

 04-09-01

Autor:

 Wojciech Ruchniewicz

‘Dla L.
Masz już swą muzykę w mej pamięci.
Zanikanie.’

...
- Rozpoczynamy test. Podmiot badań w trakcie przygotowań.
- Dobrze. Zawiadomcie mnie o rozpoczęciu programu.
...
**********

...3o.o4.2o28...
Praca w Gwardii Miejskiej nigdy nie była łatwa. Zwłaszcza, gdy człowiek stara się być uczciwym. A coraz trudniej być uczciwym. Szczególnie, gdy wiesz za dużo. Uczciwość kończy się śmiercią. Dlatego nikt nic nie chce wiedzieć. Wtedy łatwiej mówić prawdę.
Problemem jest to, że Gwardia powinna wiedzieć. Wiedzieć i reagować.
Wszyscy wiedzieli. Madame Naoko skazała na anihilację całe piętro Szpitala Psychiatrycznego. Wszyscy wiedzieli. Mirai w jakiś sposób wiązało się z mordercą, ze sprawy ‘Piękna i Bestia’. Wszyscy wiedzieli. ‘Piękna’ miała twarz Lorelai. Nikt nic nie powiedział, nic nie zrobił.
Życie jest posrane, gdy starasz się być dobrym gliną.
Minął prawie rok. Po spotkaniu z Victorem poszedłem do ‘Blue Bolta’. Pub dla zawiedzionych dusz. Nie dziwne, że większość klientów to ‘młodzi gniewni’, którzy właśnie dowiedzieli się, że nic nie mogą zrobić. Światem rządzą korporacje, a ci, którzy twierdzą inaczej znikają. Nikt na to nie reaguje.
Wielki drink. Nowy. Nazywa się ‘Upadek’. Dobry...pewnie dodali do niego jakieś prochy. Nikt nie zauważy.
Smętna muzyka. Przydymiony świat. Na świecie nie ma już bieli i czerni. Są tylko miliony odcieni szarości. Za szarość nie można zamknąć.
Victor miał rację. Człowiek żyjący przeszłością kończy u czubków. Jemu można wierzyć. Po części sam jest czubkiem.
Kłamałem mu prosto w twarz, z pełną świadomością faktu, że on doskonale o tym wie. Jest empatą, psycholem, wie o wszystkim. Kiedyś opowiadał jak to odbiera. Szary obślizgły szlam oklejający cię ze wszystkich stron... jak teraz...prawie fizycznie obecny...wyżerający dziurę w sumieniu...
Drink działa. Melancholia.
Sprzedałem go za przeniesienie.
Do Świata.
Do gwiazd...
‘...AND THE NIGHT ROLLS ON LIKE A SLOW MOVING TRAIN, AND THE SOUL CRIES OUT FOR A HANDFUL OF RAIN...’
Ceremonia powtarza się co tydzień.

**********
...
- Pani?
- ...wkrótce ukończymy projekt beta...
- ...a, ona, Alfa?
- Nie pozostał po niej żaden ślad...
...
**********

...o1.o5.2o28...PubNet, ‘Z herokawą o 8.oo’, Witaj Miasto...
‘...Wiadomosci regionalne: Stan Wielkopolska, Poznań.
Dziś obchodzimy Święto Pracy. Zgodnie z zarządzeniem nr.5 Urzędu Administracji miasta Poznania, w dniu dzisiejszym wszystkie korporacje są zobowiązane do skrócenia godzin pracy do sześciu....’
‘...W nocy z 3o.o4. na o1.o5 do naszego miasta przybyła najsłynniejsza gwiazda Holonetu, piosenkarka i pisarka Lorelai Rodriguez. Tłumy fanów zebrały się pod drzwiami hotelu ‘Siedem Gwiazd’ w oczekiwaniu na pojawienie się gwiazdy. Agent Lorelai ogłosił, że dochody z dzisiejszego koncertu (który, przypominamy, zacznie się o 21.oo czasu warszawskiego w sali Pałacowej Białej Pagody korporacji Mirai, a który transmitować na żywo będziemy za pomocą sieci) zostaną przekazane na rzecz odbudowy zdewastowanego przed rokiem Szpitala Psychiatrycznego...
...koncert Lorelai sponsoruje Pałac Sieciowy hoshi.com... ’
Kolejny klon Mirai.
Kac dnia wczorajszego wwierca mi się w mózg. Niesmak długo jeszcze pozostanie w ustach.
‘Mam wiadomość’ mrugające, srebrne litery wyświetlone podskórnym ekranie doprowadzają mnie do szału. Cholerny gwardyjski system przesyłu informacji. Muszę się tego w końcu pozbyć. Tak jak pozbyłem się Gwardii.
Wiadomość jest krótka.
‘Spotkanie operacyjne. Sala 126. Hoshi.com. Turing’
Głupia nazwa nadana Urzędowi Ochrony Sieci przez dwudziestowiecznych literatów. Moja droga do gwiazd.
Hoshi.com. Sieć. Czas zagłębić się w Otchłań Kłamstw.
Łącze deku bez oporu wchodzi w nowo założone gniazdo. Kawałek metalu wmontowany w podstawę mojej czaszki. Za darmo. Płaci Turing.
Jeszcze tylko przełącznik zabezpieczenia...Świat znika w rozbłysku światła. Wchodzę do Nieba. Rozwija się sieć Poznania. Nad miastem góruje monolit agencji rządowych, zwieńczony czerwonym lśnieniem SI. Tam jest władza.
Dek reaguje z zawrotną szybkością. Brak opóźnienia. Brak czasu na wątpliwości. Czasem nie chce się wracać do rzeczywistości.
Kilka ‘ulic’ dalej Biała Pagoda. Odwzorowana z japońskim pedantyzmem, strzeżona przez najbardziej zabójcze chińskie programy. Ich nie obchodzi prawo. Mają pieniądze. Tam gdzie są pieniądze, tam jest własne prawo.
Oto i jest. Hoshi.com. Pałac gwiazd. Otoczony ścianą osłon. Lód równie zabójczy jak w Mirai. Bardziej subtelny. Przesycony artystycznym duchem miejsca.
Przy bramie dwa Anioły. Srebrzyste istoty, o piórach przecinających neuronowe połączenia mózgu. Chwila wahania. Podaje kod przesłany przez Turinga. Będę żył.
Otwiera się sala nr 126.
Witają mnie dźwięki muzyki. Nowy album gwiazdy.
‘...SEE THE DEVIL HE IS SO INTENSE SEE THE DEVIL GO AND CHANGE HIS NAME...’
Pokój zalany przyćmionym światłem gasnącego słońca. Pozostałości wczorajszego alkoholu wykręcają me zmysły. Ludzie jak posągi pokryte złotym pyłem, a może posągi jak ludzie...
Oprogramowanie prawie natychmiast wprowadza poprawki kompensując słabości mojego niedoskonałego ciała.
Sieciowy bąbel nie jest duży. Za ogromnym oknem krajobraz wypalonej ziemi. Zachód pomarańczowego olbrzyma. Pokój zdominowały cztery ogromne gotyckie trony. Władcy czasu i przestrzeni. Czerń i złoto. Sieciowe sny.
Czekały na mnie. Stoją obok swych miejsc. Jakby bały się naruszyć majestat władców pomieszczenia. Z uwagą przyglądają się designowi mej ikony. Na tę niezwykłą okazję przybrałem maskę ‘Spike’a’. Przemieszanie niechlujności i cynizmu. Moja tu obecność wydaje się być obrazą dla drobiazgowo skomponowanej scenerii.
Przede mną trzy ikony, za którymi być może ukrywają się ludzie.
Twarze, od których uciekłem w sieć. Twarze, z którymi nie chcę mieć nic wspólnego.
Lorelai. Naoko de Bevoir i jeszcze jedna. Trzy ikony o identycznej twarzy. Trzy gwiazdy. Niesmaczny żart.
Z trudem powstrzymuję odruch ucieczki.
Inicjatywę przejmuje odziana w czerń i srebro, lodowa pani korporacji Mirai. Muszę przyznać, że jej tu obecność jest dla mnie niespodzianką. Niemiłą niespodzianką. Madame de Bevoir uwielbia kąpiele w szarym szlamie.
Wracają wspomnienia sprzed roku.
Siada, a jej wizerunek natychmiast komponuje się z ogromem starożytnego mebla. Królowa na swym tronie. Teraz już wiem. Programiści nie zawinili. Tylko gość ma się czuć nieswojo w okolicy tronu, na którym nie ma prawa siadać. Nie wciągną mnie w swoje gierki.
Nie muszę patrzeć jak pozostałe dwie damy gwiazdozbioru Lorelai zajmują należne im miejsca. Mijam je w milczeniu podchodząc do wyimaginowanego okna. Ostatnie promienie złotego światła przemykają pośród kości skalnego szkieletu martwego świata.
Dochodzący znikąd głos Lorelai dogania mnie potokiem słów niesionych na fali elektrycznych dźwięków...
‘...IS IT DARK WHEN THE MOON IS DOWN, IS IT DARK WITH A SINGLE FLAME ...’
Dość tej multimedialnej zabawy. Muszę pamiętać, że jestem na służbie. Obracam się trochę zbyt energicznie.
- Porucznik Maksymilian Orson. Agencja ochrony Sieci. Czym mogę służyć? – ‘Za szybko’ myśl dochodzi o ułamek za późno. Ten ton służbisty nie pasuje do luzackiej postawy mego designu.
- Może kawy? – w dłoniach odzianej w karmazynową czerwień Lorelai pojawia się magicznie zmaterializowany kielich wypełniony czarnym parującym płynem.
Doskonała iluzja. Po chwili do mych wirtualnych nozdrzy dochodzi ciężki
aromat brazylijskiej kawy. Internetowy zapach wielkich pieniędzy.
- Nie jestem tu by podziwiać pracę pani programistów. Przybyłem na odprawę. Słucham.
- Od razu do rzeczy. Podoba mi się to. – głos Srebrnej promieniuje lodowatym profesjonalizmem.
Jeszcze kilka ruchów dłońmi i już przed jej twarzą zakwita pokryty gęstą siatką liter błękitny ekran danych. Moje prawdziwe zdjęcie sprzed kilku lat, przebieg kariery, grupa krwi...Rozmiar kołnierzyka też pewnie by się znalazł...
Po raz kolejny uświadamiam sobie jak funkcjonuje świat. Nie ma już miejsca na tajemniczość i romantyzm. Chyba, że masz na to pieniądze.
- Wspaniała kartoteka, muszę przyznać - ...powiedz mi coś, czego nie wiem...- dokładnie to, czego potrzebujemy.
Ekran wypluwa z siebie kolejne dane. Nawet spod okna dostrzegam krwistą
czerwień ostrzeżenia.
- Ah, więc to pan rozwiązał sprawę ‘Bestii’ z Dołu. To dobrze się skła...
- Sprawę ‘Pięknej i Bestii’... – przerywam jej w pół słowa. Grymas złości pojawia się i znika niczym śnieg na pustyni. Prawda boli. – ...rozwiązałem, owszem.
- Dobrze się składa, że przenieśliśmy pana do Turinga – riposta tnąca nadzieję.
- To on. On się nadaje. Mój rycerz na białym rumaku. – Czerwona uśmiecha się wyzywająco. Chyba właśnie zostałem zatrudniony. Hm, nie, kupiony.
Trzecia się nie odzywa. W jej dłoniach pojawiło się staroświeckie pióro. Pisze po niczym, czasem zanurzając je w lewitującym kałamarzu. Kodowane dzienniki. Ostatni krzyk mody.
Srebrna spogląda w odległa przestrzeń. Tam gdzieś ukryto jej osobisty ekran.
- Koncert odbędzie się za trzynaście godzin. Lorelai ma go przetrwać. Jesteś za to odpowiedzialny. To wszystko. Reszta potrzebnych danych czeka na ciebie w miejscu, które zwiesz domem. Koniec odprawy. – Ikona srebrnej znika w blasku ostatniego z promieni umierającej gwiazdy.
- Z niecierpliwością czekam na następne spotkanie. Już wkrótce...- Czerwona odchodzi w ciemność.
- ... – Trzecia przechodzi przez drzwi wejściowe. – Wiesz co, nie wiem czemu tu jesteś ale dziękuję...- ten głos pasuje do tej ikony jak słoń do sklepu z porcelaną.
Dopiero po chwili zamykam usta. O co tu do jasnej cholery chodzi? To miała być odprawa? Co ja właściwie mam robić?

**********
...
- Reakcja?
- Zgodnie z przewidywaniami... nic niezwykłego...
- ...hmmm...
...
**********

Programy obronne wypychają mnie do sieci miasta. Pozbawione rysów twarze aniołów z definicji programu nie mogą wyrażać niczego, a jednak wydaje mi się, iż uśmiechają się ironicznie. W co ty się znowu wpakowałeś?
Mówiła, że w domu czekają na mnie informacje. Nie wierzę im. Informacje są zbyt cenne by je rozdawać.
Otwieram prosty program wyszukujący. Napisałem go krótko po studiach, w czasie, gdy reaktywowali sieć. Mały bunt przeciw wszechobecnym korporacyjnym software.
- Jak brzmią twe rozkazy? Jakie są twe pytania? – dżin materializujący się nad szyjką kryształowej karafki ma głos i twarz Christophera Lamberta, prawdziwego aktora który zginął przed wojną.
- Powiedz mi, co masz o koncercie Lorelai...wróć...o samej Lorelai. Rodriguez. Piosenkarka...- w oczekiwaniu na wyniki przeglądam najnowsze holonetowe wiadomości...
‘...największy koncert w mieście... PRZESKOK...nowa płyta Lorelai... PRZESKOK...korporacja Mirai obiecuje... PRZESKOK... lista przebojów Top Ten Euro... PRZESKOK... miliony widzów oczekują...’
- Panie – głos Lamberta odrywa mnie od tej holonetowej sieczki- wyszukiwanie zakończone. Odnaleziono 823.980.001 wyników.
- Odrzuć strony prywatne, niemodyfikowane w przeciągu ostatnich piętnastu dni, reklamówki i strony porno... – kolejne klaśnięcie zmusza mego sługę do dalszej pracy.
Na tle miejskiej sieci pojawiają się świetlne znaki. Zbliżają się. Odnalazły mnie podprogramy tropiące reklam netowych. Zbyt długo stałem bez ruchu.
Wznoszę się poziom wyżej. Panorama sieci przytłacza ilością świetlnych punktów. Po autostradach danych przesuwają się setki ikon. Zwykli użytkownicy, mgły okrywające zawodowców, wielobarwne, finezyjne ikony młodych. Każda z nich ma swoje życie, swoją historię, swoją kartotekę. Milion powieści obyczajowych... Tu w górze czuję się jak bóg. Całe miasto na wyciągnięcie ręki. Tu jest spokój. Reklamy, bazy danych, wizualny gwar drugiego oblicza miasta, wszystko pozostało w dolnej części wirtualnego świata.
- Twe żądanie zostało spełnione...- patetyczny styl mego wirtualnego sługi, przydałaby się jakaś zmiana...- Pozostało 820 pozycji. Podprogram Dywan wybrał trzy najbardziej wartościowe zbiory danych... kontynuować?
Kolejne klaśnięcie.
- Jak sobie życzysz. Aktywowanie przeniesienia...3,2,1...abrakadabra.
Fantazje młodego człowieka. Dywan błyskawicznie przenosi mnie z sieci do sieci. Z poziomu na poziom. Taniec wirujących barw.
Tak właśnie czuje się człowiek pozbawiony ciężaru ciała i wszelkich problemów z nim związanych. Istota boska...świetlisty anioł wyzwolony z okowów fizycznych ograniczeń, podróżujący w czasie i przestrzeni. Pod wpływem kaprysu zmieniam ikonę. Teraz będę złocistym feniksem...
Jak najszybciej poznać człowieka? Jak poznać człowieka? Jak poznać osobę, która zakryła swą prawdziwą twarz pod tragiczną maską? Czy można się przebić przez szczelny mur kłamstw, iluzji? Mam dwanaście godzin...
Moje sieciowe marzenia rozrywa prawie materialny zapach tysięcy złotoczerwonych kwiatów. Sekretny Ogród wnętrza duszy. Dżin zawsze był romantykiem... i właśnie takie wybrał miejsce schadzki.
Czy program może sam uzyskać świadomość SI. Nie... więc to ja byłem romantykiem. Kiedyś.
Ogród pełen ciepłych kolorów sierpniowego wieczoru. Kobieta o włosach barwy opadających liści leniwie wyleguje się na łożu utkanym z barw. Ona też ma twarz... podobną do Lorelai. I gdy patrzę jej w oczy wiem już, że nie zapamiętam niczego poza jej spokojnym uśmiechem.
Jest samotna. Dziś nikt nie wędruje po jej wspomnieniach. Wspomnieniach oddanych na pożarcie innym ludziom.
Dałem się podejść. Jakim jestem głupcem. Sentymentalnym głupcem. Ogród wspomnień... Ha!
- ha, ha, ha – głos wydobywający się z gardła feniksa, jak głos obcego człowieka. Kiedy stałem się tak cyniczny? – ha...
Mam dość udawania. Na trawie staję w swej własnej postaci. Ja, Orson.
- Czy mnie słyszysz? – głos spod grzywy ognistych włosów, karmazynowymi falami opadających na leśny dywan. – Czy chcesz mnie wysłuchać? Czy tylko przybyłeś by zadawać pytania... a może coś mi opowiesz?
- Chcę słuchać, potrzebuję informacji dotyczących...
- Nie wiem gdzie leży prawda. Już dawno utonęłam w swej iluzji. Gdzieś tam się na pewno ukrywa. Tam, między cierniami wierszy...
Ogród znika ustępując miejsca małemu, ciemnemu pokojowi o meblach w kolorze krwi. Ma przewodniczka leży skulona na niewielkim łóżku. Jej włosy już nie tak długie, tak prawdziwe. Teraz są inne. Obce.
Na ziemi leżą porozrzucane papiery. Teksty piosenek, strony zapisane czarną pajęczyną liter, poplamione łzami.
‘ Czy wiem kim jestem... czy jestem taka jaka być powinnam...’
‘...chcę znaleźć słowa, które wyrażają coś więcej, ponad swoją graficzną formę...’
‘...nienawidzę głodu pisania, który jest we mnie. Ale i nie potrafię bez niego żyć...’
‘...ile jest warta ta kartka? Ile jest warta jej twórczyni... Czy to, co napiszę określa mą wartość... czy będą pamiętać... czy ja będę pamiętać...'
‘czy jestem lepsza niż inni, inna... mniej ważna...im nie zależy. Strach. Samotność.’
‘...czy jestem przypadkiem beznadziejnym...’
Wiele pytań. Brak odpowiedzi. Na wiele pytań nie da się odpowiedzieć samemu sobie.
Błysk. Pokój zniknął. Znów dogoniła mnie muzyka. Tym razem jej głos jest silny. Błyszczy wśród dźwięków ogrodu.
‘... SHE’S NO QUEEN OF HEARTS, BUT SHE’S GOOD TO ME, BRING HER COFFIN R O S E S, BRUSH HER THORNS, LET IT BLEED...’
Już rozumiem. Nadeszli inni. Fani. Ludzie, którzy znają tylko Lorelai. Oni nie zobaczą ciemnego zakątka duszy, tylko srebrną gwiazdę na firmamencie smutku.
Jestem zmęczony. Mam dość swoich problemów. Nie obchodzą mnie inni. Ciekawią? Owszem. Obchodzą...niestety tak.
Czy zapisy wirtualnej pamięci są prawdą? Jeśli tak. Do jakiego stopnia?
Muszę stąd odejść. Wracam do zacisza swojego ciała. Usłużny Dywan zabiera mnie tam z prędkością myśli.
Gdy odchodzę rozbrzmiewają ostatnie słowa piosenki...
‘... CLOSE YOUR EYES, AND CLOSE THE DOOR, AND THE DREAM THAT NIGHT EMBRACE, SLOWLY LEAVE WITHOUT A TRACE...’
Przedstawienie się skończyło...

**********
...
- ...co się dzieje? Gdzie on się podział?... Beta COŚ mu pokazała, nie powinna się wtrącać... jeszcze nie teraz.
- Co mamy zrobić?
- Znajdźcie go...natychmiast, i...
...
**********

Czerwono-złota fala ostrzeżenia przewala się przez mój mózg na sekundy przed wylogowaniem. Ktoś wdziera się do mej bazy danych. Wirus, niczym stado srebrnych piranii rozszarpuje programy obronne mej twierdzy. Otaczają mnie wirującym kręgiem. Z każdą chwilą znika coraz więcej mych ‘bezcennych’ elektronicznych snów.
Licznik powrotu...cyfry zmieniają się strasznie wolno 12...11...10...
Zdumiewa mnie spokój, z jakim obserwuję nadchodzącą zagładę.
Program ‘tarczy’ raz po raz rozbłyskuje pod wpływem uderzeń wirtualnych drapieżników. Wchłonęły już wszystkie dane peryferyjne, ale to im nie wystarczy... programom-zabójcom nigdy nie starcza...
7...6...5...
Zmieniam ikonę. Może sfinks zdoła umknąć. Nie, on nie ucieka...spala się, by potem odrodzić się z popiołów...
3..2..
Tylko, że ja nie zdołam powrócić...Tarcza pada w ostatnim rozpaczliwym rozbłysku. Wznoszę się ponad ruinami mego pałacu. Wirus rozrywa mą ikonę...obcy głos wrzaskiem śmierci rozdziera ciszę sieci...
...1...
Śmierć pozbawia zmysłów. Biel nieistnienia. To nie boli...już nic nie boli...

**********
...
- Świadek zlikwidowany.
- Wyślijcie kogoś by posprzątał. Obawiam się, że ‘Bóg’ miał rację. Trzeba kończyć. Zawiadomcie ją, że zamykam projekt.
- Tak, Pani. Wedle rozkazu.
...
**********

...o1.o5.2o28... PubNet, godzina 11.23, ‘Wiadomości kanału 0’...
‘...nasi reporterzy donoszą o licznych ofiarach w ludziach i sprzęcie. Pożar rozprzestrzenił się już na trzydzieste drugie i trzydzieste czwarte piętro Bloku im. Bohaterów Księżyców Jowisza. W pierwszym oświadczeniu, rzecznik prasowy Gwardii Miejskiej ogłosił, że za pożar najprawdopodobniej odpowiedzialni są członkowie ekstremistycznie prawicowej organizacji ‘Biały Orzeł’ która od wielu lat...’
Mój ‘dom’. Nie byłem tam od wielu dni.
Zjonizowane powietrze. Swąd usmażonego ciała. Ból.
Czy sny mogą zabijać?
Czy śmierć może być snem?
‘...cała redakcja naszej telewizji łączy się w bólu z rodzinami ofiar. Osoby, które zainteresowane są pomocą dla poszkodowanych prosimy o wpłacanie datków na konto, którego numer pojawił się nad mą głową (...) a teraz w tej smutnej chwili miejmy nadzieję, że utwór Lorelai pocieszy poszkodowanych...’
A może zatańczymy zmarłym na ich grobach? Pieprzony świat. Co za nieczuły świr stworzył to wszystko? Człowiek.
‘...FATHER CAN YOU HEAR ME, THIS IS NOT HOW IT WAS MEANT TO BE, I AM SAFE AND SO ARE YOU, AS FOR THE OTHERS DESTINY...’
Ten głos. Ten ból. AARGHHH....rozrywa mój mózg.
Gdzie jest czerwony pokój...Kim jest Lorelai? Kim naprawdę jest kobieta ze snu? Kto jest Lorelai?
Srebrne, natarczywe światło przebija błogosławioną zasłonę mroku. Moje oczy płoną. Ból przywraca wszystkie zmysły, przywraca zdolność logicznego myślenia.
Dżin zginął, a wraz z nim ostatni ślad romantyka.
Jednak jestem feniksem.
Żyję.

**********
...
- mamy niespodziewane...komplikacje...
- O czym ty mówisz?
- Ona... hmm... znów wpłynęła na Boga... podał nam złą lokalizację ciała.
- CO?!? Interesujące, lecz może być niebezpieczne. Wzmocnić izolację!
- Wysłaliśmy już grupę...
...
**********

Przyszli szybko. Pięciu profesjonalistów z kamiennymi maskami zamiast twarzy. Oczyścili piętro i bez problemu załatwili elektroniczny zamek mego sześcianu. Trochę jak wirtualne anioły.
Potem eksplodowała umieszczona tam przeze mnie bomba.
Z chorą radością obserwowałem jak cały korytarz zmienia się w ogniste piekło. Ja też potrafię grać nie fair.
Spojrzałem raz jeszcze na błyszczącą srebrnymi literami wiadomość...
‘Uciekaj! Bóg już cię odnalazł. Uciekaj do Domu Zawiedzionych Serc’
Ktoś jednak chce bym żył. Jakiś religijny buntownik. Co gorsza, buntownik o duszy poety.
Najwyraźniej chciał, bym poszedł do jednego z setek neokatolickich kościołów. Nie jestem aż takim desperatem. Nie. Nie spotkamy się na jego warunkach. Jeśli chce ze mną rozmawiać to na moim terenie.
Gwałtowny ruch wybuchem bólu przypomina mi o spalonym łączu.

**********
...
- utraciliśmy kontakt z grupą specjalna... Bóg rozpoczął sekwencję śledzenia...
- ...
- Pani, jakie są rozkazy?
...
**********

Miasto poza Blokami. Z wysokości osiemdziesięciu pięter przypomina wysypisko śmieci, cmentarz zapomnianych konstrukcji i zapomnianych ludzi. O tym też nikt nie chce wiedzieć. Dlatego tak niewiele osób wynajmuje zewnętrzne windy. Pająki, mozolnie przesuwające się po metalowych ścianach naszego mikroświata.
Tu niebo nigdy nie jest niebieskie. Poeci z Dołu twierdzą, że to wina sumy smutków każdego dnia przesłaniających słońce. Brednie.
Czerwona poświata okrywa sąsiadujący Blok. Jeszcze nie ugasili pożaru. Myślę, że na Dole gangi tańczą wokół ognisk. Oni nas tak nienawidzą za to, że sami daliśmy się zamknąć w szklanym więzieniu dobrobytu.
A może zazdroszczą.
Ja mam inne problemy. Nie istnieję. Nie żyję. Widziałem swą twarz na prostym ekranie informacyjnym ‘pająka’.
‘... porucznika Maksymilian Orson, zasłużony funkcjonariusz Urzędu Ochrony Sieci zginął w zamachu, który wywołał pożar Bloku ...’
Pająk zatrzymuje się ze zgrzytem dawno nie oliwionych stawów. Elektroniczny głos powiadamia mnie o dotarciu do stacji docelowej. Od świata oddzielają mnie ciężkie stalowe drzwi śluzy. Za nimi czekają na mnie problemy i wrogowie. Przez chwilę walczę z pokusą pozostania w izolowanej strukturze windy.
Sześćdziesiąte ósme piętro.
‘Blue Bolt’ stoi tuż przy śluzie. Stoi to zbyt eufemistyczne określenie. Właściwie to rozpostarł się leniwie, obejmując w posiadanie całą ulicę. Dwupiętrowy budynek w planach konstrukcyjnych Bloku widniał, a może nadal widnieje, jako Muzeum Wojny Secesyjnej. Zbudowano go z protodrewna, stylizując na saloon z początków XIX wieku. I tak, jak wiele miast na Dzikim Zachodzie porzucono, gdy żyły złota przeniosły się na wyższe pietra, odchodząc wraz z pojawieniem się nowych panów. Powtarzająca się historia siłą narzucona obywatelom Stanu Wielkopolska.
Budynek pozostawiono by straszył pustymi oczodołami okien. Tu w ciemnościach końca korytarza stworzona została kolejna urbanistyczna legenda. Legenda o nawiedzonym domu.
Po latach kupił go Szeryf. Nikt nie wie, kim był Szeryf zanim stał się barmanem. Wielu, w ten czy inny sposób, próbowało się tego dowiedzieć. W końcu jednak wszyscy porzucali poszukiwania na rzecz innych bardziej bezpiecznych zajęć.
Szeryfowi spodobała się okolica. Pewnego dnia powiedział mi w tajemnicy, że przypominała mu scenografię ze starych filmów kryminalnych.
Trudno nie przyznać mu racji. Wejście do saloonu, jest jedynym dobrze oświetlonym miejscem na przestrzeni kilkudziesięciu metrów. Szeryf upewnił się, że żadna uliczna lampa nie będzie naprawiana przez najbliższe kilka lat. Po drugiej strony ulicy funkcjonuje niewielki kilkupiętrowy hotel wciśnięty pomiędzy ścianą Bloku i betonową bryłę skrywającą urządzenia energetyczne piętra. Jego błyskający fioletowym światłem neon obwieszcza wszem i wobec, że oto znalazłeś się u drzwi do ‘Bl ck Abb s otel’.
Przez chwilę chłonę nastrój scenerii.
Ciszę zakłóca buczenie neonu i przytłumione dźwięki muzyki dochodzące zza drzwi ‘Blue Bolta’. Szyld pubu jarzy się agresywnym błękitem.
Do pełni szczęścia brakuje tylko deszczu. Na tym piętrze nigdy nie pada.
W myślach wywołuję funkcję zegara. Brak odpowiedzi przypomina mi o zniszczonym wewnętrznym interface.
Czas na dużego drinka.
‘...DO YOU HEAR COMMISSAR, THE NIGHT IS SILENT, DO YOU THINK COMMISSAR, IT IS DEFIANCE, DO YOU SEE COMMISSAR, THE MOB HAS FACES, COULD IT BE COMMISSAR, THE DARK EMBRACES...’
Kolejna piosenka Lorelai uderza we mnie z siłą pneumatycznego młota, gdy przekraczam magiczna linię wejścia. Zmęczone twarze obcych ludzi unoszą się znad wypełnionych szklanek. Jest wcześnie. O tej porze piją tylko desperaci.
Szeryf spogląda na mnie zza lady. Na jego pomarszczonej, pokrytej siatką blizn twarzy rzadko gości uśmiech. Tym razem jest inaczej.
- Jak życie po życiu! – głos przekrzykujący kolejną gitarową solówkę przypomina dźwięk biurowej niszczarki.
Tak . To właśnie jest człowiek, który wie wszystko.
- Zdziwiony? Już śpieszę by zaspokoić twą ciekawość. Masz gościa. Pokój na piętrze. Numer trzy. Uparła się na numer trzy... – zanim słowa te docierają do mego zmęczonego umysłu, Szeryf przestaje zwracać na mnie uwagę. Ironicznie, w epoce zmywarek, szmatka i pusta szklanka wydają się być bardziej ciekawe niż ja.
Nie zadaje niepotrzebnych pytań. To zrozumiałe. Kto wie za dużo, ginie.
Nie ma sensu odwlekać nieuniknionego. Zielony drink chlupocze w kieliszku
gdy wdrapuję się na skrzypiące schody.
- Chłopcze! –głos Szeryfa zatrzymuje mnie na ostatnim stopniu. – Dobra rada. Rzuć to. Nie istniejesz. Zacznij od nowa. Nie wtykaj nosa między gwiazdy.
Rada od Szeryfa? Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek dożyję tego dnia.
Niestety, zazwyczaj nie słucham rad.
Zatrzymuję się jeszcze chwilę na balkonie. Spoglądam w dół. Przy stolikach siedzą ludzie. Pojedynczo, po dwóch. Niektórych poznaje. W kłębach papierosowego dymu i oparach przynoszących zapomnienie prochów, młodzi miejscy gwardziści asymilują się do twardych warunków życia...Ostatnia Przystań przed oceanem bezsilności.
Drzwi pokoju numer trzy na pierwszy rzut oka nie różnią się niczym od innych. Na ciemnobrązowym protodrewnie widnieją blizny pozostawione przez noże i kule. W niektórych miejscach odchodzące płaty brązowej farby obnażają fałszywą naturę drzwi, odkrywając plastikową fakturę tworzywa. Świeżo wypolerowana srebrna trójka błyszczy w przyćmionym, mdłym świetle żeliwnej lampy. To ona przyciąga wzrok, wabi. To ona jest znakiem.
Głęboki łyk. Czuję jak żar alkoholu rozlewa się po mych trzewiach. Wchodzę.
Ciemność.
Za oknem pulsuje hotelowy neon.
Na płaskim ekranie pokojowego monitora pojawia się biały punkt, który po chwili zmienia się w dwuwymiarowy obraz.
Twarz Lorelai odnalazła mnie. W dole ekranu pojawia się wyświetlacz.
Pozostało sześć godzin.
- Czy wiesz, że koty podobno mają dziewięć żyć?
- Co mnie obchodzą jakieś koty. Ja mam tylko jedno i obawiam się, że wkrótce się skończy.
- Już się skończyło.
Chwila milczenia.
- Może byś mi wyjaśniła, czemu do jasnej cholery, ktoś usilnie stara się wymazać mnie z powierzchni ziemi? – z trudem powstrzymuję się przed krzykiem.
Niewiarygodnie doskonałe oczy Lorelai wpatrują się we mnie ze zdziwieniem.
- Jak to. Nie wiesz? – z jej głosu przebija nutka rozbawienia – Mój rycerzu. Włączono cię do gry. Tym samym stałeś się dla niej kolejnym celem...
- ...
- Dla Lorelai...
Kolejny głęboki łyk. Przez chwilę przeglądam się w lustrze mego drinka.
Powinienem się ogolić.
- Nic nie rozumiem...-głośno wypowiedziana myśl. – Jeśli jestem celem dla... To kim TY jesteś?
- Lorelai.
Po prostu czasami przychodzą takie dni, w których nic do ciebie nie
dochodzi. Szkoda, że coś takiego przytrafia mi się w dniu, w którym każdy chce mnie zabić.
- Która? – w tym momencie, to pytanie jest szczytem moich możliwości umysłowych – Właściwie, to skąd mogę wiedzieć kim ty jesteś?
- Ha, ha ,ha ... – to chyba poeci nazywają perlistym śmiechem – Jak mogłeś mnie nie rozpoznać. Jestem najjaśniejszą z gwiazd, promykiem nadziei dla poczciwców takich jak ty...
Przerywa nagle. To chyba mój wyraz twarzy.
- Przepraszam, masz rację – szybki rzut oka na wyświetlacz – nie mamy na to czasu. Nie możesz być niczego pewien, prawda? Taki już los detektywa. Czytałam o tym w starych powieściach. Ale nie masz wyboru prawda?
- Bo skąd możesz wiedzieć. Może w czasie naszej rozmowy, nad barem zawisł już cień aniołów śmierci. Być może kolejna grupa stoi za drzwiami czekając na mój znak. A może nie?
Odruchowo wsłuchuję się w odgłosy dochodzące z zewnątrz. Przytłumione dźwięki muzyki, wrzaski kłótni dochodzące zza okna, miarowe buczenie neonu.
Ma rację. Nie mam wyboru.
- Mów dalej. – nawet nie wiem kiedy osuszyłem kielich.
- Maria mnie nienawidzi. – pierwsze proste stwierdzenie, jakie padło z jej ust. – Nienawidzi mnie za to, że zabrałam jej sławę, światło jupiterów, wywiady... A teraz w dodatku ja już jej nie potrzebuję. Mogę sama pisać i komponować. Ona boi się pozostać sama ze sobą. W cieniu, zapomniana. I dlatego chce mnie zabić.
Boi się. Widzę, jak jej idealną twarz wykrzywia grymas strachu. Nie ma już gwiazdy. Jest tylko przestraszona kobieta.
- I dlatego ty musisz ją powstrzymać zanim ona zabije nas. Rozumiesz? Znajdziesz ją tam. – zintegrowana drukarka bezgłośnie wypluwa białą kartę syntopapieru.
- I nie przejmuj się. Ty już nie istniejesz... nie złapią cię. Masz doskonałe alibi...
Idealna, pieprzona aktorka. Jak ślicznie załamuje się jej głos. Ciekawe jak długo uczyła się tej roli.
- Boję się, słyszysz?
Patrzę prosto w te wielkie niebieskie oczy. Jak mógłbym jej nie uwierzyć?
Po sekundzie pokój znów pogrąża się w ciemnościach. Rozbity ekran. Będę musiał za niego zapłacić.
Doskonałe, cholerne alibi.
Nieistnienie.
Chce mi się wyć.

**********
...
- Reakcja?
- Osiągnęła prawie idealny poziom...
- Obiekt?
- Reakcja pasuje do profilu, zgodnie z przewidywaniami Boga...
...
**********

Powinienem rzucić to w cholerę i zwiać gdzieś na Barbados. Te trochę pieniędzy, które uciułałem starczyłoby na nową tożsamość i bilet. Trzeba był posłuchać Szeryfa.
Niestety.
Dotarcie do oznaczonego na mapie sektora zajęło mi prawie pięć godzin. Gdyby nie przepustki, które znalazłem obok strzaskanego monitora zajęłoby mi dwa dni.
Wyższe piętra są doskonale strzeżone.
Maria mieszka w niewielkim domku na granicy włości Mirai. Sto dziewięćdziesiąte piąte piętro. Pięć pięter do Raju.
Mam pół godziny.
Mój instynkt wrzeszczy. Nie wierz jej. Jej sztucznym oczom. Nie ufaj nikomu. Zawróć i zapomnij.
Ale jeśli mówiła prawdę. Tu dowiem się wszystkiego.
Zimno stali służbowego pistoletu przynosi poczucie spokoju. Jeśli będzie trzeba.
Ogród jest piękny. Niezależny od pór roku. Okryty złotem i czerwienią jesieni. Opadające liście tworzą wielobarwny dywan. Zastanawiające. Jak bardzo ludzie uwielbiają ukrywać się w iluzjach.
Obraz wirtualnego świata przeniesiony do rzeczywistości.
Do domu wchodzę jak złodziej. Tylną furtka podarowaną mi przez wytwór czyjejś wyobraźni. Kolejne czytniki witają mnie jako Lorelai Rodriguez, gwiazdę. Jakie to wszystko jest proste.
Kolejne wypełnione przepychem pokoje. Książki z prawdziwego papieru, japońskie lampiony, setki luster. Tak jakby właściciel codziennie musiał sobie przypominać, kim naprawdę jest.
Ja doskonale wiem, czego szukam. Gdzieś tam, w środku idealnego domu, znajdę zadrę. Cierń ukryty wśród czerwonych mebli. Gdzieś tam ukryta wśród zapisanych kart, schowana przed ludźmi tkwi prawda.
‘... Rzecznik prasowy Lorelai zaprzeczył plotkom, twierdzącym, że gwiazda odwołała dzisiejszy koncert, potwierdził jednak, że z powodów zdrowotnych odwołana została przedkoncertowa konferencja prasowa...’
Wiadomości holonetu sączą się zza mijanych drzwi. Nie w TYM pokoju nie będzie odbiornika.
I wreszcie znajduję trop. Stara, przedwojenna piosenka wzywa mnie do niej...
‘...PERFECT BY NATURE, ICONS OF SELF INDULGENCE, JUST WHAT WE ALL NEED, MORE LIES ABOUT A WORLD THAT, NEVER WAS
AND NEVER WILL BE...’
Kolejna doskonale wyreżyserowana scena.
Pomieszczenie jest niewielkie. Szafa, sekretarzyk, biurko, łóżko...Idealnie odwzorowany netowy sen.
Ona siedzi wpięta do sieci. Gniazdo łącza lśni złotem na nadgarstku.
Śni swe iluzje.
Maria ma własną twarz.
Ściany pokoju pokryte są zdjęciami. Niektóre są stare. Drukowane na papierze. Obcy ludzie uśmiechają się z nich. Galeria twarzy i życiorysów.
I wreszcie znajduję to szczególne zdjęcie. Lorelai, Maria. Pomiędzy nimi siedzi stara pomarszczona, zniszczona przez czas kobieta. Siedzi prosto, utrzymywana siłą woli i ambicji. W jej ciemnych oczach widzę zdecydowanie i bezwzględność. Dominuje w tym obrazie.
- Tak zaczynałyśmy - niegłośny, trochę zmęczony głos podrywa mnie w miejscu. Broń sama wyskakuje z kieszeni. Niepotrzebny, idiotyczny gest.
- Przed dwoma laty. Ja, nikomu nie znana Lorelai i stara umierająca Naoko. – nie przeszkadza jej lufa wymierzona w twarz. Mnie szybko zaczyna ciążyć.
- Jesteś tu. Uznały wreszcie, że już nic nowego nie mogę ich nauczyć. Przeanalizowały moje wiersze, moje opowiadania, moje piosenki, nawet mój pamiętnik i myślą, że znają mnie na wylot. Teraz potrzebują nowego źródła. Trzeciego. Skończyły projekt.
- Lorelai twierdzi, że chcesz ją zabić.
Uśmiecha się – Ja? Ją? To tak, jakbym zabijała samą siebie. – sięga ręką do holoskanera.
- Widzisz, to ona... Zaraz po urodzeniu. Dwa lata temu.
Kobieta leży na stole operacyjnym. Sztywna skorupa. Trójwymiarowe holo emanuje bezruchem.
Oczy pozbawione życia wpatrują się bezmyślnie w sufit.
Na kolejnych stołach leżą inne zakryte prześcieradłami kształty. Odnoszę nieodparte przeczucie, że wiem jak wyglądają.
- Ona jest tym, kim zawsze ja chciałam być. Supernową we wszechświecie szarości. Widzisz, o niej zawsze będą pamiętali. Tym samym zapamiętają mnie.
- A ja? Co ja mam z tym wspólnego? – nic nie rozumiem, nic nie rozumiem, nic nie rozumiem, nic nie rozumiem, nic nie rozumiem....
‘...LOOK HERE SHE COMES NOW, BOW DOWN AND STARE IN WONDER, OH HOW WE LOVE YOU, NO FLAWS WHEN YOU'RE PRETENDING, BUT NOW I KNOW SHE, NEVER WAS AND NEVER WILL BE...’
- Ty? Ty mój drogi jesteś tylko częścią eksperymentu. Wybrali Ciebie by w praktyce sprawdzić swoje teorie. Potrafią być przekonujący. Prawda? A ty naiwna, dałaś się nabrać. –ostatnie słowa nie były skierowane do mnie.
- Po prostu masz pecha.
Siadam.
Mam pecha?
Patrzę bezmyślnie na pistolet lśniący krwawym srebrem w świetle czerwonych lamp.
Nic nie mogę zrobić. Zareagować?
- Wsłuchaj się w muzykę. I tak nic nie poradzimy. Oboje już nie żyjemy.
Fala złości przychodzi wraz z jej słowami. NIC NIE MOGĘ ZROBIĆ?
‘...WITHOUT THE MASK WHERE WILL YOU HIDE, CAN'T FIND YOURSELF LOST IN YOUR LIE , I KNOW THE TRUTH NOW, I KNOW WHO YOU ARE, AND I DON'T LOVE YOU ANYMORE, IT NEVER WAS AND NEVER WILL BE, YOU'RE NOT REAL AND YOU CAN'T SAVE ME, SOMEHOW NOW YOU'RE EVERYBODY'S FOOL...’
Huk wystrzału przebrzmiał wraz z ostatnimi dźwiękami piosenki.
Koniec przedstawienia...

**********
...
- Reakcja podmiotu?
- Nie żyje. Samobójstwo. Podjęła decyzję. Sama.
- …hmmm ... odwołajcie koncert, nakażcie Bogu likwidację obiektu numer trzy... Koniec eksperymentu.
- Tak jest.
...
**********

...o2.o5.2o28...PubNet, ‘Z herokawą o 8.oo’, Witaj Miasto...
‘...Wiadomosci regionalne: Stan Wielkopolska, Poznań.
...wczorajsze zamieszki wywołane odwołaniem koncertu słynnej holonetowej gwiazdy Lorelai Rodriguez stłumione zostały dopiero około drugiej w nocy. Straty spowodowane przez rozszalały tłum fanów liczone są na miliony euro. Anonimowy dziennikarz podał, że zamieszki zaczęły się jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem decyzji pałacu sieciowego hoshi.com. Podobno wywołane zostały niezwykłymi obrazami opublikowanymi w oficjalnym, sieciowym Ogrodzie Pamięci gwiazdy...
... w cieniu zamieszek pozostaje informacja, o ataku terrorystycznym dokonanym na sto dziewięćdziesiątym piątym piętrze Białej Pagody korporacji Mirai. W wyniku silnej eksplozji, dom jednej z bardziej prominentnych członkiń zarządu poznańskiej gałęzi korporacji Mirai, uległ całkowitemu zniszczeniu. Rzecznik prasowy korporacji nie podał do wiadomości publicznej informacji o liczbie ofiar. Nie wiadomym pozostaje też, czy w chwili wybuchu pani Tissaia Kamenbutokai przebywała w swej posiadłości...’





* Fragmenty piosenek zaczerpnięte zostały z płyt ‘Handful of Rain’ oraz ‘Poets and Madmen’ zespołu Savatage, a także z płyty ‘Fallen’ zespołu Evanescence

Data:

 2003.05.29

Podpis:

 Wojciech Ruchniewicz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=8803

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl