DRUKUJ

 

Podróżnik

Publikacja:

 04-09-14

Autor:

 krass
Osobiste doświadczenia tylko w nieznacznym stopniu nadały pewien koloryt mojej opowieści Walentin Pikul, "Requiem dla PQ-17"


Bomba bomba.

W języku Sagabanów znaczy to "super ekstra". Odkąd przed paroma laty zabłądziłem w afrykańskim buszu i trafiłem do wioski nieznanego dotąd plemienia, zdołałem się nauczyć ich języka nieomal doskonale. Choć przyznam, że zdarzały się sytuacje, kiedy to nie mogłem zrozumieć ani słowa, szczególnie wtedy, gdy Sagabowie byli pijani. A nie wylewali za kołnierz.

Przygarnęli mnie jak swojego i za to byłem im wdzięczny. Niestety, wyglądało na to, że zostanę z nimi do końca życia. Sagabanowie twierdzili bowiem, że są jedynymi mieszkańcami planety i, jak dotąd, nie udało im się spotkać nikogo spoza swego plemienia, mimo że, jak twierdzili, były czasy kiedy to zapuszczali się bardzo daleko, nawet za Wielkie Drzewo (odległe od wioski o jakieś 10 kilometrów). Kiedy więc znaleźli mnie skonanego pod starym baobabem, byli przekonani, że jestem ich ziomkiem, który nie wiedzieć dlaczego odłączył się kiedyś od plemienia i dopiero po latach zdecydował się powrócić. Uważali, że musiałem być bardzo stary, skoro nie tylko włosy, co nie było dla nich niczym specjalnie dziwnym, ale nawet moja skóra posiwiała.

Prawda była zaś taka, że miałem 58 lat i byłem znanym w pewnych kręgach podróżnikiem. Przed kilkoma laty (nie jestem już w stanie dokładnie powiedzieć, czy było to pięć, czy sześć lat temu, podczas pobytu u Sagabanów straciłem rachubę czasu) przemierzałem Afrykę wraz z grupką kilku innych podróżników, do których przyłączyłem się kilka tygodni wcześniej. Niestety, moi kompani okazali się zwykłymi rzezimieszkami i któregoś dnia ogłuszyli mnie, okradli i w środku buszu pozostawili nagiego i bosego na pewną śmierć. Gdy odzyskałem przytomność zacząłem wędrować w kierunku wschodnim, gdzie jak sądziłem znajduje się najbliższa oaza cywilizacji. Przez kilka dni, a może tygodni brnąłem przez dżunglę, żywiąc się owocami i uważając by nie zostać pożartym przez jakąś dziką bestię. Wokoło roiło się od tygrysów, lampartów, a nawet lwów. W końcu jednak któregoś dnia straciłem zupełnie siły i położyłem się pod drzewem, żeby umrzeć. Miałem wiele szczęścia, że akurat tego dnia Sagabanowie wybrali się na polowanie. Jak się później dowiedziałem, czynili to zaledwie raz do roku.

Kilkakrotnie próbowałem odejść z wioski. Sagabanowie oburzali się wtedy i naigrywali ze mnie, że nauczka niczego mnie nie nauczyła. Gdy opowiadałem im o cywilizacji, innych plemionach, krajach, narodach zaczynali uważać mnie za wariata, a raz nawet zamknęli mnie w szałasie i nie wypuszczali przez tydzień, aż uznali, że duch Kaldra (czyli po prostu "świrus") opuścił moje ciało. Tak czy siak, próbowałem jednak, jak już wspominałem, opuścić wioskę. Za każdym razem wracałem wycieńczony już po kilku dniach. Po ostatniej, z moich prób, a było to mniej więcej rok temu, zebrała się Rada Plemienna i uznała, że jeżeli duch Kaldra jeszcze raz mnie opęta, będzie trzeba go zabić. Zabicie ducha polegało na obcięciu głowy opętanemu. Zaniechałem więc myśli o powrocie do domu.

Wszyscy Sagabanowie liczyli nie więcej, niż dwieście osób. Byli za to wysoko rozwiniętym plemieniem - znali koło, rolnictwo, potrafili wytapiać żelazo, a nawet pędzili bimber. Mnóstwo bimbru, trzeba sobie uczciwie powiedzieć. Jako człowiekowi, ich zdaniem, bardzo staremu, przydzielili mi zaszczytną funkcję Groodo, czyli mędrca. Pozbawiano mnie jej jednak kilkakrotnie na czas, kiedy byłem opętany przez Kaldrę. Moje zadanie polegało na rozwiązywaniu różnych problemów, z którymi się do mnie zwracano. Musiałem rozsądzać na przykład, czy Sagaban, który miał tylko jednego psa i niewielki szałas mógł pojąć za żonę córkę współplemieńca, który z kolei był posiadaczem pola ziemniaków. Albo komu należał się gar bimbru - temu który dostarczył kukurydzę, czy temu który go pędził. Wyrokowałem różnie, w zależności od nastroju w jakim się akurat znajdowałem oraz sympatii jaką darzyłem danego osobnika.

Już w drugim roku mojej bytności wśród Sagabanów, kiedy to nawet nie władałem jeszcze zbyt dobrze ich językiem, pojąłem za żonę kobietę imieniem Madagba. Była to urocza, czarna jak smoła dziewczyna z małymi obwisłymi piersiami i płaską od noszenia garnców z bimbrem głową. Przyznam, że nie bardzo miałem ochotę na ślub, tym bardziej że już byłem żonaty, ale
Sagabanowie uparli się, że nie przystoi, aby tak wiekowy współplemieniec, w dodatku Groodo, miał mieszkać sam. Wysyłano zatem do mnie wiele młodych kobiet, abym którąś sobie wybrał. Przyznam szczerze, wszystkie je dokładnie przetestowałem, ale najbliższa memu sercu wydała się właśnie Madagba. Mój wybór zdziwił większość Sagabanów, moja przyszła żona była bowiem dosyć szczupła, a za najpiękniejsze uchodziły kobiety ważące co najmniej 80 kilogramów.

Rok temu urodził mi się syn. Przyznam, że po cichu liczyłem na to, że będzie to białe dziecko, albo przynajmniej Mulat, miałbym wtedy szansę przekonać Sagabanów do swoich teorii. Niestety, synek był czarny jak jego matka, a po mnie odziedziczył jedynie wysokie czoło i lekkiego zeza. To właśnie w kilka dni po jego przyjściu na świat podjąłem ostatnią próbę dotarcia do cywilizacji. Madagba bardzo to przeżyła. Tak więc ze względu na nią i mojego potomka, choć przyznam, że również z obawy przed utratą głowy postanowiłem poddać się i pozostać w wiosce. Na zawsze. Pogodziłem się ze swoim losem i uznałem, że nie jest w końcu przecież tak najgorzej. Ale ilekroć gdzieś na horyzoncie pojawiał się zarys lecącego samolotu nie mogłem powstrzymać się od tego, żeby nie zacząć skakać do góry i wrzeszczeć w swoim ojczystym języku:

- Samolot! Samolot! Tu jestem, tu jestem!

Sagabanowie śmiali się wtedy, wzruszali ramionami i mówili: "Gdbw mang ladga bllim jags gaac flk", co oznaczało "Czyżby znowu odbijała mu palma? Toż to zwykły bocian".

Moje życie płynęło, można powiedzieć, beztrosko, jeżeli tylko zdołałem skupić się na bieżących sprawach. Pędziłem więc bimber, pełniłem obowiązki Groodo, obcowałem z żoną, bawiłem się z synkiem, któremu a propos Rada Plemienia nadała imię Wlegb, co oznacza „Ten, Którego Ojciec Powrócił Na Łono Plemienia”. Lubiłem też przejść się od czasu do czasu wokół wioski i poobserwować nagie Sagabanki podczas codziennych czynności. Łowiłem też ryby w pobliskiej rzeczce. I właśnie podczas jednego z połowów (choć wiem, że wydaje się niemożliwe, że dopiero wtedy) naszło mnie olśnienie. Fakt, że nie wpadłem na to wcześniej, a szczyciłem się przecież mianem doświadczonego podróżnika, może zakrawać na ironię, ale kładę to na karb poczucia nierzeczywistości w jakim żyłem od momentu pojawienia się u Sagabanów. Rzeczka musiała przecież skądś wypływać! Albo więc bezpośrednio z morza, albo była odgałęzieniem innej rzeki. Byłą moją furtką do wolności, do ukochanego Normalnego Świata!

W wielkiej tajemnicy zacząłem po zmierzchu budować tratwę w krzakach na skraju wioski, odkładałem też niewielkie ilości jedzenia i bimbru na prowiant tak, żeby nikt się w niczym nie zorientował. Budowa tratwy i zgromadzenie wszystkich niezbędnych mi do podróży rzeczy zajęło mi ponad trzy miesiące. Należy jednak pamiętać, że działałem w wielkiej konspiracji, w którą nie wtajemniczyłem nawet swojej żony. Codzienne nocne wycieczki tłumaczyłem jej koniecznością rozmów z duchami.

Nadszedł w końcu ranek, w którym byłem gotowy do ucieczki. Tego dnia obcowałem z Madagbą czulej niż zwykle, ucałowałem synka, popiłem trochę z najbliższymi mi Sagabanami, a gdy wioska utonęła we śnie, spuściłem swoją tratwę na wodę i wyruszyłem w swą podróż ku Staremu Życiu.

Przez pierwszych kilka dni prąd był dość wolny i musiałem wspomagać się wiosłami, jednak po jakimś czasie rzeczka zaczęła się rozszerzać i płynąłem już w znacznie szybszym tempie. Na ląd schodziłem sporadycznie tylko po to, żeby nazrywać jakichś owoców, albo podreperować tratwę. Po trzech tygodniach podróży wydarzyło się jednak nieszczęście.

Była ciemna noc, na niebie majaczyło zaledwie kilka gwiazd. Przepływałem właśnie, jak zdołałem z trudem zauważyć, obok jakiejś niewielkiej wyspy, na której rosła samotna palma, gdy nagły wir obrócił moją tratwę i wyrzucił mnie za burtę. Woda zaczęła ciągnąć mnie ku dnu. Przez kilka dobrych minut walczyłem o życie z determinacją człowieka, który zbyt wiele przeżył, aby zginąć niemal u celu podróży i tylko dzięki temu nie umarłem w odmętach rzeki. W końcu u kresu sił dotarłem do brzegu wyspy i ległem nieprzytomny.

Nie miałem pojęcia, że dotarłem aż do Wyspy Słodowej we Wrocławiu. I nie wiem kto wetknął mi w rękę pustą butelkę po winie. Przysięgam też, że nie znam tej małej dziewczynki, którą rzekomo miałem molestować.

Data:

 2004

Podpis:

 Krass

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=9073

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl