DRUKUJ

 

Łowcy - Cainita

Publikacja:

 04-09-29

Autor:

 Lord Raziel
Obecnym lokum naszych bohaterów jest zaadaptowany strych w jednej z bogatszych dzielnic miasta. Mieszkanie zawsze wynajmują we dwóch, z bardzo prozaicznych powodów - muszą oszczędzać, góra nie płaci aż tak dobrze.
Dwie sypialnie, kuchnia, własna łazienka i coś w rodzaju salonu to i tak dużo w porównaniu do tego, co mieli jeszcze kilka dni temu. Ważne, że mieszkanie mają opłacone na dwa dni a ostatnia gotówka właśnie została zmieniona na kilka pudełek z pizzami. Główne pomieszczenie ma równie minimalistyczny wystrój, co cała reszta domu. Na północnej ścianie stoi samotny, duży telewizor, pierwszy zakup, jakiego dokonali po wprowadzeniu się tutaj. Przed nim stoi nieduży stolik, a dalej kanapa i dwa fotele. Dwa fotele są po to, by w momencie, gdy obaj się pokłócą zajmowali możliwe odległe, lecz wygodne pozycje podczas oglądania telewizji.
Artur przysypia na fotelu a Barnaba leży na kanapie i co chwilę zerka na ostatnie pudełko z pizzą. Telewizor, pudełko, telewizor, pudełko, telewizor, pudełko... Wzruszył ramionami i w końcu po nie sięgnął. Blask telewizora, który jest jedynym źródłem światła nie pozwala na zauważenie zbyt dużej ilości szczegółów, widać jedynie, że obaj są ubrani bez większego polotu, Barnaba ma krótkie spodenki i tshirta, a Artur bokserki i koszulkę na ramiączkach, takie cywilne ubranie. Szczelnie zasłonięte okna nadają całemu pomieszczeniu jeszcze dziwniejszy klimat. Wszystko było przepełnione zatęchłym zapachem, tym bardziej, że zbliżało się południe.
Barnaba otworzył pudełko i zmarszczył czoło.
- Arturo! - Krzyknął. - Rzuć we mnie sosem. - Artur zdjął firmowy woreczek ze stosu pustych pudeł po pizzy..
- Jaka to jest? - Leniwie spytał podając sos. Barnaba ugryzł, pomyślał chwilę i odparł.
- Myślę, że bananowo-boczkowa. - Artur aż pokiwał głową z wrażenia.
- Że też zawsze coś takiego wymyślasz.
- No co? Nie smakowało ci?
- Dobre było, ale sam wiesz... - Przerwał, gdy zauważył, że obraz na telewizorze zaczął zmieniać kształt. Obaj spojrzeli w jarzący się ekran, który teraz świecił nadnaturalnym, acz bardzo przyjemnym światłem.
Z plamek rozsianych po całej powierzchni zaczął układać się obraz. Pomimo że już wiedzieli skąd pochodzi przekaz, to nie spodziewali się, kto może się pojawić na ekranie.
- Chwała najwyższemu. - Powiedział Artur, gdy tylko zobaczył twarz ich gościa. - Niezmiernie raduje nas twoje przyjście, wielki Gabrielu.
- A jeszcze bardziej byśmy się cieszyli gdybyście nam więcej płacili. - Dodał z uśmiechem Barnaba. Postać na telewizorze nieznacznie się skłoniła.
Była to twarz młodego mężczyzny, bez zarostu, o pociągłych rysach. Z jego oczu biło ciepło i miłość, sama skóra zdawała się emanować energią, pomimo tego, że był to jedynie obraz w telewizorze.
- Witam was, śmiertelni. - Archanioł Gabriel, tak jak inne istoty z góry, gdy do nich przychodził, akcentował swoją wyższość. - Mam dla was kolejne zadanie.
- Ale tym razem zapłacisz nam uczciwie? - Sarkastycznie zapytał Barnaba.
- Waszym zadaniem jest usunięcie (Niebiańskie siły nigdy nie używały słowa "zabijać") pewnego Kainity. - Te słowa spowodowały gwałtowny spadek entuzjazmu u obu bohaterów. - Jego akta leżą na stole. - Gdyby nie byli świadomi otoczenia to pewnie pomyśleliby, że ta teczka leżała tam od zawsze, a oni jej jedynie nie zauważyli. - Życzę wam powodzenia. - Obraz na ekranie powrócił do pierwotnego kształtu.
- Masz zamiar to przeczytać? - Spytał Artur.
- Jak zjem. Nigdzie mi się nie śpieszy. - Lecz w reakcji na jego słowa ekran znowu zaczął się zmieniać. - Co jest, czegoś zapomniał?
Tym razem jednak energia bijąca od telewizora była z drugiego bieguna, powodowała, że cienie były ciemniejsze, a powietrze przepełnione nieokreśloną, lecz słodką wonią. Postać szybko się skrystalizowała, zupełnie jakby Dół dysponował lepszą technologią. Był to również młody człowiek, jego skóra połyskiwała, czasami wpadała w odcień błękitu, nie miał krzty zarostu na brodzie, według ludzkich standardów był po prostu piękny.
- Witaj Belial. Co cię do nas sprowadza? - Chłodno spytał Barnaba, natomiast Artur nic nie powiedział, wpatrywał się tylko uporczywie w twarz na ekranie.
- Zabijecie wampira a nasz Pan was za to sowicie wynagrodzi. Informacje macie na stole. - Jego głos był nieco nieobecny, tak jakby ktoś wołał z dna studni. Obraz znowu zniknął.
- Widzisz. Moi ludzie przynajmniej mówią wprost, nie tak jak twoi. - Zadrwił Barnaba, zagryzając pizzą.
- No niby tak, ale jakoś ostatnio nie dawali nam zleceń.
- Pewnie dlatego, że sami potrafią sobie radzić z takimi sprawami. - Barnaba sięgnął po butelkę coli i zapił ostatni fragment pizzy. - A poza tym teraz dostaniemy podwójną zapłatę, o ile te zlecania się zgadzają. - Sięgnął po "swoją" teczkę, Artur zrobił to samo.
Obaj posiadali szczątki mocy, którą mieli kiedyś, lecz w obecnej sytuacji moc ta była bardzo przydatna.
Artur nie wstając z miejsca włączył światło.
- Hm. Ciekawe. - Stwierdził Barnaba wczytując się w kolejne strony dokumentacji.
Mieli zlikwidować starego wampira, który miał wiedzieć gdzie jest ukryta prastara Księga Nod.
- Spójrz na to pokolenie. - Zawodził Artur. - Normalna broń go nie tknie.
- To załatwimy to starym sposobem. Najpierw paraliż a potem słońce zrobi resztę za nas. - Chłodno odpowiedział Barnaba. - A tak w ogóle to, czemu tak zawodzisz Arturo? Przecież lubisz zabijać wampiry.
- Ale nie w Tym życiu...
- Teraz jest zabawniej. Wcześniej było nudno.
- Nigdy was nie zrozumiem. Ty i twoi bracia macie do tego jakieś dziwne podejście.
- Nie dziwne. Robimy to co lubimy, ot co i nie musimy się przejmować jakimś tam dobrem ogółu tak jak i innymi bzdurami.
Artur nic nie odpowiedział. Wstał, zrzucił koszulkę i poszedł do łazienki.
- Jak będziesz się mył to zrób to też za mnie. - Zażartował Barnaba. Podrapał się po głowie, potem po brzuchu i wstał. Rozejrzał się po pustych kartonach. Chętnie by coś jeszcze zjadł. Mimo wszystko potrzeba pożywiania się jest bardzo przyjemna, czasami nawet zastanawia się jak wcześniej mógł bez tego żyć. Niezwykle ucieszył się, gdy w jednym z pudeł znalazł jeszcze mały trójkącik z pizzy. Ta była o smaku waniliowo-czosnkowym, nie za dobra mieszanka, ale był to przynajmniej kolejny krok w kierunku pizzy doskonałej.
Zjadł ze smakiem, dopił prawie pusty kufel z piwem i spojrzał na telewizor. Nie ruszał nawet palcem a kanały powoli przeskakiwały. W pewnym momencie odwrócił się i telewizor zgasł. Wyjrzał przez okno i poczekał chwilę aż Artur skończy się myć. Gdy woda przestała już lecieć wiedział, że teraz "dba o włosy", więc może tam spokojnie wejść nie narażając się na atak mieczem albo coś. Minął go, rozebrał się i wskoczył pod prysznic. Ciepła woda też była czymś czego w poprzednim życiu nie mógł doświadczyć. Obaj oddali się miłym czynnościom, które zajęły im jeszcze trochę czasu.
- Co robimy? - Spytał Artur wsuwając stopę w nogawkę.
- Proponuję najpierw zajrzeć do "Czyśćca". - Opowiedział Barnaba, poprawiając włosy. Obaj kończyli ubierać się w swoje robocze ubrania.
- Słusznie. Bierzesz broń? - Artur otwarł walizeczkę z kilkoma różnymi pistoletami.
- Tak, mojego wiernego Taurusa a ty?
- Tumę. Dwie. Mam nadzieję, że przynajmniej zadrapię tego wampira.
- Heh. - Żachnął się Barnaba. - To ja wezmę kołek i pochodnie. - Dodał w jeszcze lepszym humorze.

Czyściec był miejscem neutralnym, gdzie przychodzili ludzie i nie-ludzie z różnych sfer. Można tam było trafić na wilkołaka pijącego z wampirem, albo na półsmoka rozmawiającego w najlepsze z barmanem, który już sam w sobie był niezwykły. Otóż barmanem był niejaki Urd, człowiek... A w zasadzie nie człowiek, gdyż Urd nie pochodził z Ziemi. Był jednym z obcych, którzy przeżyli w Roosvelt, a dzięki niezwykłej mocy zmiennokształtności potrafił zmienić się w człowieka, nie potrafił tylko zmienić oczu. Miał wiele innych cech i z biegiem lat stawał się coraz bardziej ludzki. Pewnego dnia nawet odkrył, że stracił część swoich mocy i nie potrafi się odmienić. Tak silnie się uczłowieczył, że nawet miał przez pewien czas żonę, lecz niewiele wiadomo jest o jego życiu prywatnym.
Obecnie trwał remont baru, ale i tak w środku przy kilku stolikach siedziało parę osób.
Cały lokal składał się z trzech pomieszczeń. Pierwsze, największe było miejscem spotkań, była tam masa stolików i co najważniejsze bar w kształcie trapezu przed którym rzędem stały wysokie krzesła. Druga sala, która krzesła i stoliki miała jedynie pod ścianami, była połączona specjalnymi, dźwiękoszczelnymi drzwiami z pierwszą. Często odbywały się tam dyskoteki i różne imprezy, które nie mogłyby odbyć się nigdzie indziej. Trzecia sala była przeznaczona dla vipów. Choć była najmniejsza to zdecydowanie była najładniejsza. Było w niej kilka odgrodzonych przestrzeni, każdy mógł mieć tutaj chwilę prywatności. Cały wystrój oscylował w późnych latach osiemdziesiątych. Wszystko tutaj pachniało nutką dekadencji i szaleństwa. Ale wiele klientów czuło się tutaj jak w domu.
Barnaba i Artur zajęli miejsca przy barze.
- Witam was. - Urd gdy tylko ich zobaczył od razu ich przejął. Odprawił pomocnika do innej części baru. - To co zwykle?
- Tak. - To co zwykle w przypadku Artura oznaczało butelkę whiskacza, który jakoś nie chciał na niego zadziałać, choć jako jedyny z alkoholi mu smakował.
- A dla mnie jakiegoś nowego drinka, tylko bez krwi tym razem. - Barnaba się uśmiechnął.
- Się robi. - Barman wyciągnął specjalną butelkę dla Artura i postawił ją wraz z kieliszkiem. Natomiast zabawa przy drinku trwała nieco dłużej, za to efekt był piorunujący. Przed Barnabą stanął kieliszek wypełniony pięciokolorową substancją. - Nie mieszaj tylko wypij. - Stwierdził Urd.
Barnaba jednym łykiem wychylił zawartość kielicha. Przez jego twarz przetoczyło się prawdziwe stado uczuć.
- Wow! Co to było? - Spytał zdziwiony.
- Szaleństwo zmysłów. - Urd wyciągnął butelkę z Martini i polał do nowego kieliszka Barnabie. - Co was sprowadza? Chyba nie chcecie się upić, wciąż pamiętam ostatnią próbę...
Jak wspominałem lokal właśnie jest remontowany i to właśnie dlatego, że obaj ostatnio się upili...
- Nie mamy zamiaru się dziś upijać. Może później. Teraz mamy coś do roboty. - Z pełną powagą stwierdził Barnaba. Artur nalewał sobie kolejny kieliszek. Barnaba wyciągnął z kieszeni zdjęcie. - Widziałeś go? - Urd przyjrzał się postaci na fotce.
- Łe. - Stwierdził Urd z obrzydzeniem. - Co za brzydki typ. Dawno już nie widziałem Nosferatu w moim barze.
- Masz nasze telefony, jak coś będziesz wiedział to dzwoń, odwdzięczymy się. - Stwierdził spokojnie Artur.
- Luz. - Luźno rzucił Urd i poszedł do innego klienta. Bohaterowie zostali sami z napoczętą butelką whiskacza.
- Co robimy Arturo?
- Pojęcia nie mam. Nie pcham się do kanałów, po ostatnim razie musiałem kupić nowy garnitur a i tak nic nie znaleźliśmy. Musimy mieć dokładniejsze dane.
- Ty zawsze kupujesz nowy garnitur. - Sarkastycznie rzucił Barnaba. - To może kontakt z Górą? - Artur w odpowiedzi na słowa Barnaby skrzywił się nadwyraz.
- Już zapomniałeś, co było ostatnio?...
- No tak, fakt... Ale i tak nie mamy na razie innych poszlak, jest zbyt wcześnie by jakiś wampir wylazł na ulicę. - Dochodziła szesnasta. - Wiesz co? Zrobimy debet na mojej karcie i pójdziemy po jakieś nowe żarcie. Co ty na to? - Zapytał dynamicznie Barnaba.
- Ok., ale żadnych popieprzonych eksperymentów żywieniowych. Wciąż mi się odbija malinową pizzą. Zwykłe hamburgery albo coś.
- Skoro tak chcesz... - Barnaba nieco przygasł.
Obaj wstali, Artur dopił pozostałość butelki, która była do połowy pełna, wywołując tym sporą konsternację w otoczeniu. Nawet się nie zachwiał, ten trunek był dla niego jak smaczna woda...
Wyszli z Czyśćca i spacerując doszli do najbliższego bankomatu. Barnaba wyciągnął trochę grosza na kredyt pocieszając się tylko tym, że za chwilę znowu sobie coś zje.
- To gdzie idziemy? - Artur rozglądał się wokół.
- Jak się nazywało to miejsce gdzie dawali Hamburdogi?
- Szalony Góral?
- Właśnie. To tam idziemy. - Szalony Góral to była mała ruchoma budka stojąca w nieco biedniejszej części miasta. Słynęła z serwowania potężnych bułek z mięsem za rozsądną cenę. Stanęli w kolejce, która zawsze w Góralu, tym co był Szalony, bo był też taki co nie był Szalony, ale tam porcje były mniejsze, była przynajmniej na cztery osoby. Po chwili miła pani ubrana w nieco zabrudzony tłuszczem fartuch i jakieś firmowe ciuchy, o bliżej nieokreślonym kroju uprzejmie spytała się:
- Czego podać?
- Raczej co. - Poprawił czuły na tym punkcie Artur.
- Czego chcesz? - Z diabolicznym uśmiechem Barnaba zwrócił się do przyjaciela.
- Weź mi bułkę szefa z kapustą i musztardą. - Barnaba odwrócił się z powrotem do kobiety.
- Słyszała pani. A dla mnie będzie, tylko proszę uważnie słuchać. Bułka szefa z kawałkami kurczaka, odrobiną mięsa wołowego, dobrze by było gdyby z góry przykryta była przecierem rybnym, do tego kapusta, musztarda, majonez, keczup no i oczywiście polewa truskawkowa. - Kobieta uznała go wariata, poprawiła od niechcenia opadające kosmyki włosów, lśniące od oleju i lakonicznie powiedziała:
- Truskawkowej nie ma.
- Nie? Jak to nie?!? Fatalnie. To niech będzie... - Szybko rozejrzał się po małej wystawce. - Truskawkowa guma do żucia. - Kobieta dalej patrzała się na niego jak na wariata. Barnaba się chwilę zastanawiał, widać kobieta była nowa i nie znała go jeszcze, więc postanowił spytać. - Czy mam powtórzyć? - Nie zwrócił na to uwagi, ale Artur zrywał boki ze śmiechu.
- Nie... Nie. - Otrząsnęła się z odrętwienia i zaczęła coś liczyć na kartce. - Należy się trzydzieści. - Zapłacił i oparł się o bok budki.
- Arturo. O co do licha ci chodziło?
- Gdybyś widział minę tych, co stali za nami. - Artur nie zwracał uwagi na lekko nietypowe zamówienia przyjaciele, ale wciąż nabijał się z ludzi, którzy tego słuchali, to była jego mała tradycyjna rozrywka.
- Nie rozumiem o co im chodzi. Przecież nic nie pasuje tak dobrze do majonezu jak sos truskawkowy, bo... - Nie zdążył dokończyć gdyż miła pani ubrana w nieco zabrudzony tłuszczem fartuch zawołała, że jest gotowa bułka szefa i... Tu na moment przerwała by po chwili wahania powiedzieć: "i coś".
Artur znów miał chwilę radości gdyż obserwował jak człowiek, który właśnie zamawiał jedzenie, o mało co nie zwymiotował na widok kanapki Barnaby.
Usiedli na murku nieopodal, zaraz obok były drzwi na których ktoś napisał: "Boga nie ma" a zaraz niżej, mniejszym drukiem ktoś dodał: "To idź mu to powiedzieć".
- Jakieś pomysły? - Spytał Artur, który o wiele szybciej zjadł coś co przynajmniej było zbliżone do idei hamburgera, choć można mieć wątpliwości czy to co miało być w nim mięsem było nim rzeczywiście.
- Niezbyt. Myślałem żeby złapać, jakiego wampira i dowiedzieć się kto tu rządzi.
- Cały czas biskup, ale... - Nie dokończył, gdyż zadzwonił mu telefon. Niechętnie sięgnął po słuchawkę, odczytał numer.
- Tak?
- Artur?
- Tak. Kto mówi? - Artur poznał głos, ale chciał się upewnić.
- Urd. Jest tu ktoś, kto chce z wami rozmawiać.
- Kto taki?
- Nie przedstawił się, ale kazał przekazać, że chce ubić interes, który dotyczy Nosferatu.
- Jak wygląda?
- Duży, owłosiony. Z zachowania zachodzi trochę na wilkołaka. Nie znam go, pierwszy raz się tutaj pojawił. - Artur chwilę się wahał.
- Powiedz mu, że za niedługo będziemy. - I odłożył słuchawkę.
- Kto? - Spytał Barnaba.
- Jakiś łak chce się z nami widzieć, możliwe, że wilkołak.
- Jak ja nie lubię wilkołaków. Śmierdzą lasem. - Stwierdził z niechęcią.
- Nie ważne i tak musimy iść.
Kilka minut później weszli do Czyśćca. Gdy tylko przekroczyli jego próg, podszedł do nich potężnie zbudowany i mocno zarośnięty mężczyzna. Jakiś metr dziewięćdziesiąt, krótkie, kruczoczarne włosy oraz przeszywające stalowe oczy.
- Witam. Miło mi panów poznać, jestem Nicolai Lasor. - Barnaba uważnie się przyjrzał. Coś mu nie pasowało, ale nie był pewny, co. - Usiądźmy przy stoliku. Coś zamówimy. - W knajpie byli oni, para siedząca prawie przy wyjściu i barman.
- Barman, dla mnie whisky, a dla panów... - Wyczekująco spojrzał na bohaterów.
- To co zwykle.
- Słyszałem, że zostaliście wynajęci do usunięcia Ragotha. - To było jedno z nazwisk, jakim posługiwał się ich cel. - I chciałem zaoferować wam pomoc.
- Skąd o tym wiesz? - Spytał Barnaba, gdy kończył pytanie Urd ściągnął z tacy trzy szklaneczki.
- Myślicie, że wynajęcie przez Górę i Dół największych speców od takiej roboty może przejść bez echa? Zwłaszcza w moich kręgach.
- A jakie są twoje kręgi dokładnie? - Barnaba drążył. Było coś, po prosty było takie coś...
- Przebywam wśród Tubylców betonu, tam mnie przynajmniej szanują pomimo tego kim jestem. - Artur dopiero teraz zauważył, że ich rozmówca nie jest wilkołakiem.
- Kim jesteś? Wilkołakiem? - Barnaba zapytał wprost.
- Nie. Niedźwiedziołakiem... - Na sekundę zapadło milczenie.
- Rozumiem. - Odpowiedział po namyśle Artur. - A jaki masz interes w tym by nam pomóc.
- Prosty. Ja zaprowadzę was do legowiska Ragotha a wy pozwolicie mi wziąć wszystko, co przy nim znajdę.
Barnaba spojrzał porozumiewawczo na Artura.
- A z jakiego powodu mamy ci ufać? - Tym razem pytał Barnaba, ale już nieco innym tonem.
- Są dwa powody. Po pierwsze mam interes w tym byście go załatwili, innym się nie udało, a po drugie nie miałbym po co kłamać.
- Ktoś przed nami próbował?
- Tak, wampiry, wilkołaki, anioły i takie różne śmieszne ludki. Ale wszystkim się wymykał. Wam nie da rady, bo wy nie jesteście związani z jednym światem, w przeciwieństwie do innych. Ta pijawka wyczuwa takie powiązanie.
- Dziwne... - Stwierdził Barnaba i wyczekująco spojrzał na Artura.
- Więc jak panowie?
Obaj przez chwilę milczeli.
- Dobrze... - W końcu zadecydował Artur. - Gdzie jest jego legowisko?
- Zaprowadzę was tam, spotkajmy się za pół godziny obok starego dworca kolejowego. Tamtędy będzie najłatwiej. - Nicolai wstał. - Do zobaczenia panom. - Był wyraźnie ucieszony, nawet nie starał się tego maskować. Dygnął i dynamicznie wyszedł z Czyśćca.
- Zauważyłeś? - Spytał Barnaba.
- Nie pasuje mi ta aura, którą widziałem.
- No właśnie. Myślałem, że tylko wampiry się diabolizują. - Stwierdził z powagą Barnaba. - Jak myślisz Arturo, czy to jest możliwe?
- Nie. O tej porze? Słońce by go spaliło na popiół. Mimo wszystko one też stają się wampirami.
- Tak sobie myślę. Czy ten Nosferatu może mieć księgę Nod?
- Nie Barnaba, ta książka jest daleko na północy, bardzo daleko...
Dopili swoje alkohole i wyszli.
Po kilku minutach zatrzymali się przed kafejką internetową.
- Zaczekaj Arturo, muszę coś sprawdzić na sieci.
- Ok Barnabo, zapalę sobie. - Artur wyciągnął paczkę Marlboro, wyciągnął jednego i bez żadnej zapalniczki odpalił papierosa. Wciągnął dym do płuc i odprowadził wzrokiem swojego towarzysza jak ten wchodzi do środka. Palenie jakoś tak weszło mu w nałóg, choć tego nie planował, to je polubił.
Barnaba przekonał człowieka od pilnowania sprzętu, by ten wpuścił go na komputer bez płacenia. Człowiek odczuwając delikatne bzyczenie w mózgu zgodził się niemal natychmiast. Nawet nie miał kto zaprotestować, w kawiarence nikogo nie było innego.
Jak szalony zaczął stukać w klawisze. Ekran migotał, strony zmieniały się znacznie szybciej niż ten sprzęt mógłby na to pozwolić. W pewnym momencie ekran zrobił się cały czarny i w samym środku pojawiło się puste pole do wpisywania.
Wyprostował się i naciągnął palce.
Barnaba: Witaj Nelchaelu. - Wstukał, a po chwili pojawiła się odpowiedź
Nelchael: Witaj Barnabo. Długo nie rozmawialiśmy ze sobą.
B: Mam problem stary przyjacielu.
N: Słucham cię.
B: Powiedz, czy łaki mogą się diabolizować? - Po tym pytaniu na chwilę zapadła cisza.
N: Z tego, co wiem to tylko wampiry lub wyklęte bestie mogą wypijać krew i duszę innych, ale tylko takiego, którego krew jest diaboliczna.
B: Ale w jego aurze było widać wyraźnie czarne żyłki.
N: W czyjej?
B: Przedstawił się jako Nicolai Lasor, jest niedźwiedziołakiem.
N: Poczekaj, sprawdzę go w naszej bazie danych... - Moment przerwy. - Hm. To dziwne. Urodził się jako łak, potem został zmieniony w wampira, przez Aoora Turro, ale... Zaraz... To nie pasuje. Według kartoteki jest martwy od trzystu lat. Tak naprawdę martwy.
Barnaba błyskawicznie skojarzył to imię, to był ich cel, Nosferatu.
B: Nie masz żadnych innych informacji?
N: Nie... Zaraz... - Zapadła cisza, która trwała ponad minutę.
B: Nelchaelu? Jesteś tam?
N: Tak... Słuchaj. Cokolwiek będziesz robił, nie pozwól mu się zmienić w niedźwiedzia!
B: Dlaczego? - Barnaba się zdziwił.
N: Nie pytaj, bo nie mogę ci powiedzieć. - Teraz Barnaba zdziwił się jeszcze bardziej. Jego stary przyjaciel nigdy nie miał przed nim tajemnic.
B: Dzięki przyjacielu, ale bardzo mnie zdziwiłeś.
N: Wybacz Barnabo, ale stanął obok mnie nasz stary szef. Nie mogę z tobą rozmawiać.
Komputer samoczynnie się wyłączył. Barnaba wstał i zanim wyszedł, podszedł jeszcze do ciecia od komputerów. Spojrzał mu w oczy i powiedział, że nigdy go tu nie było. Ten tylko pokiwał głową. Gdy przechodził przez drzwi, sprzęt przy którym pracował stanął w płomieniach, tak jak pozostałe. Po chwili cały lokal płonął.
- Chodźmy stąd Arturo. Muszę ci coś powiedzieć.
Spacerowali w stronę starego dworca, który był oddalony o jakieś dziesięć minut drogi. Po kilku słowach Artur wtrącił.
- Czemu mamy nie pozwolić mu się zmienić w niedźwiedzia?
- Nie mam pojęcia. Ale skoro stary matematyk tak mówi to chyba tak musi być.
- To tak jest jak się współpracuje z dołem. Przynajmniej my jesteśmy szczerzy. - Barnaba zmierzył wzrokiem Artura, który na moment stracił swoje absolutnie niezachwiane superego.
- I co jeszcze. - Stwierdził Barnaba i się uśmiechnął.
- Nie pasuje mi to do całości. Nie wiem, dlaczego. Te żyłki w jego aurze mnie denerwują...
- To, że wypił innego wampira to jeszcze nic nie znaczy. Bardziej martwi mnie to, że on powinien być już zakopany.
- Pewnie się wykopał. - Zażartował Arturo, ale jakoś się nie uśmiechnęli.
- Zaufamy mu?
- Tak, ale cały czas będę miał na niego oko. - Powoli zbliżali się do starego dworca.
- Arturo, spójrz. - Kiwnął w stronę dworca. - Czeka na nas. W samym środku dnia.
- Podejdźmy do niego. - Spokojnie, jakby nigdy nic wolnym krokiem zbliżyli się do budynku.
Stary dworzec był bardziej ruiną niż normalnym budynkiem. Mieszkało w nim masę śmiecia, ale był też świetną kryjówką. Swoją największą świetność przeżywał w latach pięćdziesiątych, ale teraz, gdy cały ruch odbywa się przez nowoczesny terminal, na drugim końcu miasta, został kompletnie zapomniany. Pośród gruzów można doszukać się jeszcze pojedynczych zdobień. Cały budynek wygląda z zewnątrz na dwa, trzy piętra, choć w rzeczywistości jest pusty w środku. Jest olbrzymi, ale wewnątrz wydaje się jeszcze większy. Brud wżera się w brunatno-brązową farbę i powoduje, że wszystko wygląda jeszcze mroczniej.
- Świetne miejsce na kryjówkę. - Stwierdził niedźwiedziołak, zachowując pełnię spokoju.
- No. - Od niechcenia rzucił Artur.
- Wejdźcie do środka. Po prawej stronie od wejście, na przeciwległej ścianie, w samym rogu są toalety. Wejdźcie do damskiej. Tam w trzeciej kabinie można przesunąć ścianę. Za nią jest długi tunel idący w dół. Na jego końcu są drzwi, a za nimi kryjówka nosferatu.
- Skoro to wiesz to, czemu sam go nie załatwisz? - Zaironizował Artur.
- Bo mnie wyczuje, was nie...
- Jaki masz interes z tego wszystkiego? - Spytał Barnaba lekko mrużąc oczy.
- To są moje osobiste sprawy. Ja zaczekam na was tutaj.
Artur spojrzał na Barnabę, który kiwną głową. Weszli przez drzwi.
Uderzył ich smród ekskrementów, pomieszany ze zgnilizną i wieloma innymi obrzydliwymi zapachami. Wnętrze budynku było ogromne, ale równie zaśmiecone. Wszędzie kręcili się menele i to ci, których nigdzie indziej by nie przyjęto. Parę razu musieli odpychać pojedyncze osobniki, które podchodziły do nich z prośbą o jałmużnę. W końcu zatrzymali się przed drzwiami do toalet.
Co ciekawe, wnętrze toalety było znacznie czystsze niż reszta budynku. Nie było śladów gruzu, nawet zapach był przyjemniejszy, o ile smród z szaletu można nazwać przyjemnym. Otwarli drzwi właściwej kabiny, muszla dała się lekko odsunąć. Nawet nie trzeba było mocno pchać ściany by ta delikatnie się otwarła.
- Czekaj Arturo. - Wyszeptał Barnaba.
- Co Barnabo?
- Jak robimy? Wchodzimy i robimy rzeźnie, czy wchodzimy i pytamy?
- Barnabo, a czy my kiedykolwiek pytaliśmy?
- No tak. Fakt... - Zamilkli, wyciągnęli broń i weszli do ciemnego tunelu.
Wokół nich nie było żadnego światła, jedynie to, które wpadało przez wejście, lecz i ono przestało się liczyć po kilku krokach. Nie sprawiało im to żadnych trudności. Ich oczy lśniły w niespotykanie czystych kolorach, Barnabie na czerwono a Arturowi na niebiesko. Widzieli wszystko jak w dzień.
Szli bardzo cicho, można było usłyszeć jedynie nikły szelest ich ubrań. Stanęli przed drzwiami, które wieńczyły tunel, z pod których nie już było widać wejścia.
Barnaba wyprostował trzy palce. Bezgłośnie odliczył do zera i potężnym kopniakiem wyrwał drzwi z zawiasów. Wpadli do środka niemal jednocześnie otwierając ogień.
Cała kanonada poszła w jedyną postać w pomieszczeniu. Istotę siedzącą na dużym, obrotowym fotelu. Barnaba wypalił pięć razy ze swojego rewolweru, ogłuszając tym tych, którzy mogli być jeszcze przy życiu. Arturo oddał ze swojego pistoletu trzy serie robiąc z fotela same dziury.
Gdy opadła im adrenalina, rozejrzeli się wokół. Faktycznie, istota na fotelu była jedyną żywą istotą w pokoju, który był nader dziwny i zupełnie nie pasował do starego dworca.
Cała ściana była wyłożona monitorami, na podłodze stały trzy komputery, a wokół walała się masa sprzętu elektronicznego.
Gdy odwrócili fotel, spojrzeli na podziurawione zwłoki.
- Dziwne. Powinien był się rozpaść na pył. - Stwierdził Barnaba.
- Fakt, miał już prawie trzy tysiące lat. - Potwierdził Artur.
- Arturo, przyjrzyj się monitorom. - Teraz zauważyli, że na części z nich jest dworzec, a na innych pomieszczenia, które na pewno nie są na dworcu, kilka monitorów wyświetlało obraz z rogów jakiś ulic, a na jednym było pokazane wejście do lasu. Co najważniejsze, jeden ekran pokazywał kobiecą toaletę na dworcu. - On wiedział, że idziemy... Więc dlaczego...
- Popatrz na niego. - Zagadnął Artur.
- Cholera, ten skurczybyk nas wykiwał. - Zwłoki powoli zaczynały gnić, co wskazywała na młodość korpusu, ale tempo pokazywało wpływ magicznej siły, tj. krwi wampira. Przed nimi siedziały gnijące zwłoki wampirzego ghula, ukształtowane na podobieństwo twórcy.
Wybiegli na zewnątrz, odruchowo zmienili magazynki w broni. Ciągle biegli, obijając się na zakrętach. Gdy stali już na dworcu rozglądali się wokół siebie.
- Tu go nie ma, zbyt jasne słońce.
- Arturo, popatrz. - Barnaba wskazał na kilka okien, przez które słońce nie wpadało, zostawiając linię z cieni na podłodze. Niezbyt szeroką, ale wystarczającą by można po niej przejść nie narażając się na kontakt ze światłem.
Znowu biegli wraz z linią cienia, weszli do pokoju dla mechaników, przeszli przez rząd pomieszczeń ciepłowni, aż w końcu, schodząc po drabinie dotarli do podziemnych kanałów burzowych.
- Uciekł nam... - Z niedowierzaniem stwierdził Artur.
- Dopadniemy go jeszcze. Teraz musimy wracać na górę.
Parę minut później wyszli przez wyjście. Niedźwiedziołak od razu do nich podbiegł.
- I co?!? Nie żyje?!?
- Uciekł nam... - Niechętnie powiedział Artur.
- Jak... Mogliście... Pozwolić... Mu... Uciec... - Było widać, że przepełnia go wściekłość.
- Uspokój się człowieku. Dopadniemy go jeszcze, robiliśmy już gorsze rzeczy.
- Wy nic nie rozumiecie! - Obaj zauważyli, że zaczął rosnąć.
- Przestań! - Krzyknął Barnaba, lecz niedźwiedziołak nie posłuchał, dalej się zmieniał.
Obaj jak na rozkaz wyciągnęli broń i zaczęli strzelać. Gdy opróżnili magazynki odrzucili pustą broń. Arturo wyprostował się, wyciągnął ręce przed siebie, skrzyżował nadgarstki, które zajarzyły się niebieskim światłem. Barnaba przyciągnął ręce blisko ciała i gdy krzyknął, jego dłonie zapłonęły czerwonym ogniem.
Rzucili się w stronę rosnącego łaka z pięściami do przodu.
Pojedyncze ciosy były na tyle silne, że wyrywały kawałki mięsa, lecz łak nic sobie z tego nie robił, dalej rósł, porastał sierścią a jego zęby zaczynały się zmieniać.
Arturo krzyknął i podał Barnabie rękę. Gdy obaj się chwycili, ogień zmieszał się ze światłem, powstało coś czystego, na wskroś białego. Ich połączone dłonie owiewał magiczny wiatr. Zamachnęli się połączonymi kończynami i uderzyli łaka. Ten praktycznie złamał się w pół i wraz z tym uderzeniem rozwiał się w pył. Ich ręce zgasły.
- Wiesz co Arturo?
- Ta?
- Jestem zły. Wywaliłem dwa pełne magazynki a nikogo ważnego nie zabiłem.
- Ja też i co z tego?
- Ech. - Ciężko odetchnął Barnaba. Rozejrzeli się wokół, na całe szczęście nikt nie widział tego zajścia, a nawet, jeśli ktoś je zobaczył i będzie chciał o nim opowiedzieć to i tak nikt mu nie uwierzy.
- Co robimy?
- Nie mam pojęcia, choć... Zaschło mi w gardle. - Artur schylił się do ubrania, które okrywało kupki kurzu. Wyciągnął z nich gruby portfel. - Widzisz, nawet jest na butelkę whiskacza.
Bez słowa odmowy ruszyli w stronę Czyśćca.

Ku ich zdziwieniu wokół knajpy kręciło się wiele bardzo rzadko spotykanych istot. Umiejąc czytać ich aury rozpoznali wilkołaki, anioły, demony, wampirzych ghuli, łowców głów, jakiegoś wcielonego wraitha a nawet mumię. Poza tą zwykłą klientelą czyśćca, wszędzie przewiali się zwykli ludzie w roboczych ubraniach, uwijając się z remontem.
Musieli przebić się przez tłum by dotrzeć do wnętrza baru, które było wypełnione podobnym elementem. Urd ściągnął dodatkowych barmanów, by ci pomogli mu w tym oblężeniu.
Byli kimś więcej niż ludźmi, więcej niż demonem czy aniołem. Barnaba tak jak i Artur był czymś, na co nie ma jeszcze określenia. Choć dysponowali zdolnościami, szczątkowymi ale zawsze, istot nadprzyrodzonych, to jednak ich ludzkie powłoki czasami dawały im się we znaki. Tak jak na przykład teraz.
Za barem, w miejscu gdzie zwykle siadali stała najpiękniejsza istota, jaką widzieli w swych obu żywotach. Z aury nie dało się wyczytać, kim była. Obu, po równo się podobała, choć każdy z nich widział w niej coś innego. Miała niezwykłe, wręcz można by powiedzieć, że nieludzkie oczy. Optymalne wymiary i wygląd dziecięcia anioła i demona. Można w niej znaleźć cechy obu boskich ras.
Usiedli zaraz przed barem, na miejscach, które zawsze były puste, chyba, że siedziały na nich tyłki naszych bohaterów. Wszyscy, którzy przynajmniej raz byli w Czyśćcu wiedzieli, że tak ma pozostać. Barnaba się wpatrywał w niezwykłą istotkę a Arturo próbując nie odrywać wzroku od niej szukał Urda. Niezbyt mu to wychodziło, więc w końcu się przełamał.
- Mieszkam niedaleko... - Stwierdził, lecz gdy tylko dziewczyna spojrzała na niego z ukosa poprawił się. - To znaczy, nie wiesz gdzie jest Urd?
- Papa jest na zapleczu. Zaraz przyjdzie. Podać coś panom? - Delikatny głosik i te słowa spowodowały, że żaden z nich się nie potrafił odezwać. Trwało to tak długo, że dziewczyna odpuściła sobie czekanie i poszła obsługiwać innego klienta, a tych nie brakowało. Cały czas ktoś nowy wchodził do środka.
Z tego stanu chwilowego zawieszenia wyrwał ich Urd, który przejął od córki tą część baru. Postawił przed Arturem butelkę i spytał się Barnaby.
- Co ci podać?
- Co?!? - Zdziwił się Barnaba. - Urd. Od kiedy ty masz córkę?
- Wczoraj skończyła szesnaście lat. - Artur wypryskał całą zawartość ust, na przypadkowego przechodnia.
- Coś się stało? - Spytał zdziwiony barman.
- Nie, w sumie nie. - Oparł Artur wycierając dłonią usta.
- Czemu nic nie mówiłeś? - Spytał Barnaba.
- A czemu miałem mówić. Nikt się nie pytał, a poza tym to ja jestem od słuchania.
- Ładną masz córkę. - Stwierdził po chwili Artur.
- Daj mi jakiś browar i powiedz skąd ty taki tłum. - Barnaba przełamał swoje zdziwienie.
- Sam nie wiem, ale słyszałem, że zbliżają się krwawe łowy a wielcy zbieracze wyznaczyli nagrodę za schwytanie waszego celu.
- O. - Wyartykułował Artur. - Ciekawe. Ile? - Zapytał zaciekawiony.
- Dużo za dużo. - Opowiedział dyplomatycznie Urd. - Ale przynajmniej interes się kręci. Mam tylko nadzieję, że nie rozwalą miasta.
- Skoro przyjechała Camarilla to i Sabbath za niedługo się pojawi. - Głośno pomyślał Barnaba. - A oni zawsze robią rzeźnię.
- W sumie to znam rozwiązanie. Wystarczyłoby gdybyście to wy go załatwili jako pierwsi.
- Zastanawiam się... Dlaczego wszyscy chcą tak bardzo dopaść tego Nosferatu? - Zastanowił się Artur.
- Księga Nod... - Odparł krótko Urd.
- Nie wierzę by ten Nosferatu ją miał. To jest przecież tylko mit. A poza tym część wampirów wierzy, że została zakopana na północy, gdzieś w okolicy bieguna... - Barnaba zamyślił się gdy to powiedział.
- Niby tak. Ale może mieć którąś z siedmiu kopii... - Powiedział Artur. - Wiesz, dwie ma Camarilla, jedną Sabbath, trzy spłonęły w bibliotece Aleksandryjskiej, los ostatniej, ponoć kompletnej jest nieznany.
- To inne kopie były niepełne?
- Powiedzieć, że to były księgi to za dużo, Barnabo, w sumie jest to kilkanaście stron, ale z całą pewnością z różnych egzemplarzy, przepisanych w różnych częściach świata.
- Skąd ty to wiesz Arturo?
- Sam kiedyś miałem za zadanie odszukać księgę. Wszyscy mają na jej punkcie jakiegoś świra. - Zamyślili się na chwilę, ciszę przerwał znowu Urd, który zawołał swoją córkę.
- To są ci dwaj, o których ci tyle opowiadałem. Ten to Barnaba a drugi to Artur. - Na dźwięk swoich imion bohaterowie się odwrócili. Dziewczyna przyglądała im się niecierpliwie.
- Nie wyglądają na takich jak opowiadałeś, papa.
- To są oni Natasho. Możesz być tego pewna. - To imię wywołało w bohaterach dziwne drżenie. Dziewczyna się ukłoniła i pobiegła do innego klienta.
- Natasha? Powiedz, że nie ma nic wspólnego z Natashą Imanov. - Z desperacją w głosie spytał Barnaba. Arturowi też diametralnie zmienił się wyraz twarzy.
- Natie... - Urd na chwilę zamilkł. - Natie była moją żoną. - Barnabie osunęła się nieco szczęka a Artur przełknął ślinę.
- Jak to była?
- Nie żyje od trzech miesięcy, zginęła w wypadku... - Urd niechętnie to powiedział, ale jak już się zmusił to wyrzucił całe zdanie jak karabin. - Dlatego Natasha jest teraz u mnie.
Artur desperacko przyssał się do swojej butelki, a Barnaba spojrzał badawczo na młodą dziewczynę.
Całe zajście miało miejsce prawie dziesięć lat temu, niedługo po ich zejściu. Zaczynali ze sobą pracować i powoli odkrywali swoje ograniczenia. Mieszkali wtedy w innym mieście. Wtedy jeszcze poruszali się osobno, obaj chodzili tam gdzie chcieli, nie zwracając uwagi na drugiego, lecz to miało się wkrótce zmienić. Każdy z nich spotkał Natashę osobno i na każdego z nich podziałała równie gwałtownie. W tym samym czasie mieli z nią romans. Obaj. Ona z jakiegoś dziwnego powodu nie powiedziała im, kim była, lecz jednego byli pewni, nie była zwykłym człowiekiem. To ona uświadomił im, czym jest życie wśród ludzi i co tak naprawdę świat może im dać. Pewnego dnia, z powodu drobnej pomyłki, jaką popełnił Artur spotkali się pod jej drzwiami. Zaczęli ze sobą rozmawiać i ich dynamiczne temperamenty szybko rozpoczęły między nimi scysję, której gwałtowność przekraczała pojęcie zwykłej kłótni. Wystarczy napomknąć, że zburzyli niechcący dwa wieżowce i rozwalili kilkanaście samochodów. Ich moc była wtedy mniej ustabilizowana niż dziś, więc zdarzały im się wypadki. W końcu przypomnieli sobie, że nie mogą zrobić sobie wzajemni krzywdy. To była część ich kary, byli na siebie skazani, toteż postanowili się pogodzić. Gdy wrócili do domu Natashy jej już tam nie było. Choć szukali wszędzie, to nigdzie jej nie potrafili odnaleźć. Zniknęła, zupełnie tak jakby jej nigdy nie było.
- Daj mi jeszcze jedną butelkę. - Stwierdził krótko Artur. Gdy ją dostał wypił ja jednym haustem. - Mam cholera dość! - Zdenerwował się, choć był w pełni trzeźwy.
- Uspokój się Arturo... - Barnaba nie odrywał oczu od pięknej Natashy. - Musimy się zastanowić, co zrobić dalej.
W tym momencie do baru wszedł ktoś, kto nigdy się tutaj nie pojawiał: w pełni umundurowany listonosz. Podszedł do baru i tam został skierowany do bohaterów.
- Dobry! - Rzucił z południowym akcentem. - Panowie Barnaba i Artur? - Spytał niemal jednym tonem. W jego głosie było coś nienaturalnego, choć aura wskazywała coś innego. Urd tylko pokiwał głową i poszedł do innego klienta.
- A kto pyta? - Zagadnął Artur, trzymając wciąż pustą butelkę po whiskaczu.
- Niejaki pan Carlstone dał mi dla panów przesyłkę. - To nazwisko pojawiło się w aktach Nosferatu, jako te, którego ostatnio używał. Teraz stało się jasne, że listonosz został zdominowany przez wampira. Barnaba wziął list i dał parę drobniaków listonoszowi.
- Dzięki, możesz iść. - Listonosz nieco skołowany odszedł w stronę drzwi, zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy gdzie jest.
- Otwórz. Podał list Arturowi a sam sięgnął po kolejne piwo. - Ten szybko przejrzał i stwierdził.
- Posłuchaj Barnabo.
"Szanowni panowie łowcy. Wiem, że macie na mnie kontrakt i chcę wam zapłacić o wiele więcej niż wasz zleceniodawca, mam dla was bardzo ciekawą propozycję. Możecie skontaktować się ze mną przez numer podany niżej. Pragnę was zapewnić, że nie mam zamiaru wam zaszkodzić, chcę jedynie uniknąć pewnych problemów. Carlstone"
- Pewnie przez problemy rozumie śmierć. - Zaśmiał się Barnaba i upił nieco z kufla.
- No. To jak? Dzwonimy?
- A czemu nie. I tak nie mamy innych śladów. - Arturo wyciągnął komórkę, wykręcił numer i czekał. Po chwili odezwała się poczta głosowa.
"Cieszę się, że panowie zdecydowali się ze mną porozmawiać. Spotkajmy się za dwie godziny na stacji metra pod Aleją Newtona". Po wiadomości rozbrzmiał sygnał.
- Sprytny ten Nosferatu. - Stwierdził Artur i szybko opowiedział, co usłyszał.
- Więc mamy jeszcze półtorej godziny spokoju, ta stacja jest po drugiej stronie miasta, pojedziemy tam metrem.
Coś było nie tak w ich otoczeniu. Bardzo powoli zaczęli się rozglądać i dopiero po chwili spojrzeli w stronę baru. Stała za nim Natasha. Wpatrywała się to w jednego to w drugiego.
- Mama mi o was opowiadała. Nie zmieniliście się od tamtego czasu. Chciała mieć wasze zdjęcia ze sobą, tam, w trumnie... - Mówiła to jak prostytutka, bezpośrednio, ale z taką specyficzną nutą w głosie. Wyglądała jak mała lolitka, ale zachowywała się jak doświadczona kobieta. Barnaba przerwał milczenie.
- Ty jesteś...
- Córką Urda, ale po was też, co nieco dostałam. To zabrzmi dziwnie, gdyż daliście mamie coś niezwykłego, ale to Urd dał mi życie. Poznałam was jak tylko was zobaczyłam. Odziedziczyłam po mamie wiele rzeczy... - Stwierdziła rezolutnie i nieco zalotnie.
- A... - Przerwała Barnabie.
- Muszę iść, obowiązki wzywają. - Odwróciła się na pięcie i poszła do innej części baru.
Barnaba nie potrafił oderwać oczu od zgrabnego i małego tyłeczka, którym delikatnie kołysała na boki. Minęła dłuższa chwila nim zorientował się, że Artur przestał na nią patrzeć i teraz wpatruje się w niego. Spojrzał w ziemię, głęboko oddychał. To się zdarzyło raz i obiecał sobie, że więcej się nie powtórzy.
- Urd... - Luźno powiedział. - Daj mi wódki byle dużo...
Przez ponad godzinę zawodowo chlali, ale jakoś nie miało to zbyt dużego wpływu na stan ich psyche. W międzyczasie przewinęło się przed nimi wiele istnień, które nijak nie pasowały do otoczenia.
- Arturo, chodźmy stąd, bo jak jeszcze chwilę tu pobędę to mi odbije.
- Jak chcesz Barnabo. - Wykończył butelkę i odstawił pustą na stół. - Dopisz to do rachunku.
Wstali, poprawili garnitury. Wolnym krokiem, przyciągając uwagę wszystkich zgromadzonych opuścili lokal. Nie oglądali się za siebie, ale byli pewni, że Natasha się im przygląda.
- To co robimy? - Zagadną Artur.
- Proponuję iść na stację. Niby mamy jeszcze czas, ale co nam szkodzi. - Artur tylko kiwną porozumiewawczo. Jakoś nie mieli ochoty na dłuższą rozmowę.
Wsiedli do pierwszego pociągu, który miał zawieść ich na wyznaczone miejsce spotkania. Po kilkudziesięciu minutach jazdy zaczęli się rozglądać wokół. Powoli zachodziło słońce, a oni coraz bardziej wyjeżdżali z miasta. Dawno przejechali przez przedmieścia i wokół nie było prawie niczego, dzięki czemu kolejka mogła jechać po powierzchni. Stacja, do której zmierzali była ostatnia na trasie. Niewielki dworzec był w zasadzie już poza miastem. Miał jeden peron z jedną linią przy nim, i kilkoma innymi prowadzącymi w ciemność. Gdzieś w głębi stał samotny budynek dworcowy, cały zamalowany graffiti, z powybijanymi szybami i bez drzwi frontowych. W środku nie paliły się żadne światła, ale niemal na pewno służył okolicznym lumpom jako toaleta. Cały teren był otoczony przez kilkanaście magazynów i parę opustoszałych budynków. Jedynym ważnym obiektem była stara fabryka papieru, produkująca jedynie papier okolicznościowy, przez co pracowała tylko na zlecenia. Obecnie była zamknięta.
Gdy tylko wysiedli okazało się, że peron był praktycznie pusty, jeśli nie liczyć kilku pijaków leżących po kątach. Obaj odruchowo sprawdzili broń. W pewnym momencie w ich stronę ruszył jeden z lumpów. Wyciągnął ręce przed siebie. W jednej trzymał włączony telefon komórkowy a w drugiej świstek papieru. Wcisnął to Arturowi w ręce i odszedł, nieco skołowany w stronę, z której przyszedł. Artur uniósł telefon do ucha.
- Halo?
- Witam was. - Głos należał do Nosferatu. - Mam dla was propozycję.
- Słuchamy cię. - Odpowiedział Artur i przełączył telefon na głośnomówienie.
- Chcę skorzystać z prawo Qist. - Gdy usłyszeli to słowo przeszył ich prąd, nikt nie wymawiał go od momentu ich skazania.
Gdy zostali wypędzeni wyryto im w pamięci cztery prawa. Nie mogli się nawzajem zabić, do śmierci będzie ograniczać ich śmiertelność, mają obowiązek wykonać każdy rozkaz Ba-Rat, który to może wydać któryś z Bogów, największych demonów, lub gigantów oraz to, że zacznie obowiązywać ich prawo Qist. Prawo przymierza, które podpisany krwią sprawia, że muszą wykonać jego postanowienia. Potęga ich krwi powoduje, iż drugą stronę obejmuje to samo prawo i też bezwzględnie wykona to, do czego się zobowiąże, dokładnie tak jak jest objęte w umowie.
- Co nam oferujesz? - Spytał Barnaba.
- Wszystko jest na zwoju, który otrzymaliście. - Zaczęli go szybko czytać.
"Ja, Ma Osi Lan Ter, znany także jako[Tu nastąpiła lista kilkudziesięciu nazwisk, jakich używał Nosferatu], zobowiązuję się że w dniu popisania świętego paktu Qist zobowiązuję się oddać w ręce moich katów.
W zamian żądam trzech przysług.
1) Moi kaci zakończą moje istnienie gołymi rękami.
2) Po mojej prawdziwej śmierci przekażą paczkę, którą otrzymają później, wampirzemu biskupowi naszego miasta.
3) Moi kaci znajdą i zabiją Mojego potomka, Ludwika von Hersteina."
Cały tekst był spisany krwią, która ledwo zdążyła zaschnąć. Wszystko wieńczył podpis złożony w egipskich hieroglifach.
Barnaba dotknął końcówką języka krwi na papierze i uderzyła go scena, w której ich cel wbijał sobie kacze pióro w język by później pisać ten tekst. Artur wpatrywał się w niego a ten tylko potwierdził jego myśli delikatnym skinieniem głowy.
- Skoro skończyliście już czytać, też chcę wam zaproponować dodatkową zapłatę. Milion. Jako dowód moich dobrych intencji. - Spojrzeli na siebie. Po chwili zastanowienia odezwał się Barnaba.
- Powiedzmy, że się zgadzamy. - Powiedział spokojnie.
- Podpiszcie dokument, obaj. Wystarczy odcisk kciuka na plamie waszej krwi. - Artur powiesił sobie telefon przy marynarce i wyciągnął swoją wierną Marię Magdalenę. Otwarł jej ostrze i naciął wnętrze lewej ręki. Kilka kropel spłynęło na kartę z ofertą, po czym podał nóż Barnabie i ten zrobił to samo. Położyli kciuki w tym samym momencie.
Barnaba nie wytrzymał i przyklęknął, Artur aż zawył. Uczucie podpisywania Qist było tak silne, że nie sposób jest go opisać. Jest na pograniczu szaleństwa, bólu i radości. Można by powiedzieć, że tak samo czułby się ten, kto by umarł i urodził się jednocześnie.
- Cieszę się, że doszliśmy do zgody. - Powiedział głos z słuchawki. - Teraz zapraszam do mnie. Wejdźcie do budynku dworca, a tam znajdziecie uchyloną, metalową klapę w podłodze. Za nią jest drabina, która doprowadzi was do mnie. - Rozłączył się.
Pomimo iż wciąż przepełniało ich uczucie Qist to spokojnie ruszyli w stronę budynku. Musieli zalizać swoje rany. Ich niezwykła ślina spowodowała, że zniknęły w mgnieniu oka.
Wnętrze rudery było tak samo nieprzyjemne jak zewnętrze tyle tylko, że było bardziej przepełnione fetorem ludzkich ekskrementów.
- Idealne miejsce dla Nosferatu. - Z ironią w głosie powiedział Artur.
- To nic w porównaniu z tym, co go czeka po śmierci. - Zaśmiał się Barnaba.
Szybko zsunęli się po drabinie. Okazało się, ich cel wziął sobie na lokum stary przeciwatomowy schron. Otwarli grube, żeliwne drzwi i weszli do środka.
W środku stały cztery łóżka, na ścianach było parę monitorów, a na ziemi stał komputer, w porównaniu do poprzedniej kryjówki ta była conajmniej skromna. Jedna rzecz rzuciła im się w oczy. W kącie stały dwie butelki z krwią. Nosferatu siedział na jednym z łóżek i się uśmiechał. Całość oświetlała tylko jedna, nieco przyciemniona, naga żarówka.
- Witajcie. Wybaczcie, że tak skromnie, niestety to jest tylko tymczasowa kryjówka. - Przez telefon nie było tego słychać, ale miał tak silny, egipski akcent, że wylewał go w każdym słowie. Przyglądając mu się dogłębniej stwierdzili, że może kiedyś był przystojnym człowiekiem, ale lata spędzone w kanałach i niezwykła przemiana Nosferatu uczyniła go okrutnie brzydkim. Przednie zęby miał wysunięte jak królik, uszy cofnięte do tyłu i spłaszczone. Nos rozciągał mu się na całą twarz podobnie zresztą jak usta. Jego skóra była bledsza niż u innych wampirów, których znali. Ubrany był w łachmany a w jego oczach, które jako jedyne pozostały ludzkie, było widać zmęczenie. Żadne ze zdjęć, które mieli nie oddawało jego faktycznej brzydoty. - Pozwólcie, że zanim mnie zabijecie dam wam paczkę którą macie dostarczyć biskupowi. - Wyciągnął spod ubrania pudełko z płytką CD. - Proszę, to dajcie Frankowi. Mam nadzieję że on będzie wiedział co z tym zrobić.
- Czy ty naprawdę masz księgę? - Wyrwało się Arturo.
- Miałem jedynie dwa rozdziały, ten o władzy i fałszywej śmierci. Ale teraz najprawdopodobniej ich spalone resztki niesie wiatr.
- Że co? - Zdziwił się Barnaba.
- Księga była spisana krwią Nephalima, giganta. W kontakcie ze światłem skanera płonęła. Przepisywałem ją kilka lat. Jest na tej płycie.
- Z niej wiesz o Qist? - Zapytał Artur.
- Tak... - Opowiedział cicho Nosferatu. - Dowiedziałem się więcej niż bym chciał. Dlatego chcę żebyście to właśnie wy mnie zabili.
- Dlaczego? - Zapytał Barnaba.
- Ponieważ jesteście wyrwani z cyklu. Waszych ofiar nie tyczy się zwykłe prawo... Gdy zabijecie mnie gołymi rękami, to może uda mi się odzyskać duszę... - Wyciągnął teczkę, którą ukrywał pod łóżkiem. - Proszę tutaj jest cała kwota. - Wstał. - Teraz jestem gotowy. - Stał wyprostowany, poważny, z rękami założonymi z tyłu.
Arturo położył mu rękę na ramieniu. Barnaba zamknął oczy, skupił całą siłę i włożył ją w jeden cios. Prosto w klatkę piersiową. Wyrwał serce razem z kawałkami kości. Nosferatu uśmiechnął się jeszcze raz. Po raz pierwszy od dawna zaczerpnął powietrze i rozsypał się w pył, tak drobny, jakim staje się ciało po trzech tysiącach lat rozkładu.
- Rozumiesz coś z tego? - Spytał Artur drapiąc się po głowie.
- Nie... - Opowiedział Barnaba strzepując pył z garnituru.
- Chodźmy się napić. Mam ochotę zalać się w trupa. - Podniósł płytkę i spojrzał pod światło. - I o to wszyscy walczymy. Ech... - Westchnął i schował pudełko do kieszeni.
- Arturo. Ty to zanieś biskupowi a ja spróbuję poszukać tego całego jak mu tam? - Zerknął na zwój, na którym ich krew odrobinę wyblakła. - Hersteina. Pogadam z Urdem, może on będzie coś wiedział.
- No dobra. Daj mi tylko trochę forsy, wstąpię po nowy garnitur. Giovanni pewnie chętnie mnie przyjmie, jest już noc a poza ty to jest po drodze. - Barnaba sięgnął do walizki. Nosferatu nie kłamał. Była pełna żywej gotówki. Dał trzy wiązki banknotów Arturowi i ponownie ją zamknął. - Dzięki.
- Jak dostarczysz paczkę to przyjdź do baru. - Machnęli sobie i ruszyli w dwie strony. Barnaba poszedł na pociąg a Artur wezwał taksówkę, której zajęło kilkanaście minut nim do niego dotarła.
Wsiadł do niej i okazało się, że taksówkarz już parę razy z nim jeździł. I ku jego zdumieniu doskonale wiedział gdzie jest krawiec Giovanni oraz kuria wampirza.
U krawca spędził jedynie kilka minut, gdyż jak tylko wszedł to stary Giovanni zaczął krzyczeć do niego z daleka, że ma dla niego specjalny garnitur, był w końcu stałym klientem. Zmieniał ubranie średnio raz na tydzień. Choć garnitur niewiele różnił się od poprzedniego to jednak był zadowolony. Opłacił rachunki, przebrał się i pojechał do kurii. Gdy tylko minął drzwi przeszukało go dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn. Oddał broń, ale płyty nie pozwolił sobie wziąć. Centrum wampirycznej maskarady znajdowało się w starej odrestaurowanym małym dworku, który w żaden sposób nie rzucał się w oczy. Znał ten budynek na pamięć, w końcu z Barnabą zdążyli zdjąć dwóch poprzednich biskupów. Przemknął cicho starymi korytarzami, aż w końcu dotarł do sali balowej. Właśnie trwało tam przyjęcie, więc gdy otwarł drzwi wywołał sporą konsternację wśród zgromadzonych. Setki martwych oczu spoczęły na nim. Nie zważając na to pewnym krokiem ruszył w stronę biskupa, a raczej pani biskup, która stała w samym środku sali. Wszyscy, którzy byli na sali albo znali go osobiście, albo słyszeli o nim opowieści. Powoli zbliżał się do pani biskup. Wokół niej zrobiło się pusto a ich spojrzenia się spotkały. To były stare dzieje, ale między nimi kiedyś ukształtowało się coś w stylu romansu. Choć ona była już zbyt rozwinięta by uprawiać seks a on nie widział wówczas w nim niczego ciekawego, to jednak rozpaliła się między nimi żądza. Parę dni postępował wbrew sobie, nawet polował razem z nią. To były dzikie dni i choć już przeminęły to jednak uczucie między nimi nie wygasło.
- Witaj Katarzyno. - Uśmiechnął się, wręcz diabelnie.
- Długo się nie widzieliśmy Arturze. - To było pewne zagranie ze strony wysokiej rady wampirzej by uczynić Katarzynę Le Ros biskupem, dzięki temu jej posada będzie bardziej stabilna.
- Mam coś dla ciebie od martwego Nosferatu. - Po jego słowach towarzystwo zaszemrało. Wyciągnął płytę i daj ją Katarzynie. Ich dłonie znów się spotkały intensyfikując bardziej atmosferę. - Ufam, że wiesz, co z tym zrobić. - Jeszcze raz spojrzał jej w oczy, odwrócił się na pięcie i zostawił całe zdziwione towarzystwo za sobą.
Gdy wyszedł na ulicę westchnął głęboko i spacerkiem ruszył w stronę Czyśćca.
W międzyczasie Barnaba wsiadł w pociąg i kilka chwil później stał już pod Czyśćcem. Wewnątrz było jeszcze więcej niezwykłych istot niż poprzednim razem, lecz nie zrażając się siadł przy swoim miejscu. Przed nim stanął Urd i wyczekująco się w niego wpatrywał.
- Tak, Urd. Tak... - Jakoś nie miał ochoty z nim rozmawiać.
- Ale możesz się wstrzymać z przekazaniem tego wszystkim gościom jeszcze trochę? Dawno już interesy tak dobrze mi nie szły.
Barnaba wstał.
- Panowie, panie i inne istoty. - Jego głos był wszechogarniający i od razu wywołał ciszę w barze. - Jak zapewne przypuszczacie, jestem Barnaba. Ten Barnaba. I chcę wam powiedzieć że Nosferatu nie żyje, za niedługo potwierdzi wam to Camarilla. Księga Nod, którą ten wampir trzymał została spalona. Jeśli ktoś mi nie wierzy to może spróbować mnie sprawdzić. - Usiadł z powrotem na miejsce. - Daj mi wódki, byle dużo i mocnej.
W chwilę po jego wystąpieniu bar zaczęły opuszczać pojedyńcze jednostki, a gdy rozdzwoniły się telefony ghuli Camarilowców wkrótce wszyscy zniknęli. W barze został Urd, Natasha i Barnaba.
- Czemu to zrobiłeś? - Urd krzywo patrzał na Barnabę, gdy ten wypijał kolejny kieliszek wódki. Odstawił pusty kieliszek i podparł się ręką pod brodę.
- Ile byś zarobił w dzisiejszą noc? - Niechętnie spytał.
- Z dziesięć tysięcy spokojnie. - Pewnie odparł Urd. Natasha przyglądała się nieco z boku, przestała zamiatać i stanęła obok Barnaby. Ten sięgnął do teczki i wyjął z niej kilka pęków banknotów.
- Masz, tu pewnie jest i ze sto... Weź. - Zaczął wysypywać wszystko na stół. - Weź wszystko! Nie chcę tego! - Barnaba odrzucił pustą walizkę i gwałtownie strącił dłoń Natashy z ramienia. Skrył twarz w dłoniach.
- Co się stało przyjacielu? - Czule spytał Urd.
- Weź ją stąd... Proszę... - Barnaba był trzeźwy jak nigdy wcześniej. Pierwszy raz myślał z taką klarownością, ale co z tego jak jego myśli wbijały się w niego niczym noże. Urd skinął na córkę i choć ta chwilę protestowała, w końcu poszła sprzątać drugi koniec sali.
- Już, spokojnie... - Stwierdził Urd.
- Za tą kasę, wyślą ją na jakąś wycieczkę, albo najlepiej obóz. Im dalej, tym lepiej... - W tym momencie Natasha wybiegła z płaczem.
- O co chodzi Barnabo? - Urd postawił przed nim kolejną butelkę najlepszej wódki.
- Nie zrozumiesz. - Mówił z trudem. - Sam nie rozumiem. - Myśl błyskały mu przed oczami. - Ten Nosferatu... On chciał umrzeć, nie jako nieśmiertelny, lecz jako człowiek. A ja... Ja tego dokonałem. Dałem i odebrałem mu życie.
- Nie ma w tym nic złego, on też zabijał. - Barnaba się wtrącił
- To nie o to chodzi... - Barnaba czuł, że trąci już o własne szaleństwo. - Wampiry są usunięte z przed oczu Boga, dlatego chodzą w nocy. Bóg wyklął Kaina, jako zdrajcę własnego gatunku... Pamiętam jak wszyscy przyglądaliśmy się odchodzącemu synowi marnotrawnemu. Pierwszemu z wielu. Pamiętam też jak Lucyfer się zirytował, gdy zobaczył, że nigdy nie dostanie ich dusz. O to wybuchła wtedy prawdziwa walka.
- Uspokój się przyjacielu...
- Jak mam się uspokoić, skoro dokonałem największej ze zbrodni. Złamałem boski plan, choć sam byłem nieśmiertelny. Niezależnie od strony, którą przyjęliśmy w walce to i tak byliśmy częścią Jego planu.
- Byłeś nieśmiertelny... Teraz jesteś człowiekiem, więc masz wolną wolę. - Barnabę uderzyła oczywistość słów, które usłyszał. Doprowadziły go na skraj załamania i wciągnęły z powrotem do rzeczywistości. Wisiał w takim specyficznym zawieszeniu aż poczuł dłoń Artura na plecach. Odwrócił się jakby był we śnie i ujrzał jego uśmiechniętą twarz. - Arturo... My jesteśmy wolni...
- Wiem Barnabo, zrozumiałem to dopiero dzisiaj...
Uczucie które go ogarnęło trwało może ułamek sekundy, ale było intensywne niczym wybuch gwiazdy.
- Jesteśmy wolni... - Barnaba zdawał się dopiero teraz rozumieć własne słowa. Był wbity w swoją świadomość tak mocno jak to tylko możliwe.
- Urd, słuchaj, znasz może niejakiego Johna von Hersteina? - Spytał Artur.
- Ludwika. - Poprawił go Barnaba, którego z letargu wyrwał błąd przyjaciela.
- Von Hersteina. Hm... Tak. Tak, wiem, słyszałem o nim. Jest przydupasem biskupa.
- Niech to diabli. - Zirytował się Barnaba.
- Nie denerwuj się Barnabo, Katarzyna ma u mnie dług. A zresztą tam trwa teraz przyjęcie. Wejdziemy załatwimy tego, co trzeba i wyjdziemy.
- Myślisz, że to przejdzie?
- A czemu by nie? Przed chwilą tam byłem. - Zupełnie zignorowali Urda i wyszli z baru. Wzięli taksówkę i parę minut później byli już przed wejściem do kurii.
Tak jak poprzednio oddali broń, po czym weszli na salę balową. Wywołało to taką samą reakcję jak sam Artur wcześniej, tyle tylko że grobowa cisza była przerywana jedynie odgłosami ich kroków.
- Witaj ponowni Arturze. - Katarzyna uśmiechała się zalotnie. - Widzę, że tym razem przyprowadziłeś przyjaciela. - Barnaba nieco się ukłonił.
- Owszem. Szukamy Ludwika von Hersteina.
- A czegoż możecie od niego chcieć?
- Musimy mu przekazać pewną wiadomość. - Katarzyna uniosła rękę.
- Ludwiku, podejdź tutaj. - Przed nich wyszedł piękny, młody mężczyzna. Szedł dumnym krokiem, lecz całość zachowań wskazywała by raczej, że jest gejem, niż poważnym wampirem.
- Ludwik von Herstein? - Spytali niemal jednocześnie.
- Oui. - Odparł po francusku zapytany. Barnaba spojrzał na Artura. Artur spojrzał na Barnabę. Kiwnęli nawzajem ramionami i każdy z nich zaatakował. Ciosy były tak szybkie, że wampir nawet nie zdążył zareagować. Artur trafił w czaszkę, niemal kompletnie ją miażdżąc a Barnabie udało się wybić mostek przez plecy. Tym razem martwy naprawdę wampir wylądował parę metrów dalej, ślizgając się po podłodze.
- Wybaczcie państwo, że przerwaliśmy wam przyjęcie. - Ukłonił się Artur.
- Dzisiejszej nocy nie będziemy wam więcej przeszkadzać. - Barnaba tylko się skłonił i ruszył w stronę drzwi, lecz przy tych stanęli strażnicy.
- Katarzyno, czy naprawdę chcesz stracić kolejnych braci? - Lakonicznie spytał Artur. W odpowiedzi dostał przewiercające spojrzenie biskupa i gest ręki, po którym strażnicy odstąpili. - Dziękuję kochanie. Pozdrów ode mnie księcia. - Rzucił jej na pożegnanie lekki uśmiech.

Stali przed wejściem do kurii i zaczęli rozmawiać.
- Nie wiem jak ty, ale ja mam dziką ochotę uderzyć w kimono.
- Ja też Arturo. Nie mam ochoty nikogo więcej oglądać, chyba, że poleci jakiś konkretny film. Rano będzie trzeba sprawdzić konta.
- Ale to dopiero za jakieś dziesięć godzin. Teraz spać.
- Słuszna uwaga. Została ci jakaś gotówka?
- Tak... - Artur zrozumiał i zamówił taksówkę.
Kilka chwil później wygodnie zasnęli we własnych łóżkach. Mieli dużo rzeczy do przemyślenia, ale na to mieli resztę swojego życia.

Data:

 26-09-2004

Podpis:

 Lord_Raziel

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=9410

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl